czwartek, 31 maja 2012

Józef Ignacy Kraszewski, Wspomnienia Odessy, Jedyżanu i Budżaku



„Kto pierwszy raz widzi morze, pojmiecie łatwo, że mu się dość napatrzeć, nadziwić i nagadać o nim nie może. Pozwólcie mi więc także mówić o nim. Wyobrażałem sobie je zawsze jak coś ogromnego i mglistego, kończącego się gdzieś w niebiosach, a znalazłem płaszczyznę gładką, świecącą ostro uciętą linią, kończącą się ciemno na jasnym niebie lipcowym. Wyobrażałem sobie je mdło zielone, znalazłem jaśniejące barwami i na ostatnich planach ciemnogranatowe. Z bliska tylko było zielone, jasne, błyszczące, a na nim jak na dłoni wyraźnie, blisko stały nieruchome, małymi i zbyt bliskimi się wydające okręciki. Słusznie powiada Musset, że gdy człowiek myśli tylko o czym długo, nie widząc, stworzy sobie obraz zawsze fałszywy, który potem wobec rzeczywistości przerabiać musi zupełnie.”


Józef Ignacy Kraszewski, „Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku. Dziennik przejażdżki w roku 1843 od 22 czerwca do 11 września” (s. 103)


28 lipca 2012 roku przypada dwusetna rocznica urodzin Józefa Ignacego Kraszewskiego. Z tej okazji powstał słynny „Projekt Kraszewski” dążący do opracowania 200 recenzji z okazji dwóch setek lat od narodzin naszego słynnego pisarza. Moje wspomnienia dotyczące odbioru twórczości Kraszewskiego są dość dobre, lecz zamglone. Czytałam jego książki dawno temu, chyba jeszcze w liceum. Sądzę, że trafiłam na jego najlepsze dzieła (m.in. „Stara Baśń” i „Bruhl”), ale po przeczytaniu „Dwóch królowych” tak kompletnie niezgodnych z prawdą historyczną, zraziłam się i aż do tej pory po książki Kraszewskiego nie sięgałam.


Od pewnego czasu jednak chciałam się włączyć w działania blogerów zrzeszonych w Projekcie, ale jakoś nie mogłam się przemóc do czytania beletrystyki autorstwa pisarza. W końcu, po wczytaniu się w listę lektur, stwierdziłam, że chyba najłatwiej będzie mi przeczytać któreś ze „Wspomnień” z podróży, jakie odbywał Józef Ignacy Kraszewski. Mój wybór padł na „Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku” z podróży odbytej w roku 1843.


Pisarz, zaledwie dwa miesiące po narodzinach drugiego syna, pozostawia swoją żonę w nabytym kilka lat wcześniej majątku w Gródku i udaje się do Odessy dla poratowania „rozigranych” nerwów. Spisuje metodycznie i dokładnie wrażenia z trasy nad Morze Czarne okraszając słowo pisane szkicami swojego autorstwa. Po dotarciu do celu podróży uczestniczy w życiu towarzyskim Odessy i bierze przepisane kąpiele morskie. Morze widzi po raz pierwszy w swoim życiu i wiele fragmentów tych wspomnień to pean na jego cześć. W trakcie pobytu w Odessie nawiązuje kontakty z wybitnymi osobistościami tamtejszej inteligencji, udaje się również w pięciodniową podróż do Besarabii, którą jednak w tytule książki określa mianem „Budżaka”.


Odessa to zresztą ciekawe miasto do obserwacji. Zostało ono oficjalnie założone w 1794 r. przez Rosję na terytorium utraconym przez Turcję dwa lata wcześniej. W XIX wieku Odessa została głównym portem obsługującym eksport rosyjskiego zboża, dzięki czemu wkrótce stałą się jednym z najbogatszych i najszybciej rozwijających się miast carskiej Rosji. Ok. 1850 r. miasto liczyło już sobie ok. 100 tys. mieszkańców bardzo zróżnicowanych pod względem narodowościowym (m.in. Rosjanie, Francuzi, Polacy, Niemcy, Żydzi, Włosi, Turcy, Ormianie). Jak zauważył jeden z odwiedzających w tym czasie Odessę gości, miasto posiadało „włoskie domy, rosyjskich urzędników, francuskie statki i niemieckich rzemieślników”.


Oto jak opisuje ówczesną Odessę Józef Ignacy Kraszewski:

„W inszych miastach ulice oddalone od ruchu i życia miejskiego, od ogniska, sa ciasne i brudne. Tego nie znajdziesz w Odessie, która jest cała zbudowana wedle danego planu i podzielona na kwadraty (oprócz przedmieść).Wszędzie więc równie szerokie sa ulice z tą tylko różnicą, że nie brukowane jeszcze i puste, a otaczające domki, w miarę jak się oddalamy od ulicy Richelieu, będącej najożywieńszą, od portu ostawione są niskimi budowami i wcale prawie puste.” (s. 237)



Ale bo też życie nie na skalę innych miast naszych, pieniądz nabywa się dość łatwo, ceni się mniej, a znaczenie rubla (asygnacjami) jest stosunkowo odpowiedne naszemu w domu u nas złotemu polskiemu. Słudzy są płatni bardzo drogo dla powszechnie dającego się czuć ich braku (…). Zagadką tylko jest życie urzędników nie więcej płatnych niż gdzie indziej, a utrzymywać się zmuszonych wedle miejscowych warunków. Dodajmy, że nigdzie urzędnicy niżsi i wyżsi nie są bezineresowniejsi.” (ss. 247-8)


Czytelnik, który nieco odwykł od stylu pisarstwa Józefa Ignacego Kraszewskiego, a ja się do takich osób zaliczam, musi najpierw zaakceptować jego dość zawiły w pierwszym kontakcie język. Złożoność zdań, pewne łamańce słowne, słownictwo XIX wieczne oraz duża szczegółowość zapisów utrudniają to zadanie na tyle, że moje dwie pierwsze próby czytania zadziałały na mnie niczym najlepszy środek usypiający. Trzeba jednak mieć na uwadze, że pierwsze rozdziały dotyczą najbliższych okolic Gródka, osób i miejsc, które niewiele mi mówiły, więc może to jest dodatkowa przyczyna moich perypetii z tą książką Kraszewskiego. Począwszy od zwiedzania Tulczyna, siedziby rodu Potockich, lektura poszła mi już w miarę gładko. Być może potrzebowałam chwili, żeby się zaakomodować do stylu pisarstwa JIK-a. ;)


We fragmentach, które opisują wrażenia pisarza, jego obserwacje uderza duża spostrzegawczość i dążenie do ustalenia stanu faktycznego poprzez zgłębianie tematu, zapoznawanie się z materiałami, które są pomocne w wyjaśnieniu problemu. Kraszewski umieszcza w swoim tekście ogromną ilość informacji, często o charakterze historiograficznym, ekonomicznym czy statystycznym. Czasami są to dość długie cytaty z dzieł historyków czy autorów wcześniejszych wspomnień bądź kronik.


Doceniając wysiłek autora i jego erudycję, uważam, że dla czytelności tekstu można było z części tych zapisów zrezygnować. Inna rzecz, że Paweł Hertz, redaktor serii, podnosi ogromną wartość przekazywanych przez Kraszewskiego informacji dla badaczy tego okresu w dziejach np. tych o charakterze ekonomicznym dotyczących Odessy. Nie argumentując z tym stwierdzam, że dla mnie jako czytelnika byłoby ważniejsze mieć więcej spostrzeżeń autora, opisów jego wrażeń niż przytaczania suchych danych czy tekstów obcych autorów. Czasami zresztą Kraszewski polemizuje z niektórymi zapisami czy opiniami i to też może być nieco nużące dla współczesnego czytelnika.


Należy mieć na uwadze fakt, iż autor odbywał tę podróż po ziemiach, które niegdyś w całości należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale ta "przejażdżka" - jak nazwał pisarz swój wyjazd -  odbywała się zaledwie dwanaście lat po stłumieniu powstania listopadowego przez carat. Tak więc, Kraszewski nie mógł swobodnie pisać o wszystkim. Często musiał pewne zagadnienia, zwłaszcza dotyczące przeszłości, omijać bądź nieco kamuflować. Stąd może pewna powściągliwość w wyrażaniu opinii.


Tam gdzie Kraszewski pisze o swoim oglądzie sprawy potrafi być wzruszający i ciekawy. Bardzo podobały mi się jego opisy morza, szczery zachwyt i radość, jakie wzbudzał jego widok.


„Wieczorem patrzałem długo z balkonu na morze oświecone księżycem. Któż to opisze? Kto odmaluje morze, nad którym wisi noc z księżycem i majestatyczna cisza? Człowiek tak drży przed tym widokiem jak przed każdym innym silnym wrażeniem, tłumne myśli cisną mu się do głowy, a sprawy sobie z nich zdać nie umie.
I są tak biedni, co nigdy na Boży świat nie popatrzą nawet, aby się nim cieszyć i rozkoszować!” (s. 272)


Pisarz jest również bardzo uważnym obserwatorem życia codziennego mieszkańców regionów, które odwiedza. Jego rysunki pokazują stroje, jakie noszą mieszkańcy danej okolicy czy budowle, które miał okazję oglądać. Niestety, w książce nie ma szkiców z Odessy, być może zaginęły w zawierusze dziejów. Poniżej zamieszczam kilka spostrzeżeń Kraszewskiego, które właściwie są aktualne i dzisiaj: 


„Pierwsze dni przebywającego w obce mu miejsce podróżnego zawsze są jakimś błąkaniem się po nim: potrzebuje się oswoić ze wszystkim, obejrzeć ogół, pochwycić fizjognomii rysy. Nie wie, od czego poczynać przegląd, nad czym się wprzód zastanawiać, co widzieć przed innymi rzeczami. I zaczyna najczęściej od tego, co najmniej widzenia warte.” (s. 106)


„Książki są martwe przy żywej naturze, ale gdyby książek nie było, wiele by rzeczy w naturze z uroku swego traciło, bo wiele dodaje wartości uroku pamiątka. „ (s. 272)


„Przechodząc z rana ulicą poznasz, które sklepy do bogatszych kupców należą. Te stoją zamknięte w niedzielę. Niektóre znowu wpół przyotworzone cały ranek, bo ich panowie jeszcze nie zebrali kapitałów i nie pokupowali domów i chutorów, pracują więc i w niedzielę jak wyrobnicy, których tu także niemało robiących ujrzysz w dni świąteczne.” (s. 370)


Mimo początkowych trudności z lekturą tej książki, jestem zadowolona, że zdecydowałam się na jej przeczytanie. Wspomnienia Kraszewskiego pozwalają nam zobaczyć świat z połowy XIX wieku, jednocześnie zaś pozwalają lepiej poznać pisarza, jego ciekawość świata oraz chęć poznania i działania, które były wizytówką jego aktywności nie tylko w sferze literackiej.


Józef Ignacy Kraszewski (ur. 28.07.1812 – zm. 19.03.1887) – polski pisarz i publicysta, działacz społeczny, historyk. Polski pisarz z największą ilością wydanych książek w historii polskiej literatury. Dokładny życiorys możecie znaleźć tu i tu

Moja ocena: 4,5 / 6



Autor: Józef Ignacy Kraszewski
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Podróże
Rok wydania: 1985
Liczba stron: 476


wtorek, 29 maja 2012

Liza Marklund, Prime time



Do tej pory przeczytałam dwie książki z cyklu szwedzkiej autorki, którego główną bohaterką jest Annika Bengtzon, dziennikarka popołudniówki „Kvallspressen”. O dziwo, choć wybierałam je „na chybił trafił”, czytałam kolejne książki w kolejności chronologicznie przedstawiającej przygody Anniki. Nie była to jednak kolejność ich wydawania. Trochę „namieszała” tu sama autorka, gdyż po opublikowaniu „Zamachowca” w 1998 r. napisała trzy tzw. prequele, których akcja toczy się przed wydarzeniami opisanymi w premierowej części cyklu. „Prime time” jest właśnie trzeci i chociaż nie byłam zachwycona „Rajem”, ucieszyłam się, że mogę poznać dalsze losy Anniki, którą szczerze polubiłam.


W położonym w środku lasów starym zamku odbywają się nagrania do nowego telewizyjnego show, który ma prowadzić szwedzka gwiazda telewizyjna, Michelle Carlsson. Po zakończonych zdjęciach część ekipy i niektórzy z zaproszonych gości świętują na zamku najkrótszą noc w roku. Rano w jednym z pomieszczeń wozu transmisyjnego znajdują martwą Michelle. Zjawia się policja oraz dziennikarze, wśród nich Annika Bengtzon, której najlepsza przyjaciółka jest w gronie podejrzanych. Śledztwo się przedłuża. Tymczasem kierownik redakcji gazety, w której pracuje Annika, wciąga ją w otwartą walkę o władzę. A morderca nadal pozostaje na wolności...


W notkach wydawniczych porównuje się „Prime time” do „I nie było już nikogo” (znane również jako „Dziesięciu małych Murzynków”) Agathy Christie. Na miejscu autorki nie zgadzałabym się na taką promocję jej dzieła, gdyż porównanie obu książek wypada katastrofalnie dla szwedzkiej pisarki. Akcja „Prime time” toczy się sennie i ślamazarnie, choć powinna budzić napięcie i emocje, gdyż mamy grupę dwunastu podejrzanych i  z prowadzonego  dochodzenia wynika, że każdy mógł zabić. Ofiara również powinna wzbudzać większe emocje czytelnika, gdyż oprócz swojej telegeniczności i medialnej popularności była również przez wiele miesięcy "ścigana" i wystawiana na żer czytelnikom gazety Anniki. Niestety, większą uwagę czytelnika przykuwają rozgrywki w zespole redakcyjnym "Kvallspressen" czy tarcia w związku Anniki (chociaż prawdę mówiąc to również nie są porywające wątki) niż sprawa zabójstwa słynnej dziennikarki, która, nawiasem mówiąc, zostaje rozwiązana przez zupełny przypadek.


Sama Annika też nie zachwyca. Jest tu matką dwójki dzieci żyjącą w konkubinacie z Tomasem, który ma coraz więcej wątpliwości, czy zrobił dobry krok rezygnując z ustabilizowanego życia zawodowego i uczuciowego na rzecz związku z Anniką i niepewnej kariery zawodowej w Sztokholmie. Ich związek pełen jest napięcia i podskórnych złych emocji. Tomas wydaje się postacią dość nieciekawą, skoro po całkiem niedawnym spłodzeniu dwójki dzieci ma takie dylematy, ale Annika nie jest lepsza, niestety. Na początku książki, tuż przed wyjazdem na weekend do nielubianej teściowej odbiera telefon z redakcji, iż ma się stawić na miejscu wykrytej właśnie zbrodni. Nie zastanawiając się wiele, zostawia Tomasa samego z dwójką dzieci i bagażami, a sama udaje się do pracy. Taki „numer” musiałby dać do myślenia każdemu partnerowi. I chociaż Liza Marklund dostarcza pewnych wyjaśnień w trakcie lektury usprawiedliwiając Annikę, to jednak nie zostałam do końca przekonana, że Annika nie miała innego wyjścia niż takie zachowanie. Nic nie poradzę na to, że stale widziałam siebie w sytuacji Tomasa i nie mogłam zaakceptować takiego postępowania Anniki, tak jak nie zaakceptowałabym postępowania mojego partnera, gdyby zachował się podobnie jak ona.


Anika odgrywa też niejednoznaczną rolę w intrydze Andersa Schymana mającej na celu obalenie redaktora naczelnego gazety, w której oboje są zatrudnieni. O ile, we wcześniejszych częściach Schyman sprawiał pozytywne wrażenie, o tyle w „Prime time” wydaje się być zdecydowany na wszystko, aby zdobyć stołek naczelnego.


Niestety, ta książka podobała mi się najmniej z tych, które czytałam autorstwa pani Marklund. Tli się we mnie jeszcze nadzieja, podsycona paroma niezłymi recenzjami późniejszych części cyklu, że jednak ta „lepsza” Annika jeszcze wróci, a intryga kryminalna będzie trzymać czytelników w napięciu.


Poniżej podaję listę kryminałów cyklu z Anniką Bengtzon w roli głównej w kolejności chronologicznej (lata wydań oryginalnych):

 „Studio Sex” (wyd. oryg. 1999)
„Raj” (2000)
‘Prime time” ( 2002)
„Zamachowiec” (1998)
„Czerwona wilczyca” (2003)
„Testament Nobla” (2006)
„Dożywocie” (2007)
„En plats i solen” (2008)



Liza Marklund (ur. 1962) – szwedzka dziennikarka i autorka powieści kryminalnych. Popularność przyniósł jej cykl kryminalny z Anniką Bengtzon w roli głównej. Obecnie cykl liczy 8 pozycji, a dwie książki z tej serii zostały sfilmowane. W 2004 r. Liza Marklund została nominowana ambasadorem dobrej woli UNICEF.





Moja ocena: 3 / 6

Autor: Liza Marklund
Tytuł oryginalny: Prime Time
Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna Seria
Tłumacz: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 448

sobota, 26 maja 2012

26 maja 1955, Jarosław Iwaszkiewicz








"Sandomierz, 26 maja 1955



Co jest dla mnie ważne, co jest istotą moich pobytów w Sandomierzu, to to, że mogę zanurzyć się bez reszty w moim przyrodzonym żywiole - w literaturze, to znaczy w czytaniu i pisaniu. Tu dopiero widzę, jak wszystko inne: działalność społeczna, redakcja, teatr - jest mi obce i narzucone. Nawet rodzina jest elementem mniej istotnym i zastanawiam się chwilami, czy ja ich nie za mało kocham - skoro w życiu moim odgrywają raczej drugorzędną rolę. I tutaj przychodzi ta łatwość pisania, obfitość pomysłów, spokój fizyczny w stawianiu liter - bez pośpiechu. Myślę, że gdybym tu siedział po dwa lub trzy miesiące na rok - napisałbym całe tomy. Ten pobyt, dziesięciodniowy, bardzo ważny, bo mnie wciągnął w nurt komponowania Sławy i chwały bez żadnych trudności. Wszystkie osoby tej powieści drzemały we mnie przez tyle lat i obudziły się z łatwością. Gdybym posiedział tu miesiąc, miałbym połowę drugiego tomu, chce mi się pisać i nie mam tego stawiskowskiego strachu przed białym papierem. Wprawiło mnie skonstatowanie tego w dobry humor, mimo tego, że żołądek jak zawsze szwankuje. Ale miałem tym razem, w Domu Dziecka, warunki prawdziwie idealne. (...)"



Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, t. 1, s. 485 - 486
Wydawnictwo Czytelnik, 2007

piątek, 25 maja 2012

Bobasy, reż Thomas Balmes




Twórcy tego filmu dokumentalnego wpadli na rewelacyjny w swej prostocie pomysł: postanowili sfilmować pierwszy rok z życia czwórki dzieci urodzonych w różnych zakątkach świata, doświadczających bardzo odmiennych metod wychowawczych i warunków materialnych. Pierwszy rok życia, podczas którego dzieci poznają otaczający je świat, zdobywają pierwsze doświadczenia i uczą się życia pod opieką najbliższych.



Bohaterami filmu są:



Ponijao, dziewczynka z plemienia Himba w Namibii, pozostająca pod opieką matki oraz ósemki starszego rodzeństwa



Bayar – chłopczyk z Bayanchandmani w Mongolii, drugi syn małżeństwa mieszkającego w jurcie poza miastem,



Mari – dziewczynka z Tokio w Japonii, córeczka młodego małżeństwa,

i


Hattie – dziewczynka z San Francisco w USA, córeczka pro-ekologicznych rodziców



Ponijao i Bayar pochodzą z zapóźnionych cywilizacyjnie regionów, podczas gdy Mari i Hattie wychowują się w zurbanizowanym i pełnym „cywilizacyjnych” zdobyczy i udogodnień otoczeniu.  



Film, mimo swojego dokumentalnego charakteru braku narratora i dialogów, bardzo wciąga. Śledzimy z zainteresowaniem i czasami zdziwieniem kolejne etapy rozwoju dzieci, które są wprost rozkoszne. Zwłaszcza ci widzowie, którzy niedawno zostali rodzicami, podświadomie porównują sceny i obrazy filmowe do swoich doświadczeń. Od razu powiem, że oglądając pewne sytuacje z obu prymitywnych regionów (mam na myśli zwłaszcza Namibię), byłam pod dużym wrażeniem. Z jednej strony, rodzice muszą się zmagać z wieloma niedogodnościami (z naszego punktu widzenia), np. brak pieluszek, kwestie higieniczne, z drugiej zaś – dzieci rozwijają się harmonijnie i zdrowo mimo braku wielu rzeczy, które my z „cywilizacji” uznajemy za niezbędne w opiece nad dzieckiem. Porównując np. rozwój motoryczny czwórki dzieci, miałam wrażenie, że Ponijao najszybciej stanęła na swoich nóżkach, pomimo wychowywania się w najmniej sprzyjających warunkach.


Ten film pokazuje, jak bardzo uzależniamy się od pewnych udogodnień i niektórzy zaczną się zastanawiać, czy to są rzeczywiście udogodnienia? Bo przecież, jeśli dziecko chodzi ciągle w pieluszce chłonącej coraz lepiej i lepiej, to nie czuje potrzeby rezygnacji z pieluchy, a tam, gdzie pieluch nie ma albo są nasiąkające, dziecko uczy się błyskawicznie, jak powinno się załatwiać potrzeby fizjologiczne.


Film pokazuje, że w wychowaniu dziecka dobra materialne nie są najistotniejsze. Dziecko może się obejść bez wielu rzeczy. Najważniejsza jest miłość i czułość, którą przekazujemy dzieciom. Bez tego nie ma mowy o wychowaniu. Prawda, jakie to banalne i piękne jednocześnie? W tym filmie nie ma fajerwerków technicznych i efektów specjalnych. Ale włosy stają nam dęba z przerażenia, gdy mały Bayar szwenda się po podwórku, po którym biegają konie i nikt go nie pilnuje. Albo gdy tenże kilkumiesięczny Bayar leży skrępowany na łóżeczku, a tuż obok spaceruje kogut… Inna sprawa, że każde z czwórki bohaterów tego filmu ma inny charakterek, i tak: Bayar to niezmordowany poszukiwacz przygód, Ponijao jest czarująca, Mari to mała złośnica, a Hattie - bardzo poważna i stonowana osóbka.  


Realizatorzy filmu musieli spędzić wiele godzin i dni podpatrując życie czterech rodzin i wydaje mi się, że więcej czasu spędzili z Bayarem i Ponijao, bo to oni są największymi gwiazdami, i to ich przygody, reakcje i zachowania wzbudziły moje największe zainteresowanie. A może stało się tak dlatego, że warunki, w jakich żyją są tak odmienne od tych, które znamy z cywilizowanego świata? Ale czy ta nasza cywilizacja rzeczywiście daje dzieciom szczęście? Ono nie zależy od rzeczy i udogodnień, a od naszej miłości. I to zapamiętałam po seansie. Nie jest to film aspirujący do miana "głębokiego" i "przełomowego". Jest to film będący peanem na rzecz radości życia i dzieciństwa.


Ciekawy wywiad z reżyserem filmu, Thomasem Balmesem, nt. sposobu realizacji filmu znajdziecie tu.

P.S. Tę notkę dedykuję pewnej blogerce, dzięki której dotarłam do książek Tarjei Vesaasa, chociaż dedykacja tego akurat nie dotyczy. ;)


Na zachętę zamieszczam poniżej oficjalny zwiastun filmu:





Moja ocena: 5 / 6




Reżyseria: Thomas Balmes
Rodzaj: film dokumentalny
Czas trwania: 75 min.
Rok produkcji: 2010

czwartek, 24 maja 2012

Richard Paul Evans, Obiecaj mi




Trzy razy zaczynałam tę notkę zaliczając po drodze trwałe uszkodzenie pliku i zaginięcie kartki z gotowym tekstem. Chyba sprzysięgły się przeciw mnie jakieś złe moce. Jeśli czytacie ten tekst, to powiedzenie „do trzech razy sztuka” czasem się sprawdza. ;)


Do momentu przeczytania tej książki nie znałam twórczości Richarda Paula Evansa, chociaż zauważyłam kątem oka, że w mojej bibliotece dzielnicowej jego książki są często zachwalane jako świetne „czytadła”, a sam autor w notkach wydawniczych jest reklamowany jako „bestsellerowy autor”. OK, postanowiłam i ja zażyć przyjemności miłej lektury. :)


Bohaterką „Obiecaj mi” jest Beth Cardale, której wydawałoby się ustabilizowane życie rodzinne rozsypuje się w jednej chwili jak domek z kart w 1989 r. Zostaje sama z sześcioletnią córką nie mając wielu perspektyw, pozbawiona wsparcia rodziny. W tym dramatycznym momencie, a konkretnie w wigilijny wieczór, pojawia się w jej życiu tajemniczy oraz oczywiście nieziemsko przystojny mężczyzna o imieniu Matthew i wszystko się zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… Beth nic nie wie o jego pochodzeniu, zajęciu, które wykonuje, rodzinie, a jednak w krótkim czasie ich więź staje się coraz silniejsza. Tylko czasem Beth zadaje sobie pytanie, kim jest Matthew i dlaczego tak mocno interesuje się jej rodziną?


Opowieść jest prowadzona przez Beth, która szykując się do rodzinnego spotkania przy wigilijnym stole w 2008 r., opowiada nam o niezwykłych wydarzeniach sprzed osiemnastu lat. Beth dzielnie stawia czoło przeszkodom, z którymi musi się mierzyć, a należą do nich chyba wszelkie możliwe plagi ze zdradą i chorobą na czele. Ogromną rolę w opowieści odgrywa jej miłość do córki oraz fascynacja tajemniczym Matthew, który w cudowny sposób zmienia jej życie na lepsze.


Tajemnicą, która jest rozwiązana na samym końcu książki jest pochodzenie Matthew. Nie jestem genialnym detektywem, który zgaduje najpóźniej w połowie czytanego kryminału, „kto zabił”, ale w przypadku „Obiecaj mi” domyśliłam się dziwnie szybko, kim jest Matthew i w czym leży jego tajemniczość. Może moim „problemem” w ocenie książki był fakt przeczytania całkiem niedawno „Będziesz tam?” Guiliaume’a Musso, również pełnej "magicznych" wydarzeń. Tamta książka nie powaliła mnie na kolana, ale doceniam fakt, że autor pisząc o wydawałoby się cudownej możliwości „powrotu do przeszłości”, zwraca uwagę na negatywne zjawiska z tym związane i tym samym skłania do refleksji, czy taki powrót miałby w ogóle sens. W „Obiecaj mi” takiej refleksji nie ma. Nie chcę pisać za dużo (czy ja już tego nie zrobiłam!?), bo powieść i jej rozwiązanie ma stanowić dla czytelników niespodziankę, ale mam nadzieję, że wyrażę się jasno, choć nie mogę dostarczyć Wam przykładów. Po lekturze, gdy zaczęłam się zastanawiać nad jakimś skojarzeniem, które przychodzi mi na myśl w związku z tą właśnie książką, uderzyło mnie, że właściwie wniosek jest jeden: lepiej być zdrowym i bogatym niż biednym i chorym… Traf chce, że wiedziałam o tym już przed lekturą tej książki. :)


Tak więc, w moim odczuciu, lektura „Obiecaj mi” nie wzbogaciła mnie duchowo. Bohaterka, mimo nieszczęść i trudnych sytuacji, które przeżywa, nie wzbudziła mojego większego zainteresowania. "Magia" książki na mnie nie zadziałała. Owszem, czyta się ją szybko i sprawnie, jest podzielona na krótkie rozdziały, ale po lekturze miałam wrażenie pustki. Albo stałam się malkontentką, albo zawsze nią byłam, albo po prostu nie mam ostatnio szczęścia do lektur. Po raz kolejny muszę napisać, że nie zachwyciła mnie ta książka. Z drugiej strony, jestem pewna, że dla niektórych czytelników ta lektura była poruszająca i na pewno ich odczucia będą odmienne od moich.


Fajnym pomysłem autora i wydawcy jest umieszczenie na stronie internetowej linków z przepisami na potrawy, które pojawiają się w książce. Tu je znajdziecie :) Może i ja wypróbuję przepis na bożonarodzeniowe muffinki jagodowo – maślankowe? :)


Książka nie jest trudna w odbiorze, na pewno momentami wzrusza i myślę, że znajdzie spore grono wdzięcznych odbiorców. Panie z mojej biblioteki mają rację, że Richard Paul Evans to sprawny autor, ale ja jednak szukam w literaturze nieco innych wzruszeń i emocji.


Richard Paul Evans (ur. 1962) - autor amerykański, którego wszystkie jedenaście powieści gościło na listach hitów „The New York Timesa”. Ich nakład sięgnął już jedenastu milionów, przetłumaczone zostały na dwadzieścia dwa języki, bijąc w wielu krajach rekordy sprzedaży. Evans jest laureatem wielu nagród. Jest też założycielem organizacji charytatywnej „The Christmas Box House International” na rzecz zaniedbanych i wykorzystywanych dzieci, za pracę w której uhonorowany został „Washington Times Humanitarian of the Century Award” oraz „Volunteers of America National Empathy Award”. Evans mieszka w Salt Lake City, w stanie Utah z żoną Keri i piątką dzieci. Strona internetowa autora jest tu.



Moja ocena: 3 / 6

  

Autor: Richard Paul Evans
Tytuł oryginalny: Promise me
Wydawnictwo: Znak
Tłumacz: Hanna de Broekere
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 296

środa, 23 maja 2012

Camilla Läckberg, Niemiecki bękart

 


Akcja „Niemieckiego bękarta” rozpoczyna się tam, gdzie kończy się „Ofiara losu”.

Erica Falck, szczęśliwa, dopiero co poślubiona żona Patricka Hedström i matka rocznej Mai, odnajduje na strychu hitlerowski krzyż owinięty w zakrwawiony dziecięcy kaftanik. Te rzeczy niewątpliwie należały do jej matki, Elsy, która zawsze odnosiła się do swoich córek z dużym chłodem i rezerwą, co obie mocno przeżywały.

Erika udaje się ze swoim znaleziskiem do miejscowego emerytowanego nauczyciela historii, znawcy tematu, który mieszka razem ze swoim starszym bratem zaangażowanym w ściganie zbrodniarzy hitlerowskich. Obaj bracia są już starszymi panami, żyjącymi w odosobnieniu i samotności. Niedługo po wizycie Eriki, nauczyciel zostaje zamordowany. Wydaje się, że tajemnica przeszłości wpływa również na losy obecnych mieszkańców Fjallbacki. Nauczyciel historii nie jest ostatnią ofiarą, a krąg podejrzanych się zacieśnia…

Co bym nie napisała i tak pewnie się powtórzę, bo książka ta była recenzowana na wielu blogach. Starałam się nie czytać tych opinii, żeby się nie sugerować, ale zacznę od tego, że to świetny kryminał! Powoli staję się chyba fanką Camilli Läckberg i jej serii z Eriką i Patrickiem. Autorka ta swoim cyklem podbiła Szwecję i świat, a ja po przeczytaniu dwóch jej książek nie mogę temu nie przyklasnąć! Intryga „Niemieckiego bękarta” – choć zupełnie odmienna od „Ofiary losu”, którą czytałam wcześniej – również trzymała w napięciu do końca, a opowieść nie traciła na tempie.

Kryminalny wątek piątej części cyklu o policjantach z Fjallbacki to właściwie opowieść o nienawiści, jak wielka potrafi być jej niszcząca siła i z jak wielką mocą potrafi uderzać nawet po wielu latach. W tym wypadku po blisko 60 latach, gdyż rozwiązanie zagadki odnalezionego przez Erikę zawiniątka oraz śmierci nauczyciela kryje się w przeszłości. Autorka prowadzi swą opowieść wartko, potrafi też skłonić do zastanowienia.

Tłem wątku kryminalnego jest historia związku Eriki i Patricka, którzy po ślubie zamieniają się rolami: Erika – znana dziennikarka i pisarka - wraca do pracy twórczej, a Patrick odchodzi z pracy w policji we Fjallbaka i bierze urlop tacierzyński, aby opiekować się Mają. Opieka ta wygląda różnie, gdyż Patricka „ciągnie” do kolegów i trudnego śledztwa, tym bardziej, że wiąże się ono z historią rodzinną Eriki. Zdarza się więc, że Mają opiekują się chwilowo policyjni koledzy i koleżanki Patricka, gdy ten aktywnie uczestniczy w śledztwie mającym na celu wyjaśnienie sprawy zabójstwa nauczyciela. Nic więc dziwnego, że Erika nie jest zachwycona, gdy dowiaduje się o takim zachowaniu męża. Inna sprawa, że albo dzieci w Szwecji szybciej się rozwijają, albo autorkę nieco poniosła fantazja, gdyż Maja w dniu swoich pierwszych urodzin potrafi oczekiwać od gości prezentu czy też mówić „fiatek” (chodzi o „kwiatek”). Mnie jej zachowania pasują raczej do dziecka minimum dwuletniego. Oczywiście ta uwaga nie ma związku z oceną kryminału, ale zwracam na takie rzeczy uwagę jako dość młoda stażem mama. ;)

W komisariacie we Fjällbacka zachodzą również pewne zmiany, gdyż tępy i ograniczony Bertil Mellberg jakby zmieniał się na lepsze. Możemy tę przemianę ocenić na podstawie jego relacji z nową koleżanką na posterunku, Paolą Morales i jej bliskimi. Na mnie sprawił on o niebo lepsze wrażenie niż w poprzedniej części cyklu, sądzę więc, że Camilla Läckberg chyba się nad nim trochę ulitowała. :)

Śledztwo przynosi dość niespodziewane rozwiązanie, dopełnia również historię rodziny Eriki przynosząc jej pewne ukojenie i pozwala na otwarcie nowego rozdziału. Choć jednak wyjaśnienie pochodzenia krzyża dostarcza również rozwiązania tajemnicy zachowania matki wobec swoich córek, nie mogę go całkowicie zaakceptować. Historia matki Eriki była tragiczna, ale nie uzasadnia ona w moim przekonaniu jej zdystansowanego zachowania wobec córek. Nie dostarcza powodów, które mogłyby uzasadniać, dlaczego NIGDY nie przytuliła swych dzieci, dlaczego NIGDY nie powiedziała im, że je kocha. Mnie to wyjaśnienie nie satysfakcjonuje, gdyż nie wyobrażam sobie tak zimnego i nieczułego zachowania wobec własnych dzieci nawet w świetle dostarczonych przez autorkę informacji.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że „Niemiecki bękart” to bardzo dobry kryminał, który czyta się po prostu świetnie. Na półce czekają na mnie dwie pierwsze części cyklu, gdyż zamierzam nadrobić zaległości w lekturze o ekipie z Fjällbacka. ;)



Camilla Läckberg (ur. 1974) – szwedzka autorka powieści kryminalnych. Sławę przyniósł jej cykl kryminalny o Erice i Patricku. Wydała do tej pory 12 książek, w tym 8 ze słynnej serii („Księżniczka z lodu”, „Kaznodzieja”, Kamieniarz”, „Ofiara losu”, „Niemiecki bękart”, „Syrenka”, „Latarnik”, „Fabrykantka aniołków”). Niedawno ukazał się ciekawy wywiad z Camillą Läckberg w „Wysokich Obcasach”.




Moja ocena: 5 / 6

Autor: Camilla Läckberg
Tytuł oryginalny: Tyskungen
Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna seria
Tłumacz: Inga Sawicka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 568



niedziela, 20 maja 2012

Anna Achmatowa, Zakochani



Zakochani


Jest nam tak cicho, że słyszymy
 Piosenkę zaśpiewaną wczoraj:
 „Ty pójdziesz górą, a ja doliną…”
 Chociaż słyszymy – nie wierzymy

Nasz uśmiech nie jest maską smutku
 A dobroć nie jest wyrzeczeniem.
 I nawet więcej, niż są warci,
 Niekochających żałujemy.

Tacyśmy zadziwieni sobą,
 Że coś nas bardziej zdziwić może?
 Ani tęcza w nocy.
 Ani motyl na śniegu.

A kiedy zasypiamy,
 We śnie widzimy rozstanie.
 Ale to dobry sen,
 ale to dobry sen.
Bo się budzimy z niego.
 
Przełożyła
Wisława Szymborska



sobota, 19 maja 2012

Jerónimo Tristante, Tajemnica domu Arandów



„Tajemnica domu Arandów” to pierwsza część cyklu kryminalnego autorstwa Jerónimo Tristante, którego akcja toczy się w 2 połowie XIX w. w Hiszpanii, a głównym bohaterem jest Victor Ros. Jak to często mi się zdarza, tego cyklu również nie czytałam w kolejności chronologicznej. :) Notka dotycząca moich wrażeń z lektury drugiej części cyklu pojawiła się na samym początku istnienia tego bloga i byłam wtedy dość rozczarowana tą lekturą. Skuszona jednak pozytywnymi opiniami na temat pierwszej części i mając sentyment do dziejów Hiszpanii postanowiłam przeczytać „Tajemnicę domu Arandów”, która wprowadza nas w przygody detektywa Rosa.

Víctor Ros, młody przybysz z prowincji, będący na najlepszej drodze do zrobienia kariery w madryckim światku przestępczym, został detektywem dzięki szlachetnemu sierżantowi policji, don Armando Martinezowi, który dostrzegł w nim niezwykłą inteligencję i potencjał umożliwiający wyszkolenie detektywa idealnego. W 1877 roku Víctor Ros, już jako podinspektor, świeżo po przeniesieniu do Madrytu, prowadzi dwa śledztwa. Pierwsze dotyczy próby zabójstwa, której dopuściła się wobec męża doña Aurora, córka zubożałych arystokratów. Mówi się, że w sprawie maczały palce siły nadprzyrodzone, gdyż nad domem ciąży ponoć klątwa i już wcześniej dochodziło w nim do mrożących krew w żyłach wydarzeń. Drugie śledztwo, znacznie mniej interesujące dla wyższych sfer stolicy, poświęcone jest poszukiwaniu sprawcy okrutnych morderstw dokonywanych na prostytutkach.

Pierwsza część cyklu niewątpliwie jest lepsza niż druga, aczkolwiek nie jestem do końca usatysfakcjonowana. Na pewno mamy szansę poznać bliżej Victora Rosa, który z młodocianego rzezimieszka z Estremadury przekształcił się w praworządnego i inteligentnego stróża prawa. Główna w tym zasługa sierżanta Martineza, który jednak umiera na początku książki i jego postać pojawia się już tylko we wspomnieniach bohaterów.

Mimo lepszej opinii o tej książce niż o „Sprawie Czarnej Wdowy” nadal uważam, że sylwetka psychologiczna Victora mogłaby być bardziej dopracowana. Mimo wielu cech rasowego detektywa: logiki, spostrzegawczości, inteligencji, nowoczesności, uczciwości, nie mogłam się do niego przekonać i przywiązać. Jest on chyba zbyt doskonały, a jednocześnie dość sztywny i nie przemawia do mojej wrażliwości tak jak John Rebus czy Harry Hole. :)

Jak wynika z książki, ważnym momentem w karierze zawodowej detektywa Rosa było rozbicie siatki radykałów w Oviedo, w czym odegrał on niebagatelną rolę przenikając do tajnego związku. Mając na uwadze często podkreślane liberalne poglądy polityczne Victora, to zadanie, które przysporzyło mu sławy i przyczyniło się do awansu zawodowego, musiało być realizowane wbrew sobie i swoim przekonaniom. Ale – chociaż chętnie zapoznałabym się bliżej z tym fragmentem jego życia – autor ogranicza się do zaledwie klku zdań koncentrując się na jego pracy w madryckiej policji. A tutaj detektywa zajmują głównie dwie sprawy wspomniane powyżej.  
Tytułowa sprawa domu Arandów ma wszelkie cechy powieści grozy: przeklęta księga, nierozwiązywalna wydawałoby się tajemnica, nienaturalne zachowania uczestników wydarzeń… Dzięki prowadzonemu śledztwu Victor zbliża się do siostry podejrzanej, w której skrycie się kocha. Ta sprawa może więc być dla niego nie tylko przepustką do dalszej kariery, ale i do szczęścia w miłości. Druga sprawa nie jest aż tak spektakularna i wśród zwierzchników podinspektora nie ma ochoty na prowadzenie poważnego śledztwa, gdyż dotyczy ona serii zabójstw madryckich prostytutek. Wątek dotyczący tych śledztw i początków pracy Victora w Madrycie rozpoczyna się ciekawie, ale w drugiej części książki akcja wyraźnie traci tempo, pojawiają się dodatkowe wątki i śledztwo się rozmywa w mnóstwie dodatkowych szczegółów. Nie muszę dodawać, że część z nich wydaje się zbędna. Autor chyba przesadził z wynajdywaniem nowych komplikacji i aspektów obu spraw, gdyż w miarę postępu lektury staje się to dość jałowe.

Bardzo interesowało mnie tło historyczne tego kryminału i chociaż „sparzyłam się” na „Sprawie Czarnej Wdowy”, to jednak miałam nadzieję, że poprzedzająca ją książka będzie pod tym względem bardziej dopracowana. Niestety, moja nadzieja okazała się być płonna, autor nie pokusił się o szerszą i głębszą panoramę społeczno-historyczną. Ponadto pisze o wydarzeniach historycznych swoistymi skrótami czytelnymi dla Hiszpanów i znawców historii tego kraju, a nie dla przeciętnego Europejczyka. Wspomina np. o wydarzeniach 1868 r. nie precyzując, co się wtedy wydarzyło, a przeciętny czytelnik nie ma pojęcia, że wtedy doszło do detronizacji królowej Izabeli II i powstała efemeryczna pierwsza republika. W innym miejscu, wspomniana jest królowa Izabela II oraz król Alfons bez wyjaśnienia kontekstu sytuacyjnego. Przez cała książkę przewijają się tylko utyskiwania, jakim to zacofanym krajem jest Hiszpania i że konserwatyści rywalizują z liberałami… Oczekiwałabym jednak czegoś więcej, bo nawet kryminał może pokazać kawałek historii i wskrzesić nieistniejące już miejsca.  
Chyba miałam zbyt wygórowane oczekiwania, stąd lekkie rozczarowanie. Niewątpliwie jednak pierwsza część cyklu jest ciekawsza od drugiej i dla osób poszukujących pewnej odmiany od kryminałów skandynawskich jest to interesująca propozycja mimo podniesionych przeze mnie braków. :)
 
Jerónimo Tristante (ur. 1969 r.) - profesor biologii i geologii jednocześnie darzy wielką miłością literaturę. Po wydaniu dwóch powieści: "Crónica de Jufré" (2003) i "El Rojo en el azul" (2005) napisał kryminał historyczny "Tajemnica domu Arandów" – pierwszy tom przygód detektywa Victora Rosa. W cyklu tym ukazały się jeszcze dwie części.


Moja ocena: 4 / 6

Autor: Jerónimo Tristante

Tytuł oryginalny: El misterio de la casa Aranda
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Tłumacz: Dorota Walasek – Elbanowska
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 406



niedziela, 13 maja 2012

Impresje białoruskie, cz. 4





Białoruś północno – wschodnią odwiedziliśmy zupełnie „w ciemno”, bez przewodników, bez choćby podstawowej informacji o tym regionie. Chodziło nam jedynie o krótki wypoczynek nad jeziorem Narocz, z którego słynie ta właśnie część Białorusi, a które przed wojną było największe i najpiękniejsze w II Rzeczpospolitej. 

Okazało się jednak, że na tych terenach również można odnaleźć wiele śladów polskości, choć, niestety, nie odnaleźliśmy śladów literackich, najprawdopodobniej głównie z uwagi na nasze nieprzygotowanie do tej wycieczki. Ponieważ mam jednak wrażenie, że do tego regionu białoruskiego sąsiada naprawdę niewiele osób trafia, zaprezentuję poniżej kilka zdjęć z tej części naszej wyprawy z krótkim komentarzem.


Jezioro Narocz – największe jezioro Białorusi, położone w północno – zachodniej części kraju. Na brzegu znajduje się miejscowość wypoczynkowa, również Narocz. Jezioro jest bardzo malownicze i stanowi popularne miejsce wypoczynku mieszkańców Białorusi. My mieszkaliśmy w nowszej części jednego z pensjonatów i warunki były naprawdę niezłe. Jednakże, w niewyremontowanej części tego budynku warunki były dużo gorsze.












Mapa jeziora w centrum uzdrowiska Narocz

Spacer nad jeziorem



Na Budsław, niewielkie miasteczko na skraju obwodu mińskiego, natknęliśmy się zupełnie przypadkowo, ale był to szczęśliwy przypadek. Już z daleka widać imponującą świątynię, jak się okazało będącą czymś w rodzaju białoruskiej Częstochowy. Jest to kościół pobernardyński w Budsławiu, którego rola i znaczenie wynikały i wynikają z objawień Matki Bożej, która ukazywała się braciom bernardynom prowadzącym tutaj pustelniczy tryb życia w XVI wieku. Objawienia spowodowały konieczność wybudowania większej i bardziej godnej świątyni, co nastąpiło w XVII – XVIII w. Co roku, w lipcu, odbywa się wielka pielgrzymka do cudownego obrazu Matki Bożej Budsławskiej, który słynie z wypraszanych łask, a został on przekazany kościołowi przez Jana Paca, wojewodę wileńskiego (zm. 1610). Obraz ten był darem papieża Klemensa VIII dla tego magnata po jego zerwaniu z kalwinizmem i powrocie na łono Kościoła rzymsko-katolickiego.

Było to właściwie jedyne miejsce podczas naszej podróży, gdzie natknęliśmy się na dość profesjonalne stoisko z pamiątkami (zakładki, widokówki, święte obrazki). W innych miejscach, niejednokrotnie bardziej historycznych, trudno było kupić jakąkolwiek pamiątkę. Okazało się jednak, że najlepszymi pamiątkami z tego wyjazdu są zdjęcia, których część Wam prezentuję w poszczególnych częściach cyklu. :)



Dojazd do Budsławia

Kościół pobernardyński w Budsławiu w pełnej krasie

Cudowny obraz w budsławskim kościele. Z góry przepraszam za niską jakość zdjęcia.

Ołtarz główny kościoła

Miadzioł wita przyjezdnych herbem z datą powstania z XIV w., ale obecnie jest to jednak prowincjonalne miasteczko (ok. 7 tys. mieszkańców). Główny plac miejski jest położony tuż nad jeziorem Miastro, wchodzącym w skład grupy jeziora Narocz. Kilka kilometrów od miasta znajduje się również jezioro Miadzioł.  


Na tym placu mogłoby tętnić życie, gdyż jezioro i okolica są naprawdę urokliwe. Jednak to miejsce zieje pustką. Nie ma tam nic oprócz pomnika Lenina, paru ponurych budynków, z których jeden jest jedyną w mieście restauracją, a drugi siedzibą lokalnej administracji. Restauracja, mimo że jedyna w mieście, nie narzekała na tłumy klientów; byliśmy tam chyba pierwszymi w ciągu dnia osobami poszukującymi możliwości spożycia posiłku. Jedzenie było jednak smaczne i bardzo tanie. Nie wiem, jak jest teraz, ale w 2009 r. ceny za posiłki na Białorusi (poza Grodnem i Mińskiem) były niewiarygodnie niskie.




Pomnik Lenina przed budynkiem administracji lokalnej na głównym placu miasta. Nawiasem mówiąc, skłaniam się do poświęcenia jednego odcinka tego cyklu takim właśnie "pamiątkom"

Nabrzeże przy głónym placu miasta. W bardzo dalekim tle widać sylwetkę zabytkowego kościoła karmelitów z XVIII w. 

Cerkiew Troicka w Miadziole


Głębokie – miasto zamieszkuje obecnie ok. 18 tys. mieszkańców. Przed wojną znajdowało się na terenie II Rzeczpospolitej, 20 km. od granicy z ZSRR.

Nad miastem górują dwie przepiękne świątynie stojące praktycznie naprzeciwko siebie – jedna katolicka, druga prawosławna, choć kiedyś obie były katolickie. Mam na myśli kościół św. Trójcy oraz sobór Narodzenia Najświętszej Marii Panny, dawny kościół karmelitów bosych. Obie świątynie pochodzą z XVII w. i są do siebie bardzo podobne.


Kościół Św. Trójcy



Pamiątkowa tablica w kościele Św. Trójcy

Sobór Narodzenia NMP

Już po odwiedzeniu Głębokiego dowiedziałam się, że z tym miastem związany był rodzinnie Tadeusz Dołęga – Mostowicz. Grób jego rodziców znajduje się na tutejszym cmentarzu katolickim, a na ścianie domu będącego dawniej własnością rodziny wmurowano w 1998 r. tablicę pamiątkową poświęconą pisarzowi.


Postawy - ok. 20-tysięczne miasto, stolica regionu postawskiego obwodu witebskiego. Przed wojną w II Rzeczpospolitej miasto było siedzibą powiatu i gminy. Pierwsza wzmianka o Postawach datowana jest na X wiek, a prawdopodobnie w 1409 r. Postawy otrzymały prawa miejskie. Jeśli wspomnę, że dzieje Postaw były skomplikowane, nie zdziwię chyba nikogo z Was, gdyż wojny, powstania, zmiany przynależności państwowej etc. to na tych ziemiach rzecz zwykła.

Z miastem związany był Antoni Tyzenhauz, reformator epoki stanisławowskiej i jednocześnie właściciel miasta, który urządził w Postawach swoją główną siedzibę. Dzięki jego zabiegom i wysiłkowi nastąpił wtedy dynamiczny rozwój miasta.




Charakterystyczny kościół pw. św. Antoniego Padewskiego z przełomu XIX i XX w.

Wspomnienie tragicznej śmierci tutejszego proboszcza podczas II wojny światowej 

Słodka figurka w przykościelnym ogrodzie

Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Postawach

Wchodzące do cerkwi kobiety muszą mieć nakrycie głowy. W Postawach można wypożyczyć chustkę


A to zbiornik na wodę święconą, który zwrócił moją uwagę :)

Klasycystyczny pałac Tyzenhauza z II poł XVIII w. - obecnie szpital

Pomnik Antoniego Tyzenhauza przed pałacem

Zabudowa rynku z barokowymi kamienicami wybudowanymi dla pracowników manufaktur Tyzenhauza

_____________________________

Źródła:
www.wikipedia.org
www.kresy.pl/kresopedia,religie?zobacz/budslaw---miejsce-wybrane




Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...