wtorek, 31 lipca 2012

Jarosław Iwaszkiewicz, Lipiec

Jarosław Iwaszkiewicz (1894 - 1980)
Źródło zdjęcia: www.wikipedia.org


Lipiec


Pachną lipce - Reymontowskie
i zwyczajne
pełne rowy kwietnej piany
miododajnej

kopic żyta złote róże
ściąga sinych wstążek krata

rzeki małe rzeki duże
Bzura Mrowa i Pilica
i Utrata

i topole jak kominy
i kominy jak topole
biegną słupy mleczni bracia
koniczną buraczaną
przez pole

cienie ciemnogranatowe
gdzie olszyny
mchami całe oplątane
dojrzewają już
jeżyny

asfalt się roztapia w niebie
pełen olśnień
i cholernie ciągnie ciebie
w Polskę w Polskę

 

Jarosław Iwaszkiewicz

niedziela, 29 lipca 2012

sobota, 28 lipca 2012

Jo Nesbø, Karaluchy




Dawkuję sobie Jo Nesbø, żeby nie skończyć zbyt szybko jego cyklu o niepokornym Harrym Hole. Tym razem przyszła kolej na „Karaluchy”, drugą część serii o norweskim policjancie.

Akcja książki toczy się w Tajlandii, gdzie w domu publicznym znaleziono ciało zamordowanego norweskiego ambasadora. W Oslo pospiesznie tworzony jest plan uniknięcia skandalu. Policjant Harry Hole wsiada do samolotu skacowany, z zastrzykami witaminy B12 w walizce i wkrótce zaczyna krążyć po zaułkach Bangkoku - wśród świątyń, palarni opium, dziecięcych prostytutek i barów go-go. Odkrywa, że w tej sprawie chodzi o coś więcej niż o morderstwo: za ścianami pełza coś, co nie znosi światła dziennego...

Parafrazując znaną definicję konia z "Nowych Aten", czyli pierwszej polskiej encyklopedii: Jo Nesbø jaki jest, każdy widzi. :) Jako zadeklarowana zwolenniczka stworzonego przez niego bohatera Harry’ego i fanka jego pisarstwa mogę tylko potwierdzić, że po raz kolejny książka autorstwa norweskiego mistrza kryminału mi się podobała, a lektura sprawiła mi niekłamaną przyjemność.

Należy mieć na uwadze, że to drugi kryminał Nesbø po „Człowieku nietoperzu”, a tuż przed opublikowaniem wspaniałej i dramatycznej trylogii z Oslo. W porównaniu do pierwszej książki widać wyraźną poprawę w sposobie konstrukcji fabularnej, poprowadzeniu intrygi, a także w stylu pisarstwa. Można obserwować, jak rozwija się warsztat pisarski Jo Nesbø, żeby rozkwitnąć w „Czerwonym gardle” i kolejnych książkach cyklu. Pojawiają się tu charakterystyczne motywy, które towarzyszą nam w całym cyklu z Harrym. Krąży wokół niego śmierć zbierająca żniwo głównie wśród osób, które wiążą się z nim zbyt blisko.

Intryga „Karaluchów” również nie zawodzi zapewniając czytelnikowi wgląd w grzeszne życie Bangkoku, splot interesów różnych grup biznesowych, intrygi dyplomatyczne, a także zwykłe ludzkie emocje niecnie wykorzystane przez złoczyńców. Co prawda, dość szybko można się domyślić, kto stoi za kolejnymi morderstwami, ale wyjaśnienie wszystkich motywów sprawcy autor zapewnia nam dopiero w końcówce książki.

Postacie występujące w książce są dopracowane. Również postacie drugoplanowe zaciekawiają czytelnika, czego przykładem jest między innymi Liz Crowley, niebanalna koleżanka Harry’ego z tajskiej policji, z którą ten bardzo blisko współpracuje.

Plastyczność opisów Nesbø przemawia do wyobraźni. Momentami miałam wrażenie, jakbym tułała się razem z Harrym po ciemnych zaułkach Bangkoku, jakbym razem z nim i jego kolegami z tamtejszej policji przeżywała upały i cierpiała w dusznym, wilgotnym klimacie.

Nie będę się więcej rozpisywać, bo musiałabym się powtarzać; suma sumarum na blogu opisanych jest już pięć książek z Harrym Hole w roli głównej. Dodam tylko, że Nesbø pisze świetne kryminały i mimo że „Karaluchy” nie są jego najlepszą książką, i tak czyta się ją z zaciekawieniem i niesłabnącą przyjemnością. 


 Niedawno ukazała się na rynku polskim ostatnia część przygód Harry’ego i z dostępnych informacji i opinii wiadomo, że kontynuacji być nie może. Z jednej strony bardzo mi smutno, gdyż zdążyłam zżyć się z Harrym, z drugiej jednak strony świadczy to o klasie pisarza, który nie chce bez końca odcinać kuponów od swojego niekwestionowanego sukcesu. Nie chce popaść w rutynę i planuje nowe wyzwania. Póki co, lektura dwóch części cyklu o Harrym jeszcze przede mną. Będę miała więc możliwość osłodzić sobie czas oczekiwania na nowe książki i pomysły Jo Nesbø.

Poniżej podaję książki z cyklu o Harrym Hole w kolejności chronologicznej:

„Człowiek nietoperz” (1997, wyd. polskie 2005),
„Karaluchy” (1998, wyd. polskie 2011),
„Czerwone gardło” (2000, wyd. polskie 2006),

„Trzeci klucz” (2002, wyd. polskie 2007),
„Pentagram” (2003, wyd. polskie 2007),
„Wybawiciel” (2005, wyd. polskie 2009),
„Pierwszy śnieg” (2007, wyd. polskie 2010),
„Pancerne serce” (2009, wyd. polskie 2010)
„Upiory” (2011, wyd. polskie 2012)
 




 Jo Nesbø (ur. 1960 r.) należy do najgłośniejszych skandynawskich autorów kryminałów. Z wykształcenia jest ekonomistą. Pracował także jako makler i dziennikarz. Jest też muzykiem rockowym, członkiem zespołu Di Derre, dla którego pisze teksty. Nagrał również płytę solową. Jego powieści kryminalne od dawna królują na listach bestsellerów. Cykl kryminałów z komisarzem Harrym Hole zdobył kilkanaście nagród krajowych i zagranicznych, m. in. w 2004 tytuł norweskiego kryminału wszech czasów został przyznany powieści „Czerwone Gardło” przez Norweski Klub Książki.

Źródło zdjęcia: www.wikipedia.org




 
Moja ocena: 4,5 / 6


Autor: Jo Nesbø
Tytuł oryginalny: Kakerlakkene
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumacz: Iwona Zimnicka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320


czwartek, 26 lipca 2012

Tiziano Terzani o Ameryce




Tiziano Terzani, "Nic nie zdarza się przypadkiem"
Tłumaczenie: Anna Osmólska - Mętrak
Świat Książki, Warszawa 2008



„Na pierwszy rzut oka jest w Amerykanach coś ujmującego, ciepłego. Urzędnik imigracyjny, który kontrolował mój paszport i papiery wjazdowe na lotnisku, zapytał, w jakim celu przyjechałem do Stanów Zjednoczonych.

- Żeby się leczyć na raka – odparłem.

Spojrzał na mnie z sympatią.

- Powodzenia – powiedział i uprzejmie wbił mi zwykłą, trzymiesięczną wizę, dodając do niej współczujący uśmiech.

Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że ta gotowość, ten przyjacielski, niemal rodzinny sposób wchodzenia w relacje to tylko technika, rodzaj sztuczki, którą opanował każdy Amerykanin i której nikt już się nie dziwi. W rzeczywistości każdy kontakt międzyludzki traktuje się podejrzliwie, a życie to nieustanna obrona przed kimś albo przed czymś. W wielkich sklepach każda wystawiona na sprzedaż chusteczka zaopatrzona jest w elektroniczny czujnik, który – jeśli nie zostanie odłączony przy kasie – uruchamia system alarmowy przy drzwiach wyjściowych. Księgarnie, sklepy z płytami i z ubraniami znajdują się pod nieustanną obserwacją strażników w cywilnych strojach, którzy krążą ze słuchawkami w uszach, jakby byli tajnymi agentami wyznaczonymi do ochrony prezydenta. (…)

Społeczeństwo, którego członkowie wyrażają głęboką, wzajemną nieufność i w którym nie istnieje świadomość wspólnych dla wszystkich wartości – odczuwanych, zanim jeszcze staną się zapisanym systemem – wciąż musi się odwoływać do prawa i sędziów, żeby regulować różne powstające w jego łonie powiązania. Taka jest Ameryka: wszystkie stosunki społeczne, nawet te najbardziej intymne, obciążone są ciągłą obawą przed możliwą ingerencją prawną. Zagrożenie jest trwałe, a adwokaci stali się straszakami każdego związku opartego na przyjaźni, miłości, współpracy czy zaufaniu. Nowym, typowo amerykańskim sposobem zarabiania pieniędzy, jest oskarżenie jakiegoś wielkiego przedsiębiorstwa o dyskryminację rasową, własnego szefa o molestowanie seksualne, kochanka o gwałt, a lekarza o zaniedbanie.” (strony 71-73)


„Dla ogromnego kraju, którego pierwotni mieszkańcy – Indianie – zostali metodycznie ograbieni i wymordowani, imigracja stała się przyrodzoną koniecznością, a wieloetniczność jej oczywistą konsekwencją. To ciekawe, że fakty, wynikające częściowo z prawdziwego ludobójstwa, są dzisiaj przedstawiane jako wzorcowe, jako zaleta. W oparciu o to ich bardzo szczególne doświadczenie Stany Zjednoczone propagują mit przyszłego społeczeństwa: globalnego, wielorasowego, wielokulturowego, przypominającego światowy potpourri, który – odnawiając się nieustannie – gwarantowałby żywotność i rozwój.

Prawda jest taka, że nie ma globalnych recept na problemy wszystkich narodów, a najlepsze są zawsze te, które liczą się z lokalnymi uwarunkowaniami. To, co sprawdza się w Ameryce, niekoniecznie zadziała gdzie indziej, a to, co jest szkodliwe w jednym miejscu, nie musi być takie samo w drugim.” (s. 76)


„W Ameryce przemysł reklamowy i public relations stały się już dwoma niezwykle wyszukanymi systemami manipulacji umysłem ludzkim i nie istnieje już nic – począwszy od Boga, po produkty elektroniczne czy wojnę – co nie jest zręcznie zapakowane w jakieś połyskujące i kolorowe pudełko oraz zaprezentowane za pomocą stosownej iluzjonistycznej formuły słownej, a następnie wypuszczone na rynek. W ten sposób prawda pozostaje zawsze przesłonięta, czasem wręcz zaniechana i zapomniana – jak fakt, że to Stany Zjednoczone były pierwszym i jak dotąd jedynym krajem, który użył bomby atomowej. „ (s. 80)

„Ta furgonetka z otwartym tylnym bagażnikiem, którą widywałem przed każdym domem, stała się dla mnie symbolem Ameryki, gdzie nikt nie mieszka w miejscu urodzenia ani nie umiera tam, gdzie mieszkał. Tam wszyscy są niezależni i nieznani pośród innych niezależnych i nieznanych, z którymi przez krótki czas udają wielką zażyłość. Ciągłe, niespokojne przemieszczanie się Amerykanów, ich poczucie nieograniczoności w ogromnym kraju stwarza oczywiście owo wrażeniewolności, stanowiące podstawę amerykańskiego mitu. Ale także, jak mi się zdawało, rodzi wiele nieszczęść. (…)

Furgonetkowe społeczeństwo niczego nie gwarantuje, poza możliwością ucieczki. Cóż za różnica w stosunku do świata mojego dzieciństwa, kiedy – choć biedni – wszyscy mieli jeszcze rodzinę, zajęcie, przyjaźnie, na które można było liczyć i w które warto się było angażować! Ludzie żyli i pracowali w kontekście społecznym, mającym swoją historię.” (s. 329)

 

niedziela, 22 lipca 2012

Ulotne chwile (3)

Warszawa, 1 września 1946
Modelka prezentuje strój kobiecy na jesień
Pocztówka zakupiona chyba na targach książki
Fot. PAP/Jerzy Baranowski




sobota, 21 lipca 2012

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj




Mariusza Szczygła wielu zapamiętało jako pierwszego gospodarza polskiego talk-show, czyli emitowanego w Polsacie „Na każdy temat” w latach 1995 - 2001. Ja – choć pamiętam ten program – nie byłam pod jego szczególnym wrażeniem, a potem pan Szczygieł zajął się pracą dziennikarską i zniknął z szeroko rozumianego „horyzontu medialnego”. Wrócił do mojej świadomości w formie wielkiego „bum”, czyli książki „Gottland”, która wywarła na mnie duże wrażenie. Do dziś, po paru latach od lektury, pamiętam kilka esejów: o rodzinie Batów, o Kubisovej i Helenie Vondrackovej, dwóch przyjaciółkach i piosenkarkach, których kariery potoczyły się tak odmiennie, czy o pomniku Stalina w Pradze. Nic więc dziwnego, że „Zrób sobie raj” również postanowiłam przeczytać. Ba, byłam pewna, że czeka mnie uczta i nowe odkrycia dotyczące stanu duszy czeskich sąsiadów. 


Nie można zaprzeczyć, że książka ta jest napisana bardzo sprawnie i potoczyście, czyta się ją szybko mimo pewnego chaosu w prezentacji tematów poszczególnych esejów. Widać, że autor kocha Czechów miłością bezgraniczną i wszystko wskazuje na to, że odwzajemnioną. :) Mariusz Szczygieł koncentruje się w tej książce na stosunku Czechów do religii. Kolejne eseje pokazują, jak im się żyje bez Boga. Nie chciałabym komentować wyboru tematyki tego zbioru esejów, gdyż to kwestia indywidualnego wyboru i nastawienia zarówno autora, jak i czytelników. Każdy temat można przedstawić ciekawie i niebanalnie. "Zrób sobie raj" jednak w miarę postępu lektury stawał się dla mnie zbyt monotematyczny i nieco nużący. Muszę również przyznać, że w mojej pamięci – a czytałam tę książkę parę miesięcy temu – ostała się z tego zbioru jedynie dość niesmaczna historyjka o malarzu Janie Saudku i jego perypetiach miłosno – zawodowych, a pozostałe eseje w większości rozmyły mi się w niepamięci. Czekałam trochę z opisaniem swoich wrażeń, bo u mnie czasami proces przelania swoich wrażeń na papier trochę trwa, ale może to i dobrze, bo teraz widzę, że „Gottland” nadal tkwi w mojej pamięci i czasem do niego zaglądam, a „Zrób sobie raj”, no cóż..., wyblakł, przemknął i znikł.

 
Co mi się jeszcze rzuciło w oczy? Autor przeplata kolejne eseje swoistymi wyimkami z sondy przeprowadzonej wśród członków partii Prawo i Sprawiedliwość nt. pytań do Czechów w związku z ich brakiem religijności. Zastanawia mnie, dlaczego autor postanowił wybrać akurat tę grupę ludzką do udziału w sondzie? Jeżeli chodzi o grupę osób religijnych, lepszym „targetem” byliby chyba uczestnicy grup przykościelnych, żywo uczestniczący w życiu Kościoła, a nie partii politycznej, z którą gazeta Mariusza Szczygła nie jest w najserdeczniejszych stosunkach…



Nie ukrywam, że lektura tej książki była dla mnie rozczarowaniem. Wiem, że zapewne narażę się wielu zagorzałym zwolennikom tej książki, ale do mnie ona po prostu nie przemówiła. Nie ma w niej tej prostoty i magnetyzmu, jaki odnalazłam w "Gottlandzie". W mojej ocenie „Zrób sobie raj” jest pozycją ciekawą, wartą - mimo moich krytycznych uwag - przeczytania. Nie dorównuje ona jednak poziomem poprzedniczce, która rzeczywiście niosła wiele interesujących spostrzeżeń i przyczyniła się znacząco do rozbudzenia zainteresowania naszym południowym sąsiadem, jego historią i kulturą, wśród ludzi do tej pory nie wykazującym takiego zainteresowania. Być może moja opinia nt. „Zrób sobie raj” byłaby lepsza, gdybym nie czytała wcześniej „Gottlandu”. Jeśli chcecie się zapoznać z czeskimi dziełami Mariusza Szczygła gorąco polecam przeczytanie najpierw tej wcześniejszej książki. :)





Mariusz Szczygieł (ur. 1966 r.) - reporter, absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Pracę zaczął zaraz po maturze w tygodniku "Na przełaj". Od 1990 roku pracuje w "Gazecie Wyborczej", od roku 2004 jest redaktorem "Dużego Formatu". W latach 1995–2001 prowadził talk-show "Na każdy temat" w TV Polsat. Wydał sześć książek: Niedziela, która zdarzyła się w środę (1996, 2011), Gottland (2006, 2010), antologię 20. 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła (2009, 2011), Kaprysik. Damskie historie (2010), Zrób sobie raj (2010) oraz Laska nebeska (2012). Książka Gottland, poświęcona Czechom, została przełożona na 10 języków, autor otrzymał za nią m.in. NIKE Czytelników oraz European Book Prize 2009 – nagrodę Unii Europejskiej za najlepszą europejską książkę roku. Razem z Wojciechem Tochmanem i Pawłem Goźlińskim założył Instytut Reportażu (www.instytutR.pl) oraz księgarnię reporterów Wrzenie Świata.
Strona internetowa autora: http://www.mariuszszczygiel.com.pl/
Źródło zdjęcia: www.wikipedia.org


Moja ocena: 4 / 6


Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 292


czwartek, 19 lipca 2012

Jacek Kaczmarski, Niech...

Jacek Kaczmarski (1957-2004)
Źródło zdjęcia: http://www.kaczmarski.art.pl/galeria/koncerty/index.php


Niech...

 


Krwią niech szafuje - kto krew ma na zbyciu,
Krzyk niech podnosi - kto zapomniał mowy.
Zniszczeń niech żąda - kto w sobie ma nicość,
Niech głową w mur bije - komu nie żal głowy.
Forsą niech szasta - kto się w forsie tarza,
Obietnicami - kto słowo ma za nic.
Klątwy niech ciska - kto nie czci ołtarza,
Niech bluźni, kto żadnych nie uznaje granic.


A ty siej. A nuż coś wyrośnie.
A ty - to, co wyrośnie - zbieraj.
A ty czcij - co żyje radośnie,
A ty szanuj to, co umiera.


Niech wstydu się lęka - kto próżnią nadęty,
Niech strachu się wstydzi - kto mężny głupotą,
Niech pytań nie stawia - kto czuje się świętym,
Wyroki niech miota - kto schlebia miernotom.
Łzami niech kłamie - kto się współczuć wstydzi,
Śmiechem niech szydzi - kto nie zaznał skruchy,
W orszak niech wierzy - kto nie wie, gdzie idzie,
Orkiestr niech słucha - kto na głos jest głuchy.


A ty siej. A nuż coś wyrośnie.
A ty - to, co wyrośnie - zbieraj.
A ty czcij - co żyje radośnie,
A ty szanuj to, co umiera.

 

Niech nienawidzi - kto nie umie sławić,
Niech łże - kto w pychy uwierzył bezkarność,
Świat niech opluwa - kogo gorycz dławi,
Życie niech trwoni - kto je ma za marność.
Niech się nie zdziwi - kto wciąż zbawców słucha,
Że będzie rabem kolejnych cezarów,
Którzy okręcą kikut jego ducha
W po stokroć sprane bandaże sztandarów.


 A ty siej. A nuż coś wyrośnie.
A ty - to, co wyrośnie - zbieraj.
A ty czcij - co żyje radośnie,
A ty szanuj to, co umiera.
I pamiętaj - że dana ci pamięć:
Nie kłam sobie - a nikt ci nie skłamie.


Jacek Kaczmarski
27.5.1995







 Źródło: www.kaczmarski.art.pl

wtorek, 17 lipca 2012

Anna Fryczkowska, Kobieta bez twarzy




Czytam niewiele książek autorstwa współczesnych polskich pisarzy, zwłaszcza pisarzy tzw. literatury popularnej. Parę razy się zraziłam, a tyle ciekawych pozycji z literatury obcej się pojawia, że trudno jest z wszystkim się zapoznać, szczególnie, gdy dysponuje się ograniczonym czasem. Jednak nazwisko Anny Fryczkowskiej kilkakrotnie wpadło mi w oko, tak więc nie zastanawiałam się długo, gdy nadarzyła się okazja do przeczytania „Kobiety bez twarzy”. :)


Główną bohaterką książki jest Hanka Cudny, która po tragicznej, nagłej i szczególnie przygnębiającej śmierci męża postanawia wyprowadzić się z Warszawy i zamieszkać z dwójką dorastających dzieci na wsi. Nie na jakiejś przypadkowo wybranej wsi, ale w Świątkowicach zapamiętanych z dzieciństwa jako miejsce wspaniałych rodzinnych wakacji. Hanka decyduje się na podjęcie pracy w miejscowej szkole jako nauczycielka języka angielskiego, zamieszkuje w wynajętym domu z dwójką swoich dzieci: trzynastoletnim Maksem i dziesięcioletnią Michaliną, czyli Miśką. Ma nadzieję na wyciszenie i uspokojenie, z dala od wielkomiejskiego zgiełku i miejsc, które przypominają jej o tragedii, którą została naznaczona jej rodzina. Szybko okazuje się, że wiejski spokój i cisza to pozory.


Świątkowice nie są wymarzonym miejscem do życia. Tuż po przyjeździe rodzina Hanki styka się z zabójstwem i zaginięciem rodziców jednego z uczniów Hanki. Miejscowa policja, w osobie dość mało lotnego mięśniaka, nie wydaje się zainteresowana podjęciem energiczniejszych działań mających na celu wyjaśnienie tych wydarzeń. Rolę detektywa-amatora usiłującego znaleźć winowajców przyjmuje na siebie Hanka. Nie spodziewała się ona jednak, że wśród mieszkańców Świątkowic znanych jej od dzieciństwa, można napotkać aż tyle zła… 

 
„Kobieta bez twarzy” została wydana w serii „Asy kryminału”, dlatego też rozpoczynając lekturę spodziewałam się ciekawej intrygi kryminalnej, wartkiej akcji, no i ciekawego bohatera prowadzącego śledztwo. Tymczasem, pierwsza część książki – mimo pojawiających zdarzeń o charakterze kryminalnym – jest właściwie studium rodziny przeżywającej traumę. Każdy z trojga jej członków przeżywa żałobę i rozpacz na własną modłę, samotnie. Hanka udaje, że żyje normalnie i słowo „depresja” nie istnieje, Maks zamyka się w sobie, niemal odmawiając kontaktów z matką i siostrą, a Miśka… , Miśka sama podejmuje wiele decyzji, o których jej matka nie ma pojęcia. Czytelnik wie o tym, gdyż narracja prowadzona jest dwutorowo. Kolejne rozdziały opowiadane są z punktu widzenia Hanki i Miśki. Informacje te pozwalają poznać pełne spektrum wydarzeń, gdyż Miśka, choć nie zwierza się matce, wie całkiem dużo o sprawach, które ją dręczą.

 
Największe wrażenie w tej książce budzi opisanie zła, które egzystuje sobie spokojnie pod przykrywką normalności, czy nawet przeciętności polskiej prowincji. W miejscu, gdzie „wszyscy się znają” nie może przecież zdarzyć się to, co się zdarzyło. Przecież nikt z mieszkańców wioski nie mógł dokonać tych potworności, a jeśli nawet, to „nikt nic nie widział”… Jakże często spotykamy się z taką postawą obojętności i braku zainteresowania niepokojącymi sygnałami. Autorka pokazała w tej książce, jak złudne jest takie poczucie spokoju i samozadowolenia. O dojrzałości danej społeczności świadczy to, czy potrafi stawić jej czoła, czy potrafi przeciwstawić się złu. Bardzo często, za często, wolimy udać, że nic złego się nie dzieje.


Mam wrażenie, że bohaterka książki traktuje informacje, które wpadają jej w ręce, i quasi śledztwo, jakie prowadzi, jako formę terapii po przeżytej traumie. Ale Hance wiele brakuje do detektywa, nawet o statusie amatora. Brakuje jej intuicji i doświadczenia. Chce odnaleźć winnych zła, którego istnienie jest dla niej niewyobrażalne, gdyż chce ochronić swoją rodzinę.


Książka jest bardzo sprawnie napisana, podzielona na krótkie rozdziały. Ciekawym zabiegiem było wprowadzenie podwójnej narracji, co udostępnia czytelnikowi większą wiedzę niż bohaterom książki. „Kobieta bez twarzy” wciąga, zaciekawia i przeraża. Jednak należy mieć na uwadze, że akcja natury kryminalnej pojawia się de facto na mniej więcej stu ostatnich stronach. Wcześniej, w moim przekonaniu, mamy właściwie do czynienia z powieścią obyczajową. Jeśli czytelnik nastawia się na klasyczny kryminał, może być nieco rozczarowany. Jeśli przyjmie konwencję, że jest to raczej powieść obyczajowa z elementami sensacji, to powinien być zadowolony z poziomu prezentowanego przez tę książkę, która wzbudza w czytelniku niepokój i strach. Strach, że w realnym życiu też mogą istnieć takie Świątkowice z jego brudnymi tajemnicami.

 
Anna Fryczkowska – z wykształcenia italianistka, scenarzystka, dziennikarka. Napisała powieści „Straszne historie o otyłości i pożądaniu” oraz „Trafioną-zatopioną”. Obecnie mieszka w Warszawie, najbardziej lubi pisać w kawiarniach. Żona i matka.

Źródło zdjęcia: www.proszynski.pl




Moja ocena: 5 / 6


Autor: Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: Asy kryminału
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 416
 

czwartek, 12 lipca 2012

Josif Brodski o Sankt Petersburgu


Josif Brodski (1940-96)
Jeden z największych poetów i eseistów XX w.
W 1972 r. pozbawiony obywatelstwa i wydalony ze Związku Radzieckiego.
Laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1987.

Josif Brodski, "Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście"
Tłumaczenie: Paweł Hertz
Zeszyty Literackie, Warszawa 2003

"Oto więc miasto, liczące sobie dwieście siedemdziesiąt sześć lat, istnieje pod dwiema nazwami - otrzymanej przy "narodzinach" i potem, jako "przezwisko" - jego mieszkańcy natomiast wolą nie używać ani jednej, ani drugiej. W dokumentach i adresach pocztowych piszą oczywiście Leningrad, ale w rozmowie potocznej mówią po prostu Piter. Bynajmniej nie chodzi tu o politykę, ale o to, że i Leningrad, i Petersburg są raczej trudne do wymówienia, a poza tym ludzie zawsze chętnie nadają przezwiska zamieszkiwanym przez siebie miejscowościom, co w istocie stanowi coś w rodzaju kolejnego etapu przywykania do swojej siedziby. (...) Przede wszystkim jednak miasto nosiło tę nazwę od dwustu lat. W dodatku tchnienie Piotra Wielkiego wciąż jeszcze bardziej daje się tu odczuć niż zapaszek epok późniejszych. A w dodatku ponieważ prawdziwe rosyjskie imię cesarza brzmi: Piotr, Piter dźwięczy jakoś z cudzoziemska, co właśnie odpowiada czemuś zdecydowanie cudzoziemskiemu, obcemu w atmosferze miasta: gmachom o wyglądzie europejskim, a może i jego położeniu w delcie północnej rzeki, płynącej ku pełnemu, wrogiemu morzu. Inaczej mówiąc, u wyjścia z tak bardzo zwykłego świata." (strony 6-7)

Pomnik Piotra I w Sankt Petersburgu (Spiżowy Jeździec, 1782)
Źródło zdjęcia:
http://pl.tripadvisor.com/Attraction_Review-g298507-d301995-Reviews-Bronze_Horseman_Monument_to_Peter_the_Great-St_Petersburg_Northwestern_District.html

"Kiedy tak się zdarza, że wizjoner jest w dodatku cesarzem, wówczas działa bez wszelkiej litości. Określenie metod, których używał Piotr, jako "przymusowe", byłoby zbyt delikatne. Opodatkował wszystko i wszystkich, chcąc zmusić swoich poddanych do podbijania nowych obszarów. Przy Piotrze poddani korony rosyjskiej mieli dość ograniczone możliwości: pobór do wojska albo odprawa na budowę Sankt-Petersburga, przy czym trudno orzez, co bardziej groziło śmiercią. Dziesiątki tysięcy poginęły bezimiennie w błotach newskiej delty, której wyspy zyskały sobie sławę nie lepszą niż współczesny Gułag. Z tą tylko różnicą, że w wieku osiemnastym wiedziałeś, że budujesz, i miałeś szansę, że otrzymasz ostatnie namaszczenie i drewniany krzyż na mogile. (...)

To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię i za każdym razem, kiedy zdarza się tu żywiołowe lub zawczasu obmyślone nieszczęście, można dostrzec w tłumie jakąś "zagłodzoną", pozbawioną wieku twarz z zapadniętymi poblakłymi oczyma, i usłyszeć szept: "Przecie wiadomo, że to miejsce przeklęte!" Wzdrygamy się, ale po chwili, kiedy jeszcze raz chcielibyśmy spojrzeć na mówiącego, nie ma po nim nawet śladu." (strony 8-10)



Źródło zdjęcia: http://www.national-geographic.pl/traveler/artykuly/pokaz/sankt-petersburg-piotrogrod-leningrad-miasto-trojga-imion/
"W ostatecznym rozrachunku miasto zawdzięcza swój szybki rozwój i świetność powszechnej tam obecności wody. Dwadzieścia kilometrów biegu Newy w obrębie miasta, dzielącej się w samym jego środku na dwadzieścia pięć wielkich i małych odnóg, stwarza mu takie wodne lustro, że narcyzm staje się czymś nieuniknionym. Odbijając się co sekundę w tysiącach metrów kwadratowych płynnego srebrnego amalgamatu, miasto jak gdyby dosłownie jest stale fotografowane przez rzekę, a tak zdjęty metraż wpada do Zatoki Fińskiej, która w słoneczny dzień wygląda jak zbiornica tych oślepiających fotografii. Nic dziwnego, że niekiedy miasto sprawia wrażenie skrajnego egoisty, zajętego wyłącznie swoją własną powierzchownością. Z pewnością w takich miejscach bardziej zwraca się uwagę na fasady niż na wygląd sobie podobnych. Niewyczerpane, przyprawiające o zawrót głowy mnóstwo odbić tych pilastrów, kolumnad i portyków wskazuje naturę tego kamiennego narcyzmu, nasuwa myśl, że, przynajmniej w świecie nieożywionym, można traktować wodę jak skondensowany Czas.

Ale chyba lepiej niż w rzekach i kanałach, owo, jak powiada Dostojewski "najbardziej wymyślone miasto na swiecie" odbija się w literaturze rosyjskiej. Woda może świadczyć jedynie o tym, co widać z wierzchu, może to wszystko, i tylko to, ukazywać. Ukazywanie fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny, niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Literatura rosyjska w istocie urodziła się nad brzegami Newy." (strony 12-13)


"Wszyscy ci pisarze, którzy pochodzili z arystokracji, szlachty lub duchowieństwa, należeli, jeśli użyć klasyfikacji ekonomicznej, do klasy średniej, która, gdziekolwiek by to było, jest niemal wyłącznym twórcą literatury. Nie licząc dwóch, trzech wyjątków, wszyscy oni żyli z pisania, czyli na tyle ubogo, aby bez komentarzy i zdumienia rozumieć zarówno potrzeby biedniejszych, jak przepych otaczający członków warstwy wyższej. Ci mniej skupiali na sobie ich uwagę choćby dlatego, że prawdopodobieństwo przyłączenia się do nich było o wiele mniejsze. To sprawiło, że mamy niezwykle dokładny, niemal stereoskopowy obraz wnętrzności realnego Sankt Petersburga, ponieważ to właśnie wegetacja stanowi podstawę rzeczywistości; mały człowieczek zawsze jest uniwersalny. W dodatku im piękniejsze jest to, co go bezpośrednio otacza, tym wyraziściej uwidocznia się jego kontrast z owym otoczeniem. Nic więc dziwnego, że ci wszyscy dymisjonowani oficerowie, ubogie wdowy, ograbieni urzędnicy państwowi, głodni dziennikarze, poniżeni kanceliści, suchotniczy studenci i tak dalej, oglądani na tle nienagannie klasycznych, nierzeczywistych portyków, natrętnie prześladowali wyobraźnię pisarzy i zapełniali pierwsze rozdziały rosyjskiej prozy." (strony 14-15)

Źródło zdjęcia: http://wirednewyork.com/forum/showthread.php?t=3723
"Biała noc to noc, kiedy słońce zachodzi ledwo na dwie godziny - zjawisko arcyznane pod szerokościami Północy. To najczarowniejszy okres w mieście: można pisać i czytać bez lampy o drugiej w nocy; ogromne zwały gmachów pozbawionych cienia, z obrębionymi złotem dachami, wyglądają jak kruchy porcelanowy serwis. Wokół taka cisza, że można by dosłyszeć brzęk łyżki upadającej w Finlandii. Przejrzysty, różowy odcień nieba jest tak jasny, że prawie nie może się odbić w błękitnej akwareli rzeki. I mosty, rozdzielone jak wyspy delty, rozplotły ręce i z wolna ruszyły z prądem ku Bałtykowi. W takie noce trudno zasnąć, bo jest zbyt jasno, bo żaden sen nie równa się z tą jawą. Kiedy człowiek, jak woda, nie rzuca cienia." (s. 27)

wtorek, 10 lipca 2012

Kazuo Ishiguro, Pejzaż w kolorze sepii




Trudno było mi się zebrać do napisania tej notki, bo też i książka, o której chcę Wam dziś opowiedzieć jest dość niezwykła i nie wątpię, że może budzić ona sprzeczne odczucia.

Główną bohaterką „Pejzażu w kolorze sepii” jest Etsuko, Japonka w średnim wieku mieszkająca samotnie w domu w Anglii. Rozpamiętuje ona samobójczą śmierć swojej starszej córki Keiko i zmaga się z poczuciem winy za tę tragedię. Odwiedza ją młodsza córka, Niki, pochodząca z drugiego małżeństwa Etsuko z Anglikiem. Bohaterka prowadzi rozmowy z córką, a jednocześnie przywołuje wspomnienia. Nie dotyczą one jednak całego jej życia, lecz przede wszystkim krótkiego okresu tuż po wojnie, gdy jako młoda mężatka mieszkała z pierwszym mężem, Jiro, w Nagasaki. Oczekiwała wtedy pierwszego dziecka. W tych dniach nawiązała też bliską, acz krótkotrwałą znajomość z tajemniczą kobietą o imieniu Sachiko i jej kilkuletnią córką Mariko. 
 
Sachiko pochodziła z bogatej rodziny, ale po wojnie zmuszona była zarabiać na utrzymanie swoje i córki. Mieszka samotnie z Mariko w domku w bliskim sąsiedztwie Etsuko, która powoli poznaje pewne fakty z życia Sachiko. Kobieta chce się wyrwać z Japonii za wszelką cenę nawet wbrew woli i chęci swojej córki. Niektóre spotkania, rozmowy z nią stają Etsuko przed oczami po kilkudziesięciu latach i nie może się od nich uwolnić. Nie są to jednak wspomnienia ciągłe, to raczej zbiór impresji, obrazków… Można się tylko domyślać, że po latach Etsuko zauważa pewne podobieństwo w relacjach na linii matka - córka między sobą w stosunku do Keiko a Sachiko w stosunku do Mariko, co mogło być może przyczynić się do tragicznej śmierci jej córki... Autor sygnalizuje wiele, lecz niewiele wyjaśnia.

W tym samym czasie z gościną w domu Etsuko przebywał jej teść, pan Ogawa. Jiro, jej mąż, pod pozorem zdawkowej uprzejmości, nie liczył się ze zdaniem ojca, a swojej żonie głównie wydawał polecenia określające jej podrzędną rolę w małżeństwie. Z panem Ogawa Etsuko miała dużo cieplejsze relacje niż z mężem, ich rozmowy są pełne ciepła i wzajemnego zrozumienia. Pan Ogawa jest zresztą osobą, która widzi symptomy powojennego upadku tradycyjnych wartości w japońskim społeczeństwie i usiłuje podczas tej wizyty u syna rozwikłać jedną dręczącą go sprawę...

Niezwykła jest ta książka. Pełna niedopowiedzeń i luk. Sprawia wrażenie jakiegoś niedokończonego szkicu, zapowiedzi większej całości, ale jestem pewna, że to był przemyślany zabieg pisarza. "Pejzaż w kolorze sepii" napisany jest w pięknym, delikatnym i jakby hipnotyzującym stylu. Czyta się ją jak zapis snu, w którym natrętnie przewijają się pewne obrazy. Postacie głównych bohaterów są zaledwie naszkicowane, co daje pole do rozmaitych interpretacji ich zachowań. Każdy z czytelników tej książki może przyjąć kompletnie odmienne wyjaśnienie, dlaczego akurat te impresje, urywki, rozmowy autor zaprezentował czytelnikom. Konstrukcja jego książki przypomina delikatną pajęczynę utkaną z wrażeń, sugestii, pytań, niejednoznaczności i niepewności, co się kryje za opisanymi wydarzeniami i rozmowami. Kryć się może wiele albo nic. Każdy człowiek ma swoją historię. Wydarzenia z przeszłości kształtujące indywidualne losy człowieka po latach mogą sprawiać zupełnie inne wrażenie niż w momencie, gdy się rozgrywały. Czy nie zdarza się nam, że powraca do nas uporczywie jedna chwila, jeden moment naszego życia wydawałoby się, że nieważny i niezwiązany z naszą obecną sytuacją, a teraz dopiero dociera do nas, jaki to był ważny i brzemienny moment dla naszej indywidualnej historii, dla naszego życia?

Dociekliwy czytelnik ma duże pole do popisu podczas lektury tej książki. Po jej przeczytaniu pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi, więcej przypuszczeń niż realnych wydarzeń... Dopiero na koniec pisarz dostarcza wskazówkę, która podważa nasze rozumienie przeczytanego tekstu i spina jednocześnie całą książkę...

Różnie można tę książkę odebrać, różnie interpretować. Nie wątpię, że wielu czytelnikom może się ona nie podobać, wielu może się poczuć znużonych niejednoznacznością tekstu i brakiem akcji. Ale Ishiguro chciał, jak sądzę, podjąć wyrafinowaną grę z czytelnikiem, doprowadzić do tego, aby ta książka stała się przedmiotem dyskusji i zastanowienia. Wrażenie dwuznaczności i ulotności pozostaje w nas na długo i nie daje nam spokoju. Nie sądzę, aby było jedno właściwe wyjaśnienie pytań i niejasności, które są w niej zawarte. Każdy może stworzyć własną wersję wydarzeń i zastanowić się nad meandrami, jakimi podążają wspomnienia z przeszłości odtwarzane po latach...


Kazuo Ishiguro (ur. 1954) – pisarz brytyjski japońskiego pochodzenia. Gdy miał 6 lat jego rodzina przeniosła się z Nagasaki do Wielkiej Brytanii. Debiutował w 1982 r. wydając "Pejzaż w kolorze sepii". Do jego najsłynniejszych powieści należą: "Malarz świata ułudy" (wyd. 1986) i "Okruchy dnia" (wyd. 1989).

Źródło zdjęcia: www wikipedia.org






Moja ocena: 5 / 6


Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł oryginalny: A Pale View of Hills
Wydawnictwo: Albatros
Tłumacz: Krzysztof Filip Rudolf
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 256


piątek, 6 lipca 2012

Jens Hovsgaard, Siódmy dzień




Naczytałam się sporo kryminałów szwedzkich i norweskich, a tym razem postanowiłam się zapoznać z duńskim przedstawicielem gatunku. Mój wybór padł na „Siódmy dzień” Jensa Hovsgaarda.


Książka rozpoczyna się, gdy znalezione zostają zwłoki jednego z charyzmatycznych kaznodziei wolnego kościoła Słowo Ewangelii. Chociaż policja uznaje tę śmierć za samobójstwo, reporter John Hilling, który przypadkowo znalazł się na miejscu zdarzenia, postanawia przyjrzeć się tej sprawie bliżej. Spotyka się ze współpracownikami zmarłego, jego żoną, która zresztą nie wykazuje oznak żałoby i zaczyna w nim kiełkować podejrzenie, że sprawa ma jednak inne wyjaśnienie niż rozwiązanie zaproponowane przez policję. Niedługo potem na terenie całego kraju zaczynają znikać dzieci. Wkrótce tropy łączą się w zarys zbrodniczej intrygi, w której krzyżuje się wiele brudnych interesów.


Niestety, lektura tego kryminału nie sprawiła mi przyjemności. Daleko mu do najlepszych kryminałów skandynawskich. Ba! Nie przypominał on nawet tych dobrych. Jest to w mojej opinii bardzo przeciętna książka, którego autor poszedł – mówiąc kolokwialnie - na łatwiznę rzucając czytelnikom parę nośnych tematów i niewiele więcej. Wydawałoby się, że Jens Hovsgaard, uznany dziennikarz śledczy wyspecjalizowany w tematyce handlu kobietami, napisze książkę, która przedstawi w miarę dopracowaną analizę problemu i na tym tle rozegra intrygę kryminalną. Tymczasem konstrukcja kryminału przypomina klasyczny „groch z kapustą”. Czego tam nie ma? Tajemnicza sekta religijna, handel kobietami, pornografia, porwania dzieci i jeszcze parę innych wątków. Autor porusza mnóstwo zagadnień, wydaje się, że chciał pokazać splot rozmaitych problemów społeczno – kryminalnych, które gnębią dzisiejszą Danię, ale ten obraz jest zbyt niespójny, aby można go było uznać za interesujące tło obyczajowe. W trakcie lektury miałam wrażenie „ślizgania się po powierzchni”. Żadne z zagadnień poruszonych w tej książce nie zostało porządnie zdiagnozowane, a epatowanie czytelnika powierzchownymi hasłami nie jest na tyle interesujące, żeby można było czerpać przyjemność z lektury. Szwankowała również intryga kryminalna. Ciągle pojawiały się nowe tropy i wątki, gdy wcześniejsze były po prostu zostawiane samym sobie, wracając poniewczasie jak bumerang.


Główny bohater, John Hilling, (zbieżność inicjałów z autorem książki raczej nie jest przypadkowa) także mnie nie przekonał do siebie. Jest to dziennikarz śledczy ze starej szkoły, która ceni sobie pracę merytoryczną, materiały solidnie udokumentowane, a jednak pracuje w tabloidzie. Jego szef zmienia zdanie odnośnie formuły gazety jak chorągiewka, w rytm kolejnych rozmów z prezesem reprezentującym „nowoczesne” podejście do roli współczesnej gazety. Hilling ma dodatkowo dość skomplikowaną sytuację rodzinną. Jego pierwsza żona zaginęła, on sam przeżył dość traumatyczne chwile kilka lat wcześniej (opisane w pierwszej chronologicznie książce pt. „Martwe księżniczki nie śnią”), jego obecna partnerka jest w ciąży. Na skutek swego zaangażowania w sprawę i częstych wyjazdów „w teren” Hilling naraża się na pretensje zazdrosnej partnerki / żony (notabene policjantki), tak więc oprócz zaangażowania w śledztwo dziennikarskie, udziału w rozgrywkach redakcyjnych, przeżywa również zawirowania w życiu prywatnym.


Należy oddać szacunek autorowi, że podjął się przedstawienia trudnych tematów pokazujących problemy społeczne, ale – jak już wspomniałam wyżej – forma nie jest zbyt zachęcająca, co wpłynęło znacząco na moją ocenę tego kryminału. Uważam, że finał książki jest wręcz groteskowy z nadmiernym, wręcz sztucznym spiętrzeniem zbiegów okoliczności mającym na celu wyjaśnienie wszystkich pojawiających się wątków.


Podsumowując, rozczarowałam się okrutnie oczekując solidnej i przemyślanej intrygi kryminalnej, ale nie skreślam jeszcze duńskich kryminałów en bloc. :) Jest jeszcze chwalony Jussi Adler Olsen, więc podejmując następną próbę kontaktu z duńskim kryminałem chyba sięgnę właśnie po jego książki, żeby nie było przykrej niespodzianki. :)



Jens Hovsgaard (ur. 1956) jest dziennikarzem śledczym i redaktorem gazety dla bezdomnych. Pracował dla Nordisk Film, Kanal2 i TvDanmark, gdzie przez 8 lat pełnił funkcję redaktora naczelnego Wiadomości. Nakręcił szereg programów dokumentalnych dla wielu europejskich stacji. Za cykl artykułów o handlu kobietami był nominowany do nagrody Cavlinga w 2006 r. W 2007 r. wydał książkę reportażową „Sprzedane na seks” dobrze przyjętą przez krytyków.






Moja ocena: 2 / 6


Autor: Jens Hovsgaard
Tytuł oryginalny: Den Syvende Dag
Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria: Czarna seria
Tłumacz: Franciszek Jaszuński
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 336



środa, 4 lipca 2012

Tiziano Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem



„Podróżowanie było dla mnie zawsze sposobem życia i teraz potraktowałem chorobę jako kolejną podróż: niedobrowolną, nieprzewidzianą, bez map, do której w żaden sposób się nie przygotowałem, ale która ze wszystkich dotychczasowych wymagała największego zaangażowania i dostarczała najbardziej intensywnych przeżyć.” (s. 16)

Czasem coś nas ciągnie do książki, o której nic nie wiemy, a nazwisko autora niewiele nam mówi. Tak też było w moim przypadku z książką Tiziano Terzaniego. Gdy zobaczyłam na okładce fotografię wąsatego mężczyzny w bieli o pogodnym spojrzeniu, coś sprawiło, że musiałam sięgnąć po tę właśnie książkę. Tym razem złamię nieco konwencję swoich wpisów, gdyż nie można omówić tej książki bez choćby podstawowej wiedzy o jej autorze. Dlatego też rozpoczynam od jego biogramu.

Tiziano Terzani (ur. 1938 – zm. 2004) był włoskim reporterem, dziennikarzem, wieloletnim wysłannikiem Der Spiegel w Azji, którą ukochał i rozumiał jak mało kto. Pochodził z biednej rodziny. Dzięki swojej determinacji ukończył prawo i sinologię. Od 1972 r. pracował jako korespondent „Der Spiegel” w Azji. W 1973 r. obserwował upadek Sajgonu. W 1980 r. Terzani był jednym z pierwszych zachodnich dziennikarzy przebywających w stolicy komunistycznych Chin za rządów Deng Xiaopinga. Badał on Chiny odmiennie niż czynili to ludzie Zachodu. Przybrał chińskie imię i starał się żyć i myśleć jak Chińczycy. Ściągnął również swoją rodzinę i próbował dopasować się do tamtejszych realiów. W swoich tekstach krytykował jednak wiele aspektów życia w ChRL. W 1984 r. reporter został aresztowany i oskarżony o działalność antykomunistyczną. Poddano go reedukacji i nakazano opuścić Chiny na wiele lat.
W latach 70-tych chiński wróżbita z Hongkongu przepowiedział Terzianiemu, że w 1993 r. zginie w katastrofie lotniczej. Dlatego też postanowił on przez cały rok 1993 przemieszczać się tylko ziemnymi i wodnymi środkami transportu, dzięki czemu miał okazję poznać inne oblicze państw azjatyckich. Swoją roczną podróż opisał w książce „Powiedział mi wróżbita” (1998, wyd. pol. 2008)

W 1997 r. Tiziano Terzani dowiedział się, że jest ciężko chory na raka. W „Nic nie zdarza się przypadkiem” podróżnik opisał swoje refleksje nad życiem i jego jakością w dzisiejszych czasach. Książka jest zapisem podróży Terzaniego po tym gdy odkryto u niego raka i musiał się on poddać intensywnemu leczeniu. Dotyczy nie tylko podróży w sensie fizycznym, chociaż przemierzył on w tym czasie kawał świata w poszukiwaniu lekarstwa, które go uleczy, ale przede wszystkim podróży duchowej, w głąb siebie, refleksji nad życiem, jego jakością, refleksji nad współczesnym światem. Choroba, która go dotknęła była zapalnikiem, który spowodował przewartościowanie jego spojrzenia na dzisiejszy świat.

„Przezwyciężenie strachu przed śmiercią jest dla człowieka wielkim krokiem ku wolności. Pomaga mu lepiej żyć (…). Dziwna rzecz, że współczesny człowiek studiuje, uczy się, wprawia w różnych rzeczach, ale nie dowiaduje się nic na temat umierania. A wręcz unika na wszelkie sposoby rozmowy o tym (uznawane jest to za niestosowne, jak kiedyś rozmowy o seksie). Unika też myślenia o śmierci i kiedy ten przewidywalny, najzupełniej naturalny moment nadchodzi, jest nieprzygotowany, straszliwie cierpi, czepia się życia, a czyniąc tak, cierpi jeszcze bardziej.” (s. 360)

Terzani zdecydował się na specjalistyczną kurację w jednej z nowoczesnych klinik w Nowym Jorku. Okres, który spędził w tym mieście, poddany intensywnym zabiegom wyniszczającym organizm, był dla niego okazją do obserwacji dzisiejszej Ameryki, do zastanowienia się nad kondycją dzisiejszego świata. Nie są to konstatacje optymistyczne, zwłaszcza dla tzw. cywilizacji zachodniej. Te obserwacje i refleksje są pełne życiowej mądrości i wzywają do opamiętania. Przyznam, że rzadko zdarza mi się odnaleźć w książce tyle przemyśleń, które trafiły do mojego serca i umysłu. Uwagi reportera dotyczące Ameryki i Amerykanów są szczególnie ostre i niepokojące.

„Być może żyjąc w samotności, traci się poczucie miary. Ale w zamian, milcząc, stajemy się bardziej wrażliwi na odbiór. Zdarzało mi się więc podczas spacerów wychwytywać fragmenty dyskusji, jakieś wypowiedziane kwestie, które jeszcze długo potem brzmiały mi w uszach. Odnosiłem wrażenie, że ludzie mówią przede wszystkim o pieniądzach, problemach, konfliktach.” (s. 71)

Pod wpływem choroby Terzani zaczął się również zastanawiać nad sensem medycyny zachodniej, zwanej też alopatyczną. Spostrzegł, że działa ona niezwykle wyrywkowo, że lekarze praktycznie nie „tracą” już czasu na rozmowę z pacjentem, gdyż ich źródłem informacji o chorobie są wysokospecjalistyczne urządzenia, dzięki którym lekarz praktycznie nie mając kontaktu z pacjentem może zaordynować stosowne leczenie. Nikt się nie zastanawia nad stanem psychicznym i nastawieniem tegoż pacjenta. Takie mechaniczne podejście, mimo niewątpliwych osiągnięć w zwalczaniu objawów chorobowych, nie ma żadnego wymiaru duchowego, pozostawia de facto chorego człowieka samemu sobie.

Dysponując kilkumiesięczną przerwą w kuracji, Terzani postanowił poszukać lekarstwa na swoją chorobę w krajach azjatyckich. Odwiedził wielu znachorów, poddał się wielu terapiom, ale po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że nie odnajdzie leku, którego szukał. Prezentując racjonalny punkt widzenia, krytykując wiele z tych terapii wyrażał jednocześnie szacunek do rozmaitych form leczenia tradycyjnego, z którymi się zetknął. Szczególnie doceniał fakt, że medycyna zwana holistyczną skoncentrowana jest na człowieku jako odrębnym bycie, a nie na chorych organach, które trzeba „naprawić” bez oglądania się na stan psychiczny pacjenta. Tak naprawdę, podróżując po Azji szukał wskazówek, jak żyć w dzisiejszym świecie. Nie odnalazł remedium na swoją chorobę, ale zbliżył się do odkrycia, jak prowadzić życie w zgodzie ze sobą i z naturą. Podczas kilkumiesięcznego pobytu w aśramie spojrzał na swoje życie z innej perspektywy, co pomogło mu w zaakceptowaniu swojej choroby, a na koniec odnalazł ukojenie w pustelni w Himalajach, gdzie usiłował dojść do ładu w swoim życiu.

Tak jak już wspomniałam, lektura tej książki była dla mnie odkryciem. Wiele słów, zdań Tiziano Terzaniego musiałam zapisać, z częścią z nich się z Wami dzielę, ale najlepiej sięgnąć po tę błyskotliwą książkę. Skłania ona do zastanowienia się nad swoim życiem, pozwala przeprowadzić refleksję, czy naprawdę żyjemy tak, jak chcemy? Nie jest to oczywiście poradnik z gotowymi receptami na życie, ale coś znacznie więcej. Terzani pokazuje, że rozwiązanie wielu życiowych dylematów jest w nas, w naszym nastawieniu do otaczającego świata, do innych ludzi, do siebie… 

Chociaż była to dla mnie ważna lektura, uważam, że zawarta w książce lista odwiedzanych znachorów i mędrców jest chyba zbyt długa. Kilku z nich po prostu zlało mi się w jedna masę. Bez szkody dla odbiorców książki mogłaby być ona nieco krótsza, co na pewno nie osłabiłoby jej wymowy. Zastanawia też fakt, że autor poddając się rozmaitym terapiom i zlecając przepisanie leków, nie stosował ich, wyczuwając, że niewiele mu pomogą. Sprzeczność? Chyba tak. Może też zastanawiać fakt, że reporter mimo tak krytycznego stosunku do medycyny zachodniej, w sytuacji krańcowej jednak zdecydował się skorzystać z jej osiągnięć, a nie z dobrodziejstw medycyny Wschodu. Początkowo mnie to raziło, ale w ostatecznym rachunku uznaję racje Terzaniego, który tłumaczy w książce powody swojego wyboru.

Ta książka jest swoistym epitafium Terzaniego. Pokazuje on nam, czytelnikom, że nawet w najtrudniejszej sytuacji zawsze można się czymś zachwycić, coś odkryć, co zmieni nasze samopoczucie i świat na lepsze. Że zawsze należy żyć świadomie. To piękna lekcja życia. Gorąco polecam, naprawdę warto.

Na koniec przytaczam mądrą przypowieść hinduską przytoczoną przez autora książki oraz kilka cytatów, które skłaniają do zastanowienia.

„A kto nie zważa na każdą chwilę swojego życia, ryzykuje, że skończy jak człowiek z historyjki, którą opowiedział [Swami – hinduski nauczyciel Tiziano] z cudowną mimiką.

Pewien człowiek wie, że na świecie istnieje kamień zdolny przemienić przez samo dotknięcie żelazo w złoto. Postanawia go odnaleźć. Przepasuje się w pasie łańcuchem i wyrusza w drogę. Podnosi każdy napotkany kamień i uderza nim w łańcuch. Żelazo pozostaje żelazem, a on wyrzuca kamień. Podnosi następny, uderza i wyrzuca. I tak przez kolejne tygodnie, miesiące – coraz mniej uważnie. Aż któregoś dnia zatrzymuje go jakieś dziecko.

- Ej stary, gdzie znalazłeś ten piękny złoty łańcuch?

Mężczyzna patrzy na łańcuch. Naprawdę stał się złoty! Ale który z tysięcy podniesionych i odrzuconych kamieni okazał się tym właściwym?” (s. 385)


„Umysł należy do najbardziej wyszukanych narzędzi, jakimi dysponujemy, ale nie bierzemy tego pod uwagę. Przyjmując postawę typową dla naszych „nowoczesnych” czasów, powierzamy działaniu chemii to, co tymczasem – przynajmniej częściowo – moglibyśmy poruczyć umysłowi. Chemia w coraz większym stopniu staje się środkiem na całe zło. Jesteśmy w depresji, zmęczeni, bezpłodni, chudzi, grubi? Zawsze istnieje jakaś wymyślona pigułka, która właśnie pojawiła się w sprzedaży, żeby rozwiązać nasz problem. Dziecko jest nadpobudliwe? Po co szukać przyczyny? Prozac go uspokoi, niezależnie od tego, czy u źródeł zdenerwowania są rozwiedzeni rodzice, którzy traktują go jak paczkę pocztową, wciąż odsyłaną do nadawcy, czy też szkoła próbuje uczynić z niego kogoś, kim nie jest. „ (s. 127)

„W pewnym stopniu również my, na Zachodzie, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak w naszym sposobie traktowania przyrody. Czasami mamy wręcz wrażenie, że nasza chełpliwa cywilizacja, oparta na rozumie, nauce i panowaniu nad tym, co nas otacza, zaprowadziła nas w ślepy zaułek. Jednak koniec końców wciąż myślimy, że ten sam rozum i nauka pomogą nam się z niego wydostać. Wciąż więc niewzruszenie trzebimy lasy, zanieczyszczamy rzeki, osuszamy jeziora, ogałacamy oceany, hodujemy i uśmiercamy wszelkie gatunki zwierząt, bo to – jak przekonują uczeni ekonomiści tworzy dobrobyt. Łudząc się, że większy dobrobyt oznacza większe szczęście, angażujemy cała naszą energię w konsumowanie, tak jakby życie było niekończącym się, rzymskim bankietem, na którym się je i wymiotuje, żeby znów móc jeść.” (s. 199)

„Każdy postrzega siebie jako jednostkę; każdy czuje się silny swoim umysłem, swoimi zdolnościami, a przede wszystkim swoją wolnością. Ale właśnie to przekonanie o wolności i oderwanie od reszty świata powoduje wielkie poczucie osamotnienia i smutku. Przyjmujemy za pewnik tylko ten mały wycinek, który mamy wokół siebie, i przy tym ograniczonym punkcie widzenia nie jesteśmy w stanie poczuć wielkości całej reszty, choć przecież stanowimy jej część.” (s. 199)

„Wydaje się, że coraz szybsza jazda stała się naszym sposobem bycia. Wszystko jest właściwie biegiem. Żyjemy, nie zważając na samo życie. Śpimy, nie zwracając uwagi na to, co się nam śni. Patrzymy tylko na budzik. Interesuje nas wyłącznie mijający czas, posuwamy się do przodu, odkładając na potem to, czego naprawdę byśmy pragnęli. Nasza uwaga koncentruje się na „potem”, nie na „teraz”. Szczególnie w miastach życie przemija bez chwili refleksji, bez chwili spokoju, która zrównoważyłaby ten ciągły bieg. Nikt nie ma już na nic czasu. Nawet na to, żeby się zdziwić, przerazić, wzruszyć, zakochać, pobyć z samym sobą. Są tysiące wymówek, żeby się nie zatrzymać i nie zastanowić nad tym, czy ten bieg czyni nas szczęśliwszymi, a jeśli ich nie ma, jesteśmy świetni w ich wymyślaniu.” (ss. 203 – 204)

„Nie należy nigdy wracać do własnej przeszłości ani – jak mawiają mądrzy Hindusi – próbować powtórzyć dzisiaj ową chwilę radości, którą mieliśmy już szczęście przeżyć wczoraj.” (s. 287)


„Współczesny człowiek coraz mniej myśli o tym świecie. Nie ma na to czasu, a często i okazji. Życie, szczególnie w miastach, nie pozwala nam już myśleć globalnie, ponieważ wciąż uganiamy się za jakimiś szczegółami, drobiazgami, przez co gubimy sens całości. Zorientowałem się w końcu, że dotyczy to też mojego zawodu. Miałem opowiadać o wojnach, ale nie zastanawiać się, dlaczego – przy całym postępie, którym człowiek się chlubi – wciąż stanowią tak ważną część jego egzystencji. Dlaczego w miarę rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego kraje coraz więcej inwestują w badanie nowych, doskonalszych i bardziej śmiercionośnych broni? (…)

Nikt nie udziela już liczących się odpowiedzi, ponieważ nikt nie zadaje właściwych pytań. A już najmniej nauka, która na Zachodzie podporządkowana została wielkim interesom ekonomicznym i postawiona na ołtarzu w miejsce religii. W ten sposób sama stała się „opium dla mas”, z tym swoim fałszywym przekonaniem, że prędzej czy później zdoła rozwiązać wszystkie problemy. Nauka potrafi już klonować życie, ale nie jest w stanie powiedzieć, czym ono jest. Medycyna zdołała odsunąć śmierć, ale nie umie nam powiedzieć, co się dzieje po śmierci. A czy może naprawdę wiemy, co pozwala naszym oczom widzieć, a naszemu umysłowi myśleć?” (ss. 434 – 435)


„Codzienne życie pełne jest małych światełek, które nie pozwalają nam dostrzec wielkiego światła. Zasięg naszego umysłu skurczył się do niewiarygodnych rozmiarów – tak samo jak nasza wolność. Najczęściej kierujemy się reakcjami. Reagujemy zgodnie z ustalonymi modelami kulturowymi i społecznymi. I coraz częściej reagujemy automatycznie. Nie mamy już czasu, aby postępować inaczej.” (s. 436)

„Rodzimy się, żyjemy i umieramy, i żadna ceremonia, żaden rytuał nie wyznacza już etapów naszego przebywania na świecie. Narodziny dziecka nie skłaniają do żadnego refleksyjnego zachowania, poza zgłoszeniem do urzędu stanu cywilnego. Młode pary żyją w większości w związkach partnerskich, nie biorą ślubu, a jedynym rytuałem, w jakim uczestniczą jest przeprowadzka. Nie zaznaczają tego początku nowego życia nawet przez zmianę koszuli. A przy braku ceremonii inicjacyjnej brakuje też uświadomienia sobie przejścia do kolejnego etapu; przy braku symbolicznego kontaktu ze świętością brakuje zaangażowania. Często związek, który się w ten sposób rodzi, łączy tylko seks i rachunek telefoniczny. Sama śmierć przeżywana jest już bez świadomości i rytualnego pocieszenia.” (s. 460)


„To cudowne, cisza! A przecież my, współcześni, unikamy ciszy, niemal się jej boimy, może dlatego, że identyfikujemy ją ze śmiercią. Utraciliśmy nawyk pozostawiania w ciszy, w samotności. Jeśli mamy jakiś problem, czujemy, że ogarnia nas strach, wolimy pobiec i oszołomić się jakimś hałasem, wmieszać się w tłum, zamiast odsunąć się na bok i zastanowić w ciszy. To błąd, cisza jest bowiem pierwotnym doświadczeniem człowieka. Bez ciszy nie ma słowa. Nie ma muzyki. Bez ciszy nie można słyszeć. Tylko w ciszy można osiągnąć zgodność z samym sobą, odnaleźć związek między naszym ciałem i wszystkim tym, co jest w środku.” (s. 660)


Moja ocena: 5 / 6

Autor: Tiziano Terzani
Tytuł oryginalny: Un altro giro di giostra
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Anna Osmólska – Mętrak
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 718



niedziela, 1 lipca 2012

Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza



Proza Murakamiego zachwyciła mnie już przy pierwszym z nią kontakcie. Zachęcona udaną lekturą „1Q84” t.1, postanowiłam sięgnąć po inne książki, które wyszły spod pióra tego pisarza. Mój wybór padł na „Kronikę ptaka nakręcacza”, która często jest określana jako największe osiągnięcie japońskiego autora.


Streszczenie tej książki jest zadaniem niemożliwym. Spróbuję przedstawić zarys fabuły, ale bez wielkiej wiary w swoje powodzenie, gdyż tak „pokręconej” – przepraszam za kolokwializm - książki chyba jeszcze nigdy nie czytałam. Ograniczam się więc do faktów najbardziej podstawowych. Głównym bohaterem książki jest Toru Okada, trzydziestoletni tokijczyk, bezrobotny, do niedawna zatrudniony na podrzędnym stanowisku w kancelarii prawnej. Jest on od kilku lat żonaty z Kumiko, dziewczyną „z dobrego domu”. Para żyje razem w domku wynajmowanym od wuja Toru nie utrzymując praktycznie żadnych kontaktów z rodziną i nie mając kręgu najbliższych znajomych. Brat Kumiko, Noboru Wataya, był przeciwny jej małżeństwu i nie utrzymuje z siostrą i szwagrem żadnych kontaktów. Toru i Kumiko również nie żywią doń zbyt ciepłych uczuć i w ich dowód nadają swojemu kotu imię i nazwisko brata. Akcja książki rozpoczyna się w momencie, gdy tenże kot przepada jak kamień w wodę, Kumiko zaczyna coraz później wracać do domu z pracy, a wokół Toru zaczynają pojawiać się coraz dziwniejsze osoby opowiadające historie wiążące się w niewyjaśniony sposób z życiem Toru. Życie naszego bohatera zaczyna być pełne najbardziej niespodziewanych wydarzeń i zwrotów, a dominantą jego świata staje się coraz bardziej wszechobecny chaos…


Skąd „ptak nakręcacz” w tytule powieści? Przez całą książkę przewija się dźwięk jakby nakręcanej zardzewiałej sprężyny wydawany właśnie przez ptaka nakręcacza, który nakręca sprężynę życia Toru i w pewnym momencie jakby się coś zacięło, co ma wpływ na życie wszystkich bohaterów książki.


Początkowo miałam wrażenie, że jest to powieść „szkatułkowa”, gdyż każda z osób pojawiających się w życiu Toru miała własną historię do opowiedzenia, coraz bardziej niezwykłą i dziwaczniejszą niż poprzednie. Ale nic z tych rzeczy. Powieść „szkatułkowa” to zbyt proste rozwiązanie jeśli chodzi o prozę Murakamiego. Czytając tę książkę musimy odrzucić przywiązanie do przyziemności i zdroworozsądkowości. Koniecznie trzeba dać się ponieść przedstawionej historii czy raczej historiom wielu bohaterów, gdzie sprawy trudne do pojęcia przedstawione są jak najbardziej realnie i beznamiętnie. Z grona tych bohaterów drugiego planu chyba najbardziej intrygującą osobą wydała mi się nastoletnia sąsiadka naszego bohatera, May Kasahara, która na wiele spraw miała dość zdecydowany ogląd i czytelnik do końca nie mógł być pewien, jaką rolę odegra, czy okaże się ona przyjacielem czy wrogiem Toru. Ważną osobą jest również porucznik Mamiya, którego historia sięga daleko w przeszłość i jest jakby prapoczątkiem wydarzeń, które mają miejsce w książce. Po tej opowieści nic już nie jest takie samo…



Nie wiem czy w dotychczas przeczytanych dziełach literackich spotkałam się z bardziej pasywnym od Toru Okada bohaterem. Jego bierność jest aż przerażająca. Zachowuje on całkowicie stoicki spokój w świecie, który aż pulsuje od najdziwniejszych wydarzeń i następuje swoista dekompozycja jego najbliższego otoczenia. Nic go nie dziwi i nie zaciekawia. Zadowala się swoim przebywaniem na bezrobociu i prowadzeniem domu dla siebie i żony. Ten profil osobowościowy jest tak odmienny od spotykanych w literaturze popularnej dynamicznych trzydziestolatków, że zasadne staje się pytanie, co Haruki Murakami chciał przekazać czytelnikom? Jeśli bohater stwierdza beznamiętnie „W kwietniu odszedłem z kancelarii adwokackiej, w której od dawna pracowałem. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny.” - czy nie oznacza to, że coś w nim „pękło”? Że coś „pęka” w dzisiejszym pokoleniu trzydziestolatków „wytresowanych” przez rodzinę i szkołę do udziału w „wyścigu szczurów”?


W drugiej części książki większą uwagę autor poświęca Noboru Wataya, szwagrowi Toru, który przedstawiony jest jako całkowite przeciwieństwo naszego bohatera. Gdy Toru jest niedecyzyjny i bierny, Noboru jest zdecydowany i hiperaktywny, gdy Toru można uznać za nieudacznika życiowego, Noboru odnosi niebagatelne sukcesy. Wszystko zmierza do decydującej rozgrywki między nimi, ale cóż, jest ona bardzo specyficzna i - chyba mogę to napisać, choć nie jestem znawcą twórczości Murakamiego – w stylu tego pisarza.


Jest to lektura „wagi ciężkiej”, którą wybrałam świadomie chcąc zapoznać się z największym – według zgodnej opinii krytyków - osiągnięciem Haruki Murakamiego. Język powieści jest prosty, beznamiętny, czyta się go świetnie, ale wydarzenia przedstawione w książce są surrealistyczne i niekiedy absurdalne. Zapętlają się w niesamowity węzeł pełen najrozmaitszych tropów i symboli, których pełnego znaczenia na pewno nie byłam w stanie rozwikłać. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Murakami stworzył zagadkę kompletną, która dotyka granic pojmowania. Jest to książka trudna i skomplikowana, przemawiająca do wyobraźni i każdy może ją inaczej odebrać. Motywem przewodnim książki jest motyw studni, symbol podświadomości, miejsce, w którym chyba nikt nie chciałby się znaleźć, tymczasem dla bohatera książki jest to miejsce magiczne, miejsce, gdzie wszystko się wyjaśnia, miejsce kontemplacji i zrozumienia czegoś, co zawsze wydawało się ukryte i niedostępne…


Mam odczucie, że ta książka mnie nieco przerosła, ale na pewno nie rozczarowała. Nieposkromiona wyobraźnia pisarza wzbudzała mój podziw, jednak druga połowa książki była coraz bardziej zagmatwana, tak jak ostatnie sezony serialu „Lost”… Skojarzenie ze światem telewizji nie jest przypadkowe, gdyż wielu czytelnikom ta surrealistyczna książka przypomina twórczość Davida Lyncha w szczytowej formie z jego błąkającymi się po peryferiach realności bohaterami. O ile jednak, „Lost” przestałam w pewnym momencie oglądać, o tyle "Kronikę ptaka nakręcacza" przeczytałam, chociaż mam wrażenie, że wiele mi umknęło. Chyba powinnam powtórzyć tę lekturę za jakiś czas, może odkryję nowe powiązania, które wprowadzą mnie na wyższy poziom zrozumienia przesłania autora. Albo nie, i wtedy pozostanę w dzisiejszej nieświadomości przynajmniej kilku aspektów opowieści japońskiego wizjonera.


Trudno polecić tę książkę bądź nie. Jest ona na tyle trudna, niejednoznaczna i pełna rozmaitych emocji oraz znaczeń, że najlepiej wyrobić sobie opinię samodzielnie, mając w zanadrzu własne przeżycia i wrażliwość. I do tego Was zachęcam.




Haruki Murakami (ur. 1949) – popularny japoński pisarz i tłumacz. Ukończył dramat klasyczny na Wydziale Literatury Uniwersytetu Waseda w Tokio w 1975 r. W wieku 30 lat wydał swoją pierwszą powieść „Hear the Wind Sing” (1979), która zajęła pierwsze miejsce w konkursie literackim. Kolejne książki Murakamiego to m.in. „Przygoda z owcą” (1982), „Hard boiled Wonderland” (1985), „Tańcz, tańcz, tańcz” (1988), „Na południe od granicy, na zachód od słońca” (1992). Zyskał sławę na Zachodzie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Prawdziwym bestsellerem została jedna z nielicznych realistycznych książek pisarza „Norwegian Wood” (1987), a on sam został gwiazdą mediów. Od 1991 r. mieszkał w USA, jednak w 1995 r., po trzęsieniu ziemi w Kobe oraz ataku gazowym w tokijskim metrze, postanowił wrócić do kraju. W tym samym roku ukazała się „Kronika ptaka nakręcacza”, oceniana przez krytyków jako największe osiągnięcie literackie pisarza. Murakami przetłumaczył także z języka angielskiego dzieła takich pisarzy, jak: Truman Capote, John Irving, Francis Scott Fitzgerald



Moja ocena: 5,5 / 6



Autor: Haruki Murakami
Tytuł oryginalny: Nejimakidori kuronikuru
Wydawnictwo: Muza
Tłumacz: Anna Zielińska - Elliott
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 632

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...