środa, 29 sierpnia 2012

Konstanty Ildefons Gałczyński, O sierpniu


Konstanty Ildefons Gałczyński (1905 - 1953)
Źródło zdjęcia
 



O sierpniu


 I
Stanęły pod mym oknem
jak wiejscy muzykanci
gwiazdy.
Zielonooki
sierpień po sadzie tańczył.

Księżycem całowany
sad się rozrzewniał,
lekki był i cygański
taniec sierpnia.

Raz złocistość w korze drzew drżała,
tu cień ją płoszył,
ludzie mrużyli, noc otwierała
oczy.

II
Zaciemniły się świerki,
nad każdym wzeszła gwiazda,
noc jak ty: przytula i rozchmurza;

światło zorzy dalekiej
jest jak miasto daleki
błyskające gwiazdami od wzgórza.

Łzy, co nam z oczu zlecą,
ziemi o nas powiedzą,
chodźmy w drogę, łzy w drodze obeschną;

łzy nie przynoszą ujmy
a my w tę noc wędrujemy
roziskrzoną, rozśpiewaną bezkresną.

Trzcina śpi na jeziorze,
znieruchomiały zorze
i wiatr się uspokoił.

Gwiazdy srebrnoramienne,
świecą gwiazdy promienne,
i nad świerkiem swoim.

III
Nastaw czapki: gwiazdy lecą ładnie
jak świąteczne cacka pozłacane;
nastaw czapki: może która wpadnie
i zaniesiesz ją do ukochanej.

A gdy skłamią, że jej w domu nie ma
chora – różne bujdy takie,
gwiazdę rzucisz z powrotem do nieba
czapką naciśniesz na bakier.

IV
Szum
Szumi wiatr –
odwieczny wiatr, beztroski wiatr, wiatr nieustanny.

Ciepły sierpień ogrody rozszerzył, rozmarzył i ogrzał.
Szumi wiatr.
W szumie wiatru jestem na śmierć zakochany.



Konstanty Ildefons Gałczyński





 

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Po weekendzie


Miniony weekend spędziliśmy w Pałacu w Radziejowicach, obecnie Domu Pracy Twórczej. Miejsce to zostało ukochane przez wielu polskich artystów i ludzi kultury. Stałym gościem Radziejowic był Jerzy Waldorff, często odwiedzał je także m.in. Andrzej Łapicki, którego popiersie w lipcu zostało odsłonięte przed Pałacem.

Okazją do spędzenia weekendu w tym urokliwym miejscu była rodzinna uroczystość naszych Przyjaciół, którzy postanowili ją świętować właśnie tutaj. Sobotnia pogoda sprzyjała spacerom, dzięki czemu mogę zamieścić kilka zdjęć z radziejowickiego parku. :) 



Pałac


Zameczek

Staw

Staw z platformą, na której mogą się odbywać kameralne przyjęcia. Malownicza i w dzień, i w nocy. :)

Alejka parkowa

Studnia, a w tle czworaki, w których obecnie znajdują się pokoje do wynajęcia.

Drewniana figura Chrystusa frasobliwego ustawiona wraz z innymi w miejscu,
gdzie istniał uprzednio drewniany kościółek

Kuźnia


Dziękuję ślicznie naszym Przyjaciołom za zaproszenie i możliwość spędzenia czasu w tak pięknym otoczeniu. Jeśli interesuje Was historia Pałacu w Radziejowicach lub chcielibyście kiedyś odwiedzić to miejsce zachęcam do odwiedzenia strony internetowej: http://www.palacradziejowice.pl/

czwartek, 23 sierpnia 2012

Andrzej Stasiuk o egzotycznej Europie

Andrzej Stasiuk (ur. 1960), polski prozaik, dramaturg, poeta
Żródło zdjęcia


Andrzej Stasiuk, "Fado"
Wydawnictwo Czarne, 2006



Delta Dunaju
Źródło zdjęcia

"To jest właśnie Rumunia. Kraina z tysiąca i jednej nocy. Nic tu nie jest oczywiste i wszystko może okazać się czymś innym. Ten kraj, tak dumny ze swojej przeszłości, wciąż coś udaje. Kiedyś byłem w delcie Dunaju. To jest zupełny koniec świata, wszystkim rządzi natura, latem kraina przypomina jakąś europejską Afrykę, bagienny tropik, gdzie wszystko zbudowane jest z gliny i trzciny, wszystko jest archaiczne, pierwotne, w powietrzu szybują pelikany, a w mule czają się stuletnie sumy wielkie jak rekiny. Nie ma żadnych dróg. Wszędzie dociera się łodzią. No i któregoś lata ironiczny los rzucił mnie do hotelu wybudowanego wśród trzęsawisk. Łódź przybiła do brzegu i w sercu tej przedwiecznej krainy pojawiła się hostessa w minispódniczce i na wysokich obcasach. Obcasy grzęzły w błocie, ale ona dzielnie szła na spotkanie gości. Przed sobą niosła tacę z powitalnym alkoholem. W wytwornych frymuśnych kieliszkach była cujka, prosta chłopska śliwowica, którą pędzi się w co drugim wiejskim domu. Ale w każdym naczyniu pływała zielona oliwka.
To jest Rumunia. Kraj, który zdaje się zdziwiony własnym istnieniem. Szosami jadą najnowsze modele mercedesów i range roverów, a poboczami idą stare kobiety i niosą kosze na szelkach niczym plecaki, a na ramionach drewniane grabie i widły, których forma nie zmieniła się od setek lat. I range rovery, i widły są absolutnie realne, ponieważ rumuński czas jest tak subtelnie skonstruowany, że pojęcie anachronizmu nie ma tutaj zastosowania." (strony 42-43)


Pogradec, Albania, nad Jeziorem Ochrydzkim
Źródło zdjęcia

 
"W Thanes przeszliśmy granicę na piechotę. Po albańskiej stronie na betonowym placu stały dwa stare mercedesy. Kurs do Pogradeca miał kosztować piętnaście euro, ale stanęło na dwunastu. Jechaliśmy wzdłuż Jeziora Ochrydzkiego. Na drugim brzegu leżała Macedonia. Było gorąco. Na zrujnowanej stacji kolejowej stał samotny wagon osobowy. Nie miał szyb i był rudy od rdzy. Kierowca milczał. Z radia dobiegał kobiecy głos. Gdy wjeżdżaliśmy do miasta, raptem pojąłem, że ten śpiew to portugalskie fado. Są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan.
Melancholia muzyki i melancholia miasta splotły się ze sobą i moja pamięć już nigdy nie uwolni się od tego obrazu: niewysokie szare domy, uliczny chaos, bezchmurne niebo, błękitna mgła nad wodami jeziora i niski, pełen napiętego smutku głos śpiewaczki. Pomyślałem sobie wtedy, że Portugalia jest w pewnym sensie podobna do Albanii. Tak samo leży na skraju lądu, na skraju kontynentu i na końcu świata. Oba kraje wiodą swoje nieco nierealne żywoty poza głównym nurtem dziejów i zdarzeń. Portugalia może co najwyżej śnić o minionej sławie, tak jak Albania może tęsknić za spełnieniem." (strony 49-50)



Góry Fogaraskie, Karpaty Południowe
Żródło zdjęcia


"W Karpatach odległa przestrzeń splata się z bardzo starym czasem. Słowaccy, polscy, ukraińscy i rumuńscy pasterze owiec niewiele zmienili się od stuleci. W ich wysokogórskich szałasach od wieków wyrabia się ser za pomocą tych samych archaicznych metod i tych samych prymitywnych narzędzi. Z wynalazków nowoczesnej cywilizacji dotarły tutaj elektryczna latarka na baterie, małe tranzystorowe radio na baterię i gumowe buty. Reszta się nie zmienia, ponieważ nie ma takiej potrzeby. Poza tym na przestrzeni około tysiąca kilometrów same szałasy i sami pasterze też się nie zmieniają. W Polsce, na Ukrainie i w Rumunii ich dzień, praca, rozkład zajęć niewiele się różnią. Nawet pachną tak samo: dymem z ogniska, owczym nawozem i serem. Zdarzało mi się wąchać i polskich, i ukraińskich, i rumuńskich, więc wiem, co mówię. Przejeżdżałem tysiąc kilometrów i odnajdywałem ludzki zapach identyczny z tym, który mogłem poczuć kilometr od domu.
Karpaty należą do czterech czy nawet pięciu krajów, ale zarazem nie należą do nikogo. Żyją własnym archaicznym życiem. W naszym świecie jest coraz mniej starych rzeczy i miejsc. Niedługo stracimy pamięć o tym, skąd się wzięliśmy, i za nic w świecie nie uwierzymy, że nasze ciała, wcale nie tak dawno, wydzielały taką samą woń jak ciała rumuńskich pasterzy." (strony 64-65)





środa, 22 sierpnia 2012

Dario Castagno, Za dużo słońca Toskanii





Chociaż na blogu tego nie widać, bardzo lubię książki, które opowiadają o zapuszczaniu korzeni przez przybyszów z zagranicy w krajach śródziemnomorskich. Ostatnie lata przyniosły istny zalew takiej literatury, porównywalny chyba tylko z wartkim strumieniem kryminałów skandynawskich, a autorzy tych książek w przeważającej większości wybierają na przyszłe miejsce swojego życia lub jedynie wakacji słoneczną Italię. Spośród nich z kolei, znaczna część wybiera Toskanię, najsłynniejszy chyba region Włoch. :)

Czytając te książki kibicujemy ludziom, którzy częstokroć zdecydowali się porzucić swoje ustabilizowane życie i zacząć wszystko od nowa w innym kraju, wśród nowych ludzi i w odmiennym od dotychczasowego rytmie. W tych wspomnieniach napisanych zwykle z humorem i wdziękiem, na drugim planie przedstawieni są rodowici mieszkańcy Toskanii, ich nowi sąsiedzi. Często z przymrużeniem oka. :) Nawiasem mówiąc, zauważalne jest pojawienie się wśród „toskańskich osadników” naszych rodaków, którzy wydają książki i prowadzą ciekawe blogi opisujące ich doświadczenia w oswajaniu nowej rzeczywistości. Do jednych z najpopularniejszych należą blogi
Małgorzaty Matyjaszczyk i Aleksanry Seghi. :) 
Nie było jednak do tej pory na polskim rynku wydawnictwa, które prezentowałoby punkt widzenia Włochów, a właściwie Toskańczyków, na tę swoistą ekspansję na ich terytorium. Dario Castagno, jako niemal rodowity mieszkaniec regionu Chianti postanowił zaprezentować swoją opinię na temat niezwykłej popularności swojej małej ojczyzny wśród zagranicznych turystów. Czy rzeczywiście dostarcza nam ona nowego spojrzenia i naświetla nieznane aspekty tego zjawiska?

Autor książki, rodowity Włoch, choć urodzony w Londynie, zna Toskanię, a zwłaszcza region Chianti, od podszewki. Mieszka tam od wczesnej młodości, jest członkiem sieneńskiej kontrady Gąsienica i zagorzałym kibicem tamtejszego palio. Mimo że mieszka poza Sieną czuje się bardzo związany z tym właśnie miastem. Po młodości chmurnej i burzliwej, szukając pomysłu na życie, założył biuro podróży ukierunkowane na organizację krótkich, dopasowanych do wymagań niewielkich grup turystów, wycieczek po regionie. Jego klientami byli głównie Amerykanie i Brytyjczycy. „Za dużo słońca Toskanii” to zapis jego doświadczeń jako przewodnika i spotkań z turystami anglojęzycznymi ułożony według miesięcy roku. Kolejne wspomnienia przedzielone są rozdziałami prezentującymi historię regionu i pewnych fragmentów życiorysu autora, które zadecydowały o jego silnym związku z Chianti.


Dzielnice (contrada) Sieny i ich herbyŹródło zdjęcia

Sięgając po tę książkę wydawało mi się, że będą to opinie Toskańczyka na temat obcokrajowców, którzy zdecydowali się osiedlić na tym terenie. Okazało się, że perypetie i doświadczenia autora dotyczą jedynie turystów, którzy przyjechali do Włoch na krótko i podczas jednego, dwóch czy trzech dni chcieliby zostać obwiezieni po regionie Chianti i po miejscach, które ich najbardziej odpowiadają. Niezupełnie jest to więc odpowiedź na książki Frances Mayes czy Ferenca Máté, którzy jednak osiedli w Toskanii na stałe i ich doświadczenia są nieco inne niż tych „krótkodystansowych” turystów, z którymi miał do czynienia Dario Castagno.

Tyle tytułem wyjaśnienia odnośnie moich oczekiwań. Niezależnie bowiem od nich, muszę przyznać, że książkę czyta się bardzo szybko i z uśmiechem na twarzy. Castagno obdarzony jest darem wnikliwej obserwacji i poczucia humoru. Czytając opis zachowań niektórych turystów, z którymi miał do czynienia autor podczas swej ponad dziesięcioletniej pracy w charakterze przewodnika, można podziwiać jego cierpliwość i pozytywne nastawienie. Każdy, kto miał kiedykolwiek doświadczenie w pilotowaniu mniejszych i większych grup wie, że czasem podopieczni potrafią być niezmiernie irytujący i w niewielkim stopniu zainteresowani atrakcjami turystycznymi. Momentami jednak wyczuwa się, że Dario hamuje się przed napisaniem tego, co naprawdę myśli o osobach, które najbardziej mu się dały we znaki.

Najciekawsze są właśnie rozdziały dotyczące rozmaitych typów ludzkich, z którymi autor książki toczy zmagania. Nie wszystkie przykłady są negatywne. Autor zresztą zaznacza, że zdecydowana większość jego klientów nie sprawiała żadnych problemów, a opisuje w książce jedynie najbardziej charakterystyczne i zapadające w pamięć przypadki. Są wśród nich zarówno panie z fochem, turyści stylizujący się na sportowców, a nie potrafiący ukryć irytacji, że miasto jest położone na wzgórzach, czy grupa skoncentrowana głównie na piciu i jedzeniu. Wszyscy opisani są z dużym poczuciem humoru, z tym, że część również z pewną dozą złośliwości. ;)


Palio w SienieŹródło zdjęcia
 

Rozdziały dotyczące historii Chianti i życia Dario są nieco mniej interesujące, chociaż z książki aż bije głębokie przywiązanie autora do Chianti, a zwłaszcza Sieny. Widać, że Dario Castagno kocha miejsce, w którym żyje i swoje odczucia pragnie przekazać czytelnikom. Dla mnie najciekawszy był tekst szczegółowo opisujący reguły, jakie rządzą sieneńskim palio, gdyż choć w Sienie byłam tylko raz, jestem zauroczona tym miastem i z żalem je opuszczałam. Bardzo interesujące były również informacje o opuszczeniu i zaniedbaniu toskańskich domostw w latach młodości autora, kiedy moda na Toskanię wśród zagranicznych turystów nie istniała.

Książka ta została napisana w języku angielskim (z pomocą jednego z klientów Daria) i zdecydowanie z myślą o zdobyciu czytelników głównie na rynku anglojęzycznym. Jest to lekka, ciekawa i humorystyczna książka, którą z powodzeniem mogą przeczytać wszyscy zainteresowani podróżami, winem i kulturą życia w słonecznej Italii. Nie znajdziemy w niej jednak pogłębionych refleksji czy rozważań o przyczynach zalewu Toskanii przez obcokrajowców. To pozycja czysto rozrywkowa na naprawdę niezłym poziomie, mająca za cel promowanie piękna tego regionu Italii.

Za motto książki można uznać słowa Roberto Rodi, współpracującego z Dario Castagno, zamieszczone na końcu książki:

„(…) poznanie Chianti nie jest wyścigiem po krajobrazach i widokach, aby je sobie wyryć w pamięci (a raczej zarejestrować na taśmie, żeby później obejrzeć), ale zaakceptowanie z wdzięcznością i radością tego, co ma nam do zaofiarowania.” (s. 267)

 

Dario Castagno – (ur. 1967 w Wielkiej Brytanii) wychowywał się w Toskanii od 1977 r. Jako właściciel firmy „Wycieczki z Kogutem” przez ponad dziesięć lat oprowadzał małe grupy turystów po swoich ulubionych zakątkach toskańskiego regionu Chianti. Dario przynależy do contrady Gąsienica, która w 2003 r. zwyciężyła w Palio – niezwykle popularnych wyścigach konnych bez siodła, rozgrywanych każdego lata w Sienie. Mieszka w cichej toskańskiej wiosce Vagliagli, zajmuje się produkcją oliwy, spotyka z turystami w średniowiecznej osadzie Borgo Scopeto i popularyzuje swój ukochany region na całym świecie. Strona internetowa autora jest tu.

Źródło zdjęcia


Moja ocena: 3,5 / 6


Autor: Dario Castagno (współpraca: Roberto Rodi)
Tytuł oryginalny: Too Much Tuscan Sun
Wydawnictwo: Pascal
Tłumacz: Andrzej P. Zakrzewski
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 272


niedziela, 19 sierpnia 2012

Ulotne chwile (7)


Bornholm - wakacje rowerowe
Kartka zakupiona wiele lat temu podczas pobytu na Bornholmie
William Dans Boghandel A/S, Foto: Mogens Dam





sobota, 18 sierpnia 2012

Edward Stachura (18.08.1937 - 24.07.1979)


Edward Stachura (1937 - 79)
Źródło zdjęcia

Dzisiaj mija 75 lat od dnia urodzin Edwarda Stachury, polskiego poety, pisarza, pieśniarza, niepokornego wędrowca. Urodził się 18 sierpnia 1937 w polskiej rodzinie emigrantów we Francji. Rodzina wróciła do Polski po wojnie w 1948 r. W 1957 roku opublikował pierwsze poematy. W latach 1957-1960 studiował romanistykę na KUL potem na Uniwersytecie Warszawskim. W ramach stypendium (1969-1970) studiował w Meksyku literaturę na tamtejszym UNAM. Często podróżował między innymi do Syrii, Norwegii, Francji, USA, Kanady, Meksyku. Napisał między innymi: "Jeden dzień" (opowiadania, 1962), "Cała jaskrawość" (powieść, 1969), "Siekierezada" (powieść, 1971) zekranizowana w 1985 roku przez Witolda Leszczyńskiego, "Missa pagana" (1978), "Fabula rasa" (proza, 1979). W 1979 roku popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu w Warszawie.

Przypomnijmy sobie kilka jego utworów.



Wędrówką życie jest człowieka


Wędrówką życie jest człowieka;
Idzie wciąż,
Dalej wciąż,
Dokąd? Skąd?
Dokąd! Skąd!

Jak zjawa senna życie jest człowieka;
Zjawia się,
Dotknąć chcesz,
Lecz ucieka?
Lecz ucieka!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!

Wędrówką jedną życie jest człowieka;
Idzie tam,
Idzie tu,
Brak mu tchu?
Brak mu tchu!

Jak chmura zwiewna życie jest człowieka!
Płynie wzwyż,
Płynie w niż!
Śmierć go czeka?
Śmierć go czeka!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił!
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!

 












czwartek, 16 sierpnia 2012

Hervé Tullet, Naciśnij mnie


Rzadko mi się to zdarza, ale tę książkę kupiłam wyłącznie na podstawie noty wydawniczej. Nie znałam ani autora, ani tytułu, ale opis wydał mi się na tyle zachęcający, że postanowiłam nabyć tę książkę dla mojego synka, choć był on jeszcze zbyt mały, aby być wtedy jej odbiorcą. Potem, na kilku blogach przeczytałam entuzjastyczne opinie o książce i pozostało mi tylko poczekać na reakcję najważniejszego recenzenta, czyli mojego dwulatka. :) Zanim jednak przekażę Wam jego opinię, napiszę kilka słów komentarza do tej niezwykłej pozycji.

Książka ta nie zawiera tradycyjnej treści, do której przyzwyczaili się czytelnicy. Rozpoczyna się ona wizerunkiem żółtej kropki na stronie i dyspozycją „Naciśnij na żółtą kropkę i przewróć kartkę”. I żeby się dowiedzieć, co stanie się po naciśnięciu tejże kropki, należy przewracać kolejne strony wykonując polecenia zapisane na kolejnych kartkach, co angażuje wszystkich odbiorców tej książki do wykonywania różnych dziwnych czynności. :) Rodzic odczytuje polecenia, dziecko je wykonuje (czasem z pomocą Rodzica) z dużą radością.

Książka ta jest ilustracją szalenie prostego, a jednocześnie nowatorskiego pomysłu zrealizowanego w doskonałym stylu. Tak naprawdę to coś w rodzaju gry komputerowej, tylko przeniesionej na papier. Książka jest interaktywna i dzięki temu rozwija wyobraźnię przestrzenną dziecka i sporo uczy. Mały czytelnik poznaje znaczenie kilku czasowników, uczy się rozpoznawać kolory i kierunki (prawo, lewo).


Podkreślenia wymaga plastyczna oprawa książki. Uwagę młodego czytelnika z pewnością przyciągną piękne, żywe kolory. Nie jest to nic dziwnego, zważywszy na fakt, że autorem książki jest znany francuski ilustrator. Nie dziwi też, że książka stała się międzynarodowym bestsellerem, gdyż autor jest ojcem trójki dzieci i potrafił stworzyć książkę, która w sposób uniwersalny nawiązuje kontakt z dzieckiem niezależnie od jego narodowości i języka, którym się posługuje (bądź nie).



Książka jest też bardzo estetycznie wydana. Tekst jest dwujęzyczny, polski i francuski, być może z uwagi na fakt, że wydanie książki zostało dofinansowane przez francuskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Ale nie wykluczam, że może to być standardowa reguła przy obcojęzycznych wydaniach tego tytułu. 

Uczciwie przyznaję, że nie spotkałam się jeszcze z takim sposobem zabawy z małym czytelnikiem, ale proszę o więcej takich książek! Wydawnictwu Babaryba należą się wielkie brawa za udostępnienie tej książki polskim odbiorcom. W sieci znalazłam również informację, że polscy wydawcy mieli nadzieję na sprowadzenie do naszego kraju Hervé Tulleta, który poprowadziłby zajęcia plastyczne dla dzieci, ale to przedsięwzięcie chyba się jeszcze nie doczekało realizacji.



Wracając do odbioru książki w moim domu, nie zdziwi Was chyba moje wyznanie, że książka ta spowodowała u nas lekki ferment. Pozornie nic tego nie zapowiadało, bo książeczka, choć wydana nader estetycznie, nie sprawia wrażenia pożeracza czasu. Okazało się jednak, że potrafi ona uzależnić…

Pierwsza wspólna lektura to był szał w ciapki, jeśli nie w kropki, nomen omen. :) Moje dziecko jest dość niecierpliwe i chciało koniecznie zobaczyć, co jest na kolejnej stronie, a to groziło porwaniem książki na strzępy. Po udanej obronie integralności książki, odczekałam parę dni i przystąpiłam do kolejnej próby wspólnej lektury. I każde kolejne podejście było pełniejsze, bardziej wartościowe i weselsze :) Obecnie mój synek uwielbia tę książkę, która jest dla niego synonimem wspaniałej zabawy. Naciska, pociera, dmucha, klaszcze z ogromnym zapamiętaniem i ma ogromną frajdę z tego czasu, który spędza z członkiem Rodziny czytającym tekst i z książką. Nie ma dosyć nawet po kilkakrotnym jej przeczytaniu pod rząd i czasami kończy się małą awanturą, gdy odkładamy książkę na półkę zbyt wcześnie w mniemaniu naszego najmłodszego domownika. :) Nie chcąc się już dłużej rozwodzić nad zaletami tego wydawnictwa, powiem tylko, że dla mnie ta książka to rewelacja.


Poniżej zamieszczam reklamę książki w wersji angielskiej. Występujące w niej dzieci są dużo starsze od mojego synka, ale zapewniam Was, że już dziecko w wieku dwóch lat i kilku miesięcy może czerpać z kontaktu z tą książką dużo radości. :) Polecam!








Hervé Tullet (ur. 1958) - po ukończeniu studiów w dziedzinie sztuki dekoracyjnej pracował przez dziesięć lat jako dyrektor artystyczny. W 1990 r. przygotował pierwsze ilustracje prasowe. W 1994 r. opublikował pierwszą książkę dla dzieci pt. "Comment Papa a rencontré Maman". Jest autorem kilku tytułów. "Naciśnij mnie" zostało wydane w 2010 r. i niemal natychmiast książka zyskała uznanie za swoją rewolucyjną formę. Strona internetowa autora: http://www.herve-tullet.com/

Źródło zdjęcia

Moja ocena: 6/ 6


Autor: Hervé Tullet
Tytuł oryginalny: Un livre
Wydawnictwo: Babaryba
Tłumacz: Marta Tychmanowicz
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 56


wtorek, 14 sierpnia 2012

Wiktor Hagen, Długi weekend




“Granatowa krew”, literacki debiut Wiktora Hagena rozbudził apetyty czytelników na serię kryminalną z wartką akcją i pełnokrwistymi, interesującymi bohaterami. Autor nie czekał długo z wydaniem drugiej książki, a jak wiadomo, prawdziwym testem wartości twórcy stanowi drugie dzieło po udanym debiucie. Czy nadzieje czytelników się ziściły?

Akcja drugiej części przygód komisarza Nemhausera toczy się w trakcie długiego majowego weekendu, kiedy to, jak cała Polska długa i szeroka, wszyscy wyjeżdżają zażyć odpoczynku. Wszyscy, z nielicznymi wyjątkami, do których należy Robert Nemhauser, który musi opiekować  się  z  dziećmi,  podczas gdy jego żona Paula wyjeżdża do Amsterdamu, aby walczyć o atrakcyjną posadę w międzynarodowej korporacji. Ale mordercy nie przejmują się długim weekendem i robią swoje. Dochodzi do morderstwa znanego działacza ekologicznego, a jednocześnie z Nemhauserem kontaktuje się dawna koleżanka ze studiów, obecnie żona wpływowego profesora archeologii i ich ówczesnego wykładowcy. Nie mija wiele czasu, gdy tenże profesor zostaje zamordowany we własnym domu, a obie sprawy zaczynają się dziwnie zazębiać…

Robert Nemhauser, prowadząc swoje śledztwo styka się zarówno z ludźmi, którzy ekologię traktują poważnie i emocjonalnie podchodzą do zagadnień związanych z ochroną środowiska, jednak w trakcie śledztwa okazuje się, że zamordowany działacz nie należał do krystalicznie uczciwych osób. Mord na profesorze z kolei jest dość zagadkowy, ale w trakcie dochodzenia również pojawiają się motywy związane z działalnością ekologów protestujących przeciw budowie jednego z odcinków budowanej drogi.

Nemhauser przeżywa ciężkie dni. Intensywna praca śledcza to nie wszystkie jego obowiązki w tym czasie. Samodzielna opieka nad dwójką urwisów daje mu się w kość, zwłaszcza, że pod wpływem niemego nacisku przedszkolanki, zgodził się na urlop pracowników przedszkola podczas przerwy okołodługoweekendowej, co później komplikuje mu życie.
Co więcej, wzywają go też obowiązki szefa kuchni w restauracji „Czarny Tadek”, gdyż jego doświadczone ukraińskie pomocnice muszą się udać na miesięczną przerwę w celu wyrobienia kolejnej wizy pobytowej, a o profesjonalnych i znających się na rzeczy zastępców nie jest łatwo. Sytuacja staje się kryzysowa, gdy do „Tadka” ma zawitać najsurowszy krytyk kulinarny w mieście…

Po lekturze „Ofiary Polikseny” uzmysłowiliśmy sobie, jak ciężka jest praca archeologów na wykopaliskach; „Długi weekend” zaś uświadamia czytelnikom, jak wielkim biznesem może być obowiązkowa działalność archeologów przed wytyczeniem autostrady. Jak wielkie interesy i kwoty pieniędzy mogą być zaangażowane w ten proces i wybór konkretnej lokalizacji i przebiegu trasy. Autor pokazuje też to, o czym się szepcze, ale raczej nie mówi głośno, czyli o nieetycznej działalności niektórych organizacji ekologicznych, które podejmują agresywne działania na rzecz ochrony przyrody, a w rzeczywistości dążą do uzyskania odpowiednich środków finansowych od inwestorów na swoją aktywność. 

Czyta się tę kolejną część przygód Nemhausera przyjemnie, bo autor pisze zajmująco i ciekawie przeplatając właściwą akcję książki rozmaitymi ciekawostkami z życia miasta, aczkolwiek sprawiła ona na mnie wrażenie nieco przegadanej. Zabrakło mi konkretnej akcji, prowadzonej pracy śledczej. Tymczasem mamy do czynienia tylko z kolejnymi rozmowami, przesłuchaniami… Wiem, że przesłuchania to podstawa pracy śledczych, ale w pewnym momencie zaczęłam się gubić w natłoku zaprezentowanych rozmówców i wątków, które są poruszane. Rozumiem, że trzeba było podrzucić parę fałszywych tropów, ale w moim przekonaniu było za dużo gadaniny, która często nie prowadziła do konkretnych ustaleń. Dodatkowo jeszcze szarpanina Nemhausera między dziećmi, restauracją i żoną przebywającą za granicą pogłębiała wrażenie
chaosu. Intryga kryminalna cierpi na tym sposobie prowadzenia narracji.  



Wracając do pytania postawionego na początku tego wpisu, uważam, że „Długi weekend” jest słabszy od „Granatowej krwi”, ale nadal jest to dobry kryminał portretujący współczesną Warszawę, który powinien przypaść czytelnikom do gustu. Robert Nemhauser to bohater, który nieodmiennie budzi naszą sympatię zarówno jeśli chodzi o stosunek do wykonywanej przez siebie pracy, jak i o udane życie rodzinne. Jeśli o mnie chodzi, Wiktor Hagen (a właściwie Leszek Talko :)) może więc spać spokojnie. Czekam na kolejną książkę o przygodach Nemhausera, z większym – mam nadzieję – naciskiem na akcję, a nie na czcze gadanie. ;)



Wiktor Hagen (a właściwie Leszek Talko) – prawdziwą tożsamość Wiktora Hagena odkryłam dzięki wpisowi Felicji :) Dziennikarz i publicysta, do 2007 r. zatrudniony w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”, z wykształcenia archeolog. Autor felietonów o wychowaniu dzieci oraz obyczajowych w kilku polskich czasopismach oraz portalach internetowych.
Źródło zdjęcia: www.interia.pl


Moja ocena: 4 / 6



Autor: Wiktor Hagen
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Mroczna seria
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 480



niedziela, 12 sierpnia 2012

piątek, 10 sierpnia 2012

Spencer Quinn, Na psa urok




Mogę się założyć, że z takim detektywem jeszcze się nie zetknęliście! :) Bohaterem tej książki jest bowiem … pies. I to nie byle jaki.


Chet, bo tak ma na imię ten mieszaniec labrador, jest psem prywatnego detektywa Berniego Smalla, który przeżywa regres w swojej karierze zawodowej, a także w życiu prywatnym. Bernie i Chet mieszkają razem, muszą stawić czoła niezapłaconym rachunkom i konieczności przyjmowania trywialnych zleceń, głównie polegających na śledzeniu małżonków podejrzewanych o niewierność. Pewnego dnia zjawia się klientka, która pragnie, aby detektyw odnalazł jej córkę. Sprawa nie wygląda na interesujące zawodowe wyzwanie, ale niezapłacone rachunki skłaniają Berniego do przyjęcia zlecenia. Okazuje się, że sprawa ma swoje drugie dno.


Lektura tej książki należy do lekkich, łatwych i przyjemnych. Mimo kryminalnej otoczki i wielu zwrotów akcji niosących zagrożenie to dla psa, to znów dla jego pana, nie można się zbytnio zdenerwować i przejąć, gdyż mamy podskórne wrażenie, wręcz pewność (podparta wiedzą, że powstały kolejne części przygód Cheta i Berniego), że naszym bohaterom nic złego nie może się stać.


Główną zaletą tej książki jest wybór głównego bohatera. :) Chet został wyrzucony z elitarnej szkoły dla psów za niesubordynację, ale trafił pod opiekę Berniego, przyznajmy, niezbyt zaradnego prywatnego detektywa. Obaj jednak bardzo się lubią, a ich przywiązanie jest szczere i wzruszające. I chociaż Bernie bez Cheta nie sprawia wrażenia zbyt lotnego, to jednak miłość i oddanie Cheta upewniają nas w przekonaniu, że jego pan jest naprawdę w porządku.


Zagadka kryminalna nie jest szczególnie wyrafinowana. No dobrze, raczej nie jest skomplikowana. Od pewnego momentu właściwie wiadomo, o co chodzi i czym spowodowane jest zniknięcie dziewczyny, ale tym, co przykuwa uwagę są perypetie Cheta i jego ogląd prowadzonego śledztwa. Właściwie można nawet powiedzieć, że to on prowadzi śledztwo, a jego pan dzielnie mu asystuje i wiedzie mu się wtedy, gdy prawidłowo odczyta wskazówki swojego psa. :) „Czarne charaktery” zarysowane w tej książce są standardowe i nie wychylają się poza utrwalony z kulturze popularnej schemat. Także, nie oczekujmy tu głębi psychologicznej. Sposób prowadzenia śledztwa wygląda również na dość amatorski mimo zapewnień Cheta o profesjonalizmie jego pana.


Autor pisze sprawnie, dzięki czemu książkę czyta się szybko i myślę, że stanowi ona niezłą propozycję letniej lektury. Poręczny, kieszonkowy format i dość krótkie rozdziały utrwalają to wrażenie. :) Podsumowując, jest to sympatyczna książka, ale nie rewelacja.


Cykl książek o przygodach Cheta i Berniego obejmuje następujące tytuły:
„Na psa urok” (Dog On It, 2009)
“Chet i Bernie na tropie” (Thereby Hangs a Tail, 2010)
„To Fetch a Thief” (2010)
“The Dog Who Knew Too Much” (2011)



Spencer Quinn, właściwie Peter Abrahams (ur. 1947) – jest autorem ponad dwudziestu powieści, m. in. „Koniec historii”, „Białe plamy” i „Fan” zekranizowanej w 1996 r.




Źródło zdjęcia: http://www.barnesandnoble.com


 
Moja ocena: 4 / 6



Autor: Spencer Quinn
Tytuł oryginalny: Dog On It
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Radosław Nowakowski
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 284

czwartek, 9 sierpnia 2012

Marek Zagańczyk o Toskanii

Marek Zagańczyk (ur. 1967)
Pisarz, eseista, wydawca, zastępca redaktora naczelnego "Zeszytów Literackich"
Źródło zdjęcia:
www.wikipedia.org


Marek Zagańczyk, "Droga do Sieny"
Zeszyty Literackie, Warszawa 2005


"Pierwszy widok Toskanii różnił się od moich wyobrażeń. Wzgórza o łagodnych zboczach wyglądały tak, jak gdyby nieznany restaurator przykrył je grubo tkanym lnianym obrusem. Tylko gdzieniegdzie dumnie wyprostowane cyprysy i małe, poskręcane krzaki winorośli wprowadzały nieco zieleni." (s. 13)

Źródło zdjęcia: http://www.tuscanypictures.com/tuscany-landscapes/
"W sennych, wolnych od turystycznego gwaru miastach znajdowałem zawsze jakiś uroczy zaułek, kościół pełen nieznanych obrazów o uderzającym pięknie. Przewodniki milczały o ich twórcach. Nie wspominały też o grze światła na rynku, o kamieniach startych butami podróżnych, o smaku wina i barwie pejzażu, o drogach wężowato wspinających się na wzgórze. To wszystko miałem przed sobą i dla siebie.
Przyjechałem do Toskanii podziwiać obrazy. To one miały dostarczyć mi wrażeń. Najsłynniejsze znałem z reprodukcji i licznych opisów. A jednak dopiero tu zrozumiałem, że trzeba widzieć je wraz z krajobrazem, oprawić w ramy codziennego życia. Oglądać niespiesznie. Patrzeć na nie oczami otwartymi na inne, zwyczajne widoki. Największym darem okazał się brak pośpiechu, wolność wyboru trasy, możliwość powrotu. Czasami rzeczy najważniejsze podsuwał przypadek." (strony 13-14)

"Najpiękniejszy widok na dolinę roztacza się ze wzgórza niedaleko La Foce. Wszystko, co stanowi o sile krajobrazu toskańskiego, mieści się w jednym spojrzeniu: wąż cyprysów, srebrne plamy gajów oliwnych, kremowoszare mury zabudowań, zieleń winnic. I niebo dopełniające obrazu." (s. 19)


Wiosna w Toskanii
Źródło zdjęcia:
http://www.flickr.com/photos/ricsen/

"Wiosną w dolinie dobrze jest wyjść rano przed dom, gdy mgła spowija wzgórza, a słońce, zapowiadając piękny dzień, tka mleczną zasłonę. Zieleń traw i pszenicy jest wówczas najpełniejsza, omyta rosą, wolna od kurzu piaskowych dróg. Niewielkie czerwone plamy maków rozrzucone w nieładzie przyciągają wzrok. Ostre figury cyprysów coraz wyraźniej znaczą swoją obecność, choć ciągle widać zaledwie ich zarys. Niebawem wszystko okryje prażący blask, ale teraz, w tej chwili przesilenia, gdy przyroda zdaje się wahać, kształty są jeszcze rozmyte. Mam wrażenie, jakbym przyglądał się japońskim sztychom. Mgła przetacza się w dolinę, schodzi na łąki, okrywa dachy domostw. Jest cicho i nawet ptaki dopiero budzą się do lotu.

To są te rzadkie momenty skupienia, gdy myśl wolna od zajęć krąży swobodnie. Świat wydaje się piękny, doskonały w każdym szczególe, stworzony dla nas." (s. 31)
 
Ruiny opactwa cystersów w San Galgano
Źródło zdjęcia:
http://apertoperrestauro.siena.it/foto/tutela_del_paesaggio__1/la_montagnola/abbazia_di_san_galgano
 



"Pamiętam groźną sylwetę San Galgano, bez dachu z wyłupionymi rozetami, z gliniastą podłogą, zalaną wodą. W wielkich kałużach, zastępujących glinianą posadzkę, odbijało się niebo z jego ołowianą szarością. Ściany opactwa zmywał deszcz. Miałem wrażenie, jakbym patrzył na romantyczny pejzaż, gdzie natura zdaje się święcić tryumf nad dziełem człowieka.

W takie dni Toskania przestaje być krainą słońca, dominują ciemne zielenie i głębokie brązy napęczniałej wodą zaoranej ziemi. Niebo traci swój pocztówkowy błękit, kolory Północy wdzierają się, przejmując domenę Południa." (s. 67)


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Marsz prapraprawnuków Dickensa



Ian Charles Dickens i Gerald Dickens rozpoczynają swój marsz
Źródło zdjęcia: http://www.portsmouth.co.uk/news/walk-in-aid-of-charles-dickens-statue-begins-1-4132581

Przeczytałam o tym przed chwilą i muszę się z Wami podzielić tą informacją, gdyż bardzo lubię takie niebanalne inicjatywy.


5 sierpnia dwóch prapraprawnuków Charlesa Dickensa (7.02.1812 - 9.06.1870) rozpoczęło 120-kilometrowy marsz z Londynu do Portsmouth śladami Nicholasa i Smike'a, dwóch bohaterów powieści "Nicholas Nicleby" autorstwa swojego wielkiego przodka. Powieść ta jest o tyle niezwykła w dorobku Dickensa, że jako jedyna ukazuje Portsmouth, miejsce jego urodzenia.


Dwaj potomkowie Dickensa, którego 200 rocznica urodzin przypadała w tym roku, postanowili podjąć to wyzwanie, aby uzbierać 10 000 £ na fundusz budowy pomnika tego wybitnego twórcy literatury angielskiej. Okazuje się, że na terenie Wielkiej Brytanii nie ma ani jednego pomnika tego pisarza!




Ian i Gerald planują, że uda im się przejść 120 km dystans w pięć dni, aby dojść do Portsmouth w dniu rozpoczęcia dorocznej konferencji Dickens Fellowship. Gerald, który jest aktorem, będzie recytował podczas trasy fragmenty powieści swojego przodka, a obaj panowie będą nosili wiktoriańskie cylindry. Przez pierwsze kilometry towarzyszyli im liczni - jak się okazuje - członkowie rodu Dickensów. Uczestnicy tego szczytnego przedsięwzięcia zamierzają pokonać dokładnie tę samą trasę, co bohaterowie powieści "Nicholas Nickleby".




Po przybyciu do Portsmouth Ian i Gerald przejdą obok muzeum Dickensa upamiętniającego dom, w którym pisarz spędził pierwsze trzy lata swojego życia, następnie zaś przejdą do miejsca, gdzie w 2013 r. ma stanąć pierwszy pomnik Charlesa Dickensa na Wyspach Brytyjskich.





Źródło zdjęcia: http://discoverportsmouth.co.uk/charles-dickens-birthplace-museum/


Postawienie pomnika było planowane na rok 2012, kiedy to - jak wszyscy wiedzą -przypada jubileusz dwóchsetlecia urodzin pisarza, ale z uwagi na brakujące 50 000 £ uroczystość jest opóźniona.

Życzę obu potomkom Charlesa Dickensa pomyślnego przebycia tej długiej trasy i zdobycia potrzebnych funduszy! Ich praprapradziadek na pewno byłby z nich dumny!!! 


niedziela, 5 sierpnia 2012

Ulotne chwile (5)

Poleszuczki z grzybami, okolice Stolina na Polesiu, 1935
Pocztówka zakupiona gdzieś w Polsce
Z kolekcji Tomasza Kuby Kozłowskiego
Fot. S. Hochman

piątek, 3 sierpnia 2012

Martha Grimes, Zajazd Jerozolima




Agatha Christie dla wielu czytelników pozostaje niedoścignionym wzorem autora kryminałów. Większość jej książek jest mocno osadzona na angielskiej prowincji, a zbrodnia, choć początkowo niewytłumaczalna i zagadkowa, jest zawsze logicznie i precyzyjnie wyjaśniona. Martha Grimes, choć jest Amerykanką, zasługuje w pełni na miano następczyni Agathy dzięki serii kryminałów, których bohaterami są Richard Jury, oficer Scotland Yard, oraz Melrose Plant, arystokrata, który zrzekł się tytułu i dysponując ogromnym majątkiem, a nie mając nic lepszego do roboty, dzielnie współpracuje z Jurym w wyjaśnianiu zagadek kryminalnych.

„Zajazd Jerozolima” to piąty tom tej serii. Jego akcja toczy się w okresie tuż przed Bożym Narodzeniem. Inspektor Jury wyjątkowo źle znosi tę porę, która kojarzy mu się z samotnością i uświadamia, jak puste wydaje się jego życie. Niechętnie więc opuszcza rodzinny Londyn i wybiera się na święta do Newcastle, dokąd zaprosiła go okropnie nudna kuzynka. Podczas postoju w małej miejscowości udziela pomocy samotnej kobiecie, która zasłabła na cmentarzu. Skwapliwie przyjmuje jej zaproszenie na drinka i po miłej pogawędce oboje postanawiają zobaczyć się nazajutrz. Kiedy Jury przychodzi na spotkanie, okazuje się, że kobieta nie żyje. Inspektor chce wyjaśnić okoliczności jej śmierci i uczestniczyć w śledztwie prowadzonym przez miejscową policję, choć ci niespecjalnie są zachwyceni taką perspektywą. Niebawem wychodzi na jaw, że kobieta została w dzieciństwie adoptowana przez znaną rodzinę szlachecką i że coraz więcej tropów prowadzi do zajazdu „Jerozolima"… Nieuniknione jest także spotkanie Jury’ego ze starymi znajomymi, czyli Melrosem Plantem i ciotką Agathą.

W książce tej, a zwłaszcza w jej pierwszej części, panuje nastrój dość depresyjny, pełen smutku i przygnębienia spowodowany nastrojem inspektora Jury’ego, którego kondycji jest poświęcony początek książki. Jest on człowiekiem samotnym i ma tego świadomość, a zbliżające się Święta Bożego Narodzenia boleśnie podkreślają ten przykry fakt. Dlatego też, morderstwo Helen Minton, kobiety spotkanej przypadkowo na cmentarzu, a z którą poczuł instynktowną więź, wstrząsa nim do głębi. W drugiej części książki, gdy Jury prowadzi śledztwo, trafia on do pobliskiej posiadłości jednego z reprezentantów londyńskiej socjety i patrona literatów, u którego dochodzi do kolejnego morderstwa, jak się wydaje, powiązanego z poprzednim. Gości tam również dobrze znana Jury’emu kompania z Melrosem Plantem na czele. Oczywiście towarzyszy mu jego ciotka Agatha tradycyjnie pilnująca potencjalnego spadku po nim oraz Vivian, znana z poprzednich książek, tym razem bez swojego włoskiego narzeczonego. W niej skrycie podkochują się i Jury, i Plant, a ona sama jest traktowana przez ciotkę Agathę jako potencjalne zagrożenie przejęcia spadku po bratanku, w jej mniemaniu wcale nie hipotetycznego. :).

Czytałam wszystkie poprzednie części cyklu i uważam, że w tej akurat serii ważne jest czytanie książek – przynajmniej tych początkowych – we właściwej kolejności. To właśnie w pierwszych książkach cyklu zostały zarysowane postacie, które spotykamy w późniejszych tomach. Często również w kolejnych częściach cyklu pojawiają się wzmianki i odniesienia do wydarzeń, które miały miejsce wcześniej. Warto również wiedzieć, że tytuły kolejnych książek odnoszą się do nazw pubów, które w dość istotny sposób wiążą się ze zbrodnią będącą przedmiotem danego śledztwa.

Intryga kryminalna w „Zajeździe Jerozolima” z jednej strony rozwija się dość niemrawo, dość długo błądzimy w poszukiwaniu motywu. Ale zagadka jest nietuzinkowa, sięga daleko w przeszłość i dotyczy skomplikowanych ludzkich losów. Nie wszystko jest takie, jak się wydaje, ale, żeby odkryć prawdziwy obraz sytuacji, konieczna jest wyobraźnia i wyczucie, a tego nie brakuje inspektorowi Jury. Melrose i jego spostrzeżenia wynikające z obecności w rezydencji w charakterze gościa, są pomocne w śledztwie prowadzonym przez Jury’ego, aczkolwiek nie decydujące. Rozwiązanie zagadki opisanej w tym tomie cyklu nie jest standardowe i jak sądzę, dla wielu czytelników może się okazać nieco… rozczarowujące, choć nie mam pewności, czy użyłam dobrego słowa. Można sobie postawić pytanie, jak powinna wyglądać kara za wyrządzoną krzywdę? Czy decyzja inspektora była właściwa? Te pytania nasunęły mi się po przeczytaniu ostatniej stronicy książki.

Wielkim atutem książek z tej serii jest obecne w nich typowo angielskie poczucie humoru, którego gwarantami są Melrose i ciotka Agatha, a raczej ich szermierki słowne i „podchody”, kto kogo przechytrzy. W początkowych częściach cyklu próby urządzenia życia bratanka podejmowane przez ciotkę Agathę, oprócz tego, że wzbudzały uśmiech, budziły też moją irytację. W „Zajeździe Jerozolima” zabiegi Agathy powodowałyjuż tylko delikatny uśmieszek. Chyba przywykłam do jej stylu zachowania, a może autorka ją nieco bardziej polubiła. :)

Styl książki jest, jak zwykle, nienaganny, przywołujący najlepsze wzorce brytyjskich kryminałów. Angielska prowincja jest jak żywa, portrety ludzkie są zarysowane interesująco, acz – jak się okaże, nie zawsze tzw. pierwsze wrażenie odpowiada rzeczywistości. Przyznam, że pisarstwo Marthy Grimes stanowi dla mnie zagadkę. W przeszłości próbowałam czytać jedną z jej książek z cyklu z Emmą Graham, osadzonej na amerykańskim Południu i – choć rzadko mi się to zdarza – nie dałam rady przeczytać jej do końca. Tymczasem seria „pubowa” mnie oczarowała i z chęcią sięgam po kolejne części wydawane na szczęście po kolei, a nie, tak jak w przypadku m.in. Marininy, na „chybił trafił”.

Rozpoczynając znajomość z bohaterami tej właśnie serii należy mieć na uwadze, że w Polsce pojawiła się ona z dużym opóźnieniem. Obecnie wydawane tomy umiejscowione są w latach 80-tych XX w., co tłumaczy np. częstą potrzebę Jury’ego korzystania z ogólnodostępnych aparatów telefonicznych w pubach. ;) Czytając książki, których akcja toczy się 20 – 30 lat temu, dopiero do nas dociera, jak ogromny skok technologiczny się dokonał i w sumie nie dziwię się, że obecnie dzieci mają kłopot ze zrozumieniem, że całkiem niedawno telefony komórkowe nie były dostępne na wyciągnięcie ręki. Chyba zbytnio odbiegłam od tematu tej notki. :) A więc nie przedłużając, mimo że ta część jest dość nietypowa w porównaniu do wcześniejszych książek, gdyż autorka poświęciła mniejszą uwagę Melrose’owi i ciotce Agacie, to jednak bardzo dobrze mi się ją czytało. Kto lubi i ceni Agathę Christie, z pewnością polubi Marthę Grimes i jej bohaterów z serii o Jurym i Plancie. :)

Aby mieć świadomość, ile książek z tej serii możemy jeszcze przeczytać, podaję poniżej (za Wikipedią) listę kolejnych części serii „pubowej”:

Pod Huncwotem (The Man With a Load of Mischief, 1981, wyd. polskie 2008)
Pod Przechytrzonym Lisem (The Old Fox Deceiv’d, 1982, wyd. polskie 2008)
Pod Anodynowym Naszyjnikiem (The Anodyne Necklace, 1983, wyd. polskie 2009)
Pod Zawianym Kaczorem (The Dirty Duck, 1984, wyd. polskie 2010)
Zajazd "Jerozolima" (The Jerusalem Inn, 1984, wyd. polskie 2011
Help the Poor Struggler (1985)
Deer Leap (1985)
I Am the Only Running Footman (1986)
The Five Bells and Bladebone (1987)
The Old Silent (1989)
The Old Contemptibles (1991)
The Horse You Came In On (1993)
Rainbow’s End (1995)
The Case Has Altered (1997)
The Stargazey (1998)
The Lamorna Wink (1999)
The Blue Last (2001)
The Grave Maurice (2002)
The Winds of Change (2004)
The Old Wine Shades (2006)
Dust (2007)
The Black Cat (2010)
 
 
Martha Grimes (ur. 1931) - amerykańska pisarka, autorka przede wszystkim powieści detektywistycznych. Pracowała jako nauczycielka języka angielskiego, swoją pierwszą książkę napisała dopiero po ukończeniu czterdziestego roku życia. Najbardziej znane są jej książki z inspektorem Jurym i Emmą Graham. Strona internetowa pisarki jest tu.


 Moja ocena: 4,5 / 6

Autor: Martha Grimes
Tytuł oryginalny: Jerusalem Inn
Wydawnictwo: W.A.B
Seria: Mroczna seria
Tłumacz: Grzegorz Sowula
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 344

środa, 1 sierpnia 2012

68 rocznica Powstania Warszawskiego




1 sierpnia 1999, Sławomir Mrożek





Sławomir Mrożek, "Dziennik powrotu"
Noir sur Blanc, 2000

Kraków, 1 sierpnia 1999



"Statystyki donoszą, że Polacy nie czytają książek. Zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Europie. Masochizm, którego nie jesteśmy pozbawieni, każe nam nad tym faktem ubolewać nie bez masochistycznej, samojebnej satysfakcji. "No jasne, my zawsze musimy być gorsi".

Ci, którzy tak ubolewają, to oczywiście czytająca - oraz czytająca i pisząca - mniejszość. Większość natomiast nie komentuje statystyk, no bo ich nie czyta, gdyż nie tylko książek nie czyta, ale nawet gazet nie czyta, nie mówiąc już o pisaniu. Tak więc ci, o których chodzi, są poza sprawą, choć właśnie o ich sprawę chodzi. Nie wiedzą, że nie czytają, i zdziwiliby się, gdyby im powiedziano, że to jest jakaś sprawa.



Żeby czytać książki, trzeba je najpierw mieć. Mieć to niekoniecznie znaczy: posiadać. Mieć je w posiadaniu można tylko w wyniku dziedziczenia albo kupna. Tymczasem nie każdy pochodzi z domu, w którym już jako dziecko zastał jakieś książki, i nie każdy, daleko nie każdy, może sobie pozwolić na zakup książki.



Książka bowiem kosztuje. Nie w tym rzecz ile, gdyż zawsze za dużo. Prawie nikt nie kupuje książki, nie myśląc o cenie; znam tylko cztery takie osoby, trzy za granicą i jedną w Polsce - i tą jedną na pewno nie jestem ja. Prawie każdy, kto chce kupić książkę, musi na ten cel nie tyle wyłożyć, ile wysupłać pieniądze. Tych, którzy mogą je wysupłać lekko, jest niewielu, tych, którym to przychodzi ciężko albo bardzo ciężko, jest tylu, ilu średnio i mało zarabiających, których przecież jest najwięcej. Można się oburzać, jeśli ktoś chce, na "kulturalne zacofanie", czyli na to, że w budżetach rodzinnych książki zajmują ostatnie miejsce, o ile w ogóle jakieś zajmują. Nic to nie pomoże, gdyż rodziny wydają swoje skromne dochody na swoje pierwsze potrzeby. Dlasczego więc do tych pierwszych potrzeb często należy alkohol, a rzadko książka? Bo ludzie są "niekulturalni". A dlaczego nie są "kulturalni"? Bo nie czytają książek. A dlaczego nie czytają książek? Bo ich nie kupują. I błędne koło się zamyka.



Zamykać się jednak wcale nie musi. Istnieje wynalazek, dzięki któremu każdy może mieć dostęp do książki, do wielu książek, do wszystkich książek, bez ich kupowania, za minimalną opłatą, a nawet za darmo. Są to wypożyczalnie i biblioteki publiczne. Wynalazek co najmniej tak stary jak ja, miałem lat osiem, kiedy się z nim zapoznałem dzięki mojej matce. Jak ona została czytelniczką nałogową? Nic jej do tego nie predystynowało. Pochodziła z rodziny bez książek; gdy podrosła, pracowała w rodzinnym przedsiębiorstwie i do szkoły ogólnokształcącej, wyższej niż szkoła podstawowa, już nie dane jej było uczęszczać. Wyszła za mąż, mając lat dwadzieścia jeden, a później już tylko "przy mężu" i przy dzieciach aż do wczesnej śmierci. Więc chyba tylko dzięki owym wypożyczalniom książek - gdyż nikt się nie rodzi z potrzebą czytania - potrzebę tę się nabywa, ale nie można jej nabyć bez pierwszej, drugiej i kolejnej przeczytanej książki, która tę potrzebę najpierw rozbudzi, a potem rozwinie. I odwrotnie, od czytania można się odzwyczaić, uniwersalne prawo 'm bardziej, tym bardziej" i "im mniej, tym mniej" działa także i w tej dziedzinie. Co prawda czytelnicy nieuleczalni, czytelnicy nałogowcy, zdarzają się rzadziej niż tacy, którzy nigdy w nałóg nie popadną.



Gdyby nie wypożyczalnie książek, mój los nie byłby taki, jakim się stał i jakim się dokonuje. W moim rodzinnym domu z kolei też nie było biblioteki, a o kupowaniu książek nie mogło być mowy, ani myśli nawet, z powodów oczywistych. Ale były wypożyczalnie. Co tydzień przynosiliśmy do domu, moja matka i ja, nowy pakiet książek, które otrzymaliśmy w zamian za już przeczytane. Wypożyczalnie były nawet podczas niemieckiej okupacji, dopiero komunizm dał im radę. Niemcy mówili po niemiecku i nie mogli liczyć na współprace polskiego personelu w cenzurowaniu książek ani ich niszczeniu. Kanonów ideologicznych mieli mniej, niż miał ich komunizm, więc i do cenzurowania mniej. A także - niczego nie upaństwowiali.



Minęło pięćdziesiąt cztery lata od Niemców i dziesięc od komunizmu. I oto czytam we wczorajszej gazecie, że w dzielnicy, w której mieszkam - a jest to dzielnica mniej niż niezamożna i więcej niż "niekulturalna" - likwiduje się odgórnie, bo municypalnie, obydwie dotąd istniejące biblioteki publiczne, czyli mówiąc mniej po państwowemu - wypożyczalnie książek. Powstanie bowiem jedna, centralnie położona Biblioteka Publiczna, do której się przewiezie wszystkie książki ze wszystkich dzielnic. Dotychczasowi użytkownicy bibliotek dzielnicowych powinni się cieszyć, ponieważ w centralnej bibliotece będą mieli do wyboru książek nie wiele, lecz masę. To im zrekompensuje wędrowanie od dzielnicy do centrum i z powrotem.



Argument nieprzekonywający. Lepiej od razu się przyznać, że brakuje pieniędzy na utrzymanie bibliotek dzielnicowych. Kosztują lokale, etaty, utrzymanie. Rozumiem i nie wiem, co poradzić. Może zmienić koncepcję zawartą w sztandarowej nazwie "Ministerstwo Kultury i Sztuki"? Mniej wydawać na Sztukę, a co się zaoszczędzi - dawać na Kulturę? Zresztą nie przypominam sobie, żeby gdzie indziej, we Francji na przykład, istniało Ministerstwo Kultury i Sztuki; jest tylko ministerstwo kultury, a mimo to jakaś sztuka też się tam zdarza przy okazji. Rozumiem, sztuka to brzmi dumnie, bardziej prestiżowo niż kultura.


Więc boso, lecz w ostrogach, mówiąc poetycznie, a po ludowemu: wyżejsroniżdupemo.

Wątpię, czy ludzie czytający z mojej dzielnicy, a jest ich podobno około pięciuset, będą radośnie wędrowali do biblioteki centralnej, uwiedzeni czarem jej masy i komputerów. Ten, kogo nie stać na biblioteczkę w domu, lubi ją mieć przynajmniej blisko. Wielu to ludzie starsi lub wręcz starzy, z tymi mniejsza, i tak wnet umrą, ale co z młodymi, takimi jak ja niegdyś? Argument, że nawet blisko domu niczego nie czytają, tylko wystają na rogach, mnie nie przekonuje. Po pierwsze, może nie wszyscy; po drugie, niezbadane są drogi Opatrzności.



Co do mnie, znowu mi się udało. Bywam w Nieborowie koło Łowicza, gdzie w bibliotece gminnej, nad podziw dobrze zaopatrzonej i prowadzonej, znajduję, czego mi potrzeba. Więc będę z niej nadal korzystał, chyba że to samo, co już dokonuje się w Krakowie, dokona się w całej Polsce."


Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...