niedziela, 30 czerwca 2013

Ulotne chwile (52)


Hucuł i Żyd w drodze na targ na Pokuciu, ok. 1910 r.
Pocztówka z cyklu "Świat Kresów. Z kolekcji Tomasza Kuby Kozłowskiego
zakupiona podczas Warszawskich Targów Książki

Kochani, to już rok z cyklem "Ulotne chwile"!
Za tydzień - niespodzianka :) 


sobota, 29 czerwca 2013

Jarosław Iwaszkiewicz, Portrety na marginesach





Historia powstania tego wydawnictwa jest dość niezwykła. Otóż w 1962r. wydawnictwo Czytelnik wydało antologię poetów polskich pt. „Poezja polska 1914 – 39). Jarosław Iwaszkiewicz, po lekturze wierszy, pewnego dnia podszedł do legendarnej Ireny Szymańskiej w kawiarni „Czytelnika” i przekazał jej egzemplarz tej książki ze swoimi karteluszkami, na których zapisał swoje wspomnienie danego autora. Wydawnictwo skopiowało te notatki i oprawiło tak uzupełnioną książkę u introligatora. Jak wspominała Irena Szymańska: „Jest to chyba najcenniejszy dar, jaki kiedykolwiek dostałam i najcenniejsza pamiątka, jaka pozostała mi po Jarosławie.”

Po raz pierwszy opublikowano „Marginalia” na łamach „Twórczości” w 1991 r., a po dwóch latach wydano je w formie książkowej. W wydaniu z 2004 r., które miałam przyjemność czytać, uzupełniono te notki o charakterystyki ludzi kultury, które były rozsiane w licznych tekstach Iwaszkiewicza: artykułach, dziennikach czy esejach. 

Znajdziemy w tej książce różnobarwną i bardzo zróżnicowaną galerię postaci, które ożywają na chwilę dzięki wspomnieniu Jarosława Iwaszkiewicza. Oprócz tuzów przedwojennego i powojennego pisarstwa (Tuwim, Lechoń, Wierzyński, Miłosz, Gombrowicz i wielu innych) znajdują tu się też twórcy i osoby niemal kompletnie zapomniane. A często należy im się chwila zadumy i przypomnienie we współczesności.

Jaki charakter mają te zapiski? Przede wszystkim rzuca się w oczy ich niejednorodne źródło i spore zróżnicowanie jeśli chodzi o zawartość, charakter zapisu. Czasem jest to bowiem kilkuakapitowa, przemyślana notka z początkiem, środkiem i akcentem końcowym, a czasem to zaledwie kilka zdań wyrwanych z kontekstu lub zaledwie jedno charakterystyczne wspomnienie, scena, gest, który tkwi w pamięci autora i na trwałe kojarzy mu się z danym bohaterem. Trzeba przyznać, że często są to niebanalne i bardzo celne charakterystyki. Iwaszkiewicz nie kryje również, czy daną osobę darzył sympatią, czy też nie. Przeważnie unika jednak złośliwości. Jest tylko kilka osób, wobec których był nieco złośliwy, np. Marusia Kasprowiczowa.

"Była to dziwaczna i może niecierpliwiąca, bardzo piękna kobieta, która miała wielkie pretensje do życia. Nie bardzo wiedziała o tym, że jeśli chce się to życie przychwycić, że jeżeli się je chce pokazać, to należy myśleć i mówić o innych, tych, co to życie tworzą, a nie tylko o sobie. To jednak było także i wdziękiem pani Marii, to niefrasobliwe mieszanie wielkich i małych materii, a wszystkich we własnej filiżance, i wiercenie ich tylko własną małą łyżeczką. (…)” (s. 71)




A wspomnienie o Jerzym Putramencie bardzo mnie rozbawiło mając w pamięci jego późniejszą wszechwładność w PRL-owskim środowisku literackim.


Zasługą tych miniatur, impresji jest także przywołanie zapomnianych twórców, zresztą nie tylko pisarzy i poetów. Dla mnie na przykład takim odkryciem był wspomniany przez autora malarz Podola Kazimierz Przyszychowski. „(…) malarz, rodem z Ukrainy, autor bladych akwarel, obrazujących pejzaż i obyczaje podolskie. (…) Otóż „Opowiadania podolskie” Wołoszynowskiego zawsze mi przypominają podolskie akwarele Przyszychowskiego. Są tak precyzyjne, namalowane z taką znajomością rzeczy i tak głęboko sięgają w znaczenie literatury bałagulskiej. (…)” (s. 119) Źródło zdjęcia

Wspomnienia Iwaszkiewicza są ważnym świadectwem. Przecież obejmował on swoją pamięcią tak różne epoki literackie! Czasy wołyńskie, jeszcze przedrewolucyjne, przedwojenne salony literackie, środowisko skamandrytów oraz czasy powojenne. Większość portretów to wspomnienie osób z czasów przedwojennych lub z okresu wczesnej młodości autora. Wspomnień powojennych jest naprawdę niewiele. Znakomita większość wspomnień dotyczy osób, które znał. Jednym z zauważonych przeze mnie wyjątków od tej reguły jest notka poświęcona Marii Skłodowskiej-Curie, której Iwaszkiewicz nie znał osobiście, a przynajmniej nie wynika to z tekstu.

Czytając tę książeczkę poznajemy tych, których pisarz pamiętał i chciał tę pamięć utrwalić, niekiedy wbrew powszechnemu zapomnieniu. Z drugiej strony, widać w tych miniaturach wielki talent pisarski Iwaszkiewicza. Jedyne, czego mi brakowało w tej książce, to podanie źródła informacji o pochodzeniu danego wpisu. Całość bibliografii jest oczywiście podana na końcu, ale czytając dane wspomnienie nie wiemy, skąd ono pochodzi, a z uwagi na niejednorodną formę tych fragmentów literackich, byłaby to pomocna informacja. Lektura „Portretów na marginesie” była dla mnie wielką przyjemnością i oddechem od codzienności.


Autor: Jarosław Iwaszkiewicz
Wydawnictwo: Biblioteka Więzi
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 176


czwartek, 27 czerwca 2013

Cees Nooteboom o Hiszpanii



Cees Nooteboom (ur. 1933) - holenderski prozaik
Źródło zdjęcia

Cees Nooteboom, Drogi do Santiago
tłum. Alicja Oczko
W.A.B., 2007


Camino de Santiago
Źródło zdjęcia



"Krajobrazy, kościoły, kościoły, krajobrazy. A wszędzie to słowo: camino. Camino de Santiago, Redecilla del Camino; znaki drogowe odliczają kilometry, liczby po nazwie Santiago coraz bardziej maleją, coraz częściej widzę muszlę świętego Jakuba zdobiącą pompy studzienne i ławki, zbliżam się i pozostaję daleko." (s. 79)

Guadalajara, Kastylia
Źródło zdjęcia


"Kilka godzin później jesteśmy za Madrytem, okolica jest Otwarta i rozległa, wielkie karawele chmur płyną po potężnym niebie, ale już nie pada. To jeszcze Kastylia, kraina, która z góry, z samolotu, wygląda jak płaszczyzna czerwieni i brązu, piaszczysta i sucha: meseta. Po deszczu nie jest tam tak skwarno jak w lecie, pobocza dróg są pełne kolorowych wiosennych kwiatów: maków, jasnot, margerytek, mleczy - orgia złota, czerwieni, błękitu i fioletu - horyzont faluje przed nami, a kiedy zjeżdżamy z głównej drogi, robi się nagle pusto i ogarnia nas nieodłączne tu uczucie wielkiej wolności.
 
 
Chinchon, Plaza de Mayor
Źródło zdjęcia
 
Postanowiliśmy zatrzymać się w Chinchon, gdzie robi się najlepszy w całej Hiszpanii anis. Pośrodku wsi znajduje się duży rynek, Plaza Mayor, najbardziej hiszpański ze wszystkich wynalazków, serce i centrum  każdej kastylijskiej miejscowości od Madrytu po najbardziej zapadłą dziurę. Ale jest w tym placu coś przedziwnego. Nie jest kwadratowy, lecz eliptyczny; przypomina arenę lub teatr. Podłoże jest z piasku, domy wokół mają tarasy mogące służyć za loże, z których teraz korzystają restauracje." (s. 120)
 
Wiatraki, Consuegra
Źródło zdjęcia

"Tym, co widzi się, zbliżając się do Consuegry, jest moment inspiracji pisarza. W pewnym świetle, przy określonym ułożeniu chmur, drżeniu upalnego powietrza, które może wisieć nad równiną, wszystko tu nabiera jakiegoś upiornego, nierzeczywistego wyglądu. To oczywiście sam Cervantes, zanim mógł to uczynić jego Rycerz, ujrzał w tych wiatrakach olbrzymy, i nawet stojąc tu, na górze, przy ruinach zamku, nie mogę się za bardzo uwolnić od tej fantazji. Oczywiście, że to wiatraki, ale z tym jednym martwym okiem między czterema kręcącymi się skrzydłami są to również żywe istoty w niebezpiecznym szyku. Snuję się trochę między skałami koloru gliny, patrzę na bezkresną równinę na zachód od wzgórza, przechadzam się wzdłuż nadkruszonych murów z blankami i za każdym razem, gdy się odwracam, widzę na nowo te czekające wiatraki na tle nieba ciemniejącego przed burzą. Nie, tam w górze jest się nie w zwykłym świecie, lecz w królestwie wyobraźni. W dole jest La Mancha ziemi, pól, świń, szynek i serów, solidny świat namacalnych rzeczy, ale tu, z góry, ten sam materialny świat nabiera aspektów marzenia i tego, co niemożliwe: wszystko jest tu inne, niż się wydaje. To świat Cervantesa i jego bohatera, o którym Nabokov mówi: "Już się z niego nie śmiejemy. Herbem jego jest litość, jego sztandaren - piękno. Ucieleśnia to wszystko, co łagodne, zagubione, czyste, niesamolubne, i galanteryjne." (strony 122-123) 
 

Uliczka w Segowii
Źródło zdjęcia

"To ściśnięte miasto, ta Segowia. Jeśli już wjechało się do niego przez jedną z wielu bram akweduktu, wydaje się, jakby wąskie ulice z tyłu się zamykały. Wspinając się zaułkami, mija się restauracje, w których bezwstydne ryjki nagich prosiaków spoczywają na ich niewinnych przednich nóżkach, staroświeckie sklepiki z nićmi, wstążkami i ultramarinos, i nagle na wprost wyrasta niespodzianka w postaci przepięknych romańskich kościołów (jest ich dwadzieścia), widać, jak Eresma wije się w dolinie wśród zieleni, i przez nikogo niepoganianym dochodzi się do alkazaru. Gdyby ktoś nie wiedział, że zamek jest prawdziwy i autentycznie stary, można by pomyśleć, że zaprojektował go Anton Pieck. Grupka dzieci wychyla się z wieżyczek baszty zamkowej i krzyczy: Viva Asturias! Okrzyk wisi przez chwilę w powietrzu, po czym cichnie nad głębokim wąwozem. Nie do zdobycia, takie wrażenie sprawia alkazar, umieszczony tak wysoko na skałach. Spiczaste wieże, zwarte mury, baszta z dziwnymi okrągłymi wieżyczkami obserwcyjnymi jak świecznik na olbrzymie świece, które nocą mogłyby oświetlić całą mesetę Kastylii. Hiszpańscy królowie, jak przeganiani Cyganie wędrujący od zamku do zamku, tu przyjeżdżali najchętniej." (strony 140-141) 

Ratusz, San Sebastian
Źródło zdjęcia
 
"San Sebastian leży sobie nad Zatoką Biskajską niczym podstarzała, nieco przesadnie wymalowana panna na sofie. Pamięta lepsze czasy: szepty w łożach, królewscy wielbiciele - wszystko to minęło, ale ślady dawnej glorii pozostały i dla kogoś, kto gustuje w niemłodych damach, może być nadal całkiem atrakcyjna. Zaletą zubożałych królestw jest to, że staranniej przechowują swoje rzeczy. Nie mają pieniędzy na zakup nowych, tak więc wciąż są w użyciu te same, co kiedyś lampy, szafa i sztychy. San Sebastian to jeden wielki sklep z secesyjnymi bibelotami: zwariowane mostki z latarniami, których już nigdzie się nie spotyka, hotele, które w Brukseli dawno by rozebrano, kraty, na których kolekcjoner chętnie dałby się powiesić." (s. 185) 

wtorek, 25 czerwca 2013

Aleksander Bek, Nominacja




Lubię sięgać po serię Klubu Interesującej Książki PIW-u, gdyż jest to swoisty znak jakości dla ciekawej literatury współczesnej. Wielu z autorów jest już zapomnianych, a warto czasem sięgnąć po te pokryte bibliotecznym kurzem książki i przekonać się, czy nadal poruszają one w czytelnikach czułą strunę.

Tym razem mój wybór padł na „Nominację” Aleksandra Beka, czyli książkę, której proces wydawniczy to swoista „droga przez mękę”, której końca autor nie dożył. Książka przez wiele lat nie mogła zostać wydana w Związku Radzieckim z uwagi na protest wdowy po Iwanie Tewosjanie, która uważała, że główny bohater książki przedstawia jej męża, który w jej opinii został przedstawiony krytycznie i nieprawdziwie. Co z tych emocji, które wzbudziła książka w latach 60 i 70-tych pozostało obecnie?

„Od chwili kiedy Onisimow po raz pierwszy przeczytał Lenina, minęło już czterdzieści lat. Była to zniszczona broszura „Co robić?” Ani przedtem, ani potem żadna książka nie podziałała tak mocno na Onisimowa. Jasność myśli Lenina, jego pewność siebie, umiejętność przekonywania, logika podbiły piętnastoletniego Saszę. Co robić? Zorganizować się w partię, w zdyscyplinowaną, monolityczną organizację proletariackich rewolucjonistów – tak brzmiała odpowiedź, jaką Onisimow zapamiętał na całe życie. Jego programem, jego wiarą, stały się słowa Lenina, że jeśli stworzymy organizację rewolucjonistów, zmienimy wówczas Rosję!” (strony 60-61)

Głównym bohaterem „Nominacji” jest Aleksander Onisimow, wysoko postawiony w strukturze partyjnej i rządowej działacz nadzorujący przemysł ciężki, konkretnie metalurgię. Jest on całkowicie oddany partii, Stalinowi i swoją nienaganną postawą etyczną, skoncentrowaniem na realizacji nałożonych zadań, choćby najbardziej wymagających i absurdalnych, osiągnął najwyższe zaszczyty w państwie radzieckim. Co więcej, udało mi się uniknąć represji podczas kolejnych fal prześladowań. Mimo śmierci brata i jego żony w obozie, jego wierność dla Stalina pozostała niezmieniona. Słynie ze swojej dokładności i dociekliwości, tropienia wszelkich nieprawidłowości i zaniedbań w podległych mu zakładach przemysłowych. Pracuje bez wytchnienia, nie ulega pokusom wynikającym ze stanowiska, jakie piastuje. Rodzina, żona, dziecko… Tak, oni też istnieli w jego życiu, ale czy poniższy fragment nie ilustruje dostatecznie rodzaju więzi, jaka łączyła małżonków:

„Spotykali się podczas pracy partyjnej, zbliżyła ich zażarta walka przeciwko opozycji, najpierw przeciwko trockistom, potem przeciwko zinowjewowcom i wreszcie przeciwko opozycji zjednoczonej, aż pewnego dnia objawili się światu jako mąż i żona. Niestety, nie było to małżeństwo z miłości. Skojarzyła je raczej bliskość ideowa, pokrewieństwo duchowe.” (strony 56-57)

Akcja książki toczy się głównie po śmierci Stalina, gdy w kierowniczych gremiach narastają tendencje do usunięcia z szeregów partyjnych ludzi związanych ze zmarłym przywódcą. Od momentu więc, gdy rozeszła się pogłoska o nominacji Onisimowa na ambasadora jednego z północnych krajów do faktycznego wyjazdu na placówkę nie mija zbyt wiele czasu. Bohater usiłuje protestować przeciw tej decyzji, rozstanie z przemysłem metalurgicznym uważa za karę, ale dyscyplina, jaką narzucił sobie przez całe swoje życie zwycięża. Pogrążając się od czasu do czasu w rozmyślaniach o przeszłości, decyzjach, które wydawał, decyzjach, które przyszło mu wykonywać na bezwzględne polecenie Stalina przygotowuje się do objęcia placówki mimo niepokojących objawów chorobowych, które nękają go od dłuższego czasu…

Ta książka to ciekawa próba wniknięcia w umysły środowisko najwyższych urzędników państwa radzieckiego. Dominuje osoba Onisimowa, którego siła wewnętrzna i prawość jakby przytłacza pozostałych bohaterów, którzy nie mogą się przebić do świadomości czytelnika. Jest co prawda zarysowana postać naukowca Czełyszewa, który – o ile to możliwe – stara się stać z boku i nie uczestniczyć w najbardziej ryzykownych i nie bójmy się tego słowa głupich eksperymentach zleconych przez Gospodarza, jak nazywano Stalina w kręgach partyjnych. Od czasu do czasu pojawia się również ambitny i skonfliktowany z Onisimowem metalurg młodego pokolenia, Piotr Gołownia, który zresztą – jak wynika z noty opublikowanej na końcu książki – miał być pierwotnie pierwszoplanowym bohaterem, ale ostatecznie jego obecność jest ledwo zaznaczona. Tylko Onisimow został zarysowany na tyle wyraźną kreską, żebyśmy mogli poczuć jakąś formę stosunku emocjonalnego wobec niego, gdyż o więzi trudno tu mówić. Jego wewnętrzna surowość przytłacza, jego przywiązanie do Stalina poraża, zwłaszcza dzisiejszych czytelników.  

O ile w poprzednio czytanych książkach, których materia dotyczy funkcjonowania systemu sowieckiego od wewnątrz ("Pokonani" , "W domu niewoli"), miałam okazję wglądu w myśli i uczucia osób, które doświadczyły represji systemu, o tyle „Nominacja” pozwala zapoznać się ze sposobem myślenia wiernych poddanych Stalina, tych, którzy dotarli do najwyższych stanowisk w państwie i mogli korzystać z dostępnych przywilejów za cenę ślepego posłuszeństwa, a i to nie zawsze wystarczało, aby zachować życie. Onisimow wyróżnia się korzystnie na tle aparatczyków z uwagi na swoją skromność i niepodważalną wiedzę merytoryczną, ale jego podporządkowanie decyzjom Gospodarza niejednokrotnie przeczyło zdrowemu rozsądkowi, choć dzięki temu udało mu się uniknąć najgorszego, czyli zesłania lub aresztowania. Czy jego życie było bogatsze i pełniejsze od tych, którzy doświadczyli represji systemu? Czy idee i ludzie, którym poświęcił życie rzeczywiście byli tego warci? 

Bek koncentruje się na Onisimowie, jego oglądzie świata i jego otoczeniu. Dlatego nie mogło zabraknąć złowrogiego Ławrentija Berii, który czuje do głównego bohatera urazę z młodzieńczych lat i stanowi jego stałe zagrożenie. Mimo jednak złowieszczości tej postaci, obozy pracy, których nadzorcą był Beria i w których zamęczono miliony ludzi, pojawiają się w tekście właściwie tylko przy dwóch okazjach: gdy wspomniany jest los brata Onisimowa i gdy podczas wojny planowano wykorzystanie tych niewolników systemu w pracy na rzecz odtworzenia za Uralem fabryk ewakuowanych z terytoriów zajętych przez Niemców. Nie ma tu żadnej autorskiej refleksji nad losem tych ludzi.

Książka jest napisana niezbyt porywającym stylem, a jej wiernopoddańczy wobec państwa radzieckiego styl był dla mnie momentami nieco drażniący, ale jej lektura nie była czasem straconym, o nie. 
W „Nominacji” nieustannie wspomina się o specjalnych, darmowych stołówkach, mieszkaniach, sklepach, czyli po prostu o przywilejach dla kasty rządzącej. Nawet fryzjer, u którego zwykle strzygł się Onisimow, był dostępny tylko dla wybranych. Charakterystyczna jest przygoda Onisimowa i jego zastępcy (minister i wiceminister), którzy wracając z kolejnej nocnej narady u Gospodarza przez zbieg okoliczności znaleźli się sami, bez kierowcy, bez pieniędzy, których na co dzień nie potrzebowali, w środku miasta i stanęli przed jakże nietrywialnym zadaniem powrotu do domu tak jak zwykli moskwianie. Kupno biletu na metro, przejazd w porannym szczycie, przejście przez most do niedostępnej dla zwykłych śmiertelników dzielnicy rządowej to były przeszkody, które musieli pokonać notable rządowi pracujący ciężko na rzecz ojczyzny w kompletnym oderwaniu od realiów, w których funkcjonowali zwykli obywatele.

Aleksander Bek to pisarz kojarzony głównie ze swoim największym dziełem „Szosą Wołokołamską” opisującą bohaterską obronę Moskwy przed Hitlerem. Był to również pisarz oddany sprawie rewolucji i komunizmowi. Niemniej jednak, nawet on zetknął się z nieformalną cenzurą „Nominacji”. Historia dotycząca jego potyczek mających na celu przezwyciężenie oporu materii i wydania tej książki opisana jest w notce na końcu książki, w której zawarte są również fragmenty dziennika pisarza. Jest to lektura smutna. „Zapis” na tę książkę nie wynikał z jej nieprawomyślności, pisarz nie dostał żadnego jasnego stanowiska z organów kontrolnych. Niemożność wydania była spowodowana li tylko i jedynie wpływami w aparacie partyjnym jednej osoby, która była w stanie załatwić wstrzymanie druku książki na jeden telefon z odpowiedniego gabinetu. Jak wielkie były to wpływy dowodzi fakt, iż pierwsze wydanie tej książki miało miejsce za granicą, a w Związku Radzieckim książka ukazała się dopiero za Gorbaczowa. Tak więc jej perypetie wydawnicze wpisują się w jej treść i przekaz.

Ta książka ujawnia bowiem bezsens systemu i także niejako przyczyny jego bankructwa. Tam, gdzie liczy się głos jednego tylko człowieka, gdzie dominuje siła i pomiatanie słabszymi, tam nie można mówić o prawdziwym życiu. Onisimow jest człowiekiem przegranym mimo swoich niezaprzeczalnych zalet. Swoje życie i umiejętności poświęcił na ołtarzu partii i wodza, co z jednej strony skutkowało nadmiernym wysiłkiem fizycznym i emocjonalnym, z drugiej strony okazało się nie tylko bezsensowne, ale i obciążające w oczach kolejnej frakcji, która objęła władzę po śmierci Stalina.
 

Aleksander Bek (1903-72) - pisarz radziecki. W 1919 r. wstąpił do armii bolszewickiej i pisywał tam artykuły do gazetki propagandowej. Swoją pierwszą powieść pt. "Kurako" opublikował w 1934 r. Potem opublikował jeszcze kilka powieści utrzymanych w duchu socrealistycznym. W 1941 r. wrócił do armii i był świadkiem obrony Moskwy przed wojskami niemieckimi. W 1944 r. napisał "Szosę Wołokołamską", opisującą bohaterstwo obrońców Moskwy. Książka ta traktowana jest jako jego najważniejsze dzieło. "Nominacja" napisana w 1965 r. przez wiele lat nie mogła zostać wydana w ZSRR z uwagi na protest wdowy po Iwanie Tewosjanie, która uważała, że Bek ukazał pod postacią Onisimowa jej męża szkalując jego pamięć. Książka została wydana w Niemczech w 1972 r., a w ZSRR dopiero w 1986 r. Aleksander Bek zmarł w 1972 r. Źródło zdjęcia


Autor: Aleksander Bek
Tytuł oryginalny: Nowoje naznaczenie
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Andrzej Szymański
Rok wydania: 1989
Liczba stron: 244

czwartek, 20 czerwca 2013

220 rocznica urodzin Aleksandra Fredro i gra miejska :)


Aleksander Fredro (20.06.1793 - 15.07.1876)
Źródło zdjęcia
 
"Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości"
Aleksander Fredro

Aleksander hrabia Fredro, komediopisarz, bajkopisarz, poeta, żył długo i życie miał niesłychanie barwne. Urodził się w zamożnej rodzinie szlacheckiej. Młodość miał bujną. Jako 16-letni chłopak wstąpił do armii napoleońskiej Księstwa Warszawskiego i wędrował z nią przez 6 lat - aż do upadku Cesarstwa. Za swoje zasługi wojenne został odznaczony złotym krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Legii Honorowej. Armię opuścił w 1815 i osiadł w Bieńkowej Wiszni, majątku niedaleko Lwowa.

Około 1817 poznał Zofię hr. Skarbkową, z domu Jabłonowską, i zakochał się na całe życie. Para zakochanych czekała na ślub ponad 10 lat. Tak długi okres oczekiwania spowodowany był głównie oporem rodziny Jabłonowskich. Ale zawarte w 1828 małżeństwo było bardzo szczęśliwe. 

Fredro brał czynny udział w społecznym życiu ziemiaństwa, po 1831 reprezentował jego interesy w galicyjskim Sejmie Stanowym. W okresie Wiosny Ludów został oskarżony o zdradę stanu za wystąpienia przeciw Austrii. Był członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, od 1873 członkiem Akademii Umiejętności. Ostatnie lata życia spędził we Lwowie, którego był honorowym obywatelem.


Dzisiaj najbardziej znany jest Fredro - komediopisarz, ale jest on też autorem znakomitego pamiętnika "Trzy po trzy", w którym snuje w nim wspomnienia głównie ze swojej wojskowej młodości, ale też wraca pamięcią do dzieciństwa. Pamiętnik jest nieocenionym źródłem wiedzy o epoce i samym autorze. Pisał też opowiadania, wiersze i poematy. Szczególne miejsce zajmują jego bajki, które weszły do powszechnego obiegu i często nawet nie pamiętamy, kto był ich autorem ("Osiołkowi w żłoby dano", "Małpa w kąpieli", "Paweł i Gaweł"). Jego pisarstwo weszło zresztą do języka potocznego, czasem nie zdajemy sobie sprawy, że "mówimy Fredrą" ("wolnoć Tomku w swoim domku", "jak ty komu, tak on tobie", "szanuj zdrowie należycie, bo jak umrzesz, stracisz życie", "jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby"). 

Humor Fredry był zazwyczaj dość łagodny, a wyrozumiałość dla przywar bliźnich - znaczna. Fredro bawił się pisząc swoje komedie i chciał bawić widza teatralnego. To stało się powodem ataków. W epoce romantyzmu i pozytywizmu, ktoś, kto nie chciał dawać świadectwa i pobudzać uczuć patriotycznych, był trudny do zaakceptowania. Zarzucano mu drugorzędny talent, uleganie wzorcom francuskim i niemoralność. Komentatorzy Fredry często tłumaczą tym atakiem kilkunastoletnią przerwę w jego twórczości. Po roku 1854 znów zaczął pisać, ale tylko do szuflady.  

Najlepsze i najbardziej do dziś znane sztuki powstały w pierwszym okresie twórczości, do najwybitniejszych należą: Mąż i żona (1822), Cudzoziemszczyzna (1824), Damy i huzary (1825), Pan Jowialski (1832), Zemsta (1833), Śluby panieńskie czyli magnetyzm serca (1833), Dożywocie (1835).  Źródło


* * *
 
W jednym z wcześniejszych wpisów wspomniałam, że pojawia się w naszym otoczeniu coraz więcej przedsięwzięć promujących czytelnictwo lub upamiętniających naszych twórców w niebanalny i atrakcyjny sposób. Rocznica urodzin Aleksandra Fredry jest również tematem dzisiejszej wieczornej gry miejskiej pod nazwą „Wszyscy grają Fredrę”, której organizatorem jest Dom Komedii Aleksandra Fredry. 

Aby wziąć udział w dzisiejszej grze, konieczna jest wcześniejsza rejestracja na:
http://www.gamesdevelopment.pl/wszyscy-graja-fredre/ 

Początek gry: czwartek, 20 czerwca o 19:00 w Warszawie.


Miejsce startu to tajemnica… żeby je poznać trzeba odpowiedzieć na pytanie:

Kto gdzie mieszkał?
a) Paweł na górze, Gaweł na dole
b) Gaweł na górze, Paweł na dole
c) Mieszkali w szeregowcu, ich relacje były horyzontalne

Odpowiedzi i rejestracja na
kontakt@gamesdevelopment.pl
Na graczy czekają nagrody! 

Gracze startują w miejscu poznanym podczas rejestracji (aby je poznać trzeba odpowiedzieć na pytanie ze strony wydarzenia) i przemieszczają się z jednego punktu do drugiego. Na każdym realizują zadania, dzięki którym otrzymują instrukcję o lokalizacji kolejnych punktów. Przystanki na drodze graczy zostały przygotowane przez warszawskich aktorów i teatry, m.in. Teatr Improwizowany Klancyk, Stowarzyszenie Praktyków Dramy Stopklatka, Teatr Baj, Fundację PERFORM, Fundację Sztuka Ciała, Performerię Warszawy, Teatr Parabuch. 

Gra „Wszyscy grają Fredrę” będzie okazją do poznania znanych i nieodkrytych dzieł komediopisarza w interpretacji aktorów warszawskich teatrów młodego i starszego pokolenia. Gra miejska to jednak coś więcej niż spektakl. Gracze będą uczestniczyć w serii epizodów, będą wykonywać zadania i wejdą w interakcję z tekstami i aktorami. 

Bardzo mnie ciekawi, czy to przedsięwzięcie na cześć Aleksandra Fredry okaże się popularne. Oby więcej takich przedsięwzięć pokazujących, że twórczość naszych klasyków nadal potrafi nas zaciekawić i zachwycić!




 

wtorek, 18 czerwca 2013

Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak



 

Carol Drinkwater zabiera nas tym razem w podróż wokół Morza Śródziemnego śladami uprawy drzewa oliwnego. To książka odmienna od poprzednich części cyklu. Tym razem ukochana farma jest tylko wspomnieniem domu i przystani, a sama autorka podąża śladami drzewa oliwkowego i szuka początków jego uprawy w świecie starożytnym. Carol rozpoczyna swoją podróż w Marsylii, skąd udaje się do Libanu. Kolejne etapy jej poszukiwań źródeł upraw oliwek wiodą do Syrii, Turcji, na Maltę, do Turcji, Grecji i do Izraela.

Wyczuwalna jest w tej książce jakaś nostalgia, smutek i potrzeba odnalezienia równowagi wewnętrznej, czegoś, co nadałoby życiu sens. Wyczuwalne jest również napięcie między Carol i Michelem, który dwukrotnie do niej dołącza podczas tej niezwykłej podróży. Nie ma w tej książce nastroju szczęścia i miłości. Czuje się, że Carol wyruszyła w tę podróż nie tylko, aby zrealizować swój projekt, lecz także, aby zastanowić się nad swoją sytuacją życiową w zupełnej samotności. 

Książka Drinkwater dostarcza wielu informacji o historii uprawy drzewa oliwnego w basenie Morza Śródziemnego, choć nie jest to pozycja naukowa, a nawet popularnonaukowa. Oprócz pięknie podanej historii krążącej wokół sięgających w starożytność upraw, pełno jest bowiem dywagacji i przypuszczeń autorki szukającej prapoczątków tej uprawy. Odwiedza ona muzea, wykopaliska, farmy, tłoczarnie, rozmawia z ludźmi, których spotyka na swojej drodze. Jest ciągle w ruchu, w drodze. Gałązka oliwna to symbol pokoju, tymczasem w dzisiejszych czasach Bliski Wschód, gdzie najprawdopodobniej istnieją najstarsze tradycje uprawy drzewa oliwnego, jest targany konfliktami politycznymi, a sytuacja z biegiem lat robi się coraz bardziej napięta. Ten kontrast jest w książce uderzający. 

W moim odczuciu, najciekawsze w książce były zawarte w niej informacje nt. uprawy drzew oliwnych w starożytności, odnajdywanie śladów tej uprawy wśród skamielin i eksponatów muzealnych. Te fragmenty książki, na szczęście przeważające, były najbardziej absorbujące. Choć czytało mi się tę książkę dobrze i z przyjemnością, mam jednak kilka uwag krytycznych.

Drinkwater, podobnie jak w poprzednich częściach cyklu, jest w swych opisach bardzo szczegółowa, momentami nawet za bardzo. Jeśli chciałabym uzyskać informacje o cenach noclegów w danym kraju, sięgnęłabym do przewodników stricte turystycznych. Od książki z cyklu oliwkowego oczekuję jednak nieco innego, bardziej uniwersalnego spojrzenia. Tymczasem Carol podaje z coraz bardziej denerwującą skrupulatnością, ile dany nocleg ją kosztował w euro i funtach i czy było to warte swojej ceny, czy nie. Rozumiem, że można się zbulwersować kosztem danej usługi, jak np. ceną wizy libijskiej, ale podawanie detaliczne większości cen noclegów mnie nie interesuje. 

Druga kwestia, która mnie nieco denerwowała, to niepotrzebne wtręty dotyczące sytuacji politycznej. Autorka nie ukrywa swoich poglądów politycznych, ale szczerze powiem, że będąc osobą średnio zorientowaną w sprawach polityki bliskowschodniej, jestem w stanie ocenić niektóre opinie Carol jako naiwne. Jeżeli na wieść o tym, że wybory w Palestynie wygrał Hamas, autorka stwierdza, że od tej pory na pewno skończą się zamachy terrorystyczne, to jak to można inaczej nazwać? Innym przykładem są odczucia autorki odnośnie sytuacji w Izraelu, niezmiernie zapętlonej i trudnej do rozwiązania, o czym chyba wszyscy wiedzą. Odwiedzając ten kraj Carol zauważa błędy i wypaczenia tylko jednej strony konfliktu. Żenujące jest stwierdzenie, że poczuła się obrażona potraktowaniem męża przez izraelskie służby bezpieczeństwa przed wylotem, gdyż musiał trzy razy rozpakowywać walizkę. Każdy, kto był w Izraelu i korzystał z połączenia lotniczego, wie dobrze, że każdy z odlatujących jest przedmiotem rygorystycznej i zajmującej czas kontroli. Na lotnisku należy się zjawić minimum trzy godziny przed odlotem. Jeśli pojawisz się później, możesz nie odlecieć. Tak więc, zachowanie obsługi lotniska nie było żadną szykaną wobec Michela. Podobnie fałszywy ton zwrócił moją uwagę w opowieści z Grecji, gdzie autorka wspomina, że poczuła się nieswojo, gdy jeden z rozmówców zaczął opowiadać o niemieckich prześladowaniach podczas II wojny światowej. Powodem zmniejszenia się komfortu psychicznego autorki był fakt, że mąż jest niemieckiego pochodzenia… 

Trochę tych uwag krytycznych się zebrało, nie oznacza to jednak, że książka jest zła. Niemniej jednak, te wspomniane wyżej niuanse nieco mnie drażniły podczas lektury. A przyznać trzeba, że szlak oliwkowy to ciekawy temat i prawdziwa pasja autorki. Potencjał tego zagadnienia zauważono w UNESCO, które zaprosiło Carol Drinkwater do współpracy przy opracowywaniu koncepcji szlaku oliwnego pod egidą tej organizacji. Mam nadzieję, że w kolejnej części cyklu, która jednocześnie będzie drugą częścią podróży śladami drzewa oliwkowego, oddalimy się nieco od zagadnień politycznych i cen noclegów, co nieco zepsuło mi przyjemność tej lektury.

* * *

Powiązane wpisy:

Carol Drinkwater, Oliwkowa farma,

Carol Drinkwater, Sezon na oliwki,

Carol Drinkwater, Oliwkowe żniwa,


Autor: Carol Drinkwater
Tytuł oryginalny: The Olive Route
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Hanna Pasierska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 536



niedziela, 16 czerwca 2013

sobota, 15 czerwca 2013

16 czerwca - Bloomsday, czyli święto "Ulissesa"



James Joyce (1882 - 1941)
Źródło zdjęcia

Czy wiecie, że jutro jest tzw. Bloomsday? 16 czerwca 1904 r. rozgrywała się akcja ”Ulissesa” Jamesa Joyce’a i już od wielu lat Irlandczycy obchodzą tego dnia święto dla uczczenia swojego wielkiego pisarza. Nazwa tego dnia pochodzi od Leopolda Blooma, głównego bohatera powieści, którego wędrówka po mieście jest zasadniczą treścią książki.
 
 
Źródło zdjęcia
 

Około 16 czerwca odbywają się konferencje, sympozja, inscenizacje oraz wszelkie możliwe formy uczczenia tego dnia. Tu znajdziecie program spotkań w Dublinie w dniach 10 - 16 czerwca br. 
 
Tradycją stały się już wędrówki ludzi ubranych w kostiumy z epoki edwardiańskiej po ulicach Dublina. Bloomsday jest również obchodzony w kilku miastach USA, a także w Szombathely na Węgrzech, gdyż to miasto było fikcyjnym miejscem urodzin ojca Leopolda Blooma. Przywołajmy więc nastrój tego święta poprzez fotografie ludzi, którzy brali udział w zabawie we wcześniejszych latach :)
 
 
Źródło zdjęcia
 
Źródło zdjęcia

Źródło zdjęcia
 
Źródło zdjęcia

Ja co prawda w zamierzchłej przeszłości przeczytałam „Ulissesa”, ale nie mam zbyt dobrych wspomnień i nie mam na razie ochoty na powtórkę. Doceniam jednak legendę tej książki i fajnie, że Irlandczycy potrafią w ten właśnie sposób pamiętać o wybitnym pisarzu.

 

czwartek, 13 czerwca 2013

Amelie Nothomb, Kosmetyka wroga





Książki Amelie Nothomb nie przerażają potencjalnego czytelnika swoją objętością. „Kosmetyka wroga” nie odstaje od innych tytułów, a nawet je przewyższa pod tym względem, gdyż tekst nie przekracza 100 stron małoformatowej książeczki. 

Czy zdarzyło się Wam spędzać czas na lotnisku czekając na opóźniający się wylot samolotu? Zwykle taki pasażer pogrąża się w lekturze książki lub gazety, zagląda do komputera lub rozmyśla. Może się też zdarzyć, że zaczynamy narzekać na sytuację razem z innymi towarzyszami niedoli siedzącymi na sąsiednich ławkach. 

Jerome Angust, bohater książki Amelie Nothomb, znalazł się więc w sytuacji, jaka może zdarzyć się każdemu z czytelników. Po zapowiedzianym technicznym opóźnieniu samolotu, którym miał wylecieć do Barcelony nie dane mu było rozkoszować się lekturą. Gdyby tak czytał i czytał, nie byłby to chyba dobry materiał na książkę, tak więc spokój naszego bohatera został zakłócony. Usiadł obok niego osobnik, który przedstawił się jako Textor Texel i rozpoczął rozmowę, a raczej monolog. Mimo zniechęcających słów i gestów Jerome’a Texel kontynuował zwierzenia autorytatywnie stwierdzając, że Jerome nie czyta naprawdę, gdyż „Od razu widać, kiedy ktoś czyta. Człowiek, który czyta – naprawdę czyta – jest nieobecny duchem.” (s. 7), a Angust na takiego mu nie wyglądał. :) Natręt snuje niesamowitą opowieść opowieść przechodząc od banalnych szczegółów własnego życia do coraz bardziej intymnych i niesamowitych zwierzeń, które w dziwny sposób łączyły się z życiem Jerome’a Angusta... 

Akcja książki rozgrywa się w ciągu dwóch godzin, jej treścią jest w zasadzie wyłącznie rozmowa dwóch bohaterów, a sceną - lotnisko. Opis otoczenia niemal zupełnie nie istnieje, nie ma znaczenia dla przekazu książki. Równie dobrze ta rozmowa mogłaby się odbyć w miejskiej bibliotece czy też podczas meczu piłkarskiego. Najważniejsze są słowa, niejednoznaczne, zaskakujące, okrążające Angusta i zapędzające go w niewidoczną pułapkę. Jego rozmówca wydaje się zupełnie panować nad przebiegiem rozmowy, a wszystkie reakcje nagabniętego pasażera są ujęte w jego planie rozmowy.  Tekst dialogów pomiędzy bohaterami skrzy się od zakrętasów logicznych i przyciąga uwagę czytelnika, podobnie jak Texel angażuje uwagę Angusta. Pisarka po mistrzowsku prowadzi czytelnika sobie tylko znanymi ścieżkami. Sądzę, że byłby to świetny materiał na kameralną sztukę teatralną, tak wiele jest tam stwierdzeń, które mogą mocno wybrzmieć ze sceny. Część jej przekazu chyba nawet ginie na kartach książki. 

Czytelnik dopiero na końcu dowiaduje się, jaka zależność łączyła tych dwóch bohaterów. Nie mogę ujawnić zbyt wiele, gdyż i tak w okładkowym streszczeniu książki napisano o jedno zdanie za dużo. Nie zdradzę jednak tajemnicy, gdy napiszę, że końcówka książki jest zaskakująca i dwuznaczna, choć mimo wszystko pozostawiła we mnie pewien niedosyt. Treść książki jest mocno niepokojąca, co, wraz z dwuznacznością, jest– jak się wydaje - cechą charakterystyczną twórczości Amelie Nothomb. "Kosmetyka wroga" nie dostarcza łatwej rozrywki, natomiast skłania do pewnych przemyśleń nad złożonością natury ludzkiej trawionej lękami i żądzami, czasem wręcz przerażającymi. 


 
Amelie Nothomb (ur. 1966) - pisarka belgijska pisząca po francusku. Wiele lat spędziła poza granicami swojego kraju z uwagi na karierę dyplomatyczną swojego ojca. Doświadczając problemów aklimatyzacyjnych podczas studiów w Belgii wyjechała do Tokio, gdzie podjęła pracę. Swoje doświadczenia z tego okresu życia przedstawiła w książce "Z pokorą i uniżeniem" (2000). Do Belgii wróciłą w 1992 r. i wtedy wydała swoją pierwszą książkę "Higiena mordercy", która stała się bestsellerem. Od tego czasu pisarka wydaje jedną książkę rocznie. 




Autor: Amelie Nothomb 

Tytuł oryginalny: Cosmetique de l’ennemi 
Wydawnictwo: Muza 
Tłumacz: Joanna Polachowska 
Seria: Galeria 
Rok wydania: 2002 
Liczba stron: 104



wtorek, 11 czerwca 2013

Jarosław Iwaszkiewicz, 11 czerwca 1962


Źródło zdjęcia


"11 czerwca 1962

Rok 1932 był jednym z najważniejszych w moim życiu. W lutym skończyłem Brzezinę w Atmie, w kwietniu Panny z Wilka w Syrakuzach. To są dwa utwory "przełomowe". W kwietniu byłem pierwszy raz naprawdę (1924 rok się nie liczy) w Rzymie i odbyłem pierwszą podróż po Sycylii, spotkawszy Józia R[ajnfelda] w Syrakuzach. W czerwcu i w lipcu "wielki" wyjazd samochodem do Paryża, jedyny pobyt z pieniędzmi, wielkie przyjęcia, Karol, zaręczyny Rubinsteinów itd. Pierwszy pobyt w hotelu Atala. Ostatni, właściwie mówiąc, szczęśliwy i spokojny pobyt z Hanią w Paryżu. Potem Szwajcaria z Mieciem [Rytardem], wejście na Dent du Midi. Wreszcie w październiku wyjazd do Kopenhagi (Hani w listopadzie) - to chyba dosyć jak na jeden rok. Pierwsze pomysły Czerwonych tarcz. To niemało - trzydzieści lat temu."


Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, t. II
Czytelnik, 2010

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Pytanie o zmiany na bloggerze, bo Wy wiecie wszystko :)


Źródło zdjęcia


Od pewnego czasu natykam się co i rusz na posty dotyczące zmian na bloggerze, które wejdą w życie od 1 lipca 2013 r. Ponieważ jestem średnio zaawansowana technicznie, a w dodatku obecnie cierpię na chroniczny brak czasu, postanowiłam Was poprosić o pomoc w wyjaśnieniu moich wątpliwości bądź ewentualnych błędów w rozumowaniu. 
 
O ile dobrze zrozumiałam, w wyniku wprowadzanych zmian znika opcja obserwacji. Aby więc uniknąć utraty listy obserwowanych blogów należy swoje konto bloggerowe połączyć z google+ lub z inną platformą.
 
Mimo że mam konto na google+ to w ciągu kilku miesięcy nie zdołałam się z nim zaprzyjaźnić i wolałabym uniknąć tej integracji. Dlatego też - wzorem innych blogerów - zarejestrowałam się na bloglovin i tam można mnie obserwować . Stosowny banerek możecie znaleźć w bocznej szpalcie. :)
 
I na tym moja wiedza odnośnie zmian się kończy. Mam nadzieję, że do tej pory tok mojego rozumowania był w miarę prawidłowy. Ale parę dni temu na którymś z blogów zetknęłam się z informacją, że zmiany w bloggerze będą również polegały na tym, że zniknie lista ulubionych blogów/blogroll w obecnej postaci. I, o ile kwestia utraty opcji obserwacji nie wzbudza mojego szczególnego wzburzenia, o tyle zniknięcie blogrolla byłaby dla mnie problemem. Zdroworozsądkowo myśląc wydaje mi się to niemożliwe, ale postanowiłam Was o to zapytać, gdyż - jak już wspomniałam w tytule - Wy wszystko wiecie. :) A więc, czy blogroll zostaje czy znika po 1 lipca??? Będę baaardzo wdzięczna za wyjaśnienie mojej wątpliwości.


czwartek, 6 czerwca 2013

Krzysztof Rutkowski, Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach




„Pasaże: budowle, galerie,
Którym brak strony zewnętrznej.
Jak snom.”


Walter Benjamin, Paryż, stolica XIX wieku. Wprowadzenie (s. 260)

Na początku czuję się zmuszona wyjaśnić, że nie jestem bezkrytyczną wielbicielką Paryża. Byłam tam kilkakrotnie, jestem pełna podziwu dla zabytków i atmosfery tej metropolii, ale nie czuję z nią jakiejś szczególnej więzi. Krzysztof Rutkowski to polski pisarz, dziennikarz, tłumacz mieszkający od wielu lat w tym mieście, znawca polskiej literatury romantycznej. To twórca, który kocha miasto, w którym żyje, ale w swoich esejach opowiada o aspektach dalekich od pocztówkowych widoków i standardowych przekazów, które można odnaleźć w masie dostępnych na rynku wydawnictw.

Po pierwszą część cyklu Paryskich pasaży sięgnęłam z ciekawości, jako że o twórczości profesora Rutkowskiego słyszałam same dobre rzeczy. I teraz mam problem. Bo czy można coś w miarę rozsądnego i obiektywnie zdystansowanego napisać o książce, która wciągnęła cię bez reszty, która dostarczyła nowych inspiracji, która wzbudziła zachwyt i zazdrość, że można TAK pisać o ukochanym mieście? Mam pewne wątpliwości, czy jestem właściwą osobą, żeby reklamować tę książkę, ale postanowiłam zalecić wszystkim wielbicielom francuskiej stolicy zapoznanie się z esejami pana Rutkowskiego. Ci którzy Paryża nie wielbią, ale lubią odkrywać nowe „lądy” w historii kultury europejskiej, również powinni sięgnąć po tę lekturę. :)

Po tym przydługim wstępie wiadomo już, że „Paryskie pasaże” mnie wessały, zajęły moje myśli i uległam czarowi pióra Krzysztofa Rutkowskiego. Ale wypadałoby napisać, co znajdziecie w tej książce, jeśli po nią sięgniecie. 

Tekst Waltera Benjamina o pasażach przyświeca autorowi książki podzielonej na cztery rozdziały. W pierwszym, cofamy się do XIX-wiecznego Paryża, kiedy za sprawą przebudowy miasta następuje całkowita zmiana jego charakteru. To naprawdę niesamowite, jak pióro autora potrafi oddać wygląd miasta sprzed zmian. Niby wszyscy wiedzą, że baron Haussmann przebudował Paryż za czasów cesarza Napoleona III, ale większość z nas kojarzy wielkość i przepych Francji, a więc i jej stolicy, z czasami Napoleona Bonaparte. Tymczasem, byłam porażona opisem cuchnących zaułków miasta z początku XIX wieku, które bądź co bądź było wtedy stolicą Europy. A wyglądało to wtedy tak:

„W pierwszej połowie XIX wieku Paryż był miastem niesamowicie ciasnym, ciemnym, brudnym, błotnym i cuchnącym jak martwa ostryga. Umyślnych, którzy roznosili bileciki od kawalerów do kochanek i wice Wersal – słusznie przeto nazywano „ciekoskoczkami”. (s. 11)

Pierwszy rozdział prezentuje nam również najsłynniejszych i tych nieco mniej słynnych przedstawicieli paryskiej bohemy i specyficznego, sprzyjającego samounicestwieniu stylu życia tych ludzi, czego jaskrawym przykładem są życiorysy Paula Verlaine’a, Henry’ego Murgera i jeszcze kilku innych.

Kolejne rozdziały to Pasaże podejrzane, modne i diabelskie, każdy opisany w spisie treści niby konkretnym skrótem, a jednak dopóki nie przeczytamy, to się nie dowiemy, co w sobie zawierają :) Autor zapoznaje nas z nader zróżnicowanymi zagadnieniami życia w tym niezwykłym mieście, od wystaw, kosmetyków, mody, damskiej bielizny po uwikłanie francuskich intelektualistów w fascynację i propagowanie komunizmu. Czytając to, można mieć wrażenie totalnego misz-maszu, ale Krzysztof Rutkowski panuje całkowicie nad treścią  pewnie przeprowadzając czytelnika nie tyle przez pasaże, co przez meandry historii, kultury, stylu życia i dziwactw, które charakteryzują to fascynujące miasto. 

Swoistym zwornikiem tych esejów jest Eugeniusz Sue, autor najsłynniejszej chyba „powieści w odcinkach”, która w swoim czasie przyprawiała Francuzów o palpitacje serca, a wydawcom gazet zapewniała krociowe zyski, którego nazwisko wspomniane jest na początku i na końcu książki. Chyba nieprzypadkowo, skoro jego najsłynniejsze dzieło nosi tytuł „Tajemnice Paryża”. :) 
 




Źródło zdjęcia

 

Książka jest pięknie wydana w twardej, granatowej, stylowej okładce z bardzo intrygującymi fotografiami prezentującymi głównie Paryż epoki belle-epoque (ale nie tylko). Jednym ze zdjęć, które wbiło mi się w pamięć była fotografia wieży Eiffle’a zbudowanej w połowie. Forma tych zdjęć jest wysmakowana plastycznie, gdyż są to swego rodzaju wyklejki, przyklejone do strony tylko górną krawędzią. Nie wiem dobrze, jak to ująć, w każdym razie pierwszy raz zetknęłam się z takim sposobem zilustrowania wydawnictwa i nie ukrywam, że bardzo mi się to podobało.

Po lekturze tej książki mam apetyt na kolejne książki Krzysztofa Rutkowskiego, a co więcej doszłam do wniosku, że „Paryskie pasaże” MUSZĘ mieć na swojej półce. I to chyba najlepiej dowodzi, że ta książka ma w sobie to „coś”, co mnie uwiodło. Życzę sobie i Wam jak najwięcej takich odkryć.

„Większość pasaży zbudowano w Paryżu po roku 1822, w ciągu piętnastu lat. Powstały one dzięki bujnemu rozkwitowi handlu tkaninami. W pasażach otwarto sklepy pełne atrakcyjnych towarów, pierwsze kantory handlowe dysponujące znacznymi zapasami , zwiastujące pojawienie się wielkich magazynów. Balzak myślał o sklepach w pasażach, gdy pisał o: "Wielkim poemacie półek wyśpiewujących barwne strofy od Madeleine do rogatki Saint-Denis”. 
W pasażach rozkwitł handel przedmiotami zbytku. Do zwiększania obrotów sprzedawcy zaprzęgli sztukę. Pasaże stały się zatem przedmiotem podziwu i kontemplacji dla współczesnych. Długo stanowiły atrakcję turystyczną.
W „Ilustrowanym Przewodniku po Paryżu czytamy: „Pasaże, najnowszy wynalazek przemysłowego luksusu, składają się z korytarzy przykrytych szklanym dachem i wyłożonych marmurem. Przenikają one całe kwartały kamienic, których właściciele zgodzili się na tego rodzaju przedsięwzięcie. W pasażach, oświetlanych z góry promieniami przenikającymi przez szkło, zainstalowały się najbardziej eleganckie sklepy, przeto pasaże tworzą rodzaj miasta, osobnego świata w miniaturze”.
Walter Benjamin, Paryż, stolica XIX wieku. Wprowadzenie (s. 6)

Krzysztof Rutkowski – pisarz, tłumacz, wykładowca. W roku 1996 otrzymał tytuł naukowy doktora habilitowanego w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie. W roku 1994 wyjechał do Paryża. Założyciel i redaktor "Kontaktu Literackiego i Artystycznego" (dodatek do paryskiego miesięcznika "Kontakt"). Redaktor pierwszego telewizyjnego magazynu francusko-polskiego "Paris-Varsovie" (1990). Przez 25 lat pracował w rozgłośniach radiowych m.in. w radiu Wolna Europa oraz w Radiu France Internationale (RFI). Obecnie jest profesorem w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych "Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie prowadzi zajęcia w Międzynarodowej Szkole Humanistycznej oraz na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych. W 1989 roku Krzysztof Rutkowski został laureatem Nagrody Literackiej Fundacji Kościelskich.

 
Autor: Krzysztof Rutkowski
Wydawnictwo: słowo / obraz terytoria
Seria: Pasaże
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 262


wtorek, 4 czerwca 2013

Ludwika Włodek, Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów










Jarosław Iwaszkiewicz to postać kontrowersyjna głównie z uwagi na swoje uwikłania w PRL-owskie układy polityczne. Jeszcze parę lat temu jego nazwisko nie wzbudziłoby we mnie głębszych refleksji. Ot, jeden z polskich pisarzy współczesnych, którego książki raczej nie są czytane. W ciągu ostatnich lat jednak zapoznałam się z częścią jego dorobku literackiego, głównie esejami i poezją, co uświadomiło mi, że był to twórca o wielu obliczach. Choć jego usłużność dla systemu komunistycznego w Polsce była powszechnie znana, to nikt nie kwestionował, że jest to efekt przyjętej po wojnie taktyki, aby ocalić z polskiej kultury, co się da, a talentu literackiego nikt mu nie odmawiał. Obecnie jest coraz częściej doceniany właśnie za swoją twórczość literacką, która zyskuje nowych zwolenników. Należę do osób, które odkryły Iwaszkiewicza poetę i eseistę. Jego późne wiersze urzekają czytelników zgodą na przemijanie, doświadczeniem życiowym, i pięknem. Jestem również pod dużym wrażeniem jego Dzienników, z których przeczytałam dotychczas tylko jeden tom, ale to wystarczyło, aby uznać je za fascynującą lekturę.


Nic więc dziwnego, że „Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów” wzbudziła moje zainteresowanie, a niespodziewana wygrana w konkursie u the book pozwoliła mi na zapoznanie się z książką. Muszę jednak przyznać, że z nieznanych mi powodów, przez dłuższy czas nie mogłam „zebrać się” do napisania swojej opinii. Co zaczynałam, to wydawało mi się, że to nie tak powinno być. Stwierdziłam jednak, że choć nie jestem do końca zadowolona z tego tekstu, powinnam jednak podzielić się z Wami swoimi wrażeniami z lektury, gdyż z jednej strony jestem to winna Monice (the book), z drugiej zaś książka naprawdę mi się podobała. 


Autorką "Pra" jest Ludwika Włodek, prawnuczka Iwaszkiewicza, wnuczka jego najstarszej córki Marii, a jednocześnie dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą”.  Książka przedstawia czytelnikom galerię ciekawych postaci, które stanowiły treść życia i przyczyniały się do specyficznej atmosfery Stawiska, domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Oczywiście najważniejsi byli gospodarze, ale wokół nich gromadziło się mnóstwo członków bliższej i dalszej rodziny, którzy odcisnęli swoje piętno na domu i historii rodziny.


Pierwszą refleksją, jaka mi się nasunęła już w trakcie lektury tej książki, było przekonanie, podszyte nutką zazdrości, że autorka „Pra” ma szczęście. I wcale nie chodzi mi o fakt posiadania słynnego pradziadka, czym czasem chwaliła się w szkole, ale o szczęście, że pisząc tę książkę mogła czerpać z tak wielu źródeł pisanych, jak również ze świadectw ustnych swojej babci i jej siostry (ich wkład w przekazanie tej rodzinnej historii jest nie do przecenienia). Te wiarygodne źródła umożliwiły jej zagłębienie się w przeszłość rodziny i poznanie historii swych przodków aż do początku XIX wieku. 


Należy docenić wysiłek autorki, która przeprowadziła dokładne badania, wiele rozmów z członkami swojej rodziny i przyjaciółmi domu. W publikacji tej pojawia się wiele fotografii do tej pory niepublikowanych. Książka uzmysławia nam związki Jarosława Iwaszkiewicza z Kresami, trudną historię rodziny jego starszego brata i żyjących do dnia dzisiejszego jego potomków. Możemy zapoznać się z wieloma anegdotami i historyjkami związanymi z życiem na Stawisku, gdyż ten okres życia rodziny najbardziej chyba przebija się do świadomości czytelnika. Dużym zaskoczeniem była dla mnie historia krótkiego małżeństwa i rozwodu rodziców Hanny Iwaszkiewiczowej czy perypetie rodzinne Marii Iwaszkiewiczówny. Ciekawa jest również historia wnuka Jarosława Iwaszkiewicza, a ojca autorki, który w swoim czasie, jeszcze za życia dziadka wszedł na ścieżkę opozycyjną, co nie zyskało uznania tego ostatniego.



 

Dom w Stawisku
obecnie muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów
Zdjęcie własne
Autorka jednak nie eksponuje kwestii związanych z postawą polityczną i preferencjami seksualnymi swojego przodka, koncentrując się na obrazie życia codziennego rodziny Iwaszkiewiczów i odbiorze seniorów rodu przez ich najbliższych. Charakterystyczny jest również swego rodzaju smutek, jaki otacza te wspomnienia. Nie dotyczy on jedynie Stawiska, które wolą Pradziada zostało przeznaczone na muzeum, a przez wiele lat rodzina pisarza nawet się tam nie pojawiała. Smutek dotyczy też swoistego fatum dotyczącego życia rodzinnego potomków Pisarza. Poczesne miejsce w tej historii zajmują również trzy niezamężne siostry Jarosława, z którymi łączyły go mocne więzi emocjonalne, a które w powszechnym odbiorze są mało rozpoznawalne. Dość niesamowita jest również historia pochówku Jarosława Iwaszkiewicza w galowym stroju górniczym, co - jak się wydaje - niewiele miało wspólnego z rzeczywistymi życzeniami Pisarza i jego rodziny.

Najlepszym dla mnie dowodem, że książka mnie wciągnęła i stanowiła pożywkę dla myśli, jest sytuacja, gdy po lekturze czuję nieodpartą potrzebę przeczytania innych książek dotyczących danej tematyki. „Pra” spełnia ten mój osobisty warunek udanej lektury. Chociaż czytałam już I tom Dzienników Iwaszkiewicza sądzę, że przeczytam go po raz drugi, gdyż książka Ludwiki Włodek rzuciła mi nowe światło na pierwsze lata funkcjonowania jej pradziadków w Stawisku, a zwłaszcza stałej i dość wpływowej obecności ciotki Pilawitzowej, co jakoś nie zapadło mi w pamięć podczas pierwszej lektury. Stosunek autorki do tej osoby z kręgu rodzinnego jest akurat bardzo krytyczny, jednak ja nie odniosłam aż tak negatywnego wrażenia. Choć niewątpliwie zatruła ona życie młodych i  nieco starszych małżonków swoją apodyktycznością, to jednak, wydaje mi się, że doceniała ona fakt możliwości bycia razem ze swoją ukochaną Hanią i jej mężem. Sądzę, że po lekturze książki Ludwiki Włodek odbiór „Dzienników” Iwaszkiewicza na pewno będzie głębszy i pełniejszy.


Nie jest to oczywiście praca naukowa i nie jest to z mojej strony zarzut wobec książki. Czyta się ją po prostu świetnie, gdyż jest napisana prostym i bardzo komunikatywnym językiem. Widać tu dziennikarskie przygotowanie autorki. "Pra" może być impulsem do zagłębienia się w meandry życiorysu Iwaszkiewicza dla tych, którzy do tej pory nie byli tym zagadnieniem zainteresowani, może być również traktowana jako istotne uzupełnienie wiedzy o rodzinie Pisarza, Jego domu i klimacie, jaki w nim panował dla tych, którzy znają życiorys Iwaszkiewicza nieco lepiej.  





Ludwika Włodek (ur. 1976) jest publicystką i dziennikarką, autorką reportaży z Iranu, Afganistanu, Abchazji, Indii, Rosji i Azji Środkowej publikowanych przede wszystkim w „Gazecie Wyborczej”. W 2012 r. wydała książkę „Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”.

Wywiad z autorką o przygotowywaniu książki znajdziecie tu








Autor: Ludwika Włodek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 336


niedziela, 2 czerwca 2013

sobota, 1 czerwca 2013

Portrety dzieci


Dzisiaj obchodzimy jedno z najmilszych świąt w roku, czyli Dzień Dziecka! Każdy z nas był dzieckiem i ma własne wspomnienia rozrywek, prezentów i miłych chwil, które miały miejsce właśnie tego dnia. 

Muszę się przyznać, że miałam nieco inny pomysł na ten post, ale z różnych względów nie mogłam go przygotować tak, jak bym chciała, dlatego też pozwólcie, że zamieszczę kilka obrazów, słynnych i mniej słynnych, których wspólnym mianownikiem jest to, iż zostały na nich uwiecznione dzieci.   

A wszystkim dzieciakom życzę dużo radości, uśmiechu i zdrówka!!! Oby nie dopadły Was żadne troski, które mogłyby zakłócić Wasze dzieciństwo! 


Karol II Stuart jako niemowlę
Ten portret, który można zobaczyć w londyńskiej National Portrait Gallery zawsze mnie rozczula :)
Źródło zdjęcia
 
Królewicz Władysław Zygmunt Waza
Strasznie poważny ten nasz przyszły Władysław IV Waza :)
Źródło zdjęcia
 
Jean-Honore Fragonard, Chłopiec w stroju Pierrota
Źródło zdjęcia
 
Bartolome Esteban Murillo, Chłopiec z psem
Źródło zdjęcia

Pierre August Renoir, Dziewczynka z konewką
Źródło zdjęcia

Stanisław Wyspiański, Helenka
Źródło zdjęcia

Jean-Honore Fragonard, Uczennica
Źródło zdjęcia

Władysław Podkowiński, Dzieci w ogrodzie
Źródło zdjęcia
 
Stanisław Wyspiański, Śpiący Mietek
Źródło zdjęcia
 
Domenico Ghirlandaio, Stary człowiek z wnukiem
Piękne, po prostu piękne...
Źródło zdjęcia
Prawda, że dzieci to wdzięczny temat? :)

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...