wtorek, 29 kwietnia 2014

Jo Nesbø, Policja





To już dziesiąta książka z cyklu o Harrym Hole, który przyniósł Jo Nesbø sławę i poważanie, że nie wspomnę o pieniądzach. :) Wydaje się więc, że jeśli „kupiło się” tego bohatera, to dziesiąta część cyklu nie powinna być rozczarowaniem, zwłaszcza, gdy fama głosiła, że „poprzednia część cyklu, będzie stanowiła jego ostatnie ogniwo.  

„Policja” koncentruje się na okrutnych zabójstwach policjantów w miejscach niewyjaśnionych zbrodni, w których wyjaśnianiu brali udział. Policją w Oslo dowodzi obecnie Mikael Bellman, stary wróg Harry’ego. Dawni współpracownicy Harry’ego, na czele z Gunnarem Hagenem, starają się przeciwdziałać marazmowi w śledztwie, które nie wykazuje postępów, a najlepszego śledczego w historii policji w Oslo… nie ma. Czy wróci? Czy pomoże w rozwiązaniu tych zbrodni, które uderzają w jego kolegów? Czy będzie w stanie oddzielić wartościowe tropy od tych, które raczej nie doprowadzą do wykrycia zabójcy? 

Szczerze powiedziawszy, moje dzisiejsze zadanie jest dość niewdzięczne i nie mogę się zbytnio rozpisać. Jo Nesbø bowiem pograł sobie z czytelnikiem w „kotka i myszkę”, pozastawiał tyle fałszywych tropów, które chwilę potem okazują się jedynie przynętami sprawdzającymi nasz poziom wytrzymałości emocjonalnej, że niewiele można napisać o akcji nie zdradzając zawartych w książce sekretów. Ograniczę się więc do stwierdzenia, że nie jest to może najlepsza część z cyklu o Harrym, ale Nesbø trzyma swój zwykły wysoki poziom. Książka ta zadowoli fanów cyklu, jednak ci, którzy go jeszcze nie znają, powinni sięgnąć po wcześniejsze części, gdyż sporo jest tu odniesień do przeszłości. 

Mam jednak wrażenie jakby Harry uległ pewnej zmianie emocjonalnej. Nie wiem, czy to dobrze dla cyklu (wszakże mają się pojawić jeszcze dwa tomy), ale zauważalna jest pewna zmiana spowodowana niewątpliwie wypadkami opisanymi w „Upiorach”. Przyznam też, że okrucieństwo niektórych morderstw opisanych w „Policji” było chyba nieco zbyt duże, a zupełnie wstrząsająca była końcówka, kiedy wiemy, co się zdarzy i możemy tylko zapłakać nad niegodziwością ludzką…

Byłam usatysfakcjonowana lekturą "Policji", aczkolwiek mam parę kwestii, co do których trochę sarkam. Nie mogę ich jednak szerzej omówić, gdyż wiązałoby się to ze spojlerowaniem na dużą skalę. :) Pozwólcie więc, że powiem, iż cykl o Harrym Hole wart jest bliższego poznania i nawet słabsze książki trzymają wysoki poziom.
Jo Nesbø (ur. 1960) - norweski pisarz oraz muzyk poprockowy. Nesbø pisze głównie powieści kryminalne, jest także tekściarzem w zespole Di Derre, w którym gra i śpiewa.  Nesbø jest autorem cyklu powieści kryminalnych, w których głównym bohaterem jest policjant Harry Hole. Książki cyklu zdobyły wiele nagród i zostały przetłumaczone na kilkanaście języków. 

Autor: Jo Nesbø
Tytuł oryginalny: Politi
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Seria: z odciskiem palca
Tłumacz: Iwona Zimnicka
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 470

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ulotne chwile (94)


Paw w warszawskich Łazienkach w całej okazałości
Zdjęcie własne

27 kwietnia 2014 r.



Źródło zdjęcia


Dziś Jan Paweł II zostanie świętym Kościoła rzymskokatolickiego. To ważny dzień dla nas, Polaków, ale pamiętajmy, że Jan Paweł II był też człowiekiem o wielkim poczuciu humoru. Z okazji dzisiejszego dnia postanowiłam przypomnieć kilka anegdot z nim związanych. :)


Pod koniec pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny, w czerwcu 1979 roku, upływającej pod znakiem upałów, Papież oznajmił, że jej pierwszy efekt jest już widoczny - opalili się towarzyszący mu kardynałowie.

W ostatnim dniu pielgrzymki do Polski w 1983 roku podczas pożegnania na lotnisku generał Jaruzelski poskarżył się Papieżowi, że ten w swych homiliach niezwykle surowo potraktował reżim komunistyczny. - Ja jedynie przytaczałem artykuły waszej własnej konstytucji - odparł łagodnie Papież.

 
Pewnego razu Ojciec Święty Jan Paweł II siedział w swoim gabinecie i pracował. W jakimś momencie wykręcił numer szpitala w Szwajcarii, gdyż leżał tam jego chory przyjaciel, ks. biskup Andrzej Deskur. Bez trudności uzyskał rozmowę telefoniczną ze szpitalem i wtedy poprosił o połączenie z pokojem, gdzie leżał chory Biskup. Dociekliwa telefonistka zapytała: - A kto mówi?
- Papież! Padła lapidarna odpowiedź.
Panienka na chwilę zaniemówiła, a potem odpowiedziała rezolutnie:
- Z pana taki papież, jak ze mnie cesarzowa chińska!
Gdy wszystko wyszło na jaw, chciano ponoć zwolnić z pracy ową urzędniczkę, ale Ojciec Święty natychmiast się za nią wstawił,
gdyż - jak sam wyznał - "setnie się ubawił".


Pewnego razu zapytano Karola Wojtyłę, czy uchodzi, aby kardynał jeździł na nartach. Wojtyła uśmiechnął się i odparł:
- Co nie uchodzi kardynałowi, to źle jeździć na nartach!
 

Podczas powitania w Monachium Papież spytał licznie obecne dzieci: „Dano wam dziś wolne w szkole?”
– Tak – wrzasnęła z radością dzieciarnia.
– To znaczy – skomentował Jan Paweł II – że papież powinien częściej tu przyjeżdżać.
 
 
 

piątek, 25 kwietnia 2014

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Upalne lato Marianny





„Upalne lato Marianny” to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak. Uwagę przyciąga klimatyczna okładka wyraźnie nawiązująca do przedwojnia. I rzeczywiście, książka przenosi nas na mazowiecką wieś latem 1939 r., gdy pogoda była wspaniała, a życie toczyło się tak jakby nic złego nie mogło się zdarzyć. Nieliczne zapowiedzi katastrofy wojennej są tłumione w zarodku przez młodzież korzystającą z uroków lata, zanim zaczną się obowiązki uniwersyteckie.  

Marianna Borucka, panna z dworu, właśnie została przyjęta w poczet studentów Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Wierzy, że świat stoi przed nią otworem, że jej życie będzie pełne i bogate, że wyrwie się ze skostniałego w swoich rytuałach środowiska rodzinnego. Jej uwagę przyciąga również pewien młody człowiek. Czy to lato – jak wiemy ostatnie beztroskie lato przed wojenną katastrofą – pozwoli jej odkryć siebie i spełnić swoje marzenia?

Autorka ciekawie oddała nastrój mazowieckiej wsi, rytuałów towarzyskich, wielowiekowych tradycji. Lato 1939 roku toczy się leniwie, młodzi ludzie się spotykają, rozmawiają, flirtują. Ale pod tą beztroską powłoką toczą się też ludzkie dramaty, z pozoru niewidoczne, które starannie są „zamiatane pod dywan”. Czuje się też podskórne napięcie, gdyż każdy czytelnik wie, że cały ten świat jest skazany na zagładę. 

Marianna Borucka jest przedstawiona jako rezolutna i energiczna 18-latka o wielce „postępowych” poglądach. Czuję tu lekki dysonans dotyczący tej postaci, gdyż autorka nie wyjaśniła, skąd się wzięły takie, a nie inne poglądy tej młodej dziewczyny, która poza krótkimi wypadami nie wyściubiała raczej nosa z domu. Owszem, wspomniane są lektury, które przyczyniły się do zaszczepienia w niej tych nowoczesnych poglądów, ale z drugiej strony Marianna jest wyjątkowo niedoinformowana w sprawach natury damsko-męskiej, o czym chyba wiedziałaby więcej, gdyby rzeczywiście czytała wszystkie książki Ireny Krzywickiej. 

Uwagę czytelnika zwraca również jej egoizm, który też można zrozumieć, gdyż nie jest to niczym niespotykanym u nastolatek, a tu dodatkowo dochodzi brak trosk materialnych i poważniejszych problemów. Niemniej jednak jej skoncentrowanie na sobie, swoich problemach, brak empatii i zauważania problemów innych ludzi był dość przykry w odbiorze. Uderzył mnie zwłaszcza jej stosunek do jednego ze szkolnych kolegów, który przeżywał dramat wynikający z biedy i patologii, z czego Marianna w ogóle nie zdawała sobie sprawy, gdyż była zaabsorbowana swoim pierwszym „dorosłym” miłosnym oczarowaniem. 


Książka Katarzyny Zyskowskiej – Ignaciak zyskała wiele pozytywnych ocen na blogach książkowych. Rzeczywiście jest napisana z talentem i energią. Historia jest dość banalna, ale sposób je prezentacji przykuwa uwagę czytelnika. Nie ma tu zbędnych ozdobników i „lania wody”, a atmosfera upalnego lata i przeżyć bohaterów jest przekazana niemal namacalnie, w czym zapewne duży udział mają wspomnienia rodzinne, z których korzystała Autorka podczas pisania tej książki. Największym atutem książki jest - w moim przekonaniu – udane przedstawienie atmosfery przedwojennej wsi, klimatu upalnego lata, które wszystkim wydaje się jednym z wielu kolejnych, a my wiemy, że jest ono ostatnim akordem tego świata, którego już nie ma. Mam jednak podejrzenie, nie podparte niczym poza intuicją :), że od czasu do czasu autorka przeniosła na karty książki całkiem współczesną opinię o instytucji Kościoła ("Marianna (...) wie, iż część tych uduchowionych twarzy tylko gra. Tak jak ona. Bo ktoś, gdy jeszcze nie miała prawa głosu, zanurzył jej ciałko w chrzcielnicy i rozpisał rolę, którą należy dobrze odtwarzać, by nie zostać wyrzuconym z teatru. Teatru, który jest wiekową instytucją i ma dwa tysiące lat." - s. 39).

„Upalne lato Marianny” to opowieść o dojrzewaniu, o wchodzeniu w dorosłość, która niesie ze sobą wiele przeżyć, niekoniecznie miłych i przyjemnych. Choć zdaję sobie sprawę z zamysłu Autorki, która chciała pokazać proces dojrzewania młodej bohaterki i jej nagłego przejścia do dorosłości na skutek wydarzeń mających miejsce podczas tego pamiętnego lata, to jednak mam mieszane odczucia wobec głównej bohaterki. Jest ona jednak pełnokrwistą postacią i nie pozostawia czytelnika obojętnym, a to już jest atutem książki.


Nie jest to może książka, do której będę wracać, ale nie można jej zakwalifikować do sztampowych „czytadeł”. Jest to dobrze napisana powieść, której lektura zapewnia wiele miłych chwil. To opowieść o młodości, która potrafi być naiwna i przebiegła jednocześnie, o dorosłości, wcale nie takiej wymarzonej i klarownej, o utracie złudzeń, która grozi każdemu idealiście.  


P.S. Nie wiem, czy mi się oko ostatnio „wyostrzyło”, czy też wpadają mi w ręce książki, gdzie korekta się nie popisała, ale i tutaj znalazłam błąd ortograficzny:
„A o każe boskiej nie wspomnę.” (s. 133)



Katarzyna Zyskowska-Ignaciak (ur. 1979) – absolwentka dziennikarstwa i marketingu. Jest autorką kilku powieści, m. in. "Niebieskie migdały", "Upalne lato Mariannny", "Upalne lato Kaliny", które spotkały się z przychylnymi opiniami.





 
Autor: Katarzyna Zyskowska – Ignaciak
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 256



 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Odszedł Tadeusz Różewicz ...

 
Tadeusz Różewicz (9.10.1921 - 24.04.2014)
Źródło zdjęcia


Wśród wielu zajęć  

 Wśród wielu zajęć
bardzo pilnych
zapomniałem o tym
że również trzeba
umierać

lekkomyślny
zaniedbałem ten obowiązek
lub wypełniałem go
powierzchownie

od jutra
wszystko się zmieni

zacznę umierać starannie
mądrze optymistycznie
bez straty czasu



zawód: literat

widzę i opisuję
to jest epika
powieść opowieść

czuję i opisuję
to jest liryka
poezja

myślę i opisuję
to jest filozofia
poezja "dydaktyczna"

czuję widzę myślę
i muszę To opisać
to jest natchnienie

czytanie przepisywanie
poprawianie i czytanie
milczenie i wściekłość
odczytywanie
to jest właśnie "zawód"
pisarza poety i
literata
 



 Dlaczego piszę?

czasem "życie" zasłania
To
co jest większe od życia

Czasem góry zasłaniają
To
co jest za górami
trzeba więc przesunąć góry
ale ja nie mam potrzebnych
środków technicznych
ani siły
ani wiary
która przenosi góry
więc nie zobaczę tego
nigdy
wiem o tym
i dlatego
piszę

środa, 23 kwietnia 2014

Sándor Márai o czytaniu


Źródło zdjęcia



W dniu dzisiejszym obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich ustanowiony przez UNESCO w 1995 r.

Z tej okazji prezentuję Wam refleksje Sándora Máraia (pisarza, którego twórczość coraz bardziej mnie zachwyca) o czytaniu, na które natknęłam się podczas lektury "Księgi ziół".

"Czytać należy intensywnie. Czasami powinieneś czytać z intensywnością większą od tej, z jaką pisano tekst, który czytasz. Czytać należy gorliwie, z pasją, z uwagą i bezlitośnie. Autor może paplać, lecz ty czytaj rozumnie; każde słowo, jedno po drugim, tam i z powrotem, wsłuchując się w książkę, wypatrując śladów, które prowadzą w gąszcz, uważając na tajemnicze sygnały, które sam autor mógł przeoczyć, gdy kroczył naprzód w puszczy swojego dzieła. Nigdy nie należy czytać lekceważąco, od niechcenia, jak ktoś, kogo zaproszono na królewską ucztę, a on tylko dłubie końcem widelca w potrawach. Czytać trzeba elegancko, wielkodusznie. Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar. Pomyśl: tylko człowiek umie czytać."

"Jeżeli tylko możesz, żyj zawsze tak, abyś choć kilka chwil z każdego dnia mógł poświęcić któremuś z zaklętych w kryształ arcydzieł ludzkiego ducha! Niech nie minie bodaj jeden dzień, byś nie przeczytał paru linijek Seneki, Tołstoja, Cervantesa, Arystotelesa, Pisma  Świętego, Rilkego albo Marka Aureliusza. Każdego dnia wysłuchaj paru taktów muzyki, jeżeli nie sposób inaczej, choćby z pozytywki jakiś temat Bacha, Beethovena, Glucka bądź Mozarta. Niech nie minie jeden dzień, byś nie popatrzył przez kilka minut na dobre reprodukcje obrazu lub rysunku Durera, albo Michała Anioła."

"Człowiek twórczy i utalentowany nie ma prawa podkradać czegoś dla własnej twórczości z czasu koniecznego do samokształcenia. Nie jest znowu tak ważne, abyś pisał codziennie; ważniejsze, byś codziennie czytał. Zawsze miej czas na kształcenie, codziennie. Bo nie jest takie pewne, że kiedy coś tworzysz, pomagasz sobie i ludzkości; do tego niezbędna jest łaska Boża. Ale z pewnością pomagasz również sobie, ojczyźnie i ludzkości, gdy codziennie poświęcasz czas na kształcenie swojej duszy, odczytujesz urywek dzieła wyjątkowo twórczego ducha, dokładnie poznajesz pewną prawdę lub gałąź wiedzy. Nie jest istotne, by w jakiejś wspólnocie ludzkiej było wielu pisarzy, natomiast jest istotne, by było wielu czytelników. Nieważne, czy ty opiszesz piękno i prawdę; ważne, abyś je poznał."

Sándor Márai, "Księga ziół"
Czytelnik, 2003




A na koniec zamieszczam zdjęcie, które potwierdza, że prawdziwie dobry pomysł na książkę i jego mistrzowskie wykonanie pokona każdą granicę:


Księgarnia na lotnisku we Frankfurcie kilka miesięcy temu.
Na honorowym miejscu prezentują się "Mapy" Aleksandry i Daniela Mizielińskich
w wersji angielskiej i niemieckiej. :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Polskie tradycje





Michał Elwiro Andriolli, Dyngus
Źródło zdjęcia


Mimo zmian zachodzących we współczesnym świecie wiele polskich tradycji zostało zachowanych, czego przykładem jest choćby dzisiejszy dzień, czyli Śmigus dyngus. Jeśli nie przybiera on karykaturalnych i prostackich form, jest naprawdę miłym i żartobliwym zwyczajem. 

Tego typu zwyczaje i tradycje znajdziemy wszędzie, we wszystkich krajach i regionach. Tworzą one naszą kulturę, utrwalają naszą tożsamość i odmienność. Stanowią coś, co UNESCO nazywa dziedzictwem niematerialnym („zwyczaje, przekaz ustny, wiedza i umiejętności oraz związane z nimi przedmioty i przestrzeń kulturowa, które są uznane za część własnego dziedzictwa przez daną wspólnotę, grupę lub jednostki”). Nie wiem, czy wiecie, ale oprócz słynnej Listy Światowego Dziedzictwa Kulturowego, na której znajduje się wiele polskich zabytków, organizacja ta prowadzi jeszcze Listę Reprezentatywną niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Muszę przyznać, że bardzo się zdziwiłam, że na liście nie ma ani jednego przykładu polskiego dziedzictwa niematerialnego. Tak, nie pomyliłam się, ani jeden przykład zwyczaju i tradycji z naszego kraju nie został zgłoszony na tę listę.

Znajdziecie tam jednak (pełna wersja jest tu i tu) chorwacką, francuską czy cypryjską sztukę koronkarską, ale nie tę z Koniakowa; znajdziecie tam flamenco, ale nie zbójnickiego; znajdziecie tam mołdawskie i rumuńskie kolędowanie, ale nie polskie… A przecież mamy wieczerzę wigilijną, „śmigus dyngus”, święcenie pokarmów, topienie Marzanny, Lajkonika i wiele, wiele innych tradycji regionalnych, które trzymają się dzielnie, choć w dzisiejszym świecie jest to coraz trudniejsze. Przyznam, że zrobiło mi się przykro, gdy zapoznałam się z tą listą i zobaczyłam jak dobrze niektóre kraje potrafią promować swoją tradycję i kulturę. Szkoda, że polskie „czynniki” „odpuściły” ten temat…


A jakie polskie tradycje i zwyczaje cenicie najbardziej?

 
 

sobota, 19 kwietnia 2014

Wielkanoc


Źródło zdjęcia


Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam
dużo spokoju, radości,
odpoczynku w kręgu Najbliższych
i pozytywnej refleksji, jaką niesie ze sobą tajemnica Wielkiej Nocy.

Alleluja!
  


Kapliczka na Pradze Południe
w Warszawie w Wielki Piątek


Wielkanocny pacierz

Nie umiem być srebrnym aniołem -
Ni gorejącym krzakiem -
Tyle Zmartwychwstań już przeszło-
A serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami -
Tyle już alleluja -
A moja świętość dziurawa
Na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy -
Jak na koślawej fujarce -
Żeby choć papież spojrzał
Na mnie - przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
Przez chmur zabite wciąż deski -
Uśmiech mi Swój zesłała
Jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
Jak złoty kamyk z procy -
Zrozumie mnie mały Baranek
Z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku -
Sumienia wywróci podszewkę -
Serca mojego ocali


ks. Jan Twardowski 


wtorek, 15 kwietnia 2014

Mirosław J. Nowik, Tetetka. Wspomnienia o Teresie Tuszyńskiej







Czy poznajecie tę uroczą dziewczynę z filuternym błyskiem w oku widniejącą na okładce książki? Zapewne tylko niewielu z Was skojarzy twarz z nazwiskiem. To Teresa Tuszyńska, zapomniana gwiazda polskiego kina lat 60-tych, którą postanowił przywrócić polskiej publiczności Mirosław J. Nowik.



Nie wiem, czy ktoś z Was oglądał film z udziałem Teresy Tuszyńskiej. Ja oglądałam tylko jeden, ten najsłynniejszy, czyli „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Janusza Morgensterna (1960). Występowało w nim grono znakomitych aktorów, czy też raczej osobowości odgrywających znacznie większe role niż tylko aktorskie (Zbigniew Cybulski, Roman Polański, Jacek Fedorowicz), a jednak w pamięci pozostaje Ona, jej wdzięk, urok i wspaniała uroda – Teresa Tuszyńska w pełnym rozkwicie młodzieńczego zalotnego czaru. Cudowna rola w świetnym klimatycznym filmie. Oglądając go nie zdawałam sobie sprawy, że Tuszyńska w momencie jego kręcenia miała zaledwie 17 lat. Nie miała i nigdy nie zdobyła formalnego wykształcenia aktorskiego, co jest kompletnie niezauważalne. Jej swoboda i lekkość świadczą o tym, że naszemu kinu trafił się brylant, który zamiast zostać oszlifowany przepadł w niebycie…  

 
Wielbicielem Teresy Tuszyńskiej, jej fanem jak byśmy dziś powiedzieli, jest Mirosław J. Nowik, pasjonat polskiego kina lat 50-tych i 60-tych, który dzięki własnemu uporowi i pasji dotarł do rodziny i osób współpracujących z Tuszyńską podczas jej krótkiej kariery filmowej. Mirosław Nowik nakręcił film dokumentalny o swojej bohaterce i na tej podstawie powstała niniejsza książka. Ta książka i film to wynik zauroczenia autora osobą bohaterki, tajemnicą jej szybkiego sukcesu i równie nagłego zniknięcia. 
 




Teresa Tuszyńska (1942 - 1997)
Źródło zdjęcia

Teresa Tuszyńska jako szesnastolatka wygrała konkurs „Przekroju” na nową twarz polskiego kina, wkrótce potem została ulubioną modelką Jadwigi Grabowskiej, legendarnej dyrektorki „Mody Polskiej”, na której aprobatę niezmiernie trudno było zasłużyć. Grała w filmach od wczesnej młodości, ale po 1971 roku już się w polskim filmie nie pojawiła. Zawsze miała własne zdanie, nie lubiła się przymilać, nie zabiegała o role, czasem była jak odbezpieczony pistolet, stąd też wziął się jej środowiskowy pseudonim „Tetetka”, który stanowi tytuł książki.

„Zmarnowano ją. Zmarnowano wszystko. Jej talent, wdzięk, urodę. Wszyscy chcieli wyłącznie brać od niej, ale nie dając nic w zamian. (…).” (s. 162)

Ten cytat z wypowiedzi Kazimierza Kutza dość dokładnie oddaje losy Teresy Tuszyńskiej, przepięknego i niezwykle ujmującego barwnego motyla polskiego kina, który ledwie zaznaczył swoją obecność. A mogła być to jedna z naszych gwiazd, a nie jedynie efemeryd…

Rozmówcy Nowika – m.in. Kazimierz Kutz, Wowo Bielicki, Lech Łotocki, Grażyna Hase opowiadają o swoich doświadczeniach i kontaktach z Teresą Tuszyńską, przywołują wspomnienia, nie zawsze miłe, ale świadczące o niebywale silnej osobowości tej kobiety. Nie była pozbawiona wad, o których mówi się bez ogródek, największą była choroba alkoholowa, która w dużej mierze przyczyniła się do jej upadku. Niemniej jednak, z zachowanych wspomnień i impresji wyłania się osoba, która przed kamerą rozkwitała i czarowała widzów. Jej zniknięcie, życie na uboczu, a potem śmierć w całkowitym zapomnieniu minęły zupełnie bez echa. Byłam zaskoczona informacjami o schyłku życia Teresy Tuszyńskiej, a właściwie trudnościami w ustaleniu podstawowych faktów. To wręcz niewiarygodne, jakiego smutnego końca doczekała, choć początek jej kariery wróżył zupełnie inny los.

W książce wspomnienia rozmówców autora przeplatają się z tekstem omawiającym kolejne etapy życia bohaterki. Miejscami, w kontekście braku informacji, może zbyt dużo jest przypuszczeń, ale generalnie lektura książki pozwala na odkrycie i bliższe poznanie kobiety, która jest obecnie kompletnie nieznana, a jeśli ktoś ją kojarzy, to raczej z piękną buzią i jednym filmem, tymczasem jej osobowość i historia była dużo bardziej skomplikowana i niejednorodna, co udowodnił autor w tej wzruszającej książce.
 
 
 PS. Film "Do widzenia, do jutra" możecie obejrzeć tu.
 
  
Mirosław Janusz Nowik (ur. 1960) – pasjonat polskiego filmu i muzyki lat 50. i 60. Był m.in. kierownikiem kina i wydawcą prasy polonijnej w Grecji i Kanadzie. Ponad cztery lata poświęcił na zbieranie materiałów dotyczących życia Teresy Tuszyńskiej.
 
 

Autor: Mirosław J. Nowik
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 200

niedziela, 13 kwietnia 2014

Ulotne chwile (92)


Czchów, kawiarnia, 1963 r.
Pocztówka zakupiona na allegro
Biuro wydawnicze Ruch, fot. L. Święcki

Dzisiejszy wpis dedykuję Natannie, gdyż tę kartkę kupiłam z myślą o niej. :)



czwartek, 10 kwietnia 2014

Sándor Márai, Żar





Dopalają się świece* w mrocznym pokoju… Dwóch starszych panów siedzi w milczeniu w staroświeckich fotelach. Choć rozpoczyna się właśnie Druga Wielka Wojna i świat znajduje się w przededniu katastrofy, ich to właściwie nie obchodzi. Odbyli właśnie rozmowę o wydarzeniach sprzed 41 lat, gdy byli młodzi, przystojni, gdy spotkali się w tym samym miejscu, gdy towarzyszyła im piękna kobieta, żona jednego z nich… Potem jeden z nich zniknął i pojawił się dopiero teraz, gdy obaj zbliżają się już do kresu swych dni, tak jak świece, które właśnie się dopalają… Czy taka „akcja” może być interesująca dla współczesnego czytelnika? Jest to jedna z najpopularniejszych powieści Maraia w jego ojczyźnie. Wydana w 1942 r., staroświecka i osadzona w przeszłości potrafi intrygować do dziś swoim klimatem niedopowiedzeń i atmosferą świata, którego już nie ma.

Książka zaczyna się w momencie, gdy Henryk, emerytowany generał, od wielu lat żyjący w odosobnieniu zapewnianym przez jego wiejską rezydencję, otrzymuje list od Konrada, dawno niewidzianego przyjaciela lat dziecinnych i młodzieńczych, który zniknął z jego życia czterdzieści jeden lat wcześniej. Ten list i perspektywa spotkania kończy czas oczekiwania, które trzymało Henryka przy życiu i prowokuje wspomnienia z dzieciństwa, młodości, gdy zaczęła się ich przyjaźń. Wspólny posiłek, który się odbędzie ma przypominać ten, który odbył się 41 lat wcześniej. Nie będzie na nim obecna zmarła żona generała, ale pozostałe szczegóły mają przypominać tamto ostatnie spotkanie… Podczas spotkania, które w miarę upływu czasu staje się swoistą salą sądową, 71-letni generał rozkłada na czynniki pierwsze ten dzień przed 41 laty. Dzień, w którym przyjaciel zniknął z jego życia. Dzień, który zaważył na losach trzech osób. Ta analiza, wynikająca z 41 lat roztrząsania szczegół po szczególe relacji z Karolem, dotyka kwestii najważniejszych w życiu: przyjaźni, miłości, lojalności…

Niewiele się tu dzieje, trudno mówić o jakiejkolwiek akcji, a jednak budzą się emocje i w bohaterach, i w czytelnikach. Choć początkowo nowo przybyły wypowiada pojedyncze zdania informujące, czym się zajmuje i co porabia, to jednak Henryk przejmuje pałeczkę, a ich rozmowa zmienia się szybko w monolog, podczas którego Henryk przedstawia rezultaty swojego rozciągniętego w czasie śledztwa opartego na zaledwie dostrzegalnych niuansach i drobiazgach. Spotkanie nie zmieni co prawda przeszłości, nie przywróci życia zmarłym, ale bohater książki pragnie zadać swojemu gościowi dwa pytania, które go dręczą, a odpowiedzi być może ukoją jego niepokój. Spotkanie przypominające momentami partię szachów trwa całą noc aż do wypalenia się świec, których blask dotrzymuje im towarzystwa. Te świece idealnie współgrają z wyjątkowym, zanurzonym w przeszłości nastrojem spotkania. Przemyślenia generała niekoniecznie muszą być prawdą. Czy było tak, jak podejrzewa, czy zupełnie inaczej? Odwracając ostatnią stronicę książki czytelnik nie będzie miał pewności, jaki był przebieg wydarzeń i ta niejednoznaczność, brak dosłowności jest niewątpliwym atutem tej książki.

Książka Maraia ma niepowtarzalną atmosferę, gęstniejąca z minuty na minutę. Mimo pewnych dłużyzn, trudnych do przełknięcia dla współczesnego czytelnika, ta rozmowa dwóch starców o przeszłości, o tym, co się między nimi wydarzyło, trzyma w napięciu i przemawia do wrażliwego odbiorcy. To zasługa przepięknego i wysmakowanego języka węgierskiego pisarza, jego eleganckiej frazy wspaniale przetłumaczonej przez Feliksa Netza. Dzięki temu nienagannemu stylowi, niedzisiejszemu klimatowi i braku jednoznacznych odpowiedzi ta książka na długo zostaje w naszej pamięci.



 * Tak brzmi oryginalny tytuł książki



Sándor Márai (1900-89) - węgierski prozaik i poeta. Przed II wojną światową był jednym z najpopularniejszych węgierskich pisarzy. W 1948 r. opuścił Węgry i udał się na emigrację. Do jego najsłynniejszych książek należą: "Dziennik", "Wyznania patrycjusza", "Zbuntowani", "Księga ziół". Zmarł śmiercią samobójczą w 1989 r.


Źródło zdjęcia






Autor: Sándor Márai
Tytuł oryginalny: A gyertyák csonkig égnek
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Mała Proza
Tłumacz: Feliks Netz

Rok wydania: 2011
Liczba stron: 168



środa, 9 kwietnia 2014

Marie Luise Kaschnitz, Miejsca





Marie Luise Kaschnitz to znana pisarka niemiecka, z którą jednak zetknęłam się po raz pierwszy sięgając po „Miejsca”, tom wspomnieniowy dotyczący miejsc i ludzi, z którymi się zetknęła w swoim życiu. Książkę tę wybrałam zupełnie przypadkowo, głównie ze względu na fakt, iż została wydana w serii Nike, która już niejednokrotnie zapewniła mi pozytywne doświadczenia czytelnicze. Jeśli tu zaglądacie w miarę regularnie, to wiecie również, że lubię książki wspomnieniowe, a gdy dotyczą podróży to już jestem „kupiona”. :)

Rzeczywiście, autorka sporo podróżowała po świecie, głównie z uwagi na pracę męża, znanego niemieckiego archeologa. Małżonkowie często wyjeżdżali wspólnie na wyprawy badawcze w rejon Morza Śródziemnego, który stał się dla nich niemal drugim domem. Wspomnienia Kaschnitz mają charakter impresji, migawek z różnych stron świata bez zachowania chronologii. Przeskoki od młodości, do dorosłości, starości, opieki nad ciężko chorym mężem, stosunków z córką. Taki misz-masz, zawierający jednak parę cennych myśli i refleksji. Bardzo poruszające i trudne dla pisarki były fragmenty dotyczące opieki nad mężem w najcięższych momentach jego śmiertelnej choroby.

Mnie najbardziej zaciekawiły teksty dotyczące odczuć autorki jako obywatelki III Rzeszy w apogeum II wojny światowej. Kaschnitz znana była jako przeciwniczka nazizmu, niemniej jednak nie była również ofiarą prześladowań. 

„Frankfurt podczas wojny, i na czym właściwie miała polegać ta nasza tak zwana wewnętrzna emigracja? Na tym, że słuchaliśmy zagranicznych stacji radiowych, że zbieraliśmy się razem i psioczyli na rząd, że czasem podawaliśmy jakiemuś Żydowi rękę na ulicy, nawet wtedy, gdy ktoś mógł nas zobaczyć? Że wywróżyliśmy najpierw wojnę, potem wojnę totalną, potem klęskę i tym samym kres partii? Nie drukowaliśmy potajemnie ulotek w piwnicy, nie rozpowszechnialiśmy ich nocą, nie należeliśmy do organizacji ruchu oporu, o których wiedzieliśmy, że istnieją, ale wcale nie pragnęliśmy tego dokładnie wiedzieć. Lepiej przeżyć, lepiej jeszcze istnieć, nadal pracować, gdy koszmar już przeminie. Nie jesteśmy politykami, nie jesteśmy bohaterami, robiliśmy coś innego. To „inne” podtrzymywało nas: męża nauka, historia śródziemnomorskich struktur, mnie opowiadanie greckich mitów, moje wiersze, później nowo skreślone przeze mnie życie francuskiego malarza Goustave’a Courbeta. Ani chwili nie wątpiliśmy w doniosłość naszej pracy, jakieś naukowe odkrycie, udana linijka wiersza, choćby nawet nigdy nie wydrukowana, mogła podług mojego ówczesnego poglądu zmienić świat, ulepszyć go, to był nasz rodzaj oporu, rodzaj, który wyobcował nas z narodu, czyniąc z nas wręcz zdrajców. (strony 119-120)

Czy istniała w ówczesnych Niemczech jakakolwiek realna opozycja? Czy emigracja wewnętrzna ludzi nie zgadzających się z władzami hitlerowskimi była pójściem na "łatwiznę" czy jedynym wyjściem, aby ocalić życie? Czy takie pogrążenie się w pracy, niewikłanie się w politykę było właściwym rozwiązaniem w tamtym czasie? Niełatwo jest ferować wyroki i jestem jak najdalsza od tego, żeby to robić, ale postawa "emigracji wewnętrznej", którą przyjęła Autorka wraz z mężem i zapewne wielu innych, być może wyjaśnia, dlaczego hitleryzm święcił triumfy przez tak długi czas.


Mimo ciekawej tematyki i niebanalnego życiorysu autorki książkę odebrałam dość obojętnie. Głównym problemem w jej odbiorze był chyba fakt, że czytałam ją bezpośrednio po fenomenalnym „Dzienniku” Sandora Maraia, a w porównaniu z tym dziełem wszystkie inne podobne wydawnictwa wypadają blado. Marie Luise Kaschnitz urodziła się w 1901 r., była właściwie rówieśniczką Maraia, tak więc porównania nasuwały mi się same, choć oczywiście nie było zamiarem autorki stworzenie książki porównywalnej z dziełem węgierskiego twórcy. Doceniam wiele fragmentów „Miejsc”, ale nie sądzę, abym jeszcze wróciła do tej książki.  

Nie zachęcam, ale i nie odradzam. Jeśli ta książka wpadnie Wam w ręce może Was zaciekawić, a w pamięć może Wam zapaść coś zupełnie innego niż mnie.


 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze
 
 

 
Marie Luise Kaschnitz (1901-74) - niemiecka pisarka. Podróże na wyprawy badawcze z mężem miały duży wpływ na jej twórczość, podobnie jak sprzeciw wobec nazizmu.
 
 
 
 
 

Autor: Marie Luise Kaschnitz
Tytuł oryginalny: Orte
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Edyta Sicińska
Rok wydania: 1978
Liczba stron: 260



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dzisiejsze rocznice


William Wordsworth (1770-1850)
na obrazie Benjamina Roberta Haydon z 1842 r.
Źródło zdjęcia

7 kwietnia przypada rocznica urodzin dwojga poetów, których postanowiłam dziś przypomnieć. Pierwszy z nich to William Wordsworth (7.04.1770-23.04.1850), szacowny klasyk angielski prekursor romantyzmu, zaliczany do grupy "poetów jezior". Ogromną rolę w jego życiu i poezji odgrywała przyroda. Piękno natury zawsze go wzruszało i dał temu wyraz w swojej poezji. Poniżej przedstawiam jeden z jego najbardziej znany wierszy.


Żonkile

Sam wędrowałem, jak obłoczek
Często sam płynie przez przestworza,
Gdy nagle widok mnie zaskoczył
Złotych żonkili tłumu, morza;
Od wód jeziora aż po drzewa
Tańczyły - wiatr im w takt powiewał.

Doprawdy, był to widok miły:
Jak Drogi Mlecznej pasek biały,
Linę bez końca utworzyły
Na brzeg zatoki długą cały:
Dziesięć tysięcy w rytm miarowy
Wznosiło z wdziękiem złote głowy.

Tańczył też zastęp fal, niestety,
Nie tak wesoło, jak żonkile:
Lecz nie zmartwiło to poety,
I tak radości doznał tyle:
Nie odrywałem od nich oka;
Dziś wiem, jak cenny był to pokaz:

Bo często, leżąc w gabinecie,
Gdy melancholia przy mnie gości,
Wspominam sobie owo kwiecie,
I jest to szczęście samotności,
Wtedy, radością wypełnione,
Tańczy me serce, a z nim - one!

przełożył Maciej Froński
 
 
The Daffodils
I wandered lonely as a cloud
That floats on high o’er vales and hills,
When all at once I saw a crowd,
A host, of golden daffodils;
Beside the lake, beneath the trees,
Fluttering and dancing in the breeze.

Continuous as the stars that shine
And twinkle on the Milky Way,
They stretch’d in never-ending line
Along the margin of a bay:
Ten thousand saw I at a glance,
Tossing their heads in sprightly dance.

The waves beside them danced; but they
Out-did the sparkling waves in glee:
A poet could not but be gay,
In such a jocund company:
I gazed - and gazed - but little thought
What wealth the show to me had brought:

For oft, when on my couch I lie
In vacant or in pensive mood,
They flash upon that inward eye
Which is the bliss of solitude;
And then my heart with pleasure fills,
And dances with the daffodils.
 
 

Gabriela Mistral (1889-1957)
na fotografii z 1925 r.
Źródło zdjęcia

 Gabriela Mistral (7.04.1889-10.01.1957), właśc. Lucila de María del Perpetuo Socorro Godoy Alcayaga, chilijska poetka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1945. Pod wpływem wstrząsu emocjonalnego spowodowanego samobójczą śmiercią męża w 1909 r., zaczęła pisać wiersze. Aby nie zaszkodzić swojej karierze pedagogicznej przyjęła pseudonim pochodzący od imienia Gabriele d"Annunzio i nazwiska Frederica Mistrala. W latach 30-tych poświęciła się służbie dyplomatycznej. W 1945 otrzymała jako pierwsza przedstawicielka Ameryki Południowej Nagrodę Nobla za „poezję prawdziwego uczucia, czyniącą jej imię symbolem idealistycznych dążeń dla całej Ameryki Łacińskiej”. Pochowano ją w Andach, a na grobie wyryto cytat z dzieł poetki: „Naród bez swojego artysty to jak ciało bez duszy”.  


Każda zostanie z nas królową

 Każda zostanie z nas królową
cztery królestwa morze nam da:
tak Rozalii jak Ifigenii
Lucyli a także Soledad
W dolinie Elqui, opasanej
górami w krąg, górami stu,
co jak klejnoty czy ofiarne stosy
bo spływa czerwień i szafran z gór.
Tak mówiłyśmy w uniesieniu
wierząc: inaczej być nie może;
każda z nas miała być królową
i każdej było pisane morze.
Gdy siedmioletnie, z warkoczami
w jasnych sukienkach perkalowych,
drozdy w zabawie płoszyłyśmy
w przejrzystym cieniu drzew figowych.
Królestwa nasze, mówiłyśmy,
wierząc jak wierzy się w świętość Ksiąg,
ogromne będą i z pewnością
do morza będą sięgać stąd.
Czterech małżonków poślubimy,
kiedy na śluby przyjdzie czas:
Króla-pieśniarza – co jak Dawid
weźmie za męża każda z nas.
Pomieszczą wielkie królestwa nasze
morza zielone, morza alg,
i jeszcze będzie tam niechybnie
przefruwał bażant – szalony ptak.
Na drzewach – jadła tam dostatek
chleba i mleka dają w bród,
więc ziemskich owoców już nie trzeba
i nie zagląda w oczy głód.
Każda z nas miała być królową,
królestwo było pisane nam,
ale królową żadna nie była
ani w Aracuo, ani w Copan.
Rozalia całusa dała chłopcu,
co morzu był już poślubiony;
ten, co całował, zginął w Guaitecas
w burzy zachłannej, w fali zielonej.
Krew przemieniając w chleb powszedni
Soledad siedmiu braci chowała,
a oczy miała coraz czarniejsze,
bo nigdy morza nie oglądała.
W winnicach opodal Montegrande
u gorącego czystego łona
kołysze cudzych królewskich synów -
swoich nie weźmie nigdy w ramiona.
Ifigenia cudzoziemca
spotkawszy poszła za nim w bezdroża,
nie znając nawet jego imienia,
bo wydał się jej – podobny do morza.
Lucyla, co z rzeką rozmawiała,
z górami albo z babim latem,
królestwo wzięła księżycowe:
szalone – najprawdziwsze zatem.
Słone sadzawki to jej ziemie,
dziesięciu synów – pośród chmur;
w rzekach widziała swych małżonków,
a w burzy – płaszcz królewski swój.
Ale w dolinie Elqui, dokąd
poprzez sto gór prowadzi szlak,
przyjdą dziewczęta inne śpiewać
i zaśpiewają znowu tak:
Każda zostanie z nas królową:
nasze nad ziemią panowanie
tak wielkie będzie i prawdziwe,
że każdej – morze się dostanie.

(tłum. Aleksandra Olędzka – Frybesowa)

 


niedziela, 6 kwietnia 2014

Ulotne chwile (91)


Drewniany kościół klepkowy w Borgund z XII wieku, który przetrwał w nienaruszonym stanie
Pocztówka zakupiona w Oslo
Normanns Kunstforlag AS



piątek, 4 kwietnia 2014

Elżbieta Cherezińska, Korona śniegu i krwi





Jeśli sądzicie, że polska historia jest nudna, a pasjonować się można tylko przygodami dynastii Tudorów, Yorków czy Lancasterów popularyzowanych przez Philippę Gregory czy Hillary Mantel, to jesteście w błędzie. Polska historia może być pasjonująca, co udowadnia w swojej najnowszej książce Elżbieta Cherezińska.

Przyznam szczerze, że nigdy nie lubiłam okresu rozbicia dzielnicowego w historii Polski, a książęta z różnych linii piastowskich mylili mi się straszliwie. Mając na uwadze ich zadziwiającą płodność, zawsze się dziwiłam, jak szybko ta dynastia wymarła. Myślę, że większość z nas miała podobne odczucia zagubienia w książęcych koligacjach i działaniach podejmowanych przez licznych książąt dzielnicowych.

W „Koronie śniegu i krwi” Elżbieta Cherezińska zajęła się tym mało wdzięcznym okresem w historii Polski i z pasją pokazała piastowskich książąt, których istnienia przeciętny zjadacz chleba nawet nie pamięta. Piastowscy książęta stają przed nami jak żywi. Walczą, piją, jedzą kochają i chędożą z pasją i ukontentowaniem. Autorka roztacza przed nami panoramiczny obraz epoki wielkiego rozbicia dzielnicowego, zagląda na poszczególne dwory książęce, jak również sąsiadów polskich ziem mających swoje interesy do załatwienia wobec rozbitej Polski. 

Akcja koncentruje się wokół księcia wielkopolskiego Przemysła II (1257-96), któremu udało się po wielu latach walk doprowadzić do koronacji na króla Polski dzięki zjednoczeniu kilku dzielnic. Poznajemy Jakuba Świnkę, niejako facylitatora zjednoczenia kraju, towarzyszymy dumnemu Henrykowi Probusowi, rubasznemu Mściwojowi, przebiegłemu Przemysławowi Ottokarowi i wielu, wielu innym. Giną trochę postacie kobiece. W pamięć zapada przebiegła Mechtylda Askańska, natomiast obie żony Przemysła II (nie mówiąc o trzeciej) są jedynie tłem, choć Lukardis początkowo dobrze „rokowała”. 

Język, jakim porozumiewają się bohaterowie powieści, jest współczesny (może nawet zbyt współczesny; przyznam, że trochę mnie raziły te „k…y” i „g…a” w ustach średniowiecznych książąt), tak jak współczesne jest przedstawienie ich motywacji i działań. Jednak większość faktów jest zgodna z obecną wiedzą historyczną. Tam, gdzie istnieją luki, Cherezińska uruchomiła wyobraźnię, która pomogła jej we wspaniałym i pomysłowym wykreowaniu świata na pograniczu fantazji i magii. Obecność wieszczek reprezentujących „Starszą krew”, aktywne orły, gryfy i lwy z herbów bohaterów tworzą niesamowitą atmosferę tej opowieści. Obecność pogańskiej magii nie przeszkadza również chrześcijańskiej świętości, czego najbardziej dobitnym przykładem jest święta Kinga, żona księcia krakowskiego Bolesława Wstydliwego, która czyta w myślach i rozsiewa zapach lilii. :)

Autorka zadziwiająco dokładnie trzyma się prawdy historycznej choć wiele aspektów psychologicznych i tych "mitologicznych" związanych z pochodzeniem biskupa Świnki czy rodu Zarembów, jest wymyślonych na potrzeby książki. Zapewnia czytelnikom potężną dawkę historii podaną w nader atrakcyjny sposób. Powieść odkrywa przed nami pasjonujący i przemawiający do wyobraźni obraz epoki rozbicia dzielnicowego, chociaż z uwagi na proponowaną genealogię niektórych bohaterów zdarza się także powrót do czasów Bezpryma, po śmierci Bolesława Chrobrego. 

Książka Elżbiety Cherezińskiej jest warta uwagi i naprawdę świetnie napisana. Co prawda, nieco przytłacza ilość wątków, brakowało mi również pogłębienia sylwetek psychologicznych najważniejszych bohaterów, ale nie zmienia to faktu, że czyta się ją wspaniale. Z przykrością jednak zauważyłam, że korekta nie okazała się bezbłędna, gdyż wyłapałam dwa błędy ortograficzne*. Mam nadzieję, że drugie wydanie okaże się pod tym względem nienaganne. A może doczekamy się kontynuacji z Władysławem Łokietkiem (zwanym tutaj Karłem) w roli głównej?

* "Rozejrzał się. Coraz mniej walczących, cztery rozproszone grupki. Dożynanie?" (s. 22); "Wmieszał się w jedną z wędrownych watach i węszy." (s. 576)


Elżbieta Cherezińska (ur. 1972) - polska pisarka specjalizująca się w powieści historycznej. Do jej najbardziej popularnych książek należy cykl "Północna droga", w ramach której ukazały się: "Saga Sigrun" (2009), "Ja jestem Halderd" (2010), "Pasja według Einara (2011), "Trzy młode pieśni" (2012). Opublikowała również "Grę w kości" (2010) oraz "Koronę śniegu i krwi" (2012) opisujące okres piastowski. Źródło zdjęcia





 

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 736









wtorek, 1 kwietnia 2014

Sándor Márai, Dziennik




„W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna, dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz już nie mam niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi.” (s. 152; 1949 r.)

Sandor Marai, literat, pisarz intelektualista i erudyta węgierski zaczął pisać swój Dziennik w 1943 r., gdy zrezygnował z pisania do gazet. Mieszkał wtedy w Budapeszcie, toczyła się wojna światowa, a Marai postanowił zapisywać swoje odczucia wobec świata. Te notatki sporządzał aż do śmierci, a więc przez 46 lat… 

„Trzeba czasu, nim ludzie zrozumieją, że niewola jest niewolą nawet wtedy, gdy rodzi się z walki o wolność i rewolucji.” (s. 132; 1948 r.)

W 1948 roku wraz z żoną i adoptowanym synkiem uciekł przed komunistyczną dyktaturą. Mieszkali we Włoszech i w USA. Po upadku powstania węgierskiego w 1956 roku całkowicie stracił nadzieję na powrót do ojczyzny. Na emigracji wydał kilkanaście książek, ale nigdy nie mógł się tam odnaleźć. Koleje jego losu to w pewnym sensie odwzorowanie losu pokolenia pozbawionego najpierw swojej małej ojczyzny, potem kraju rodzinnego, na koniec zaś wszystkich najbliższych… 

Ten „Dziennik” to świadectwo erudycji autora. Jego przemyślany, zadziwiający przenikliwością, zdystansowany i bardzo trzeźwy osąd współczesnego mu świata i kultury budzi podziw i fascynację. Polskie wydanie to zaledwie wycinek jego zapisków. Na Węgrzech ukazało się 5 tomów „Dzienników” i tak już wyselekcjonowanych przez autora, który wydawał je sukcesywnie podczas swojego pobytu na emigracji.

Nie dowiemy się z niego zbyt wielu szczegółów z życia pisarza, może za wyjątkiem ostatnich, wstrząsających i niebywale emocjonalnych zapisków dokumentujących proces odchodzenia, narastającej rozpaczy i bezradności. Ta część notatek nie została przez pisarza zredagowana, mamy więc do nich dostęp w całości z datami dziennymi. 

O czym jest ten „Dziennik”? O kulturze, o historii, o pięknie, o literaturze, o losie człowieka kulturalnego we współczesnym skomercjalizowanym świecie, o Europie, o Ameryce. Marai, zdystansowany, zamknięty w swoim świecie wartości, potrafił z ogromną dokładnością wskazywać na niepokojące zjawiska w otaczającym go świecie. Za swoją niepokorność i kręgosłup moralny zapłacił wysoką cenę. Cenę zapomnienia, poniewierki i biedy. Nigdy jednak nie żałował swoich wyborów w obliczu zalewu komunizmu, płytkości sądów i prostactwa. Jego erudycja i błyskotliwość, których jesteśmy świadkiem na każdej stronie wydanych fragmentów „Dziennika” robi na czytelniku kolosalne wrażenie.


„Znajdujemy się nie „na progu”, lecz w samym środku sytuacji, której nie sposób nazwać inaczej, jak tylko „jedną z najdoskonalej ogłupiających epok” w historii ludzkości. Wraz z rozwojem „nauk użytecznych” postępuje w głąb i wszerz ogłupienie świata ludzkich mas.
„Jakość” – jakość duchowa, artystyczna, tak samo jak jakość człowiecza, uczuciowa – w świecie ciemnych, barbarzyńskich tłumów już nawet nie jest ofiarą negatywnej selekcji: po prostu marnieje i zanika, jak wszystko, co nie znajduje odgłosu i żywej więzi z życiem.” (s. 235; 1956 r.)

W przypadku takich książek jak “Dziennik” Maraia najpełniej odczuwam swoją niemoc w przekazaniu Wam, jak wspaniała i godna uwagi jest to rzecz. Cokolwiek bym nie napisała, zabrzmi to zbyt płasko i nieciekawie, a wybór przymiotników, których mogę użyć w odniesieniu do tej książki jest zbyt ograniczony. Ile razy mogę napisać, że „Dziennik” Sandora Maraia jest „wspaniały”, „przejmujący”, „jedyny w swoim rodzaju”, „niesamowity”? 

Można albo napisać elaborat, albo krótko wyrazić swoje zdanie. Na elaborat moja wiedza jest zbyt skromna, napiszę więc krótko i węzłowato: żałuję każdej godziny i każdego dnia, o który odwlekałam przeczytanie tej książki stojącej u mnie na półce od pół roku. Nie popełnijcie tego błędu. Było to dla mnie jedno z najbardziej poruszających intelektualnie doświadczeń czytelniczych. To książka, do której na pewno będę wracać i czerpać z niej siłę i mądrość. Na stronie księgarni Amazon spotkałam się z opinią na temat Dziennika Maraia z lat 1944-48, której tytuł oddaje moją opinię o „Dzienniku” w 100%, a brzmi on: „Wyżebraj, kup lub ukradnij, ale koniecznie przeczytaj tę książkę!”
 

 


Sándor Márai (1900-89) - węgierski prozaik i poeta. Przed II wojną światową był jednym z najpopularniejszych węgierskich pisarzy. W 1948 r. opuścił Węgry i udał się na emigrację. Do jego najsłynniejszych książek należą: "Dziennik", "Wyznania patrycjusza", "Zbuntowani", "Księga ziół". Zmarł śmiercią samobójczą w 1989 r.
 
 


 
 

Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: Naplo
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Teresa Worowska
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 640
 

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...