czwartek, 28 kwietnia 2016

Monika Jaruzelska "Rodzina" i "Oddech"






















„Rozpisałam się grafomańsko.”
„Rodzina”, s. 314



Miałam duże wątpliwości, czy zamieszczać tu swoją opinię o obu książkach. Wynika to z faktu, że ich lektura nie przyniosła mi wiele satysfakcji. Ktoś może zapytać, po co po nie sięgałam, skoro krytycznie odniosłam się już do powszechnie chwalonej „Towarzyszki Panienki”. No cóż, wypożyczyłam obie książki z biblioteki dla mojej Mamy i gdy miałam je już na półce, to poświęciłam jeden wieczór na ich lekturę, a momentami przejrzenie, gdyż mimo dobrych chęci, nie byłam w stanie wgryzać się w każde słowo pani Moniki i analizować ich głębię.

Forma książek jest podobna do pierwszej części, tzn. krótkie obrazki sytuacyjne a to z przeszłości, a to pewne przemyślenia dotyczące czasów obecnych. W „Rodzinie” autorka koncentruje się na stosunkach panujących między Rodzicami, prowadzi z nimi rozmowy o początkach ich związku. Rozmowy z Ojcem, w moim przekonaniu, miały na celu złagodzenie jego wizerunku, pokazanie go jako ciepłego człowieka, samotnego i niezrozumianego, ani w domu, ani w działalności politycznej. Ciekawie zabrzmiała rozmowa z Matką, dość specyficzną osobą, ale zawarto tam nieco prawdy życiowej i sporo ciekawych stwierdzeń. W „Rodzinie” jednak najbardziej podobały mi się przemyślenia Autorki odnośnie późnego macierzyństwa. Rodząc syna w wieku 40 lat niejako była w zgodzie z tezami feministek i piewców liberalnego stylu życia, że najpierw trzeba się wyszaleć, zdobyć pozycję zawodową, a potem dopiero zakładać rodzinę. Po 10 latach jednak dochodzi do wniosku, że minusów takiego rozwiązania jest całkiem sporo i chyba jednak przeważają nad zaletami. Muszę tu przyklasnąć pani Monice, bo miała odwagę wyjść poza ustalone tezy przedstawicieli jej środowiska i podzielić się z czytelnikami swoimi przemyśleniami wynikającymi po prostu z doświadczenia życiowego.

„Oddech” jest zapisem odchodzenia ojca Autorki i pierwszych miesięcy żałoby. Mam wątpliwości czy ta książka w ogóle powinna ukazywać się drukiem. O ile w „Rodzinie” kilkakrotnie Autorka wspomina o naglących terminach narzucanych przez wydawnictwo, o tyle „Oddech” jest już książką pisaną w jaskrawo widocznej i odczuwalnej „męce twórczej”. 
 
Był to zapis depresji Autorki, czas, w którym pogorszył się stan jej zdrowia i czytelnik to boleśnie odczuwa. „Z trudem piszę i mówię. Słowa wyciskam z siebie jak z tubki zaschniętego kleju” (s. 107) – rzeczywiście miałam takie wrażenie podczas lektury. Ponadto, nie mogąc znaleźć słów, ratowała się cytatami, np. dosłownym przytaczaniem komentarzy ze strony internetowej tabloidu czy podawaniem adresu strony internetowej z piosenką. Już chyba lepiej by było, żeby ta trzecia część się nie ukazała, bo czytając tę książkę odczuwałam znaczący dyskomfort i jednocześnie współczułam Autorce, że najwyraźniej była zobowiązana napisać tę książkę. Gdyby mogła, pewnie by z tego zrezygnowała. No, ale najwidoczniej nie mogła. 
 
Na ostatnich kartach „Oddechu” Autorka zapowiada, że następna książka będzie o modzie i przyznam, że odetchnęłam z ulgą.



Tytuł: Rodzina
Autor: Monika Jaruzelska
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 288


Tytuł: Oddech
Autor: Monika Jaruzelska
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 272

piątek, 22 kwietnia 2016

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika





Dużo dobrego słyszałam o tym kryminale. Miałąm okazję przeczytać „Kobietę bez twarzy”, a „Starsza pani wnika” miała być rozrywką w stylu kryminałów Joanny Chmielewskiej.

Detektywem z przypadku jest tu niejaki Jarcio, nieco zaniedbany, zbliżający się do trzydziestki człowiek, który mieszka w bloku z babcią, energiczną starszą panią. Agencję detektywistyczną założył pod wpływem impulsu, żeby coś robić i nie pozostawać na utrzymaniu starszej pani. Od razu nadarza się sprawa kryminalna, potem druga. Jarcio nawiązuje znajomości, szuka tropów, choć nie zdaje sobie sprawy, że w ślad za nim podąża babcia Halina, która stara się pomóc mu w śledztwie. Pomagają jej w tym koleżanki, a kolejne odkrycia należałoby jednak zapisać na konto wyjątkowo ciekawskich i nierozpoznawalnych dla otoczenia starszych pań, które w dodatku maskują się bezkształtnymi moherowymi berecikami. Czy agencja Jarcia odniesie sukces? Czy stanie się samodzielny? Oto jest pytanie.

Trudno tę książkę jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo. Niby jest to kryminał z dużą dozą humoru, ale momentami bardziej przypomina powieść obyczajową z wieloma cennymi spostrzeżeniami, zwłaszcza w odniesieniu do stylu i jakości życia starszych osób.

Choć akcja zaczyna się morderstwem, to jednak akcja jest poprowadzona zupełnie dobrze mniej więcej do połowy książki. Potem miałam wrażenie jakiegoś niezdecydowania i „rozmieniania się na drobne”. Pojawiło się kilka wątków, w moim przekonaniu nadmiernie eksploatowanych (np. wątek zabójcy kotów). Ponadto, otrzymujemy wgląd w życie małżeńskie i uczuciowe babci Heleny, które – przyznam szczerze – jest dla mnie zupełnie niewiarygodne. W PRL-u naprawdę nie było kłopotów z rozwodami i nie trzeba się było męczyć z niekochanym człowiekiem, gdy ani państwo, ani religia (babcia Helena nie była specjalnie przywiązana do Kościoła) nie przeszkadzały.

Nie porwali mnie też bohaterowie. Najłatwiej było tu sympatyzować z babcią Helenką, ale w drugiej części książki jej postać dość przybladła. Jarcio jest zupełnie nieinteresujący, podobnie zresztą jak inni bohaterowie. Rozwiązanie intrygi kryminalnej jest całkiem zgrabne, ale akcja mogłaby być w moim przekonaniu bardziej skondensowana, bez nadmiernego rozwoju wątków pobocznych, co miało miejsce w drugiej części książki.

Za największy walor książki uważam ciekawe spostrzeżenia Autorki odnośnie jakości życia starszych ludzi w Polsce, ich jakże częstą „niewidzialność” w miejscach publicznych i brak empatii ze strony ogółu społeczeństwa. Intrygę kryminalną również uważam za udaną i poprowadzoną dość ciekawie, ale przytłoczona ona została w drugiej części książki przez wątki poboczne, w sumie nieistotne w śledztwie.

Jeśli poszukujecie rozrywkowej literatury z wątkiem kryminalnym na kilka wieczorów polecam tę książkę. „Starsza pani wnika” choć nie jest kryminałem idealnym, zawiera sporo interesujących elementów. 
 
 

Autor: Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 440

piątek, 15 kwietnia 2016

Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, tom III




Po raz kolejny profesor Nicieja zabiera nas w podróż po zaginionym i barwnym świecie Kresów Wschodnich. Tym razem przenosimy się do Zaleszczyk, Kosowa Huculskiego, Chodorowa i Kałusza. Swoistym bonusem jest ostatni rozdział poświęcony chorwackiemu kurortowi Abacji (obecnie Opatija), do którego zjeżdżały tłumy galicyjskich Polaków, aby spędzić tam wypełniony słońcem i ciepłem urlop lub zadomowić się na dłużej poprzez kupienie tam posiadłości.

W charakterystycznym stylu Autor opowiada nam historie ludzi zamieszkałych w opisywanych miastach, przypomina sławnych i lubianych, którzy mieli związki z tym, miejscem, a wszystko na tle wielkiej historii, która w ostatecznym rozrachunku zniszczyła ten świat. Gdy czyta się tę gawędę pojawia się mnóstwo nieznanych szerzej nazwisk, które jednak stanowiły o bogactwie danego regionu. Za przykład niech posłuży choćby nazwisko doktora Apolinarego Tarnawskiego, twórcy słynnego uzdrowiska w Kosowie Huculskim, czy Aleksandra Bachmińskiego, malarza, garncarza i kaflarza, którego dzieła są do dziś poszukiwanymi rarytasami z zakresu tzw. ceramiki huculskiej.

Słoneczne Zaleszczyki były w II Rzeczpospolitej prawdziwą mekką dla turystów spragnionych słońca i ciepła. Ale było to też zagłębie sadów, które rodziły dojrzałe, smaczne, napęczniałe słońcem owoce. Zapach owoców wręcz przyprawiał o zawrót głowy, a w połowie września rozpoczynało się winobranie, co również przyciągało rzesze gości.

Ale Kresy to nie tylko rolnictwo, sentyment i barwna kolorystyka wzmacniana przez tradycję i zwyczaje mniejszości etnicznych. Profesor Nicieja przywołuje w tym tomie pamięć o dwóch miastach, które były przykładami sukcesu gospodarczego. Chodorów słynął z wzorowo prowadzonej cukrowni, jednej z większych w Europie i jest chyba jedynym miastem na świecie, gdzie wzniesiono pomnik... burakowi cukrowemu. Z kolei Kałusz był kolebką polskiego ludwisarstwa, gdzie wytwarzano najpiękniejsze dzwony w Polsce, a prawdziwymi mistrzami w tym fachu była rodzina Felczyńskich osiadła w tym kresowym mieście. Kałusz był również siedzibą Towarzystwa Eksploatacji Soli Potasowej, jednego z największych przedsiębiorstw II Rzeczpospolitej.

Książka jest ładnie wydana z arcyciekawym materiałem ilustracyjnym pochodzącym głównie ze zbiorów Autora*. Jeżeli miałabym coś wytknąć, to raczej korekcie, która nie ustrzegła się przepuszczenia paru literówek, z których najbardziej zapadły mi w pamięć „ceny dubbingowe” zamiast „dumpingowych” (s. 208).

Po przeczytanych już dwóch tomach cyklu kresowego przyzwyczaiłam się do sposobu prowadzenia opowieści i z niecierpliwością oczekuję na kolejne odcinki „małej historii”. Należy przyznać rację profesorowi Nicieji, który powiedział: "Fenomen 'Kresowych Atlantyd' polega chyba na tym, iż udało się za ich pomocą udowodnić, że historię tworzą nie tylko przywódcy - książęta, królowie, oligarchowie. Historię tworzą wszyscy". (źródło) Nic dodać, nic ująć. Na pewno przeczytam kolejne tomy tego wspaniałego cyklu, który liczy sobie na chwilę obecną siedem tomów i – zgodnie z zapowiedziami Autora – to nie koniec.

Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach

Autor: Stanisław Sławomir Nicieja
Wydawnictwo: MS
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 288



*Nawiasem mówiąc prof. Nicieja przytoczył w wypowiedzi dla Onetu ciekawe interakcje z czytelnikami wzbogacające zawartość treściowa wydanych książek. Wspomniał np. o tym, jak którejś nocy po wydaniu pierwszej "Kresowej Atlantydy" zadzwoniła do niego pochodząca z opisanego w tej książce Stanisławowa mieszkanka Tel Awiwu. Dopytywała o zamieszczone zdjęcie dzieci, które obsiadły elegancką limuzynę. "Powiedziałem jej, że dostałem tę fotografię od mieszkanki Opola, jednej z bohaterek zdjęcia. Samochód należał zaś do właściciela Fabryki Drożdży i Spirytusu w Stanisławowie Filipa Liebermanna. Okazało się, że dzwoniąca też jest na zdjęciu. Jest córką Liebermanna, jedyną z rodziny która przeżyła holokaust”.



wtorek, 12 kwietnia 2016

Dzień czekolady!



Źródło


 


Zapach czekolady

Przyszedł do nas wujek Władek,
przyniósł wielką czekoladę,
z orzechami, z rodzynkami,
w pięknym pudle z obrazkami.
Jeśli będę grzecznie siedzieć,
dadzą mi ją po obiedzie...
Choć zamknięta jest szuflada,
wszędzie pachnie czekolada.
Układanki chcę układać -
wszędzie pachnie czekolada.
Gdy na nowy rower wsiadam -
wszędzie pachnie czekolada.
Kiedy z lalką sobie gadam -
wszędzie pachnie czekolada.
Czy ktoś może mi powiedzieć,
kiedy będzie po obiedzie?
Bo nie mogę żyć w spokoju,
gdy ten zapach jest w pokoju!


Danuta Wawiłow


Miłego Dnia czekolady!

sobota, 9 kwietnia 2016

Éric-Emmanuel Schmitt, Napój miłosny





Ta książka to chyba mój czytelniczy rekord: przeczytałam ją podczas jazdy autobusem do i z pracy, czyli w 40 minut. Nie wynikało to z jakiegoś zacięcia, że muszę ją skończyć, lecz po prostu tekstu jest tu niewiele, a i głębią przemyśleń książka nie powala.

Na 144 stronach zapisanych niejednokrotnie jednym bądź kilkoma zdaniami byli kochankowie - Adam i Luiza – prowadzą korespondencję o naturze miłości. Ich zerwanie po 5 latach związku było spowodowane niewiernością Adama prezentującego typowo męski punkt widzenia, któremu wydaje się, że ma pełną kontrolę nad swoimi zachowaniami i jest w stanie oddzielić seks od miłości. Uważa wręcz, że po zerwaniu, po którym roztrzęsiona Luiza przeprowadziła się na drugą półkulę, należy mu się przyjaźń ze strony porzuconej kochanki.

Luiza początkowo jest mocno wytrącona z równowagi, ale sytuacja ulega stopniowej zmianie, gdy na horyzoncie pojawia się nowa osoba w tym układzie…

Ich korespondencja toczy się wokół miłości. Czy miłość można wywołać celowo? Czy istnieje napój miłosny, który może skłonić drugą osobę do obdarzenia miłością konkretnej osoby? Adamowi wydaje się, że jest w stanie swoimi działaniami sprowokować dowolną kobietę do zakochania się w nim. Luiza jest dość sceptyczna, ale podejmuje tę grę.

Przyznam, że choć w książce można odnaleźć kilka zgrabnych bon-motów, to nie porwała mnie ona. Mimo usiłowań autora, nie znalazłam w niej nic odkrywczego, a tajemnica, która zostaje wyjaśniona się w ostatnim liście właściwie nie niesie żadnego zaskoczenia. Bohaterowie są papierowi, ich relacja jest poprowadzona jednotorowo i bez finezji. Wymieniane przez nich uwagi na temat natury związku między kobietą a mężczyzną są banalne i mało poruszające. Chociaż może się mylę; niejedna feministka doznałaby chyba pewnego wzburzenia czytając opinie Adama, zwłaszcza na początku książki. :)

Mnie wystarczyła wzmianka w tekście o „Niebezpiecznych związkach”, żeby zorientować się, że w relacji bohaterów jest „drugie dno” i pewna intryga, która zostaje ujawniona na końcu. 

Nie jest to w żadnej mierze książka odkrywcza, pobudzająca do refleksji i poszukiwań, ale może być zupełnie przyjemnym towarzyszem, np. podczas podróży. Do pozytywów zaliczyłabym również ładną okładkę oraz niewielką objętość.


Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł oryginalny: L'Elixir d'amour
Wydawnictwo: Znak
Tłumacz: Wawrzyniec Brzozowski
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 144

czwartek, 7 kwietnia 2016

"Bez książek nie ma życia"



Źródło



- Bez książek nie ma życia.

Takim właśnie tekstem uraczył mnie dziś wieczorem mój prawie 6-letni syn, gdy z racji zmęczenia odmówiłam czytania trzeciej z kolei książeczki. Uradowało się moje serce książkowego mola, że nie ciągnie go komputer, że telewizja nie doczekała się takiej oceny z jego ust, a wyróżnione zostały właśnie książki. :)  

Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć po tej deklaracji, gdy syn, spojrzawszy na mnie dodał:

- A matematyka jest ważna!

"Królowa nauk" jest bowiem jego kolejną pasją. Uwielbia cyferki, liczy sprawnie, dodaje namiętnie, całkiem nieźle odejmuje, a ostatnio podejmuje próby mnożenia. Jako matematyczna "noga" jestem skłonna przyznać mu rację, że matematyka jest ważna w życiu, ale tytułowe zdanie jest jednak poważniejszego kalibru, co niezmiernie mnie cieszy. I z tej radości postanowiłam się z Wami podzielić tą szczęśliwą wiadomością, że - jak wszystko na to wskazuje- rośnie nam w domu kolejny miłośnik słowa pisanego (i obrazków :)).
 
 
Źródło
 

wtorek, 5 kwietnia 2016

Leopold Staff, Kwiecień






Kwiecień

Po niebie pędzi chmur konnica
I mruczą dzikie zwierzęta.
Drzew nagie szczyty gnie wichrzyca
I zmiata kurz jak na święta.
Kwietniowa burza niecierpliwa
Spieszy krokami wielkiemi
I w pochód cały świat porywa,
Deszcz bębni marsza na ziemi.
Wszystko doboszem się zachwyca,
Śmieją się zmokłe dziewczęta
Po niebie pędza chmur konnica
I mruczą dzikie zwierzęta.

Staff Leopold
 
 
 
 

piątek, 1 kwietnia 2016

Danuta Stępniewska, Barbara Walczyna, Kufer Kasyldy czyli wspomnienia z lat dziewczęcych




Ta książka za mną „chodziła” już od jakiegoś czasu. W końcu zdecydowałam się sięgnąć po biblioteczny egzemplarz, chociaż pokaźna objętość tego tomu mnie nieco zniechęcała, głównie z uwagi na dość ograniczony czas na lekturę, jakim obecnie dysponuję. Moje obawy prysły jednak zarz po rozpoczęciu lektury, która okazała się wielką przyjemnością. 

Danuta Stępniewska i Barbara Walczyna dokonały wyboru fragmentów wspomnień dwudziestu kobiet od końca XVIII w. do początków XX w. Są wśród nich arystokratki (Zofia z Czartoryskich Zamoyska) i szlachcianki (Pelagia Dąbrowska, Ewa z Wendorffów Felińska), pisarki (Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, Maria Dąbrowska, Zuzanna Rabska) i osoby o przekonaniach lewicowych (Maria Bohuszewiczówna, Marcjanna Fornalska). Nie mogło też zabraknąć wspomnień Marii Curie – Skłodowskiej, dwukrotnej noblistki wywodzącej się z drobnej szlachty, która swoim hartem ducha i dążeniem do wiedzy może stanowić przykład dla wielu. Krótko mówiąc, redaktorki tego wydawnictwa zapewniły nam bardzo różnorodny materiał wspomnieniowy, dotyczący głównie wieku XIX. Wspólną cechą tych wspomnień jest to, że odnoszą się do okresu wczesnej młodości autorek i w większości zostały spisane pod koniec życia.

Dzięki tej książce możemy przenieść się do XIX-wiecznej Warszawy, na Kresy czy do rezydencji magnackiej, ale najciekawsze są spostrzeżenia autorek, ich odbiór rzeczywistości, który wiele mówi o codzienności opisywanych przez nie lat. Przyznam, że mnie najbardziej w pamięć zapadły wspomnienia kilku bohaterek z okresu tajnego nauczania na warszawskich pensjach w okresie nasilonych represji carskich po upadku powstania styczniowego. Ogrom społecznego zaangażowania i poświęcenia na rzecz patriotycznego wychowania młodego pokolenia budzi ogromny szacunek i podziw. Dopóki nie przeczytałam wspomnień Heleny Duninówny czy Zuzanny Rabskiej, nie byłam świadoma, co do skali tych działań i niesamowitego sukcesu tej pracy u podstaw, która wydała owoce w momencie walki o niepodległość Polski. Zwraca też uwagę ewolucja społeczna, która doprowadziła do ukształtowania się sfery miejskiej inteligencji, z której wywodziło się wiele autorek wspomnień zawartych w „Kufrze Kasyldy” (Zuzanna Rabska, Helena Duninówna, Pia Górska).

Choć nie podzielam komunistycznych przekonań Marcjanny Fornalskiej, która mimo stracenia jej syna przez Stalina w 1937 r., do końca życia pozostała aktywną działaczką, to jednak przytoczony fragment jej wspomnień z okresu jej młodości w chłopskiej chacie i okoliczności zamążpójścia wiele mówi o warunkach życia polskiego chłopstwa. Takich świadectw nie ma zbyt wielu, warto więc się z nimi zapoznać.

Polecam tę książkę nawet osobom, które nie przepadają za wspomnieniami, gdyż wydawnictwo to oferuje nam wiele ciekawych historii i anegdotek, których nie spotyka się raczej w podręcznikach historii. Poniżej przedstawiam uroczy fragment wspomnień Heleny Duninówny (1888-1971) o dziecięcym kontakcie z pierwszym telefonem w Warszawie. 

„U Millera założono właśnie aparat telefoniczny – jakieś dwa, jak sobie dość smętnie przypominam, niezdarne, wysoko do ściany przyczepione pudła – i tatuś z tej właśnie racji, by zrobić nam przyjemność, zaprosił nas na śniadanie.

Z kimś, widocznie, umówił się przedtem w sądzie czy w hipotece – z kim i gdzie, tego już naturalnie nie pamiętam – że ów ktoś przyjmie nasz telefon i porozmawia z nami, bo w pewnej chwili, spojrzawszy na zegarek, uśmiechnął się do nas, potem do pana Henryka, i powiedział:

- No, to idziemy, panie Henryku.

Pan Henryk zsadził mnie z krzesła i odwiązał mi spod brody serwetkę. Poszliśmy we czworo – tatuś, pan Henryk i my dwoje – do sąsiedniego pokoju z bufetem.

Pan Henryk podniósł Miecia, tatuś podał Mieciowi coś do ręki, coś przyłożył do jego ucha, czymś kręcił. Miecio, czerwony z wrażenia, wisząc niewygodnie w trzymających go pod pachy dużych dłoniach pana Henryka i dla kontenansu, widać, majtając cienkimi nóżkami, w zapinanych z boku na guziczki bucikach z cholewkami, śmiał się jakby niepewnie, jakby z zażenowaniem.

- Nie śmiej się, Mietek, bo nic nie usłyszysz – mitygował go tatuś.

Miecio przestał się śmiać. Nasłuchiwał, a potem nagle radośnie kiwnął głową raz i drugi, i bardzo głośno, głosem pełnym tryumfu i uciechy wykrzyknął do tuby, którą mu trzymać kazano przy ustach:

- Słyszę! słyszę! To ja! Miecio! Dzień dobry!” (s. 346-347)


Takich historyjek, okruchów codzienności z przeszłości jest całe mnóstwo i - śmiem przypuszczać - bardziej nam one przemawiają do wyobraźni niż elaboraty z podręczników historii.
 
A dlaczego „Kufer Kasyldy”? Odpowiedź znajdujemy również we fragmencie wspomnień Heleny Duninówny. 

„Kufer był ładny, dosyć duży, brązowy, taki, jakich eleganckie panie używały do podróży. Wieko miał wypukłe, okucia błyszczące, wewnątrz, na samym dnie, dwie przegródki: na bieliznę i na obuwie, a nad nimi, poziomo leżące, lekkie szuflady z płóciennych pasów – na suknie, spódniczki, haleczki, bluzki, kostiumy i tysiące przeróżnych wiotkich i wytwornych kobiecych drobiazgów. Szuflad było dwie. Dzięki wypukłości wieka górną można było wypełnić niesłychanie obficie.

Pamiętam ten kufer „od zawsze”; przemierzył z nami w dzieciństwie moim i w latach młodzieńczych prawie całą zachodnią Europę. Lubiłam go. Jedno tylko intrygowało mnie i trochę nawet drażniło; dwie wielkie, czarne litery, wymalowane pośrodku wieka, tam gdzie zwykle dawało się inicjały właściciela – K.K.

Świadczyło to, że kufer należał pierwotnie do kogoś innego, nie do mojej mamy; nie rozumiałam, dlaczego napis ten zachowano.

- To był kufer Kasyldy Kulikowskiej – powiedziała kiedyś mama.

Nic mi to nazwisko nie mówiło, a nie wiem już, czemu nie zapytałam o wyjaśnienie. Długie lata nie wiedziałam, kim jest czy też kim była Kasylda Kulikowska, ale dziwaczne imię tej nieznanej osoby działało na moją wyobraźnię sugestywnie. Kiedy byłam mała, wydawało mi się surowe, groźne; w latach podlotkowskich – romantyczne, a gdy dorosłam – zabawne wprawdzie trochę i staroświeckie, ale otwierające mi w jakiś specjalny sposób tajemniczą perspektywę dalekiej przeszłości. Przyszedł czas, że postać Kasyldy Kulikowskiej wiązać mi się zaczęła z młodością mojej matki, z półtajną pensją żeńską przy ulicy Ogrodowej, z romantyczną postacią jej przełożonej, pani Florentyny Włoszkowej, o której opowiadano, że jej wspaniałe, płowe włosy sięgały ziemi, a jej błękitno szare, do marzących spojrzeń stworzone, oczy przykuwał każdy, najdrobniejszy nawet skrawek drukowanego słowa; cóż mówić o książkach, jeżeli przejść obojętnie nie mogła obok urwanego strzępka gazety czy zdartego ze słupa ogłoszenia.” (s. 365-366)

Dodajmy, że Kasylda Kulikowska (1844-94) była nauczycielką i znaną działaczką niepodległościową. Zmarła we Lwowie i jest tam pochowana na cmentarzu Łyczakowskim, a na jej grobie widnieje napis: 

„Z serca, co pękło, duch przelewa się w serca, co biją i kończy zaczętą drogę".


Autor: D. Stępniewska, B. Walczyna (wybór i opracowanie tekstów)
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 1983
Liczba stron: 606

 

Lista autorek wspomnień zawartych w "Kufrze Kasyldy":

Zofia z Czartoryskich Zamoyska
Henrietta z Działyńskich Błędowska
Zofia z Matuszewiczów Kicka
Ewa z Wendorffów Felińska 

Aleksandra z Tańskich Tarczewska
Klementyna z Tańskich Hoffmanowa
Narcyza Żmichowska
Zofia z Fredrów Szeptycka
Pelagia Dąbrowska
Teodora Kiślańska
Maria Bohuszewiczówna
Helena Duninówna
Zuzanna Rabska
Maria Dąbrowska
Julia Freyer
Maria Kamińska
Zofia Ordyńska
Pia Górska
Marcjanna Fornalska
Maria Curie-Skłodowska

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...