piątek, 23 grudnia 2016

Życzenia świąteczne


Boże Narodzenie to czas wyjątkowy.
Niech Święta Bożego Narodzenia będą wspaniałe
dla Was, Waszych rodzin i bliskich





Niech to będzie czas pełen miłości, łamania się opłatkiem, spędzony w rodzinnym gronie, czas odpoczynku, refleksji i wzajemnego zrozumienia.

  Niech Nowy Rok będzie szczęśliwy
i przyniesie wiele radosnych wydarzeń.

Wesołych Świąt! 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Fernando Pessoa o życiu


Fernando Pessoa (1888-1935), portugalski poeta, pisarz i krytyk literacki









"Uważam życie za gospodę, w której muszę czekać na dyliżans z otchłani. Nie wiem, dokąd mnie zawiezie, bo niczego nie wiem. Mógłbym traktować tę gospodę jako więzienie, bo jestem zmuszony w niej czekać; mógłbym ją traktować jako miejsce spotkań towarzystkich, bo tutaj kontaktuję się z innymi. Jednak ani się nie niecierpliwię, ani z nikim się nie bratam. Zostawiam tych, którzy zamknięci w swoim pokoju leżą bezwładnie na łóżku w bezsennym oczekiwaniu; zostawiam ludzi prowadzących rozmowy w salach, z których dobiegają mnie przyjemne dla ucha głosy i muzyka. Siadam w drzwiach i upajam oczy i uszy kolorami i dźwiękami pejzażu; i śpiewam powoli samemu sobie niezrozumiałe piosenki, które układam, czekając.

Dla wszystkich zapadnie noc i po wszystkich przyjedzie dyliżans. Cieszę się wiatrem, który dostaję, i duszą, którą dostałem, aby się nim cieszyć, i o nic więcej nie pytam ani niczego nie szukam. Jeżeli to, co zapisuję w tym dzienniku podróży, zdoła kiedyś dać rozrywkę innym podróżnikom, to dobrze. Jeżeli tego nie przeczytają lub nie znajdą w tym rozrywki, też dobrze."


Fernando Pessoa, Księga niepokoju, tłum. Michał Lipszyc, wyd. 2013, s. 17



Źródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Fernando_Pessoa

 

czwartek, 29 września 2016

Warszawskie ulice z "kresowymi" nazwami

 
Od kiedy połknęłam bakcyla kresowego jestem wyczulona na różne przejawy naszej łączności z ziemiami wschodnimi dawnej Rzeczpospolitej. Nic więc dziwnego, że zaczęłam zwracać uwagę na pochodzenie niektórych nazw ulic w Warszawie. 

Najsłynniejszą chyba ulicą noszącą nazwę o kresowej proweniencji jest chyba ulica Lwowska położona w Śródmieściu, niedaleko Politechniki Warszawskiej, otoczona wspaniałymi kamienicami, które przetrwały burze dziejowe.
 
 
 


Na Woli możemy odnaleźć ulicę Łucką przywołującą wspomnienie stolicy województwa wołyńskiego w II RP czy też Berestecką.
 
Z kolei na Pradze Południe i Mokotowie można odnaleźć serię „kresowych” ulic, jak Chocimska, Huculska, Humańska, Truskawiecka, Narocz, Podolska, Styrska, Dubieńska, Berezyńska, Trembowejska, Ostrobramska, Latyczowska, Złoczowska i Bracławska.
Inne ulice z kresowymi nazwami w Warszawie to np.

Wileńska, Kowieńska, Kowelska na Pradze Północ,

Trocka, Chyrowska, Nieświeska, Oszmiańska, Ołycka, Poleska na Targówku, 

Korsuńska, Kobryńska, Naddnieprzańska, Kresowa na Wawrze

Nie zapominajmy też o dworcu Warszawa Wileńska, którego historyczna nazwa wiąże się z uruchomieniem połączenia Warszawy z Petersburgiem – przez Wilno - w 1863 r. 

Czy w Waszym mieście również można odnaleźć takie „kresowe” nazwy ulic?

piątek, 23 września 2016

Aleksander Fredro, Trzy po trzy




 

"Óśmnastego lutego roku 1814 jechał na białym koniu człowiek średniego wzrostu, nieco otyły, w sieroczkowym surducie pod szyją zapiętym, w kapeluszu stósowanym bez żadnego znaku prócz małej trójkolorowej kokardy. Za nim, w niejakiej odległości drugi, znacznie młodszy. [...] Pierwszym z tych jeźdźców był Napoleon, drugim byłem ja."

Aleksander Fredro wszystkim jest znany bądź kojarzony jako autor klasycznych komedii teatralnych. Któż nie zna „Ślubów panieńskich” „Dam i huzarów” czy „Pana Jowialskiego”. W naszej tradycji Fredro kojarzy się momentalnie z wizerunkiem wąsatego pana w średnim bądź starszym wieku siedzącego dostojnie na fotelu. Tymczasem nasz wybitny twórca przeżył bujną i pełną emocjonujących wydarzeń młodość. Jako 16-letni chłopak zaciągnął się do wojska polskiego walczącego u boku Napoleona i przeszedł niemal cały szlak, a odwrót spod Moskwy niemal przypłacił życiem. W niebezpiecznych sytuacjach był wielokrotnie (wojna to przecież nie przelewki), ale szczęśliwie przeżył, dzięki czemu zapisał się w historii literatury.

Jego nieco zapomnianym dziełem są spisane wspomnienia z lat służby wojskowej zatytułowane „Trzy po trzy”. W tej to książce pisanej „zrywami”, wiele lat po opisywanych wydarzeniach, Fredro wraca do młodości naznaczonej służbą wojskową u boku Napoleona, księcia Józefa Poniatowskiego i innych wybitnych dowódców tej epoki.

„Trzy po trzy” jednak nie jest chronologicznym zapisem przypadków imć Fredry. To wspomnienia napisane „z pazurem”, ale nielinearnie, z licznymi dygresjami. I te dygresje właśnie dostarczają czytelnikom wielu „smaczków”. Początkowo ta maniera nieco drażni, trudno też współczesnemu czytelnikowi wgryźć się w tekst upstrzony licznymi archaizmami, ale jeśli już przebrnie się przez początkowe stronice, odnaleźć można w lekturze przyjemność, humor i emocje. Aleksander Fredro ze swadą opisuje barwne przygody młodego chłopaka spragnionego walki, z drugiej czasami dochodzi do głosu smutek i melancholia z uwagi na przypadki nielojalności czy zawiedzionego zaufanie ze strony towarzyszy broni. Autor często wspomina cesarza, na końcu mamy zresztą skorowidz wielkich ówczesnego świata, z którymi Autor miał do czynienia i ich krótką charakterystykę opartą na własnych doświadczeniach.

Z lektury bije ogromny sentyment do lat młodości "chmurnej i durnej". Jeśli nie przerazimy się staroświeckiej polszczyzny i dygresyjności, to lektura ta dostarczy nam wiele satysfakcji i emocji.
 
 
 
Autor: Aleksander Fredro
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Maria Czapska, Europa w rodzinie




Z fragmentami wspomnień Marii Czapskiej zetknęłam się po raz pierwszy w „Zakątku pamięci" Ireny Domańskiej Kubiak. W pamięci utkwiła mi zwłaszcza relacja z korso kwiatowego w Mińsku z początku XX w., kiedy to autorka nie tylko pięknie scharakteryzowała ten zwyczaj, lecz także opisała niebezpieczny incydent, jaki miał wtedy miejsce. Ponieważ wspomnienia z Mińszczyzny, z którymi się do tej pory zetknęłam (Wańkowicz, Czarnyszewicz) ujęły mnie siłą wyrazu, postanowiłam nie zwlekając zakupić książkę przedstawicielki rodu Czapskich.

Przyznam, że licząc na wspomnienia z Mińszczyzny zostałam nieco zaskoczona początkowymi rozdziałami, w których Autorka opisuje genealogię swojego rodu ze szczególnym uwzględnieniem inflanckiego rodu Meyendorffów i niemieckich Thunów. Te koligacje były dla mnie kompletnie nieczytelne i dopiero poznanie historii Czapskich, które następuje później pozwoliło mi z grubsza się rozeznać w tych rodzinnych i międzynarodowych powiązaniach. Te koligacje tłumaczą pierwszą część tytułu tego wydawnictwa, bo rzeczywiście Czapscy mieli tak szerokie powiązania w Rosji, Austrii i Niemczech, że Europa stała przed nimi otworem, co zresztą nie jest zaskoczeniem w przypadku najbogatszych i najbardziej znaczących polskich rodów.

Maria Czapska poświęca historii swoich najbliższych wiele miejsca, ale dobrze, że dała temu świadectwo. Jednym z jej wybitnych przodków był jej dziadek, hr. Emeryk Hutten-Czapski, któremu warto poświęcić nieco uwagi. Ten potomek najzamożniejszej linii Czapskich (po mariażu z przedstawicielką rodu Radziwiłłów Czapscy odziedziczyli dobra na Białorusi i Wołyniu) zrobił karierę w rosyjskiej służbie państwowej, ale zasłynął z kolekcji numizmatów - cennych monet, medali i orderów, banknotów, grafik, militariów. Po jego śmierci rodzina stworzyła dla kolekcji Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego w Krakowie (obecnie część Muzeum Narodowego) i przekazała zbiory miastu. Jego pięciotomowa praca o polskich monetach ma do dziś wartość źródłową.

Z kolei stryj Autorki, Karol Hutten-Czapski, był wybitnym prezydentem Mińska w latach 1890-1901. Dzięki niemu i podejmowanym przez niego inicjatywach i wydatkach z prywatnych zasobów, to prowincjonalne miasto, w którym prężnie działały polskie organizacje ziemiańskie, zyskało wiele nowoczesnych udogodnień, np. wprowadzenie elektryczności, komunikacji tramwajowej czy kanalizacji miejskiej.

Rodzina Marii Czapskiej osiadła w Przyłukach, jednym z majątków rodzinnych, 14 km od Mińska. Rodzice Autorki doczekali się siedmiorga dzieci, ale matka, Józefa z Thunów, zmarła młodo, zaledwie w wieku 36 lat, osierocając pięć córek i dwóch synów. Ojciec wychowywał dzieci samotnie z pomocą lepiej lub gorzej przygotowanych opiekunów i swojej matki, a babki dzieci. Opisy codziennego życia w Przyłukach stanowią chyba najciekawszy fragment tych wspomnień napisanych pięknym, a jednocześnie przystępnym językiem.

Chociaż w tekście wyczuwalna jest nostalgia za przeszłością, to jednak nie są to wspomnienia bezkrytyczne. Maria wspomina swoją chorobę skórną, która – o dziwo – mało kto się przejmował. Wspomina też o procesie kształtowania się świadomości narodowej Białorusinów i zaniedbanie ich potrzeb, co w ostatecznym rozrachunku przyczyniło się do całkowitego zatracenia i klęski tego świata.

Młodzi Czapscy przeżyli okres fascynacji ideami pacyfistycznymi, co w czasach permanentnej wojny i rozruchów lat 1914-19 było dość niezwykłe, ale świadczy też o wrażliwości tych młodych ludzi wywodzących się z najbardziej uprzywilejowanej klasy społecznej.

 
Wydawnictwo, o którym mam dziś przyjemność pisać, to właściwie dwie książki. W pierwszej Autorka wspomina przeszłość, druga zaś opisuje, jak się ułożyły losy Marii i Józefa po I wojnie światowej i doprowadza akcję do momentu ostatecznej utraty majątku w wyniku podpisania traktatu ryskiego.

Wszyscy zainteresowani przeszłością powinni tę książkę przeczytać. Wartość merytoryczna wspomnień i piękny język to jedno, ale bardziej krytyczna ocena sytuacji na dalekich Kresach Wschodnich też ma swoją wymowę.


Autor: Maria Czapska
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 384



środa, 10 sierpnia 2016

Mitch Albom, Pięć osób, które spotykamy w niebie





„Żadna historia nie jest oderwana od innych. Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie.”

 
 
Książka wpadła mi w ręce przypadkowo podczas przeglądania zawartości półek bibliotecznych. Mój apetyt na dobrą lekturę zwiększył się, gdy zauważyłam, że tytuł ten figuruje na liście 100 książek, które trzeba przeczytać, firmowanej przez BBC. Oczywiście, ta lista nie jest dla mnie niepodważalnym kanonem, ale traktuję ją jako pewien wyznacznik jakości lektury.

Akcja rozpoczyna się w dniu śmierci głównego bohatera, 83-letniego Eddiego, weterana wojennego pracującego w prowincjonalnym wesołym miasteczku, człowieka, który niczym specjalnym się nie wyróżnił ani nie zasłynął. Przeżył swoje życie spokojnie, bez specjalnych osiągnięć, oddany swojej żonie i lubiany przez kolegów. Ot, zwykły, szary człowiek.

Historię Eddiego poznajemy, gdy bohater umiera i trafia do nieba. Spotyka się tam z pięcioma osobami, które spotkał w życiu, czasem zupełnie ich nie zauważając, a jednak te właśnie osoby miały wpływ na bieg jego życia. Każda z nich uświadamia mu jakąś prawdę, którą on sam przeoczył. Spotykane osoby przypominają bohaterowi kolejne wydarzenia i ich znaczenie dla kształtowania się jego osobowości, swoiste „kamienie milowe” jego życia. Te spotkania uświadamiają Eddiemu, że każdy człowiek, każda życiowa historia jest ważna, każda niesie przesłanie i prawdę. Jest to niejako oczyszczenie i pogodzenie się z szarym i nieudanym życiem, które często naszego bohatera uwierało.
 
Książka napisana jest bardzo prostym, przystępnym językiem. Czyta się ją bardzo łatwo, nawet – mając na uwadze tematykę – chyba zbyt łatwo. Kolejne spotkania i parę złotych myśli nie skłania nas do głębszego zastanowienia i czytelnik szybko przerzuca kolejne stronice.

Książka jest ciekawą próbą dowartościowującej i mądrej lektury. Przyznam jednak, że moje oczekiwania były nieco wyższe i po przeczytaniu książki mam pewien niedosyt. Nie jest to zła książka, na pewno warto się z nią zapoznać. Jednak na listę BBC nie powinny trafiać książki dobre, lecz wybitne, a ta nią nie jest.



Autor: Mitch Albom
Tytuł oryginalny: The five people you meet in heaven
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Joanna Puchalska
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 200




poniedziałek, 4 lipca 2016

Kristina Sabaliauskaite, Silva rerum





Silva rerum, cóż to za tytuł? Co oznacza to sformułowanie? Śmiem przypuszczać, że jeszcze 20-30 lat temu ten tytuł nie brzmiałby tak obco z uwagi na znacznie lepszą znajomość łaciny wśród humanistów. Jako osoba ucząca się łaciny i w liceum, i na studiach to wyrażenie nie było dla mnie obce. A cóż to właściwie jest? Silva rerum to domowa księga w rodzinach szlacheckich, popularna od XVI do połowy XVIII w., w której zapisywano ważne wydarzenia rodzinne dla kolejnych pokoleń. Wpisy często przeplatano wierszami, ciekawostkami czy rozmaitymi spostrzeżeniami. Takie zapiski prowadzi Maciej Jan Narwojsz, właściciel majątku Milikonty na Żmudzi, mąż Elżbiety i ojciec bliźniaków - Kazimierza i Urszuli.

Autorka przenosi nas na siedemnastowieczną Wileńszczyznę. Rodzina Narwojszów cudem uszła z życiem z opanowanego przez Kozaków Wilna, gdzie doszło masakry mieszkańców (1659), a obrazy rzezi stale będą ich prześladować. Później, osiadłszy w Milikontach, doświadczyli również śmierci dwojga dzieci. Pozostałe przy życiu bliźnięta - Kazimierz i Urszula - również mierzą się z problemem śmierci, czy to siostrzyczki zmarłej w niemowlęctwie, czy to stykając się z truchłem kota, co będzie miało później konsekwencje dla ich życiowych wyborów.

Aby pocieszyć żonę po śmierci dzieci, Maciej Jan tworzy dla niej przepiękny ogród i zachęca ją do urządzenia domu według swojego gustu bez oglądania się na koszty. Pozwala to Elżbiecie oderwać się od trosk i prześladujących ją koszmarów. Ale czy stworzenie raju na ziemi jest możliwe? Nad Narwojszami wisi jakieś nieszczęście, od którego nie ma ucieczki. To przeświadczenie wzmaga się z każdą przeczytaną stroną, choć niby nic strasznego się nie dzieje.

Gdy dzieci dorosną cała rodzina uda się do odradzającego się Wilna, aby tam spotkać swoje przeznaczenie w osobie Jana Kirdeja Bironta, którego życie w okrutny sposób naznaczył również najazd kozacki na stolicę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ten zdolny cynik potrafiący manipulować ludźmi, ma w sobie niewysłowiony urok, co pozwala mu przyciągać do siebie ludzi i komenderować nimi bez najmniejszych skrupułów do momentu aż dopadnie go miłość... W przeciwieństwie do autora notki na okładce książki, który streszcza ok. 2/3 tomu, nie napiszę nic więcej na temat treści książki. :)

Tym, co przede wszystkim zwraca uwagę czytelnika to sposób prowadzenia opowieści. W tej książce nie ma dialogów. Jest tu narracja w trzeciej osobie zawierająca opis sytuacji, pełen efektownych – barokowych chciałoby się rzec – porównań i streszczenia bądź cytaty z wypowiedzi bohaterów. Akcja toczy się dość niespiesznie, ale zdecydowanie nabiera przyspieszenia w Wilnie, mieście stołecznym, odzyskującym swój blask po najeździe Kozaków sprzed 10 lat. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: umartwienie, rozkosz, niebezpieczeństwo i wiele innych emocji. Bohaterowie ulegają pokusom, popadają w niebezpieczeństwo i często jest to spowodowane naiwnością przemieszaną z pychą dwojga młodych Narwojszów. Warto też zwrócić uwagę, że wielokrotnie motywacje i sposób rozumowania bohaterów są całkowicie współczesne, co zbliża ich do czytelnika mimo historycznej stylizacji.

Uwagę zwraca opis Wilna, niewątpliwie oparty na źródłach historycznych, co nie dziwi, gdyż Autorka jest doktorem historii sztuki i - jak podkreśla w wywiadach - uważa się przede wszystkim za naukowca. Wielkim plusem powieści jest fakt, że autorka nie ukrywa polskich elementów w historii miasta, co zresztą sprowadziło na nią słowa krytyki ze strony litewskich recenzentów. Jednym z zarzutów wobec niej był język powieści, pełen archaizmów, polonizmów, co sprowokowało niezadowolenie Inspekcji Języka Litewskiego (to chyba tylko pokazuje dość chyba niezdrową atmosferę w kraju naszego sąsiada). Słowa wielkiego uznania należą się również tłumaczce - Izabeli Korybut-Daszkiewicz - za ten przekład wiernie oddający specyficzny styl pisarski.

Powieść kończy się z jednej strony śmiercią, a z drugiej wyzwoleniem, ale zostawiła niedosyt i chęć przeczytania kolejnego tomu. „Silva rerum” to książka warta uwagi i lektury nie tylko ze względu na treść. To książka ciekawa stylistycznie, początkowo niełatwa w odbiorze, wymagająca skupienia i uwagi, ale pokazująca tę wspólną historię nieco inaczej niż zrobiłby to autor polski. Jeśli chcecie zanurzyć się w pełen przeciwieństw, pokus i skrajności wiek XVII w Wilnie w interpretacji litewskiej autorki, to zachęcam. Ja z chęcią przeczytam kolejny tom tej opowieści.
A na zachętę proponuję:


 

Autor: Kristina Sabaliauskaite
Tytuł oryginalny: Silva rerum
Wydawnictwo: Znak
Tłumacz: Izabela Korybut - Daszkiewicz
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 512


_______________

P.S. Za kilka dni udaję się na urlop. :)
Cisza w tym miejscu może więc potrwać nieco dłużej niż zwykle. :)
Pozdrawiam i do ponownego "usłyszenia"!

Źródło


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Maja i Jan Łozińscy, Życie codzienne arystokracji





 

„Wykształcona z rodów magnackich Pierwszej Rzeczypospolitej arystokracja stanowiła względnie zamkniętą, a jednocześnie najzamożniejszą grupę społeczeństwa, szczycącą się europejskimi obyczajami i najwystawniejszym trybem życia. To w pałacach najznakomitszych polskich rodzin gromadzono cenne dzieła sztuki europejskiej i obejmowano mecenatem muzyków i pisarzy, To tam w pierwszej kolejności zadamawiały się wszelkie wynalazki wieku techniki, a właściciele rozległych dóbr najszybciej ze wszystkich ziemian wprowadzali drogie maszyny, nowoczesną hodowlę i uprawę roli.” (s. 8)

Maja i Jan Łozińscy przyzwyczaili czytelników do swoich wysmakowanych, przepięknie wydanych i zilustrowanych książek opisujących miniony świat. Tym razem w moje ręce trafiło wydawnictwo prezentujące styl życia najbogatszej i najbardziej wpływowej w dawnej Rzeczpospolitej klasy społecznej, czyli arystokracji.

Książka jest podzielona na rozdziały dotyczące określonej sfery życia w pałacu:
- w pokoju dziecinnym,
- w jadalni,
- w sali balowej,
- w salonie,
- w pokojach gościnnych,
- w sypialni, w garderobie,
- w łowieckich rewirach,
- w stajni, w garażu

W każdym z rozdziałów autorzy przybliżają nam styl życia rodzin arystokratycznych przytaczając wiele wspomnień, które dotyczą danego zagadnienia. Jednak proporcje tekstu i źródeł są idealnie wyważone. Teksty źródłowe nie przytłaczają czytelnika, lecz stanowią wiarygodną ilustrację informacji przekazywanych przez Autorów. Ciekawostką jest na przykład omówienie sposobu wychowania dzieci w rodzinach arystokratycznych, gdyż nie było ono nastawione za spełnianie życzeń najmłodszych członków rodziny. To wychowanie nosiło raczej znamiona dość surowej i wymagającej edukacji naznaczonej troską o zdobycie ogłady towarzyskiej, wiedzy i poszanowanie tradycji.

Tekst jest napisany przystępnie i klarownie, a wartka narracja przemawia do czytelnika. Krótko mówiąc, książkę czyta się świetnie. Tekst jest oczywiście bogato ilustrowany, dzięki czemu lektura zyskuje na autentyczności. Niezależnie od wysokiego poziomu merytorycznego książki, ogromnym jej atutem jest właśnie przepiękne wydanie, choć PWN nas do tego przyzwyczaił. Fotografie, podobnie jak przytoczone cytaty, współgrają z tekstem i pozwalają nam odbyć fascynującą podróż w przeszłość.

W książkach zwykle się nie zakochuję, ale ta miałaby u mnie szansę! :)


Autor: Maja i Jan Łozińscy
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 296

 

sobota, 18 czerwca 2016

Zuzanna Rabska, Moje życie z książką, t. 1








„Życie moje upływało pod znakiem książki”

„Miłośnictwo pięknych i rzadkich druków było jedną z pasji mojego Dziadka. Ojciec gromadził książki w celach naukowych. Matka – dla upodobań literackich. Za sprawą tajemniczych fluidów, idących z pokolenia w pokolenie, miłośnictwo ksiąg mam we krwi, w duchu.” (s.5)


Nie sposób się nie zgodzić z pierwszym zdaniem zapisanym w książce Zuzanny Rabskiej, pozycji kultowej dla wszystkich moli książkowych. Zuzanna Rabska z Krausharów (1882–1960) była córką Aleksandra Kraushara i Jadwigi z Bersohnów. Od najmłodszych lat obracała się wśród bywających w domu jej rodziców pisarzy, artystów i uczonych.Książki otaczały ją już od wczesnego dzieciństwa i sama je umiłowała, idąc w ślady ojca, znanego warszawskiego bibliofila. Rabska zaczęła pisać swoje wspomnienia na rok przed śmiercią pragnąc jakby przywrócić należną pamięć swojemu ojcu. W tekście wybrzmiewa wielka miłość córki do ojca, który był dla niej niedościgłym wzorem do naśladowania.

Dzięki tej książce możemy cofnąć się w czasie do Warszawy z końca XIX w., na której salonach, ulicach, parkach można było spotkać najwybitniejszych polskich literatów. Zuzanna Rabska, jako dziecko i młoda panna chłonęła atmosferę domu rodzinnego, była uczennicą pensji warszawskich, gdzie wychowanie patriotyczne było wpajane młodym uczennicom z ofiarnością i poświęceniem.
 
Czyta się te wspomnienia jak bajkę i właściwie kilka cytatów wystarczy, żeby zrozumieć, dlaczego ta książka wzbudza taki zachwyt czytelników. Możliwość poczytania o ludziach wybitnych, którzy mieli wpływ na ukształtowanie narodu, relacja spisana przez naocznego świadka, to naprawdę nie lada gratka. 

„Do pokoju dziecinnego, w chwili, gdy byłam zajęta wsuwaniem do albumu widokówek nadsyłanych przez koleżanki, weszła Matka z nieznajomą panią. Pani miała wielki kapelusz z piórami, a na czubku krótkiego nosa binokle na czarnym sznureczku. Maria Konopnicka! Wiele jej wierszyków umiałam na pamięć i zachwycałam się jej książkami z ślicznymi obrazkami. Położyła przede mną na stoliku kolorową książkę. Była to powiastka „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, która właśnie ukazała się w druku. Trudno było uwierzyć w takie szczęście. Pocałowałam ze wzruszeniem rękę poetki i przestałam zajmować się pocztówkami.” (s. 25)

„Pomiędzy Rodzicami a autorką „Nad Niemnem” panowały zawsze stosunki szczerej życzliwości i przyjaźni, czemu Orzeszkowa dawała wyraz w swoich listach do Matki i do Ojca. (…)
Orzeszkowa lubiła poufną z Ojcem i Matką gawędę. Tematem rozmów były sprawy społeczne, które ją zbliżyły do Matki, informowała się o komplety tajnego nauczania, o wykłady na „latającym uniwerku”, o pracę pionierek ruchu emancypacyjnego. Z zadziwiającą erudycją wyrażała poglądy na smutną polską rzeczywistość. (s. 186-187)


„Od dzieciństwa żywiłam dla Orzeszkowej uwielbienie, i to nie tylko dla jej prac, które czytywałyśmy na głos z Matką, ale dla jej umiłowania książki. Aforyzm Orzeszkowej spopularyzowany na zakładkach do książek „Książka może być chlebem, winem i skrzydłem”, powtarzałam przy wielu okazjach i nieraz towarzyszył mi podczas lektury rzeczy pięknych, niezastąpionych. (s. 187)

„Pewnego razu Prus rozgadał się z Ojcem na temat „klisz”.
- Wytłumaczcie mi dokładnie, co to są właściwie te „klisze”? – zapytał Ojciec.
- Klisze to płycizny, to haniebne ułatwienia, których szanujący się pisarz powinien unikać. Nie należy pisać: „wyskoczył jak z procy”, „bała się go jak ognia”, „cisza jak makiem zasiał”, „piękna jak malowanie”, „Źródło radości”, „czara rozkoszy” itp.” (s. 213)


Prawda, że to piękne wspomnienia i można tego Autorce pozazdrościć? Wzruszenie budzi także jej umiłowanie książki jako niezbędnego elementu życia człowieka, źródła pociechy w trudnych chwilach i mądrości na co dzień. Autorka wiele miejsca poświęca również opisom bibliotek i zbiorów, które uległy zniszczeniu w wyniku II wojny światowej. Choć nie ma tych cennych druków, to pamięć o nich przetrwała, również dzięki wspomnieniom Autorki.  

Ta lektura to piękna gawęda koncentrująca się na tym, co piękne i ważne w życiu Rabskiej. Jej fascynacja słowem pisanym i przywiązanie do książki wyniesione z domu rodzinnego z jednej strony wzrusza, z drugiej nieco zawstydza, gdy zdamy sobie sprawę, że ludzi miłujących książki jest z roku na rok coraz mniej. Można oczywiście zachwycać się możliwościami, jakie niesie ze sobą digitalizacja zbiorów bibliotecznych czy też istnienie e-booków, a jednak sądzę, że powolne odchodzenie tradycyjnej książki, zanikanie szelestu kart, nieco nas zubaża. I choć jesteśmy tacy nowocześni, to chętnie byśmy się zaszyli w gabinecie Aleksandra Kraushara wypełnionego książkami i bibelotami, żeby oddać się lekturze. :)



Autor: Zuzanna Rabska
Wydawnictwo: Ossolineum
Rok wydania: 1959
Liczba stron: 307

sobota, 4 czerwca 2016

Maria Pruszkowska, Życie nie jest romansem, ale...




Po niezwykle wciągającej i zabawnej książce „Przyślę Panu list i klucz” zapaliłam się do przeczytania kolejnej części quasi-autobiograficznej historii rodziny moli książkowych przerzucających się cytatami z dzieł klasyków. Już jednak w momencie, gdy spojrzałam na okładkę zorientowałam się, że druga część będzie jednak miała inny, zdecydowanie mniej rozrywkowy charakter. A wszystko dlatego, że akcja książki toczy się w czasie II wojny światowej, kiedy to umiłowanie książek musiało zejść na przynajmniej drugi plan, a główną troską była walka o przeżycie. Zachowanie humoru i optymizmu w obliczu okropności wojny to dość karkołomne założenie i muszę uczciwie przyznać, że tę książkę, mimo zachowania stylu z pierwszej części, czyta się gorzej.

Z wiadomych względów książki schodzą na plan dalszy. Mimo lekko opisanych perypetii rodzinki molów książkowych w okupowanej Warszawie, książek i ciepła znajdziemy tu znacznie mniej niż w poprzedniej części. Życie codzienne w warunkach okupacji niemieckiej, choć opisane pobieżnie i mało dokładnie, oddane jest jednak dość wiernie.

Gdyby autorka ograniczyła się tylko do okupacyjnego „kombinowania”, warunków pracy i funkcjonowania zawodowego, czy próby oderwania się dzięki lekturze od przykrej codzienności, może byłoby to dla mnie akceptowalne. Ale w okupacyjnej rzeczywistości nie sposób było nie zetknąć się z podziemiem i prowadzoną walką z niemieckim okupantem. I tu stykamy się z największym fałszem, niewątpliwie wymuszonym czy sprowokowanym przez cenzurę. Otóż siostra i szwagier Marii, narratorki książki, są bardzo mocno zaangażowani w aktywność podziemnego ruchu oporu, w domyśle Armii Krajowej. Musimy to wydedukować, gdyż nazwa Armii Krajowej w pełnym brzmieniu nie pojawia się w tekście ani razu! Skrót AK pojawia się raz. Tymczasem, jak się okazuje, niemalże głównym ośrodkiem ruchu oporu, dobrze zorganizowanym i walczącym ofiarnie z najeźdźcą jest Gwardia Ludowa, której nazwa jest przywołana kilkakrotnie, a jej przedstawiciel urasta do rangi bohatera i w sumie męża opatrznościowego całej rodziny, gdyż ostatecznie przeciąga szwagra na swoją stronę, co – jak się domyślam – ułatwiło mu znacznie życie w warunkach PRL-u. Przyznam, że ta wersja wydarzeń mocno mi „zgrzyta” i choć rozumiem sytuację autorki w roku wydania książki, to jednak nie wiem, czy nie lepiej było poprzestać na pierwszej części wspomnień. Drugi tom, chociaż w sumie czyta się dobrze, jest jednak naznaczony fałszem, który utrudnił mi przyjemną w założeniu lekturę. 
 
 

Autor: Maria Pruszkowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Morskie
Rok wydania: 1964
Liczba stron: 188

środa, 25 maja 2016

Daniel Pennac, Jak powieść






Tę książkę wyszukałam w bibliotece na fali zainteresowania literaturą okołoksiążkową. Przeczytałam już kilka „książek o książkach” i chciałam zapoznać się z kolejną, tym razem „popełnioną” przez francuskiego autora. Spodziewałam się czegoś w rodzaju „Exlibrisu” Anne Fadiman, czyli esejów o książkach pisanych przez mola książkowego, ale jest to książka napisana z zupełnie innej perspektywy. Pennac pisze z pozycji wychowawcy i nauczyciela, a sama książka odnosi się głównie do roli książki i literatury w wychowaniu dzieci i młodzieży, zarówno w domu, jak i w szkole. Autor przedstawia czytelnikowi swoje pomysły na to, jak wprowadzać książkę w życie dziecka, jak oswajać go z lekturą poprzez regularne czytanie. Dzieli się także swoimi doświadczeniami, jak nie zniechęcać nastoletniej młodzieży do czytania. Ponieważ książka została napisana w latach 90-tych XX wieku, głównym wrogiem czytelnictwa jest w jego mniemaniu telewizja, co moim skromnym zdaniem, jest już dawno nieaktualne. :)

Daniel Pennac prezentuje kilka zachęt do czytania. Przymus czytania, to według niego najgorsze, co może się zdarzyć. Jedna z opisanych przez niego sytuacji jest charakterystyczna i wbiła mi się w pamięć poprzez swoją niestandardowość. Na lekcji francuskiego z tzw. „trudną młodzieżą” Autor pojawił się z książką do czytania. Nie wymagał od uczniów analizy tekstu, nie tłumaczył, „co autor miał na myśli”, tylko zwyczajnie zaczął czytać na głos „Pachnidło” Suskinda. Było to coś w rodzaju powieści w odcinkach, czytanej przez nauczyciela. Po kilku lekcjach („odcinkach” lektury) okazało się, że ta niełatwa wychowawczo młodzież, sceptycznie odnosząca się do pomysłu nauczyciela, z niecierpliwością czeka na ciąg dalszy, ba! - niektórzy sami wypożyczyli książkę, żeby szybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. :)

Znajdziemy w książce kilka opowieści zachęcających do czytania, parę mądrych cytatów, ale pozwolę sobie wymienić dziesięć Nienaruszalnych Praw Czytelnika, których twórcą jest Daniel Pennac:


1. Prawo do nieczytania.
2. Prawo do przeskakiwania stron.
3. Prawo do niekończenia książki.
4. Prawo do czytania jeszcze raz.
5. Prawo do czytania byle czego.
6. Prawo do bovaryzmu (choroby przenoszonej przez tekst).
7. Prawo do czytania byle gdzie.
8. Prawo do czytania na wyrywki.
9. Prawo do czytania na głos.
10. Prawo do milczenia.

Z wielu tych praw ochoczo korzystam nie mając do tej pory świadomości, że ktoś je zebrał w jednym miejscu. ;)

Mimo iż książka nieco się zestarzała i nie epatuje błyskotliwymi receptami czy zaskakującymi bon-motami, to jest to przyjemna, dająca do myślenia (zwłaszcza rodzicom) lektura.



Autor: Daniel Pennac
Tytuł oryginalny: Comme un roman
Tłumacz: Katarzyna Bieńkowska
Wydawnictwo: Muza
Seria: Spectrum
Rok: 2007
Stron: 171
 

piątek, 20 maja 2016

Warszawskie Targi Książki - krótka robocza wizyta :)


Stoisko Wydawnictwa MG


W tym roku sprawy rodzinno-towarzyskie tak mi się ułożyły, że sobotnia bądź niedzielna wizyta na Targach nie wchodziła w grę. Pozostawało jedynie piątkowe popołudnie z czego skrzętnie skorzystałam.

W piątek po południu nie czuło się jeszcze atmosfery święta książki, raczej oczekiwanie na weekendowy szczyt. Mogłam spokojnie przejść się alejkami, popatrzeć na książki, odnaleźć fajne nowości, no i w końcu - ku mojemu zdziwieniu - udało mi się kupić kilka książek w zupełnie przyzwoitych cenach. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to właśnie fakt, że kilka dużych wydawnictw miało całkiem niezłą ofertę promocyjną - od 20 do 30% zniżki, a nawet więcej:
 
Na stoisku wydawnictwa Czarna Owca wszystkie książki były sprzedawane z 50% rabatem.
 
Muszę przyznać, że zaglądam na Targi, żeby zobaczyć ofertę, dać się skusić fajnym promocjom, natomiast nie muszę uczestniczyć w wydarzeniach okołotargowych typu spotkania z autorami, rozmaite eventy etc. Ale - o dziwo - widziałam dziś kilkoro ciekawych gości, np. Wojciecha Cejrowskiego, Monsa Kallentofta, Katarzynę Enerlich czy Ewę Chodakowską, którzy podpisywali swoje książki.  
 
 
Mons Kallentoft podpisuje książki
 
 
Pochodziłam sobie po stoiskach, obejrzałam książki, dokonałam zakupów i musiałam biec do domu. :) Wszystkim, którzy dotrą na tegoroczne Warszawskie Targi Książki życzę miłych wrażeń, udanych spotkań i niesamowitych zakupów!  Może spotkamy się za rok?
 
 
Moje zdobycze targowe
Jak widać poszłam w klasykę i kresoviana.
Zwracam uwagę na najnowszą książkę Magdaleny Jastrzębskiej. :)
 
 
 
 

środa, 11 maja 2016

Helena Kutyłowska, Wspomnienia z Podola 1898-1919




 
„Kumanowce leżały w powiecie Lityńskim, w guberni podolskiej, między Chmielnikiem, oddalonym o dziewięć wiorst, a Latyczowem, o trzydzieści. Ziemia, jak na całym Podolu, bardzo urodzajna, tak zwany czarnoziem. Klimat wspaniały, kontynentalny. Pory roku były pod względem opadów i temperatury zróżnicowane: zimy – śnieżne i mroźne, deszczowe jesienie, ciepłe wiosny, a lata – upalne.
Wokół domu roztaczał się piękny duży park. Liczący dwadzieścia dziesięcin, założony przez ojca pod kierownictwem słynnego wówczas pomologa z Warszawy Hosera, który kilkakrotnie przyjeżdżał do Kumanowiec. Park zdobiły dwie stare aleje, kasztanowa otaczała całość półkolem, a lipowa szła środkiem, do dworu, dochodząc do rzeczki Domachy, która wpadała do Ikawki.” (s. 19)


Książki wspomnieniowe zwykle powstają z potrzeby serca, aby te okruchy pamięci przetrwały w pamięci potomnych. O książce Heleny Kutyłowskiej, wywodzącej się z rodziny Kumanowskich, właścicieli dworu w Kumanowicach tak pięknie opisanego w powyższym cytacie, można jeszcze powiedzieć, że powstała ona z ogromnej, niezaspokojonej tęsknoty za czasem dzieciństwa i młodości spędzonym we dworze na dalekim Podolu. Autorka wspomina czasy sprzed kataklizmu I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej, która świat jej dzieciństwa obróciła w perzynę. Choć jest to raczej książeczka niż książka, to czytelnik może uzyskać całkiem sporą wiedzę o tym, jak wyglądało codzienne życie w kresowych dworach.

Helena Kutyłowska opisuje nam dom rodzinny, przybliża losy swojej najbliższej rodziny, czyli rodziców i dwóch braci, opisuje swoje zajęcia we dworze oraz edukację domową oraz tę, która zapewniła jej jedna z warszawskich pensji. Poznajemy także zwyczaje świąteczne. A było, co wspominać! Teraz już takich produktów i zwyczajów nie uświadczy się nigdzie, możemy tylko o nich poczytać.

„Przyrządzanie bab wielkanocnych było czymś zupełnie innym niż pieczenie ciast obecnie.
Baby piekło się w piecach do chleba, które miały palenisko z półkolistym sklepieniem. Rozpalało się drewnem i paliło ognisko z przodu. Gdy sklepienie było wystarczająco rozgrzane, wstawiało się formy z ciastem i zamykało otwór odpowiednią zastawą. Formy do bab wykonane były z blachy, miały kształt walców wysokich na czterdzieści do pięćdziesięciu centymetrów. Do wyrabiania ciasta służyły specjalne drewniane niecki zrobione z jednego kawałka grubego pnia, wewnątrz ślicznie wyżłobionego i wygładzonego , a z zewnątrz wystruganego. Były lekkie, wygodne do mycia i przenoszenia. Dwie dziewczyny stawały naprzeciw siebie, wbijały do niecki kopę żółtek, białka odrzucały do garnka czy miski. Przez pół godziny bez przerwy dłońmi ubijały tę kopę jaj. Gdy żółtka zaczynały trochę gęstnieć i bielały, klucznica dodawała cukier, a dziewczyny znowu ubijały pół godziny żółtka z cukrem. Dopiero do tej ubitej masy wsypywano mąkę. Mam wrażenie, że na kopę żółtek brano mniej więcej dwa funty mąki. Znowu całą godzinę mieszano. W końcu dodawano drożdże, roztopione masło, zapachy i znów pół godziny mieszano ciasto.
Następnie całą zawartość niecek okrywano bardzo starannie w ciepłym miejscu i mniej więcej po godzinie rośnięcia wlewano do dobrze wysmarowanej masłem formy do jednej trzeciej wysokości. W formach ciasto rosło dalej. Gdy już dobrze podrosło, wstawiano je do gorącego pieca. Z kopy żółtek wychodziły dwie baby, pety netowa tylko jedna.
Największą sztuką było wydobycie upieczonych bab z formy! Układano je na przykryte prześcieradłami poduszki, a potem lekko i bardzo ostrożnie turlano aż do ostygnięcia. Tę ostatnią czynność wykonywano po to, by uniknąć zakalca, ciasto bowiem było tak delikatne, że po wyjęciu z pieca bardzo łatwo mogło opaść. Robienie bab było pracą naprawdę nie lada. Dwie pary dziewcząt często zmieniały się Baby były świetne, a znakomity ich smak mogą znać jedynie ludzie, którzy kiedykolwiek jedli coś podobnego. Dzisiejszych bab nikt by podówczas nie tknął.”


Helena Kutyłowska uwielbiała pomagać ojcu w pracy gospodarskiej, jej żywiołem były również polowania tak więc tym aktywnościom również poświęca sporo miejsca. Nie podzielam akurat upodobania autorki do polowania, ale z dużym podziwem czytałam o jej przygodach i osiągnięciach w tym zakresie.

Tamten kresowy świat uległ zagładzie. Najpierw dochodziły do mieszkańców dworu tylko pomruki dziejowych burz, potem pojawiali się jej wysłańcy: wojska carskie, Austriacy, Węgrzy, Kozacy, Ukraińcy aż w końcu doszło do ogólnego bezrządu, podczas którego w największym niebezpieczeństwie znaleźli się właściciele dworów, a jeśli byli narodowości polskiej, to nie było innego wyjścia, jak tylko ucieczka z nadzieją na uratowanie życia i powrót do nieznanej w sumie, odradzającej się w nowych granicach Polski.

Autorka zdaje nam relację ze swojej dramatycznej wędrówki przez Bukareszt i Wiedeń, podczas której spotyka na swojej drodze późniejszego męża, z którym osiądzie w Warszawie. Kto wie, może to dzięki nim ulice na warszawskim Grochowie, gdzie mieszkali, noszą do dziś kresowe nazwy (Stryjska i Podolska), na pamiątkę tej słonecznej krainy, która była dla Autorki krajem lat dziecinnych i chyba do końca życia wspominała ją ze wzruszeniem. Przypomina mi w tym przywiązaniu do Podola matkę prof. Anny Pawełczyńskiej, która opisała losy swojej kresowej rodziny w książce trafnie zatytułowanej „Koniec kresowego świata”.



Autor: Helena Kutyłowska
Wydawnictwo: Czytelnik

Seria: Wspomnienia i relacje
Rok wydania: 2003
Liczba stron: 125

 

niedziela, 8 maja 2016

8 maja - Dzień Bibliotekarza i Bibliotek


Źródło



Dziś przypada Dzień Bibliotekarza i Bibliotek. 
Od 8 do 15 maja trwa Tydzień Bibliotek, podczas którego w bibliotekach w całym kraju odbywają się różne imprezy mające na celu promowanie czytelnictwa, np. spotkania autorskie, wspólne czytanie, konkursy czytelnicze.

Mam wielki sentyment do bibliotek, z których regularnie korzystam, co jest czasem ze szkodą dla moich własnych nabytków czytelniczych, których po prostu nie mam kiedy czytać. Książki biblioteczne mają zawsze pierwszeństwo. :)


Bibliotekarze mają wielkie zasługi w zakresie popularyzowania czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży. Przedszkole mojego synka regularnie organizuje wyjścia do okolicznych bibliotek i jest to naprawdę z pożytkiem dla dzieciaków i ich przyszłego stosunku do czytania (taką przynajmniej mam nadzieję:)).

Z okazji dzisiejszego święta wszystkim Bibliotekarzom i Bibliotekarkom życzę satysfakcji z pracy i sukcesów w podejmowanych działaniach oraz pełnych regałów i samych zadowolonych i kulturalnych czytelników!

czwartek, 28 kwietnia 2016

Monika Jaruzelska "Rodzina" i "Oddech"






















„Rozpisałam się grafomańsko.”
„Rodzina”, s. 314



Miałam duże wątpliwości, czy zamieszczać tu swoją opinię o obu książkach. Wynika to z faktu, że ich lektura nie przyniosła mi wiele satysfakcji. Ktoś może zapytać, po co po nie sięgałam, skoro krytycznie odniosłam się już do powszechnie chwalonej „Towarzyszki Panienki”. No cóż, wypożyczyłam obie książki z biblioteki dla mojej Mamy i gdy miałam je już na półce, to poświęciłam jeden wieczór na ich lekturę, a momentami przejrzenie, gdyż mimo dobrych chęci, nie byłam w stanie wgryzać się w każde słowo pani Moniki i analizować ich głębię.

Forma książek jest podobna do pierwszej części, tzn. krótkie obrazki sytuacyjne a to z przeszłości, a to pewne przemyślenia dotyczące czasów obecnych. W „Rodzinie” autorka koncentruje się na stosunkach panujących między Rodzicami, prowadzi z nimi rozmowy o początkach ich związku. Rozmowy z Ojcem, w moim przekonaniu, miały na celu złagodzenie jego wizerunku, pokazanie go jako ciepłego człowieka, samotnego i niezrozumianego, ani w domu, ani w działalności politycznej. Ciekawie zabrzmiała rozmowa z Matką, dość specyficzną osobą, ale zawarto tam nieco prawdy życiowej i sporo ciekawych stwierdzeń. W „Rodzinie” jednak najbardziej podobały mi się przemyślenia Autorki odnośnie późnego macierzyństwa. Rodząc syna w wieku 40 lat niejako była w zgodzie z tezami feministek i piewców liberalnego stylu życia, że najpierw trzeba się wyszaleć, zdobyć pozycję zawodową, a potem dopiero zakładać rodzinę. Po 10 latach jednak dochodzi do wniosku, że minusów takiego rozwiązania jest całkiem sporo i chyba jednak przeważają nad zaletami. Muszę tu przyklasnąć pani Monice, bo miała odwagę wyjść poza ustalone tezy przedstawicieli jej środowiska i podzielić się z czytelnikami swoimi przemyśleniami wynikającymi po prostu z doświadczenia życiowego.

„Oddech” jest zapisem odchodzenia ojca Autorki i pierwszych miesięcy żałoby. Mam wątpliwości czy ta książka w ogóle powinna ukazywać się drukiem. O ile w „Rodzinie” kilkakrotnie Autorka wspomina o naglących terminach narzucanych przez wydawnictwo, o tyle „Oddech” jest już książką pisaną w jaskrawo widocznej i odczuwalnej „męce twórczej”. 
 
Był to zapis depresji Autorki, czas, w którym pogorszył się stan jej zdrowia i czytelnik to boleśnie odczuwa. „Z trudem piszę i mówię. Słowa wyciskam z siebie jak z tubki zaschniętego kleju” (s. 107) – rzeczywiście miałam takie wrażenie podczas lektury. Ponadto, nie mogąc znaleźć słów, ratowała się cytatami, np. dosłownym przytaczaniem komentarzy ze strony internetowej tabloidu czy podawaniem adresu strony internetowej z piosenką. Już chyba lepiej by było, żeby ta trzecia część się nie ukazała, bo czytając tę książkę odczuwałam znaczący dyskomfort i jednocześnie współczułam Autorce, że najwyraźniej była zobowiązana napisać tę książkę. Gdyby mogła, pewnie by z tego zrezygnowała. No, ale najwidoczniej nie mogła. 
 
Na ostatnich kartach „Oddechu” Autorka zapowiada, że następna książka będzie o modzie i przyznam, że odetchnęłam z ulgą.



Tytuł: Rodzina
Autor: Monika Jaruzelska
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 288


Tytuł: Oddech
Autor: Monika Jaruzelska
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 272

piątek, 22 kwietnia 2016

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika





Dużo dobrego słyszałam o tym kryminale. Miałąm okazję przeczytać „Kobietę bez twarzy”, a „Starsza pani wnika” miała być rozrywką w stylu kryminałów Joanny Chmielewskiej.

Detektywem z przypadku jest tu niejaki Jarcio, nieco zaniedbany, zbliżający się do trzydziestki człowiek, który mieszka w bloku z babcią, energiczną starszą panią. Agencję detektywistyczną założył pod wpływem impulsu, żeby coś robić i nie pozostawać na utrzymaniu starszej pani. Od razu nadarza się sprawa kryminalna, potem druga. Jarcio nawiązuje znajomości, szuka tropów, choć nie zdaje sobie sprawy, że w ślad za nim podąża babcia Halina, która stara się pomóc mu w śledztwie. Pomagają jej w tym koleżanki, a kolejne odkrycia należałoby jednak zapisać na konto wyjątkowo ciekawskich i nierozpoznawalnych dla otoczenia starszych pań, które w dodatku maskują się bezkształtnymi moherowymi berecikami. Czy agencja Jarcia odniesie sukces? Czy stanie się samodzielny? Oto jest pytanie.

Trudno tę książkę jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo. Niby jest to kryminał z dużą dozą humoru, ale momentami bardziej przypomina powieść obyczajową z wieloma cennymi spostrzeżeniami, zwłaszcza w odniesieniu do stylu i jakości życia starszych osób.

Choć akcja zaczyna się morderstwem, to jednak akcja jest poprowadzona zupełnie dobrze mniej więcej do połowy książki. Potem miałam wrażenie jakiegoś niezdecydowania i „rozmieniania się na drobne”. Pojawiło się kilka wątków, w moim przekonaniu nadmiernie eksploatowanych (np. wątek zabójcy kotów). Ponadto, otrzymujemy wgląd w życie małżeńskie i uczuciowe babci Heleny, które – przyznam szczerze – jest dla mnie zupełnie niewiarygodne. W PRL-u naprawdę nie było kłopotów z rozwodami i nie trzeba się było męczyć z niekochanym człowiekiem, gdy ani państwo, ani religia (babcia Helena nie była specjalnie przywiązana do Kościoła) nie przeszkadzały.

Nie porwali mnie też bohaterowie. Najłatwiej było tu sympatyzować z babcią Helenką, ale w drugiej części książki jej postać dość przybladła. Jarcio jest zupełnie nieinteresujący, podobnie zresztą jak inni bohaterowie. Rozwiązanie intrygi kryminalnej jest całkiem zgrabne, ale akcja mogłaby być w moim przekonaniu bardziej skondensowana, bez nadmiernego rozwoju wątków pobocznych, co miało miejsce w drugiej części książki.

Za największy walor książki uważam ciekawe spostrzeżenia Autorki odnośnie jakości życia starszych ludzi w Polsce, ich jakże częstą „niewidzialność” w miejscach publicznych i brak empatii ze strony ogółu społeczeństwa. Intrygę kryminalną również uważam za udaną i poprowadzoną dość ciekawie, ale przytłoczona ona została w drugiej części książki przez wątki poboczne, w sumie nieistotne w śledztwie.

Jeśli poszukujecie rozrywkowej literatury z wątkiem kryminalnym na kilka wieczorów polecam tę książkę. „Starsza pani wnika” choć nie jest kryminałem idealnym, zawiera sporo interesujących elementów. 
 
 

Autor: Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 440

piątek, 15 kwietnia 2016

Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, tom III




Po raz kolejny profesor Nicieja zabiera nas w podróż po zaginionym i barwnym świecie Kresów Wschodnich. Tym razem przenosimy się do Zaleszczyk, Kosowa Huculskiego, Chodorowa i Kałusza. Swoistym bonusem jest ostatni rozdział poświęcony chorwackiemu kurortowi Abacji (obecnie Opatija), do którego zjeżdżały tłumy galicyjskich Polaków, aby spędzić tam wypełniony słońcem i ciepłem urlop lub zadomowić się na dłużej poprzez kupienie tam posiadłości.

W charakterystycznym stylu Autor opowiada nam historie ludzi zamieszkałych w opisywanych miastach, przypomina sławnych i lubianych, którzy mieli związki z tym, miejscem, a wszystko na tle wielkiej historii, która w ostatecznym rozrachunku zniszczyła ten świat. Gdy czyta się tę gawędę pojawia się mnóstwo nieznanych szerzej nazwisk, które jednak stanowiły o bogactwie danego regionu. Za przykład niech posłuży choćby nazwisko doktora Apolinarego Tarnawskiego, twórcy słynnego uzdrowiska w Kosowie Huculskim, czy Aleksandra Bachmińskiego, malarza, garncarza i kaflarza, którego dzieła są do dziś poszukiwanymi rarytasami z zakresu tzw. ceramiki huculskiej.

Słoneczne Zaleszczyki były w II Rzeczpospolitej prawdziwą mekką dla turystów spragnionych słońca i ciepła. Ale było to też zagłębie sadów, które rodziły dojrzałe, smaczne, napęczniałe słońcem owoce. Zapach owoców wręcz przyprawiał o zawrót głowy, a w połowie września rozpoczynało się winobranie, co również przyciągało rzesze gości.

Ale Kresy to nie tylko rolnictwo, sentyment i barwna kolorystyka wzmacniana przez tradycję i zwyczaje mniejszości etnicznych. Profesor Nicieja przywołuje w tym tomie pamięć o dwóch miastach, które były przykładami sukcesu gospodarczego. Chodorów słynął z wzorowo prowadzonej cukrowni, jednej z większych w Europie i jest chyba jedynym miastem na świecie, gdzie wzniesiono pomnik... burakowi cukrowemu. Z kolei Kałusz był kolebką polskiego ludwisarstwa, gdzie wytwarzano najpiękniejsze dzwony w Polsce, a prawdziwymi mistrzami w tym fachu była rodzina Felczyńskich osiadła w tym kresowym mieście. Kałusz był również siedzibą Towarzystwa Eksploatacji Soli Potasowej, jednego z największych przedsiębiorstw II Rzeczpospolitej.

Książka jest ładnie wydana z arcyciekawym materiałem ilustracyjnym pochodzącym głównie ze zbiorów Autora*. Jeżeli miałabym coś wytknąć, to raczej korekcie, która nie ustrzegła się przepuszczenia paru literówek, z których najbardziej zapadły mi w pamięć „ceny dubbingowe” zamiast „dumpingowych” (s. 208).

Po przeczytanych już dwóch tomach cyklu kresowego przyzwyczaiłam się do sposobu prowadzenia opowieści i z niecierpliwością oczekuję na kolejne odcinki „małej historii”. Należy przyznać rację profesorowi Nicieji, który powiedział: "Fenomen 'Kresowych Atlantyd' polega chyba na tym, iż udało się za ich pomocą udowodnić, że historię tworzą nie tylko przywódcy - książęta, królowie, oligarchowie. Historię tworzą wszyscy". (źródło) Nic dodać, nic ująć. Na pewno przeczytam kolejne tomy tego wspaniałego cyklu, który liczy sobie na chwilę obecną siedem tomów i – zgodnie z zapowiedziami Autora – to nie koniec.

Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach

Autor: Stanisław Sławomir Nicieja
Wydawnictwo: MS
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 288



*Nawiasem mówiąc prof. Nicieja przytoczył w wypowiedzi dla Onetu ciekawe interakcje z czytelnikami wzbogacające zawartość treściowa wydanych książek. Wspomniał np. o tym, jak którejś nocy po wydaniu pierwszej "Kresowej Atlantydy" zadzwoniła do niego pochodząca z opisanego w tej książce Stanisławowa mieszkanka Tel Awiwu. Dopytywała o zamieszczone zdjęcie dzieci, które obsiadły elegancką limuzynę. "Powiedziałem jej, że dostałem tę fotografię od mieszkanki Opola, jednej z bohaterek zdjęcia. Samochód należał zaś do właściciela Fabryki Drożdży i Spirytusu w Stanisławowie Filipa Liebermanna. Okazało się, że dzwoniąca też jest na zdjęciu. Jest córką Liebermanna, jedyną z rodziny która przeżyła holokaust”.



wtorek, 12 kwietnia 2016

Dzień czekolady!



Źródło


 


Zapach czekolady

Przyszedł do nas wujek Władek,
przyniósł wielką czekoladę,
z orzechami, z rodzynkami,
w pięknym pudle z obrazkami.
Jeśli będę grzecznie siedzieć,
dadzą mi ją po obiedzie...
Choć zamknięta jest szuflada,
wszędzie pachnie czekolada.
Układanki chcę układać -
wszędzie pachnie czekolada.
Gdy na nowy rower wsiadam -
wszędzie pachnie czekolada.
Kiedy z lalką sobie gadam -
wszędzie pachnie czekolada.
Czy ktoś może mi powiedzieć,
kiedy będzie po obiedzie?
Bo nie mogę żyć w spokoju,
gdy ten zapach jest w pokoju!


Danuta Wawiłow


Miłego Dnia czekolady!

sobota, 9 kwietnia 2016

Éric-Emmanuel Schmitt, Napój miłosny





Ta książka to chyba mój czytelniczy rekord: przeczytałam ją podczas jazdy autobusem do i z pracy, czyli w 40 minut. Nie wynikało to z jakiegoś zacięcia, że muszę ją skończyć, lecz po prostu tekstu jest tu niewiele, a i głębią przemyśleń książka nie powala.

Na 144 stronach zapisanych niejednokrotnie jednym bądź kilkoma zdaniami byli kochankowie - Adam i Luiza – prowadzą korespondencję o naturze miłości. Ich zerwanie po 5 latach związku było spowodowane niewiernością Adama prezentującego typowo męski punkt widzenia, któremu wydaje się, że ma pełną kontrolę nad swoimi zachowaniami i jest w stanie oddzielić seks od miłości. Uważa wręcz, że po zerwaniu, po którym roztrzęsiona Luiza przeprowadziła się na drugą półkulę, należy mu się przyjaźń ze strony porzuconej kochanki.

Luiza początkowo jest mocno wytrącona z równowagi, ale sytuacja ulega stopniowej zmianie, gdy na horyzoncie pojawia się nowa osoba w tym układzie…

Ich korespondencja toczy się wokół miłości. Czy miłość można wywołać celowo? Czy istnieje napój miłosny, który może skłonić drugą osobę do obdarzenia miłością konkretnej osoby? Adamowi wydaje się, że jest w stanie swoimi działaniami sprowokować dowolną kobietę do zakochania się w nim. Luiza jest dość sceptyczna, ale podejmuje tę grę.

Przyznam, że choć w książce można odnaleźć kilka zgrabnych bon-motów, to nie porwała mnie ona. Mimo usiłowań autora, nie znalazłam w niej nic odkrywczego, a tajemnica, która zostaje wyjaśniona się w ostatnim liście właściwie nie niesie żadnego zaskoczenia. Bohaterowie są papierowi, ich relacja jest poprowadzona jednotorowo i bez finezji. Wymieniane przez nich uwagi na temat natury związku między kobietą a mężczyzną są banalne i mało poruszające. Chociaż może się mylę; niejedna feministka doznałaby chyba pewnego wzburzenia czytając opinie Adama, zwłaszcza na początku książki. :)

Mnie wystarczyła wzmianka w tekście o „Niebezpiecznych związkach”, żeby zorientować się, że w relacji bohaterów jest „drugie dno” i pewna intryga, która zostaje ujawniona na końcu. 

Nie jest to w żadnej mierze książka odkrywcza, pobudzająca do refleksji i poszukiwań, ale może być zupełnie przyjemnym towarzyszem, np. podczas podróży. Do pozytywów zaliczyłabym również ładną okładkę oraz niewielką objętość.


Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł oryginalny: L'Elixir d'amour
Wydawnictwo: Znak
Tłumacz: Wawrzyniec Brzozowski
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 144

czwartek, 7 kwietnia 2016

"Bez książek nie ma życia"



Źródło



- Bez książek nie ma życia.

Takim właśnie tekstem uraczył mnie dziś wieczorem mój prawie 6-letni syn, gdy z racji zmęczenia odmówiłam czytania trzeciej z kolei książeczki. Uradowało się moje serce książkowego mola, że nie ciągnie go komputer, że telewizja nie doczekała się takiej oceny z jego ust, a wyróżnione zostały właśnie książki. :)  

Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć po tej deklaracji, gdy syn, spojrzawszy na mnie dodał:

- A matematyka jest ważna!

"Królowa nauk" jest bowiem jego kolejną pasją. Uwielbia cyferki, liczy sprawnie, dodaje namiętnie, całkiem nieźle odejmuje, a ostatnio podejmuje próby mnożenia. Jako matematyczna "noga" jestem skłonna przyznać mu rację, że matematyka jest ważna w życiu, ale tytułowe zdanie jest jednak poważniejszego kalibru, co niezmiernie mnie cieszy. I z tej radości postanowiłam się z Wami podzielić tą szczęśliwą wiadomością, że - jak wszystko na to wskazuje- rośnie nam w domu kolejny miłośnik słowa pisanego (i obrazków :)).
 
 
Źródło
 

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...