wtorek, 30 lipca 2013

Sławomir Mrożek, Dziennik, tom 2, 1970 - 79






„24 marca 1978

(…)
Tom I i II, jak również pozostałe tomy, może niewiele są warte jako czytanie. Ale gdyby nie ich tworzenie, narastanie, może byłbym jeszcze głupszy niż jestem. Ostatecznie nie snułem ich dla rezultatu. Tylko dla procesu. Choć wtedy niemało było w tym procesie przyjemności. Przyjemności w sensie szerszym niż to się zazwyczaj rozumie.” (s. 717)

Ciekawość mnie zżera, ileż to zeszytów zapisał Sławomir Mrożek swoimi zapiskami. Sądząc z niebagatelnej objętości kolejnego tomu „Dziennika” musi to być ilość znacząca.

W drugim tomie "Dziennika" Mrożek kontynuuje grzebanie w swoim wnętrzu i jestestwie. Osiąga wiek średni, zdaje sobie sprawę z pogarszającej się kondycji fizycznej, pełen jest niepewności co do swoich możliwości twórczych, choć jednocześnie nie można powiedzieć, że nie odnosi sukcesów zawodowych. Osiąga pewną stabilność finansową i większe poczucie bezpieczeństwa, ale cały czas dziwi się: „Czy to możliwe, żebym tak inaczej odczuwał siebie, a inni mnie tak inaczej?” (s. 522)

W większości wpisów koncentruje się na swoich odczuciach, również tych dotyczących kontaktów damsko – męskich, czego w pierwszej części zupełnie nie było. W drugim tomie Dziennika poznajemy Mrożka jako kochanka porzucającego i porzucanego, miotającego się między miłostkami a nieco dłuższymi romansami. Te doświadczenia skłaniają go do napisania paru kąśliwych uwag o kobietach. Oj, czasem pobrzmiewa z nich wręcz mizoginizm. :) Obecne są również, choć w mniejszej ilości niż w pierwszym tomie, błyskotliwe i zadziorne uwagi o Polsce i polskości, cytaty z aktualnie czytanych lektur, jak również opisy ekscesów alkoholowych. 

Mimo wielu podróży i spotkań (Iran, USA, Londyn, Berlin) niewiele się dowiadujemy o ludziach, których spotyka, o miejscach, które zobaczył. Jakby go to szczególnie nie interesowało. Jeśli już zdarzają się uwagi o innych, to raczej krytyczne (jak np. jakiś irański poeta, przez którego niepunktualność nie zdążył na kolację z udziałem szacha). 

9 września 1975
(…) A ja? Arystokrata bez zawodu, Polak bez polskości, geniusz bez talentu, święty bez Boga, schizofrenik bez rezultatów, duch bez substancji.” (…) s. 390

Mrożek patrzy też na swoje przeszłe życie, zastanawia się, czy nie wrócić do Polski. Pobyt w Chiavari, który miał miejsce w pierwszym tomie, uznaje za swoje najgorsze lata pod względem twórczym i osobistym. Często pobrzmiewa w jego słowach rozczarowanie względem świata, który zmierza ku upadkowi. Chociaż teksty te dotyczą lat siedemdziesiątych, to niektóre sformułowania żywcem można by przenieść do teraźniejszości i niewiele by straciły na aktualności. A jednak mimo swojego zgorzknienia potrafi przeżyć chwile euforii, np. wtedy, gdy Karol Wojtyła zostaje wybrany na papieża i tę radość czuje się w jego wpisie z 22 października 1978 r.:

(…) Po raz pierwszy – od ilu lat? – mam ochotę powiedzieć: „my”. My parokrotnie – my, Polacy, my - chrześcijańska cywilizacja. Coś nas zmienia (tylko zmienia?), coś większego ode mnie, od każdego ja. 
„Moment historyczny” – są takie, zdarzają się. W krótkiej chwili streszczenie – w jednym miejscu, w jednym akcie, w jednym obrazie – wielu czasów i przestrzeni, ogromnego kompleksu zdarzeń, małych przypadków. (…) s. 753

Mistrzem Mrożka jest Witold Gombrowicz, z którym był w kontakcie osobistym podczas pierwszych lat na emigracji. Ciekawostką tego tomu Dziennika jest kilkakrotne wspomnienie autora o „prawdziwych” dziennikach Gombrowicza. Widać więc, że fama o tych nieznanych, a bardzo osobistych zapiskach Gombrowicza, które niedawno zostały wydane, rozeszła się już w kilka lat po śmierci pisarza. 

Szczerze się przyznam, że ten tom czytało mi się gorzej niż pierwszy. Na mój gust, za dużo w nim utyskiwań na codzienność, na ból, na kobiety. Wydaje się, że Sławomir Mrożek analizuje swoje życie i nie znajduje w nim powodów do dumy. Ten Dziennik jest jednak dla autora „Miłości na Krymie” i „Tanga” bardzo ważny, czemu daje wyraz w przytoczonym na początku notki cytacie. Jeśli nie przerażają Was rozmiary trzech tomiszczy i chcielibyście poznać wewnętrzne zmagania Sławomira Mrożka, ciekawego, choć pełnego sprzeczności człowieka, to zachęcam do podjęcia tego wyzwania.


Sławomir Mrożek (ur. 1930) – polski dramatopisarz i prozaik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Debiutował w 1950 roku jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane wtedy zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. Jego pierwszą sztuką teatralną był dramat Policja, wydany w 1958 roku. Dramat Tango z 1964 roku Mrożkowi światową sławę. W 1963 wyemigrował z kraju, mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Włoszech i Meksyku. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 roku przeżył udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno mówionym, jak i pisanym. Dzięki terapii, która trwała około trzy lata, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, w uznaniu wybitnych zasług dla kultury narodowej, został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Źródło zdjęcia



Autor: Sławomir Mrożek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 860


niedziela, 28 lipca 2013

Ulotne chwile (55)


Rynek i kramy w Nowogródku, 1916
Świat Kresów. Z kolekcji Tomasza Kuby Kozłowskiego
Kartka zakupiona podczas Warszawskich Targów Książki
Fot. Winnick


czwartek, 25 lipca 2013

Kobiety na banknoty :)


Zainspirowana komentarzem Magdaleny Bioggraff pod poprzednim postem postanowiłam przyjrzeć się kwestii obecności wizerunków kobiet na polskich banknotach. Było to możliwe dzięki stronie http://banknotypolskie.plgdzie odnalazłam pokaźny zbiór kopii polskich banknotów z ostatniego stulecia.


Po krótkiej analizie wniosek może być tylko jeden: nie jest dobrze. Na banknotach przedwojennych, o dziwo, znalazły się trzy panie:


Jadwiga Andegaweńska 
 
Marka polska - 1919 r.


Dobrawa, żona Mieszka I
 
Banknot 2 złotowy z 1930 r.
 
 
Emilia Plater 
 
Banknot 20-złotowy z 1931 r.
 
 
Banknot 20-złotowy z 1936 r.
 
Po wojnie zaś jedynie Maria Skłodowska – Curie została uwieczniona dwukrotnie. Na banknocie 20 000 zł. (przed denominacją w 1995 r.) i na 20-złotowym banknocie pamiątkowym z 2011 r. wydanym z okazji 100 rocznicy otrzymania przez nią nagrody Nobla.
 
Banknot z 1989 r.
 
Banknot kolekcjonerski wydany w 2011 r.
Źródło zdjęcia

Dwa projekty banknotów z naszymi władczyniami – królową Jadwigą i Barbarą Radziwiłłówną - nie doczekały się realizacji. A były to – moim zdaniem - całkiem udane projekty. Zobaczcie zresztą sami:




Źródło zdjęcia


Trzeba jednak przyznać, że Anglia, której literatura roi się od słynnych pisarek (Jane Austen, Charlotte Bronte, Emily Bronte, George Elliott, Elizabeth Gaskell, Mary Wollstonecraft, Virginia Woolf etc.), również nie rozpieszcza swoich obywateli jeśli chodzi o uhonorowanie tych pań na swoich banknotach. Jane Austen, której wizerunek ozdobi banknoty 10-funtowe w 2016 r., będzie pierwszą pisarką i zaledwie trzecią kobietą, która się na nich znajdzie. 
 

Z ciekawości sprawdziłam wizerunki na banknotach szwedzkich, norweskich i czeskich i tam sytuacja jest dużo lepsza pod względem obecności wizerunków kobiet na banknotach. W Norwegii spośród pięciu rodzajów banknotów, na dwóch są uwiecznione kobiety:

Sigrid Undset - pisarka


Źródło zdjęcia



Kirsten Flagstad - śpiewaczka operowa

 
Źródło zdjęcia


 W Szwecji proporcje są identyczne, na pięć rodzajów banknotów, na dwóch widnieją wizerunki pań: Selma Lagerlof i Jenny Lind, śpiewaczka operowa. W Republice Czeskiej zaś, na sześć rodzajów banknotów, na dwóch uwiecznione są kobiety: Bozena Nemcova, pisarka, i Emmy Destinn, śpiewaczka operowa. Jak widać w tych trzech przypadkowo wybranych przeze mnie krajach dobór kobiet na banknoty dotyczył jedynie dwóch profesji. :)
 
Na polskich banknotach znalazło się do tej pory kilku pisarzy, ale żadna z naszych pisarek nie dostąpiła takiego zaszczytu. W tym kontekście przychodzą mi na myśl Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska. Czy macie jeszcze inne propozycje do rozważenia przez naszych decydentów?

środa, 24 lipca 2013

Wokół Jane Austen (5)


Źródło zdjęcia


Jane Austen pojawi się na banknocie 10-funtowym w 2016 r. zastępując Karola Darwina. To jedna z pierwszych decyzji podjętych przez nowego szefa the Bank of England. Jest to również pozytywna reakcja na tysiące podpisów pod petycją domagającą się równego traktowania kobiet w doborze wizerunków na banknoty (wspominałam o tej sprawie tutaj).
 
Projekt banknotu z Jane Austen bardzo mi się podoba. To dobra decyzja! :)

Jan Karon, 6, 7 i 8 część cyklu o Mitford




"Wspólne życie. Ślub"


Tom szósty mitfordzkiego cyklu powinien właściwie nosić numer trzy, gdyż opisuje ślub ojca Tima z Cynthią, co miało miejsce tuż po zakończeniu akcji "Światełka w oknie”. Jan Karon postanowiła chyba dostarczyć wielbicielom Mitford książkę, która ukoiłaby ich ciekawość, jak wyglądał ten ważny dzień w życiu głównych bohaterów cyklu. 



O treści tej książeczki właściwie nie ma potrzeby się rozpisywać, gdyż zawiera ona opis uczuć bohaterów oraz okoliczności zaręczyn i ślubu. Określiłabym tę książkę mianem takiej swoistej „impresji”, która niewiele wnosi do akcji koncentrując się raczej na celebrowaniu typowo mitfordzkiego nastroju znanego czytelnikom z pięciu wcześniejszych tomów. 



Odradzam też czytanie tej książki jako pierwszej, bez znajomości cyklu. Możecie się zniechęcić, gdyż w moim odczuciu jest to pozycja tylko dla zagorzałych fanów mitfordzkich klimatów. Ta część właściwie nie wnosi nic nowego do cyklu i nieco odstaje poziomem od pozostałych książek. Dla osób planujących zapoznanie się z bohaterami wykreowanymi przez Jan Karon mam radę, aby zaczęli czytać cykl o Mitford od pierwszej części, a jeśli Wam się spodoba, to przeczytajcie „Wspólne życie. Ślub” jako trzecią z kolei, a nie szóstą.




"Na tej górze"



„Na tej górze” to siódma odsłona cyklu o Mitford, której akcja rozgrywa się kilka lat po powrocie małżeństwa Kavanagh z Whitecap („Nowa pieśń”). Ojciec Tim, przebywającyod kilku lat na emeryturze, nie może się odnaleźć. Niby wszystko w Mitford jest mu znajome i kochane, a jednak coś go gryzie. Trawi swój czas na rozmyślaniach, próbach pisania esejów, w których chce przekazać swoje refleksje o Bogu, Piśmie Świętym, życiu a jednak nic mu nie wychodzi. Gdy w końcu wydaje mu się, że znalazł cel swoich wysiłków i planuje udanie się na misję na zaniedbane tereny amerykańskiej prowincji nagromadzone stresy, problemy doprowadzają do wypadku, z którego skutkami ojciec Tim będzie musiał się uporać, aby powrócić do równowagi psychicznej. 



Ze wszystkich przeczytanych do tej pory części cyklu ta wydaje mi się najmroczniejsza. Autorka porusza jest problem depresji, która w dzisiejszych czasach dotyka coraz większą ilość ludzi, nawet takich, których nigdy byśmy nie podejrzewali o podobne problemy. Jest tu również zasygnalizowana pewna tajemnica z przeszłości pastora, problemy w relacjach z ojcem, które być może znajdą rozwinięcie w ostatnich częściach cyklu.




"Przybieżeli pasterze"




Jeśli możecie wybrać sobie porę roku na czytanie tej książki, to polecam Adwent lub dni tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. „Przybieżeli pasterze” to piękna opowieść, w której ojciec Tim wraz z najbliższymi i mieszkańcami Mitford przygotowują się na nadejście Chrystusa. O dziwo bowiem, mitfordczycy nie przyjmują do wiadomości, że Boże Narodzenie rozpoczyna się zaraz po Halloween, co zdają się sugerować ostatnio centra handlowe, lecz zaczynają przygotowania „po bożemu”, czyli od Adwentu.



Kilkoro mieszkańców Mitford ma bardzo konkretne oczekiwania, ale czynią to zawierzając rozstrzygnięcie ich problemów Bogu. Serce ojca Tima skradła przywieziona z Europy, mocno poturbowana scena hołdu pasterzy z XIX w., niestety bez szopki. Swój czas w trakcie Adwentu poświęca odnowieniu figurek, żeby w Boże Narodzenie ofiarować ten piękny prezent ukochanej Cynthii. Ta praca stanowi dla niego źródło ogromnej satysfakcji, pozwala również przenieść się myślami do czasów dzieciństwa, aby dojść do ładu ze swymi emocjami i wspomnieniami. Nie zdradzę chyba tajemnicy, gdy napiszę, że dzięki własnemu wysiłkowi, pasji i pomocy przyjaciół szopka z odnowionymi figurkami uświetniła Boże Narodzenie w Mitford. :)


Hope Winchester również czeka na decyzję co do losu Księgarni Szczęśliwych Zakończeń, ważnego punktu na mapie Mitford. Grozi mu zamknięcie, chyba że realizacji doczeka się jej pomysł, który natchnął Hope nadzieją (nomen omen) na ocalenie tego miejsca i szczęśliwą przemianę w jej samotnym życiu. Lew Boyden również czeka, aż będzie mógł mieszkać ze swoją nowo poślubioną żoną, a jego życie nabierze barw. Zbliżające się Boże Narodzenie to także czas pożegnania z Barem Grill na Main Street, gdzie kilkoro przyjaciół z ojcem Timem na czele spotykało się codziennie na smacznym posiłku i na plotkach w atmosferze niewymuszonej swobody i przyjaźni. Jego właściciele, którzy nadawali charakter temu miejscu, udają się na zasłużoną emeryturę.

Na kartach tej powieści spotykamy również pozostałych bohaterów cyklu, prawie dorosłego Dooleya, wychowanka pastora, który składa swemu przybranemu ojcu ważną deklarację, wujaszka Billy’ego, który obdarza swoją żonę niezwykłą pamiątką i wielu innych, których życie toczy się dalej w błogiej, ale nie przesłodzonej atmosferze Mitford.

Mimo że do Bożego Narodzenia jeszcze daleko z dużą przyjemnością przeczytałam tę przedostatnią część cyklu. Nie wiem, czy Wy macie podobne doświadczenie, ale w moim domu nie było tradycji kalendarzy adwentowych, które pomagają w skupieniu przedświątecznym. Jan Karon pięknie opisuje ten czas oczekiwania na przyjście Zbawiciela i dość mocno zachęciła mnie do wprowadzenia tej tradycji w moim domu. 


Zbliżam się do końca mitfordzkiego cyklu i nieuchronnie nadchodzi czas pożegnania z bohaterami, z którymi się już zżyłam. Muszę przyznać, że lektura tych książek była dla mnie ogromną przyjemnością. Nie wszystkie z nich przemówiły do mnie jednakowo, ale mimo zdarzających się nieco słabszych momentów należy podkreślić, że poziom cyklu jest naprawdę wysoki. Nie ma w nich agresji, wulgarności i przekleństw. Nie ma problemów nie do rozwiązania. Są natomiast bohaterowie, którzy przeżywają wiele rozterek, problemów, dylematów, ale mają odwagę zmierzyć się z nimi nie wbrew Bogu, ale w zgodzie z nim. Zmieniają swoje życie sprawiając, że jest ono bogatsze i pełniejsze. To lektura, po którą warto sięgnąć, która napełnia nas nadzieją. 


Powiązane wpisy:

Jan Karon, W moim Mitford,

Jan Karon, Światełko w oknie,

Jan Karon, Te wysokie, zielone wzgórza,

Jan Karon, Do Kanaanu i Nowa pieśń


Autor: Jan Karon
Tytuł oryginalny: A Common life
Wydawnictwo: Zysk I Spółka
Tłumacz: Mira Czarnecka
Rok wydania: 2002
Liczba stron: 154



Autor: Jan Karon
Tytuł oryginalny: In this mountain
Wydawnictwo: Zysk I Spółka
Tłumacz: Mira Czarnecka
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 576



Autor: Jan Karon
Tytuł oryginalny: Shepherds Abiding
Wydawnictwo: Zysk I Spółka
Tłumacz: Mira Czarnecka
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 240



poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozstrzygnięcie konkursu „Ulotne chwile”

 
W niedzielę upłynął termin zgłaszania odpowiedzi do konkursu. Tłumu chętnych nie było, ale być może pytanie zostało uznane za zbyt trudne albo lipcowa aura skłaniała raczej do robienia własnych zdjęć, a nie wpatrywania się w cudze. ;)

Zacznę więc od prawidłowych odpowiedzi i wyjaśnienia, jak można było do nich dojść, gdyż moim zdaniem było to możliwe, choć nie oczywiste :)

Oto prawidłowe odpowiedzi:

 

 

Zdjęcie A to Belgia, Bruksela okolice Giełdy.


 

Zaś zdjęcie B zrobiłam podczas przejażdżki po Pretorii w RPA (od kilku lat funkcjonuje też nowa nazwa miasta - Tshwane).



Gratulacje dla Jjon i Elizy za poprawne odpowiedzi!!!

W jaki sposób można było wydedukować prawidłowe rozwiązanie? Oto moje podpowiedzi.

Pani na zdjęciu A ma na głowie reklamówkę z logo sklepów Delhaize. Każdy, kto choć raz był w Belgii na pewno kojarzy tę markę. Całego napisu nie można odcyfrować, ale jeśli w googla się wpisze choćby w miarę widoczne „lhaize”, to nazwa tej sieci sklepów wraz z lokalizacją pojawia się niemal od razu. :)

Gratulacje dla Kre-Akcji, która chyba rozpoznała gmach Giełdy w tle! :)

Drugie zdjęcie, w moim przekonaniu, nieodparcie kojarzy się z Afryką. Kto śledził cykl „Ulotne chwile”, ten wie, że publikowałam tam swoje zdjęcie z Kapsztadu i to był jedyny kraj afrykański obecny w cyklu. Tak więc po skojarzeniu zdjęcia z Afryką i informacją, że to „zdjęcie własne” (czyli, że tam byłam) to wniosek był jeden – to RPA. :)
 
Tym razem gratulacje dla Natanny za prawidłowy tok rozumowania! :)

Tyle tytułem wyjaśnienia za być może nieco utrudnione zadanie. Muszę jednak dodać, że nie chciałam stawiać pytania otwartego, którego ocena jest czysto subiektywna, a więc postawiłam na zgadywankę :) Zdając sobie jednak sprawę z obiektywnej trudności tego zadania wymyślony regulamin przewidywał rozdanie nagród nawet jeśli wszystkie zgłoszone odpowiedzi byłyby błędne. 

No, to przechodzimy do rozstrzygnięć :)


Do konkursu zgłosiło się 5 osób: Sardegna, Jjon, Natanna, Eliza i Kre-Akcja. Oto wyniki – przyporządkowanie wybranych nagród do zwycięzców (na zielono osoby, które udzieliły prawidłowej odpowiedzi):

Zestaw książek Jeronimo Tristante
Eliza – Belgia i RPA
Kre-Akcja – Belgia i Francja

Książki otrzymuje Eliza, która udzieliła prawidłowej odpowiedzi.

Zestaw książek Ferenca Mate
Natanna – Francja i RPA

Nagrodę otrzymuje Natanna, która wzięła udział w zabawie i jako jedyna wybrała ten zestaw.

Marcia Willets, Tydzień w zimie
Jjon – Belgia i RPA
Kre-Akcja – Belgia i Francja

Nagrodę otrzymuje Jjon, która udzieliła prawidłowej odpowiedzi.

Karin Fossum, Nie oglądaj się
Sardegna – Maroko i Etiopia
Kre-Akcja – Belgia i Francja

W wyniku losowania (mam nadzieję, że mi wybaczycie brak relacji fotograficznej;)) książkę Karin Fossum otrzymuje Sardegna.

Ponieważ jednak źle bym się czuła, gdyby Kre-Akcja, jako jedyna z uczestniczek nie dostała nagrody za udział w konkursie, to skontaktuję się z nią już mailowo w kwestii nagrody dodatkowej. Mam kilka propozycji, więc zapewne dojdziemy do porozumienia.:)

Dziękuję wszystkim uczestniczkom za udział. Brawa za odwagę zmierzenia się z moimi nietypowymi pytaniami!!!

Mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się wysłać nagrody. Odezwę się do Was mailowo.:) Gdyby się okazało, że kontakt jest w tym tygodniu niemożliwy (bądź co bądź sezon urlopowy w pełni), to wyślę nagrody po 17.08, gdyż od niedzieli zaczyna się mój urlop :)

Na koniec pragnę szczególnie podziękować Jjon i Kre-Akcji za ich uwagi, które pozwoliły mi skorygować pewne niedoróbki w poście konkursowym. Dziękuję dziewczyny!
 

piątek, 19 lipca 2013

Per Christian Jersild, Wyspa dzieci




Na tę książkę zwróciłam uwagę dzięki wpisowi Koczowniczki, która ma dar wyszukiwania nieco przykurzonych perełek literackich.

Upalne lato w Sztokholmie w latach 70-tych XX wieku. Reine Larsson, prawie jedenastoletni syn Harriett, samotnej matki, owoc przypadkowego związku, postanawia poświęcić swoje wakacje na przemyślenie kondycji człowieka i życia jako takiego. W tym celu podejmuje przemyślany plan wprowadzenia w błąd swojej matki, co doprowadza do jego samotnego pobytu w rozpalonym letnim żarem mieście; matka natomiast jest przekonana o jego wyjeździe na kolonie dla młodzieży na tzw. „Wyspie dzieci”. Reine jednak wie lepiej, że podczas tych kolonii nie będzie mógł się skupić, żeby przemyśleć te najważniejsze dla niego sprawy i postanawia posmakować samodzielności w pełnej konspiracji. („Nie można porządnie myśleć w obecności mnóstwa innych chłopaków. Koncentracja w pokoju zaludnionym przez chmarę dzieciaków odpada. Spokojne myślenie nie byłoby możliwe, nawet gdyby wszyscy spali. Jak snuć na przykład rozważania o tym, że jest sam w całym świecie, a inni tylko pyłkiem w jego oku, wśród dziesięciu spoconych, puszczających wiatry i jęczących kumpli?” s. 113).

Jego posunięcie, choć dobrze zaplanowane, jeśli chodzi o wprowadzenie matki i sąsiadów w błąd, nie jest do końca przemyślane w odniesieniu do kwestii utrzymania się w mieście. Dzięki szczęśliwemu przypadkowi udaje mu się znaleźć pracę, ale nie trwa to zbyt długo i chłopak poznaje nowych znajomych, członków wędrownej trupy teatralnej, członków bandy räggare - młodzieżowych chuliganów i przestępców, wsławiających się głównie rozbijaniem imprez publicznych, prawie nieznajomą dziewczynę i jej ekscentrycznego sąsiada…

Książka Jersilda napisana jest z punktu widzenia przedwcześnie dojrzałego Reine, który próbuje sobie ułożyć w głowie porządek świata i swoje w nim miejsce. Odrazą napawa go świat dorosłych, ich gierki, rozgrywki i oszustwa. Wyrazem jego niechęci do świata dorosłych, czy też dorosłości w ogóle, jest obawa przed dojrzewaniem i wejściem w świat seksualności. W moim przekonaniu ten aspekt książki to także swoiste ostrzeżenie czy też raczej zgłoszenie wątpliwości co do szwedzkiego systemu edukacji i pomocy społecznej. Skoro bystry jedenastolatek układa sobie w wyobraźni scenariusze postępowania w rodzinie zastępczej, do której zostanie skierowany, gdy wyjdzie na jaw, że został sam w mieście bez opieki, to coś z tym systemem jest nie tak. Więź z matką przez większą część książki praktycznie nie jest odczuwalna, a chłopak ze swoją rodzicielką właściwie nie rozmawia. Reine zresztą bardzo często wyraża w myślach pogardę dla matki i jej stylu życia.

„Nie posunął się ani o krok z zadaniem, które sobie postawił, czyli dowiedzieć się, co jest ważne. Dlaczego istnieje człowiek, dokąd zmierza, jak dużo czasu to zajmie i co to da.” (s. 43)

To, co mnie uderzyło w tej książce, to ogromna samotność Reine. W tym wielkim, rozpalonym słońcem Sztokholmie Reine jest zupełnie sam. Świat dorosłych pozostawia go samemu sobie. Nie dostarcza żadnych wskazówek, rad, drogowskazów postępowania. Reine chce zostać sam ze sobą i znaleźć odpowiedzi i tak się dzieje. Nikt z dorosłych się nim nie zainteresuje, nawet gdy chodzi w brudnych rzeczach i można się domyślić, że nie pozostaje pod opieką dorosłego. Nie ma kolegów, rówieśników, rodziny, znajomych, a jeśli już trafia się jakiś kontakt z kochankiem matki, to dorosły kompletnie nie jest zainteresowany odczuciami Reinego i przyjmuje bez mrugnięcia okiem jego wyjaśnienia, dość zresztą niekoherentne. Podobnie mało dociekliwe okazują się koleżanki z pracy, gdzie udaje mu się zaczepić, aby zarobić nieco pieniędzy potrzebnych do przeżycia w mieście.

Reine podejmuje próbę pozostania sam ze sobą bez konkretnego planu utrzymania się, i ją konsekwentnie realizuje chcąc dotrzeć do prawdy istnienia. Czy w ogóle jest jakaś „prawda”? Reine praktycznie nie prowadzi rozmów. Jest ze swoimi myślami sam. To dorośli nie chcą z nim rozmawiać traktując go jak dziecko, zajęci swoimi własnymi sprawami i problemami. Dopiero pod koniec książki trafia na osobę, która traktuje go jak partnera i potrafi rozmawiać, przed którą Reine się otwiera. Nora, przypadkowo spotkana dziewczyna, u której pomieszkuje, mówi do niego: „Nigdy jeszcze nie spotkałam dziesięciolatka tak starego jak ty.” (s. 229), a w rozmowie między nimi padają słowa, które dotychczas istniały tylko w głowie chłopca:

 „-Wiesz dlaczego z nikim nie rozmawiam?
- Bo nie zrozumieją.
- To też. Ale odebraliby mi siłę, gdyby wiedzieli, jak myślę.
- Jaką siłę?
_Tę, która sprawia, że ja to ja, że ja wiem, bo ja to robię, wiem, że ostatecznie i tak jestem jedynym człowiekiem w uniwersum.” (s. 232)


Ciekawie napisana, mądra książka. Bardzo krytyczne spojrzenie na szwedzką rzeczywistość połowy lat siedemdziesiątych. Końcówka jest moim zdaniem niedopracowana i jakby przyszyta „na siłę”, żeby nie było zbyt pesymistycznie. Pytania i wątpliwości podniesione przez Jersilda są głębokie i uniwersalne, ciekawie ukazał wątpliwości przedwcześnie dojrzałego dziecka wkraczającego w wiek nastoletni. Warto przeczytać.

 
Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Czytamy serie wydawnicze

Pod hasłem




Źródło zdjęcia
 

PerChristian Jersild (ur. 1935) – szwedzki lekarz i pisarz. Pisze na tematy społeczne. Jest autorem trzydziestu pięciu powieści. Do jego najsłynniejszych książek należą „Wyspa dzieci” (1976) oraz „Dom Babel” (1978), w którym opisane jest umieranie starszego człowieka w odhumanizowanym szpitalu na przedmieściach Sztokholmu.






Autor: Per Christian Jersild
Tytuł oryginalny: Batnens o
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Tłumacz: Halina Thylwe
Rok wydania: 1986
Liczba stron: 276
 

czwartek, 18 lipca 2013

Wokół Jane Austen (4)


Dziś przypada kolejna rocznica śmierci Jane Austen (16.12.1775 – 18.07.1817). Wolę oczywiście pamiętać o rocznicach narodzin niż zgonów, ale ponieważ książki Jane zajmują szczególne miejsce w moim sercu, postanowiłam wykorzystać tę okazję do zaprezentowania paru ciekawostek dotyczących ulubionej pisarki.



Źródło zdjęcia
 
Jak Wam się podoba ta gigantyczna figura pana Darcy’ego wyłaniającego się z jeziora Serpentine w Hyde Parku? Została ona tam umieszczona w formie reklamy nowego kanału tematycznego BBC poświęconego serialom (BBC Drama). Mogę sobie wyobrazić zaskoczenie spacerowiczów, którzy zostali skonfrontowani z tą niespodzianką. Najdobitniej to chyba świadczy o „kultowości” tej sceny, choć nie ma jej w książce, a w serialu wymyślił ją Andrew Davies, wspaniały brytyjski scenarzysta.
 
  


Kolejna ciekawostka dotyczy spraw "pieniężnych". Otóż, pojawiły się informacje, że portret Jane może się znaleźć na nowych banknotach 10-funtowych zastępując widniejącego tam do tej pory Karola Darwina. Propozycja Banku Anglii jest spowodowana wzburzeniem części opinii publicznej po niedawnej decyzji Banku, który postanowił, że od 2016 roku Winston Churchill zastąpi na banknocie pięciofuntowym działaczkę i reformatorkę więziennictwa Elizabeth Fry. Podniosły się wówczas głosy oburzenia, że na banknotach nie będzie wówczas żadnej kobiety poza oczywiście Elżbietą II widniejącą na stronie przedniej.

Nie podjęto jeszcze decyzji, kiedy wprowadzony zostanie nowy projekt banknotu 10-funtowego. Do tej pory jedyną kobietą, poza Fry, która trafiła na banknoty, była pielęgniarka i działaczka Florence Nightingale. Nie używam funtów szterlingów na co dzień, ale podobałaby mi się taka zmiana :) Źródło informacji

 

Rebecca Lacey jako pani Bennet, Jennifer Kirby jako Elizabeth Bennet
i Leah Brotherhead jako Mary Bennet w przedstawieniu "Dumy i uprzedzenia"
Źródło zdjęcia

Z okazji 200-lecia "Dumy i uprzedzenia" Open Air Theatre wystawił w londyńskim Regent's Park w sezonie letnim adaptację teatralną powieści. Spektakle można oglądać do 20 lipca. Krótką recenzję możecie przeczytać tu .
 
22 czerwca w Chatsworth House, który to pałac był najprawdopodobniej inspiracją dla Jane przy opisie Pemberley, siedziby pana Darcy'ego, odbyła się kolacja i tańce dla fanów powieści, którzy przybyli nań w strojach z epoki Regencji. Poniżej przedstawiam kilka zdjęć (źródło) z czerwcowej kolacji w duchu Jane Austen:

 
















Wszyscy uczestnicy chyba świetnie się bawili. 1 sierpnia w Chatsworth House odbędzie się również spektakl teatralny "Duma i uprzedzenie".

Jane Austen pozostawiła po sobie zaledwie sześć powieści, ale jej twórczość inspiruje do dziś. Poniżej przedstawiam wybór książek napisanych współcześnie powiązanych z historiami opowiedzianymi przez Jane. Czasem są to kontynuacje, czasem próba spojrzenia na znaną powieść z perspektywy innego bohatera, a czasem współczesne historie oparte na wątku tematycznym powieści Austen. 
 


Barbara Cornthwaite, George Knightley, Esquire: Charity Envieth Not
"Emma" z punktu widzenia Knightleya
 
Kara Louise, Darcy's Voyage
Kontynuacja "Dumy i uprzedzenia"
 
Colleen McCullogh, Emancypacja Mary Bennet
Główną bohaterką jest Mary, jedna z sióstr Bennet. Po śmierci matki, postanawia wreszcie zrealizować pragnienia, o których spełnieniu przez lata mogła jedynie marzyć. Wyrusza samotnie w podróż po Anglii , aby zobaczyć jak naprawdę wygląda rzeczywistość.


P.D. James, Death comes to Pemberley
Kontynuacja "Dumy i uprzedzenia" z wątkiem kryminalnym.

 
Pamela Aidan, An Assembly Such as This, A Novel of Fitzwilliam Darcy
"Duma i uprzedzenie" z perspektywy pana Darcy.
 
Lauren Henderson, Randkowanie według Jane Austen
Zasady współczesnego randkowania oparte na radach Jane Austen zawartych w jej książkach.

Amanda Grange, Colonel Brandon's Diary
"Rozważna i romantyczna" opowiedziana przez pułkownika Brandona.
 
Susan Kaye, Frederic Wentworth, Captain: Book 1
Pierwsza część opowieści Frederica Wentwortha, męskiego bohatera "Perswazji".

 

Juliet Archer, The Importance of Being Emma Współczesna wersja "Emmy".
 
Rachel Billington, Emma and Knightley
Kontynuacja "Emmy".

 


 
Casey Childers, Twilight of the Abyss

Alternatywna wersja "Dumy i uprzedzenia".



Syrie James, Pamiętniki Jane Austen
Książka napisana w formie pamiętnika Jane Austen.

D. A. Bonavia Hunt, Pemberley Shades
Klasyczna kontynuacja “Dumy I uprzedzenia” napisana w latach 40-tych XX w.


Lynn Shepherd, Murder at Mansfield Park
Alternatywna wersja "Mansfield Park" z bogatą i rozkapryszoną Fanny Price w roli głównej.

 
Monica Fairview, The Other Mr. Darcy
Kontynuacja "Dumy i uprzedzenia" z kuzynem pana Darcy'ego w roli głównej.
 
Rosie Rushton, "Echa miłości"
Współczesna wersja "Perswazji" w wydaniu młodzieżowym.

Rosie Rushton, The Dashwood Sisters' Secrets of Love
Współczesna, młodzieżowa wersja "Rozważnej i romantycznej".

Alexa Adams, First Impressions
Alternatywna wersja "Dumy i uprzedzenia".
 

Jane Pitkeathley, Cassandra and Jane

Zbeletryzowana historia siostrzanej miłości Cassandry i Jane Austen.


Stephanie Barron, Jane and the Madness of Lord Byron
Wariacja na temat życiorysu Jane Austen.
 
 
Przyznacie, że uzbierało się całkiem sporo tytułów, a to tylko niewielka część literatury związanej z twórczością Jane. Świadczy to niezbicie o popularności jej książek i ich uniwersalnym przesłaniu, skoro ta "moda" na nie trwa już ponad 200 lat!

wtorek, 16 lipca 2013

Fuchsia Dunlop, Płetwa rekina i syczuański pieprz



 
„Połówki konserwowanych kaczych jaj z octem winnym i imbirem zaserwowano jako przystawkę w pewnej modnej restauracji w Hongkongu. Była to moja pierwsza bytność w Azji i rzadko widywałam na stole coś równie odpychającego. Mroczne i groźne niczym ślepia potwora z koszmarów sennych jaja wpatrywały się we mnie podstępnie. Ich białko było półprzezroczyste, o brudno brązowej barwie, żółtko zaś mętne i czarne, w zielonkawoszarej obwódce. Jaja roztaczały nikłą woń siarkowodoru. Z grzeczności skosztowałam, ale nieprzyjemny zapach przyprawił mnie o mdłości, niemal uniemożliwiając przełknięcie.” (s.9)

Tak wyglądało pierwsze spotkanie autorki książki z oryginalną kuchnią chińską. Oryginalną, czyli pozbawioną europejskich naleciałości. Po przeczytaniu książki Fuchsii Dunlop nie będziecie już tacy pewni, czy lubicie chińską kuchnię, nie tylko z uwagi na nadzwyczaj trudno akceptowalne przysmaki, a również z uwagi na istotne różnice w kuchni poszczególnych regionów tego olbrzymiego kraju. Autorka bowiem prezentuje nam całą paletę smaków i odmiennych upodobań kulinarnych w różnych miejscach w Chinach. Najbardziej chyba znana potrwa chińska, czyli kaczka po pekińsku, pojawia się gdzieś na marginesie, natomiast największą miłością Dunlop jest kuchnia syczuańska, z którą zapoznała się podczas swojego stypendium naukowego w latach dziewięćdziesiątych XX w. I od razu uprzedzę, że nie chodziło o stypendium naukowe poświęcone kuchni syczuańskiej, lecz mniejszościom w ChRL, którego to tematu nie da się chyba zbadać obiektywnie w obecnej sytuacji politycznej. Nic więc dziwnego, że autorka tej książki odnalazła wkrótce swoje powołanie i przerzuciła się z tematyki społeczno – ekonomicznej na zagadnienia stricte kulinarne. :)

Trudno mi określić charakter tej książki. Na pewno nie jest to typowa książka kucharska, choć znajdziemy kilka przepisów podsumowujących każdy rozdział książki poświęcony odrębnemu tematowi. Nie określiłabym jej również jako autobiografii Fuchsii Dunlop, chociaż wątki jej życiorysu są istotne i stanowią podstawową nić narracyjną tej opowieści. Jest to bowiem zapis historii jej fascynacji i wsiąknięcia w kuchnię różnych regionów Chin. Dowiadujemy się, w jaki sposób Angielka z otwartego domu klasy średniej odnalazła swoje powołanie i zerwała z tradycyjną drogą życiową ludzi z jej klasy społecznej.

 
Wielkim sentymentem autorka darzy Syczuan, a zwłaszcza jego stolicę Chengdu. Jej najmilsze wspomnienia i początek fascynacji Chinami wiąże się z latami studenckimi i okresem nauki w Syczuańskiej Akademii Sztuki Kulinarnej w latach 90-tych. Istniała jeszcze wtedy zabudowa starego miasta, później całkowicie wyburzona w pogoni za nowoczesnością. Autorka z przykrością odnotowuje ten fakt, który przyczynił się również do zniknięcia wielu małych restauracyjek serwujących potrawy kuchni syczuańskiej, smacznych i tanich, zwłaszcza dla ludzi Zachodu.

Największym uwielbieniem darzy ona – co nie dziwi – właśnie kuchnię syczuańską, której charakterystyczna przyprawą jest pieprz syczuański, o którym autorka pisze tak: „Jego zielony, świeży smak natychmiast ściąga język, a w kilka sekund później nadchodzi mrowienie. Pieprz syczuański daje to niezrównane doznanie odrętwiałego języka, musowanie, które zaczyna się ukradkiem i rośnie do porywającego, zapierającego dech, nawet dwudziestominutowego apogeum, a potem powoli ustępuje. (…) Niespodziewane zetknięcie z nim może być, mówiąc delikatnie, nieprzyjemne.” (s. 239)
 
Autorka nie ukrywa, że wszystkożerność Chińczyków (tytuł Prologu nieprzypadkowo brzmi „Chińczycy jedzą wszystko”) może budzić opory ludzi Zachodu i gdyby pozostała w skorupie Europejczyka, nie skosztowałaby wielu potraw i nie zagłębiła się w meandry gotowania w tym kraju. Doprowadziło ją to do uznania dla wielu kontrowersyjnych smaków i przysmaków Chińczyków, z których dwa znalazły się w tytule tej książki. W swej najdalszej chyba podróży autorka dociera aż do Xinjiang na północnym – zachodzie Chin, gdzie mieszkają ludy pochodzenia tureckiego i odnalezienie tam typowej kuchni chińskiej było jeszcze do niedawna dość utrudnione. 

Potencjalnych czytelników muszę jednak uprzedzić, że niektóre fragmenty opisujące sposób przygotowania najbardziej kontrowersyjnych potraw są dla osoby wrażliwej trudne do zniesienia. Ostrzegam zwłaszcza przed rozdziałem trzecim pt. „Najpierw zabij swoją rybę”, choć nie tylko o sposób uśmiercania ryby tu chodzi. Nie dałam rady przeczytać tego rozdziału, musiałam przerwać w połowie i przejść do następnego, bo opisy przekroczyły mój próg wrażliwości, który autorka musiała pokonać, żeby wtopić się w lokalny koloryt, wgłębić się w tajniki miejscowej kuchni i odkryć kompletnie nieznane ludziom Zachodu smaki. Powiem szczerze, że ta książka może nawet skłonić co poniektórych do przejścia na dietę wegetariańską, gdyż opisy niektórych potraw i sposobów ich przygotowywania są bardzo drastyczne.

Dość powierzchownie i lekko jest tu opisana chińska rzeczywistość. Wspomniany jest oczywiście nadzór służb bezpieczeństwa nad studentami, utrudnienia w podróżowaniu, ale te fragmenty są jakby obok głównego tematu, jakim niewątpliwie jest kuchnia. Zdaję sobie również sprawę, że jeśli Fuchsia (czy raczej Fu Xia, bo tak ją nazywają jej chińscy przyjaciele :)) Dunlop planuje wydanie kolejnych książek o kuchni chińskiej opartej na autentycznych źródłach, to musi zwracać baczną uwagę na zawartość swoich książek i ewentualne zbyt szczere opisy chińskiej rzeczywistości.

Muszę przyznać, że nie należę do znawców sztuki kulinarnej kraju za Wielkim Murem, nie jestem również wegetarianką, niemniej jednak z ciekawością przeczytałam tę książkę. Jest ona napisana przystępnie i ciekawie, naprawdę świetnie się czyta. Pozwoliła mi ona na wgląd w dość istotne zróżnicowanie kultury kulinarnej między regionami Chin i udowodniła mi, że potoczne kojarzenie kuchni chińskiej z kaczką po pekińsku jest zbytnim uproszczeniem.


Książka została przeczytana w ramach wyzwania "Trójka e-pik"
 
 


Fuchsia Dunlop – angielska pisarka specjalizująca się w kuchni chińskiej. Wcześniej pracowała w BBC World Service. Wydała trzy książki, pisze regularnie felietony dotyczące kuchni chińskiej i chińskich restauracji. Biegle mówi po chińsku (dialekt mandaryński). Prowadzi bloga pod adresem http://www.fuchsiadunlop.com/ .

 
Autor: Fuchsia Dunlop
Tytuł oryginalny: Shark's Fin And Sichuan Pepper
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Joanna Hryniewska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 352



niedziela, 14 lipca 2013

Ulotne chwile (53)


Kąpiel lecznicza w jednym ze śląskich uzdrowisk.
Zdjęcie z planu dokumentalnego "Jedziemy na wczasy", 20 lipca 1946
Kartka zakupiona podczas Warszawskich Targów Książki
Fot. Stanisław Urbanowicz. Cykl Fotografie PAP 1945-47


piątek, 12 lipca 2013

Asa Larsson, Burza z krańców ziemi





Po przeczytaniu „Krwi, którą nasiąkła”, drugiego tomu z cyklu o Rebece Martinsson, uznałam, że Asa Larsson to nowa gwiazda skandynawskiej prozy kryminalnej. Nic więc dziwnego, że koniecznie chciałam przeczytać książkę inicjującą ten cykl. W końcu, gdy mi się udało ją wypożyczyć, rozpoczęłam lekturę z nadziejami na ciekawy, niebanalny kryminał z ujmującą, wrażliwą bohaterką. A jak było?

Rebeka Martinsson jest ambitną prawniczką zatrudnioną w renomowanej sztokholmskiej kancelarii prawniczej. Jest samotniczką, która dusi w sobie wiele tajemnic z przeszłości związanych z młodością spędzoną w Kirunie na dalekiej północy. Pewnego dnia przeszłość ją dogania w formie telefonu od dawnej przyjaciółki, Sanny, której brat, charyzmatyczny lider religijny, został brutalnie zamordowany, a jego ciało odnaleziono w kościele. Na wezwanie Sanny, Rebeka wyjeżdża do Kiruny, gdzie trafia w środek prowadzonego śledztwa, skomplikowanych interesów prowadzonych przez miejscowe wspólnoty religijne i gdzie natknie się na dobrze jej znane z przeszłości osoby i niezakończone sprawy.

W tej książce jest kilka planów opowieści: przeszłość, wątek kryminalny i wątek obyczajowy ze szczególnym uwzględnieniem warunków zimowych na dalekiej północy, jako że akcja książki toczy się w scenerii zimowej. Bezapelacyjnie, najlepiej wypadły opisy zimy w Kirunie. Larsson potrafiła stworzyć klimat lekko klaustrofobiczny pokazujący siłę natury. Te opady śniegu, nieustanne odśnieżanie i przenikliwy mróz odczuwa się wręcz namacalnie. Natomiast nie przekonał mnie wątek kryminalny ani opowieść o traumie Rebeki z przeszłości, która wiąże ją z głównymi bohaterami opisywanej historii morderstwa. 


Zacznę może od wątku kryminalnego i tego, co mi się nie podobało i miało wpływ na moje odczucia. Policja w Kirunie jest, a jakoby jej nie było. Prokurator nakazuje aresztować pierwszą podejrzaną, jaka mu wpada w ręce i koncentruje się już tylko na tym wątku. Policja w osobie Anny Marii Melli i Svena Erika Stalnacke działa nad wyraz opieszale. Sven, który w obliczu zaawansowanej ciąży koleżanki (poród niemal „na dniach”), ma przejąć dowodzenie, nie jest w stanie samodzielnie podejmować decyzji, musi się jej nieustannie radzić. Na samym początku zdegustował mnie swoim zachowaniem, gdy wezwał ciężarną koleżankę, żeby obejrzała miejsce wyjątkowo drastycznej zbrodni (wykłute oczy, odcięte ręce etc.). Jak dla mnie to wyjątkowy brak delikatności i przyznanie się do bezradności. Wiem oczywiście, że Szwecja to ojczyzna równouprawnienia, a ciąża to nie choroba, ale mimo wszystko ta sytuacja lekko mną wstrząsnęła.



"Śledztwo” zadziwiło mnie zresztą zaraz po tych wspomnianych wyżej oględzinach, gdy przeprowadzono nader dziwne kolegialne pierwsze przesłuchanie świadków. Powodem jednoczesnego przesłuchania trzech pastorów było życzenie, a właściwie warunek zainteresowanych, że pozwolą się przesłuchać tylko wspólnie i mogą na to poświęcić tylko godzinę. Nie ukrywam, zdziwiło mnie to bardzo. Taki ruch miał chyba na celu wzbudzenie w czytelniku niechęci do przesłuchiwanych, ale wydaje mi się, że nawet szwedzka policja ma chyba większe pole manewru niż zgadzanie się na takie warunki potencjalnych podejrzanych, a na pewno istotnych świadków z racji bliskiej współpracy z ofiarą morderstwa.


Wobec niemal kompletnej bezczynności policji, co skutkuje pozostawaniem śledztwa w martwym punkcie nie dziwi decyzja Rebeki o podjęciu działań na własną rękę. Tyle, że nawet w śledztwie prowadzonym przez amatora, należy zachowywać ostrożność i podstawowe zasady logiki. Działania śledcze głównej bohaterki polegają jednak na odwiedzaniu podejrzanych i ogłaszaniu wszem i wobec, co udało się jej odkryć. Złe wrażenie zrobiło na mnie również zakończenie książki czyli wielkie „bum”, które jest zupełnie niespodziewane i częściowo sprowokowane przez decyzje Rebeki, które mogę określić jako dość samolubne. 


Jeśli chodzi o postać Rebeki, to w moim odczuciu jest to inna osoba niż w drugim tomie, w którym odbierałam ją jako osobę nadwrażliwą. Nie wykluczam, że to skutek traumy, która miała miejsce w końcówce książki, ale w pierwszym tomie jej osoba i zachowanie nie wzbudziły mojej sympatii. Jest często po prostu agresywna, zwłaszcza wobec Sanny, na wezwanie której przyjechała do Kiruny. Inna sprawa, to jej więź z Sanną, która moim zdaniem nie jest zbyt bliska. Szczerze mówiąc, nie jest dla mnie jasne, dlaczego akurat jej wezwanie miałoby spowodować przyjazd Rebeki do rodzinnego miasta i przejęcie opieki nad jej córkami. Jakieś to mało uzasadnione psychologicznie.



Dodatkowym elementem, które źle mnie nastawiło do książki jest epizod z bestialskim potraktowaniem zwierzęcia, co było, moim zdaniem, zupełnie niepotrzebne, nie wnoszące nic do prowadzonego śledztwa.


Portrety psychologiczne bohaterów są wyjątkowo niewiarygodne, narysowane bardzo grubą kreską i trudno mi uwierzyć, że są to postacie z krwi i kości. Autorka koncentruje się na problemach destrukcyjnego wpływu wspólnot wyznaniowych (przypominających raczej złowrogie sekty religijne) na ich członków, ale brak w tym tekście głębi, dominuje w nim raczej chyba osobiste uprzedzenie. Nie chcę i nie mogę zbyt wiele ujawnić, ale reprezentanci wspólnot religijnych w Kirunie winni są właściwie wszelkiemu złu z przeszłości i teraźniejszości. Ten wątek w moim przekonaniu jest bardzo spłycony i nie przekonał mnie do racji autorki, a schematyzm zachowań „drewnianych” bohaterów po prostu mnie drażnił. Wątek tajemnicy z przeszłości Rebeki jest dość niekonsekwentny i również mnie nie przekonał. Problem aborcji potraktowany został według stereotypowych i uproszczonych klisz, bez chwili refleksji…


Jak tak sobie to wszystko wypisałam, to wychodzi mi, że najlepszym elementem książki był opis zimy w Kirunie, tak jak napisałam na początku notki :) Ale przyznam, że gdybym na podstawie tej książki miała się decydować, czy kontynuować znajomość z cyklem o Rebece Martinsson, to moja odpowiedź byłaby negatywna. Na szczęście wiem, że druga część jest lepsza, a na półce mam już część trzecią, więc zapewne się wkrótce wypowiem na jej temat. :)



Asa Larsson (ur. 1966) - wychowała się w Kirunie. Zanim zdecydowała się zostać pisarką, zajmowała się prawem podatkowym. Jej debiutem była "Burza z krańców ziemi" (2003), pierwsza część cyklu o Rebece Martinsson. Druga książka cyklu - "Krew, którą nasiąkła" - otrzymała w 2004 r. nagrodę za najlepszą szwedzką powieść kryminalną. W 2012 r. otrzymała tę nagrodę za piątą część cyklu "W ofierze molochowi".






Autor: Asa Larsson

Tytuł oryginalny: Solstorm
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumacz: Beata Walczak-Larsson
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 336

środa, 10 lipca 2013

Anna Iwaszkiewiczowa o sztuce Prousta


Anna Iwaszkiewiczowa z d. Lilpop (1897-1979)
Źródło zdjęcia

"Na Prousta czytelnicy reagują w bardzo różny sposób: dla wielu stał się on rewelacją, zostali porwani od razu, od pierwszej strony. Wielu było takich, którzy mu się opierali, walczyli z nim, buntowali się i potem wracali, żeby już nigdy wiecej nie odejść. Tych, którzy nie przezwyciężyli pierwszych trudności i zrazili się od pierwszego tomu, na pewno i we Francji jest sporo; dwie rzeczy głównie są tego powodem: z jednej strony zniechęca czytelników zawiły styl Prousta, z drugiej - jego rzekomy snobizm. (...)
 
Powolny tok jego długiego, nieskończenie złożonego zdania posiada w pozornej zawiłości i bezładności sobie tylko właściwy rytm i kadencję. Skomplikowanie tego stylu ma może częściowo źródło i w neurastenii autora, w nerwowej potrzebie wypowiedzenia wszystkiego, co nasuwa mu dana myśl, dany widok czy spostrzeżenie; doznaje się wrażenia, że każde zdanie po prostu wbrew jego woli pociąga za sobą nowe, określające jego myśl ściślej, żal mu jednak i poprzedniego, chce powiedzieć wszystko, to nowe zdanie jeszcze mu nie wystarcza, wtłacza w nie nowe, i tak powstają te dziwne okresy, te długie strony bez jednego "a capite" (co tak bardzo przeraża niedoszłych czytelników Prousta), przypominające kolorowe jajka, którymi bawią się dzieci, gdzie jedno duże jajko zawiera w sobie szereg mniejszych.

Mimo tego skomplikowania zdania te mają swoją specyficzną muzykę, która wpada w ucho od razu, czasami później dopiero narzuca się czytelnikowi, zmuszając go do nagięcia się do swego kapryśnego, falistego rytmu. (...)

Pierwszy tom powieści "Du cote de chez Swann" jest z punktu widzenia kompozycji najważniejszy. Jak ziarno, które zawiera już w sobie wszystkie elementy mające później rozwinąć się w doskonały organizm roślinny, jest to właściwie jeden przewidziany splot motywów, które występować i rozwijać się będą w dalszych tomach, nawiązaniem nici, plączących się potem tyle razy i które znajdujemy w końcu wszystkie w ręku autora. Po przeczytaniu tych szesnastu tomów, z których składa się "A la recherche du temps perdu", ciekawą rzeczą jest właśnie powrócić do pierwszego tomu "Du cote de chez Swann" i skonstatować zdumiewającą wprost logikę kompozycji, która w tym stosunkowo niedługim opowiadaniu o latach dzieciństwa potrafiła zawrzeć już całkowity, choć skrócony do minimum plan olbrzymiego dzieła. (...)

Proust będzie nam opowiadał historię swoją i ludzi, których znał: Swanna i Odetty, pana de Charlus i Verdurinów, Roberta de Saint-Loup i starej Franciszki... czujemy jednak, że nie o to wszystko właściwie chodzi: powieść jest skomponowana jakby od wewnątrz, to znaczy, że sam proces tworzenia jest jego osią i treścią, ale rozumiemy to dopiero w ostatnim tomie, kiedy autor mówi nam o chwili, kiedy sam uświadomił sobie, jakie ma być jego dzieło. W uświadomieniu tym większą rolę odegrał stosunek do sztuki, i warto przy tej okazji wspomnieć o tym, że o sztuce nikt dotychczas nie pisał w ten sposób co Proust. To, co się mówi o sztuce, a w szczególności o muzyce, w "A la recherche du temps perdu" jest jednym z najważniejszych motywów powieści, w niej to autor znajduje uzasadnienie całej swej filozofii. Przypomnijmy sobie opisy fikcyjnych dzieł sztuki we wszystkich najlepszych istniejących powieściach, chociażby takie jak obrazy Marka Rampiona z "Point Corner Point" Huxleya. Wszystkie bez wyjątku są bezbarwne, nic nam nie mówią, i mimo to, co autor pisze o ich genialności, wyobrażamy je sobie jak oleodruki. Proust, mówiąc czy to o muzyce, czy o malarstwie, czy o architekturze (katedra w Balbec), osiąga rzecz najtrudniejszą i której, można śmiało powiedzieć, nie dopiął nikt dotychczas, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę: stwarza atmosferę wielkości artysty, którego dzieła opisuje; wierzymy naprawdę, że Vinteuil jest genialnym muzykiem, Elstir wielkim, prawdziwie twórczym malarzem.  Sekret tej "prawdziwości"  zapewne częściowo leży w tym, że Proust nie boi się powiedzieć o jakimś motywie Vinteuila, że z punktu widzenia estetycznego wydawał mu się brzydki, że "rytm jego czołgał się jakby z trudnością po ziemi".



Anna Iwaszkiewiczowa, fragmenty eseju "Sztuka Prousta" zawartego w książce pt. "Szkice i wspomnienia", Państwowy Instytut Wydawniczy, 1987



Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...