środa, 29 kwietnia 2015

Andrzej Bobkowski, Z dziennika podróży





Andrzej Bobkowski – kim był? Jeszcze parę lat temu ten polski literat był kompletnie nieznany polskiemu czytelnikowi. Wiele lat po śmierci jego twórczość w końcu zaczyna się przebijać do świadomości czytelników, ale daleko mu do popularności innych twórców związanych z paryską „Kulturą”. A przecież Kazimierz Wierzyński mówił o nim: „To talent pisarski o niezwykłych walorach”. Najbardziej znaną jego książką są „Szkice piórkiem”, ale ja miałam na półce „Z dziennika podróży” i o nich chciałam dziś napisać parę słów. 

Zapiski Bobkowskiego zgromadzone w tym wydawnictwie pochodzą z czasów jego powojennego pobytu we Francji, późniejsze zaś stanowią dokumentację jego podróży statkiem z Marsylii do Panamy, skąd później udał się do Gwatemali, gdzie osiadł na stałe aż do przedwczesnej śmierci w 1961 r. 

Andrzej Bobkowski był zapalonym rowerzystą przemierzającym Francję wzdłuż i wszerz. Jego relacje z wypraw rowerowych i z późniejszego rejsu statkiem ukazywały się w powojennej prasie krajowej, jako że pozbawione były jakichkolwiek akcentów politycznych czy odniesień do sytuacji w Polsce. Ich autor wyłania się ze zgromadzonych w wydawnictwie tekstów jako bystry obserwator potrafiący na bazie określonego szczegółu postawić głębszą diagnozę. W swoich opisach koncentruje się na opisie sytuacji w powojennej Francji i stylu życia jej obywateli w warunkach ubóstwa i powszechnego niedostatku charakterystycznego dla powojennej Europy.

W 1950 roku Bobkowski podjął decyzję o emigracji do Gwatemali nie widząc dla siebie przyszłości w Europie. Był wolnym duchem, rzekłoby się dziś „kosmopolitą”, nie był ograniczony tęsknotą za polskością, do której zresztą miał dość krytyczny stosunek. Podjęcie decyzji o emigracji do dalekiego kraju było dla niego dążeniem do osiągnięcia wolności. Przez całą podróż Bobkowski prowadził dziennik. Jego zapiski z podróży III klasą na statku „Jagiełło” dotyczą opisu sytuacyjnego, codziennego życia w warunkach nietypowych, gdy podczas długiej podróży wszyscy pasażerowie zdani byli jedynie na towarzystwo ograniczonego kręgu osób. Opisy kontaktów ze współpasażerami skrzą się ciekawymi porównaniami i skojarzeniami, choć monotonia podróży była trudna do zniesienia, zwłaszcza w pod koniec rejsu.  

Relacje Bobkowskiego, choć spisane ponad 60 lat temu, czyta się z przyjemnością. Może dlatego, że nie koncentrują się na sprawach ówcześnie aktualnych, lecz raczej na ludzkich zachowaniach, które nie zmieniły się aż tak diametralnie. W pewnym momencie, czytając teksty Bobkowskiego nasunęło mi się porównanie do szkiców podróżniczych Sandora Maraia z okresu międzywojennego. Mimo wszelkich różnic, podejście obu literatów do opisywanej rzeczywistości jest zadziwiająco podobne, brakuje również odniesień do sytuacji politycznej w ich ojczyźnie, choć obaj byli emigrantami. 

Andrzej Bobkowski, powoli odzyskujący swoje miejsce w historii literatury polskiej, bezsprzecznie wart jest poznania i uwagi współczesnych czytelników. Odszedł zbyt wcześnie, a znany był bardzo wąskiemu gronu ekspertów. Teraz zaczyna się to trochę zmieniać, czego znakiem jest choćby ta strona Polskiego Radia
. Warto poznać pióro Bobkowskiego i jego styl pisarski, gdyż to przykład kolejnego zapomnianego, a bardzo zdolnego i inteligentnego człowieka, nie tylko pisarza.



Andrzej Bobkowski w Gwatemali
Źródło
Andrzej Bobkowski (1913-61) - rodzina sporo podróżowała, więc przyszły pisarz w dzieciństwie i młodości m.in. Lidę, Wilno i Modlin. W marcu 1939 r. wyjechał z żoną do Francji i tam rozpoczął pracę w fabryce broni w małej miejscowości pod Paryżem. Próbował bezskutecznie wstąpić do polskiego wojska. Zdecydował się więc na powrót do Paryża. Po wojnie przez krótki czas był kierownikiem Księgarni Polskiej w Paryżu, a następnie był magazynierem w YMCA. Współredagował też wychodzące do 1947 r. w Lyonie, a później w Paryżu pismo "Razem Młodzi Przyjaciele".
W 1948 r. Bobkowski opuścił Europę i wraz z żoną wyjechał do Gwatemali. Tam założył sklep z zabawkami i zajął się modelarstwem, nie zaniedbał też pracy pisarskiej. Swoje opowiadania drukował w "Kulturze". Ukazały się jako całość dopiero 9 lat po jego śmierci. Umarł 26 czerwca 1961 r. - przegrał kilkuletnią walkę z rakiem.


 



Autor: Andrzej Bobkowski
Wydawnictwo: Biblioteka Więzi
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 210
 
 

niedziela, 26 kwietnia 2015

czwartek, 23 kwietnia 2015

Wspomnieniowo i bibliotecznie z okazji Światowego Dnia Książki


Dziś świętujemy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. To piękne święto, można je celebrować na różne sposoby, ale główną bohaterką jest książka, obecnie niekoniecznie drukowana.:) Mimo dramatycznych doniesień o poziomie czytelnictwa w Polsce nie dołączam do grona pesymistów. Może dlatego, że codziennie widzę młodych ludzi wykorzystujących czas podróży w środkach komunikacji miejskiej na lekturę. Czasem zdarza mi się nawet w pracy podyskutować o książkach, jakie aktualnie czytam. Nieodmiennie zauważam też niezłą frekwencję w moich dzielnicowych bibliotekach; ostatnio czekałam w kolejce 3 miesiące, aby dostać do przeczytania książkę, która wcale nie była bestsellerem literatury kobiecej. :) Sądzę więc, że słowo pisane ma przed sobą przyszłość, może nie świetlaną, ale na pewno są aspekty pozwalające na podjęcie walki o czytelnika. 

Dla mnie największym fenomenem ostatnich lat są biblioteki. Na przykładzie bibliotek warszawskich (wiem, że nie do końca reprezentatywnych dla całego kraju) widzę, jak zmienił się ich profil, jak przestały być zapyziałymi i przysypanymi kurzem instytucjami a stają się lokalnymi centrami kulturalnymi proponującymi ciekawe inicjatywy. Pozwólcie więc, że napiszę kilka słów o roli czytelnictwa i bibliotek domowych w dworach  polskiego ziemiaństwa w XIX wieku i jaką rolę odegrały one w utrzymaniu polskości w dobrej kondycji przez ponad 100 lat.

Biblioteka w pałacu Przezdzieckich
Źródło

Dwór ziemiański często był ośrodkiem życia kulturalnego, w którym oprócz codziennego życia i gospodarzenia rozwijano również wiele zainteresowań i pasji domowników. W każdym dworze było również pomieszczenie pełniące rolę biblioteki. Czasem bardziej okazałej, zawierającej tysiące tomów, czasem mniej bogatej, liczącej zaledwie kilkaset książek. Obowiązkowo były tam obecne najsłynniejsze dzieła literatury polskiej oraz tomy dotyczące historii Polski. Brak oczytania był cechą wstydliwą.





Do polskich dworów położonych na dalekich Kresach Wschodnich, w najbardziej zapadłych zakątkach dokąd dotarł polski żywioł, wszędzie docierało przynajmniej kilka tytułów gazet i czasopism polskich oraz zagranicznych, których lektura była stałym elementem dnia. Pod koniec XIX wieku powstały czasopisma ukierunkowane na sferę ziemiańską, np. „Wieś i Dwór” czy „Wieś Ilustrowana”.

Poczesne miejsce w spisie domowych lektur zajmowały dzieła polskich klasyków, czytano również autorów współczesnych reprezentujących nurt pozytywizmu i Młodej Polski. Sprowadzano również książki zagraniczne, głównie francuskie, ale również rosyjskie, co było spowodowane wymogami carskiego systemu edukacji wobec uczniów narodowości polskiej. W powszechnym zwyczaju było głośne czytanie lektur, o czym wspominają autorzy wspomnień i pamiętników. 

 
W tamtych czasach rozpowszechniony był system tzw. bibliotek wędrownych, który pozwalał na korzystanie z urozmaiconego zestawu tytułów książkowych bez konieczności ich zakupu. W każdym dworze starano się jednak gromadzić własne zbiory, które miały służyć edukacji i rozrywce umysłowej mieszkańców danego majątku ziemskiego.  (na zdjęciu biblioteka w pałacu Raczyńskich)





Niektóre biblioteki ziemiańskie dysponowały cennymi zbiorami. Tadeusz Epsztein, opisując bibliotekę Kaliksta Dunin-Borkowskiego z Klimaszówki na Podolu, pisze: „Swoje zamiłowania kolekcjonerskie Kalikst Borkowski zaczął rozwijać jako młody człowiek. Po ojcu, a nieco później po bracie Klemensie przejął różne zbiory rodzinne, w tym także bibliotekę, na którą mogły się składać fragmenty dawnych kolekcji, po Czartoryskich, poprzednich właścicielach dóbr klimaszowieckich, i po jezuitach kamienieckich, gdyż ich majątek (Ormiany) w 1800 roku nabył ojciec Kaliksta, Michał Borkowski. Odziedziczoną bibliotekę Borkowski poważnie powiększył przez systematyczne zakupy. Książki polskie i obce sprowadzał z Królestwa Polskiego (z Warszawy) za pośrednictwem księgarzy, niektóre nabywał bezpośrednio podczas podróży, nawet zagranicznych”.

Anna Rey Konstantowa Potocka pisze w książce "Przez góry,doliny..." o bibliotece w Sieciechowicach "(...)Biblioteka miała zaś na gładkim suficie Stworzenie Adama, które mistrz Puszczyński pięknie skopiował. (...)Ściany biblioteki pokrywały makaty z XVIII wieku zakupione w 1880 roku przez stryja Mieczysława. Znajdowały się one w klasztorze Wizytek w Krakowie, haftowane przez Lubomirską. Były to hafty z aplikacjami, przedstawiające sceny z Pisma Swiętego (...) Szafy biblioteczne zawierające pierwodruki Mikołaja Reya, listy królów (Augusta II i Stanisława Augusta) oraz korespondencję Henrietty Ewy Antkwiczówny Sołtysikowej Kuczkowskiej, dwa sztambuchy z wierszem Mickiewicza "Do mojego Cicerone"i zapiskami z ówczesnego jej świata.(...)".
 
Roman Mycielski z biblioteki z pałacu we Wrześni zapamiętał z kolei głowę dzika wiszącą nad jej drzwiami, którą pałacowe dzieci uważały za głównego złego ducha zamieszkującego pałac, któremu należało się kłaniać wchodząc do biblioteki. Biblioteka we Wrześni zastawiona była ozdobnymi szafami w których znajdowało się ok. 4500 książek (według spisu z roku 1993). 


 Moja wymarzona biblioteka domowa wyglądałaby chyba tak:


Źródło

A Wasza? 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Maria Bogucka, Ludzie z Kresów





„Do dziś Niemen, pierwsza rzeka, jaką ujrzałam przyniesiona na rękach nad jej brzegi, wydaje mi się królową rzek, kwintesencją tajemniczej urody wijących się zakolami błękitno-zielonych wód. Zapach czeremchy usypiał mnie wieczorami w Grodnie, pola okalające Druskienniki kwitły barwami maków i chabrów, a zagajniki na obrzeżach rozległego parku w Truskawcu pełne były paproci i leśnych dzwonków, w których wiły swe gniazda ptaki. Te obrazy, niby kolorowe pocztówki, tkwią do dziś żywo w mojej pamięci. Wygnana z krainy dzieciństwa, próbowałam zakorzenić się w Warszawie, potem w Gdańsku i choć tu odkryłam urok pracy w archiwach, choć zaprzyjaźniłam się z dziś już nieżyjącymi mieszkańcami tych miast, to jednak uczucie obcości i osamotnienia pozostało na całe życie.” (strony 9-10)

Profesor Marię Bogucką znałam do tej pory z jej świetnych merytorycznie i ciekawie napisanych biografii królowej Bony i Marii Stuart. Nigdy jednak nie interesowałam się życiorysem autorki. Na szczęście ona sama zdecydowała się napisać wspomnienia o swojej rodzinie wydając tę niewielką rozmiarowo książeczkę (format: 125x170 mm). Co ciekawe, sięgając po tę książkę byłam już po lekturze wspomnień profesor Anny Pawełczyńskiej, która oddała hołd swym przodkom wspominając ich na kartach swojej książki i mimo wielu różnic, oba wydawnictwa dostarczają nam wiedzy o tym, jak wyglądało życie średnio zamożnych dworów kresowych i opisują proces zagłady tego świata. 

Jej przodkowie, zarówno ze strony matki, jak i ojca, pochodzili z Podola. Jak sama autorka zaznacza nie jest to wydawnictwo pisane z pozycji badacza, raczej próba ukazania losów kilku szlacheckich rodzin kresowych od schyłku XVIII wieku aż po drugą połowę XX wieku. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż większość pamiątek i dokumentów przepadło w zawierusze dziejów, ale mimo niewielkich gabarytów „Ludzie z Kresów” zawierają sporo informacji i książka spełnia swoje zadanie: jest kolejnym fragmentem obrazu życia polskiej społeczności na Kresach Wschodnich, dowodem, jak silna mogła być więź z polskością mimo wybitnie niesprzyjających warunków z uwagi na szykany aparatu carskiego, a później na bezlitosny w swej prostocie sowiecki plan pozbawienia kraju narodu.

Autorka więcej miejsca poświęca rodzinie ze strony matki, po której zachowało się więcej dokumentów i pamiątek. Losy rzucały rodzinę Kasprowiczów z Podola, gdzie była ich kolebka aż do Kiszyniowa w obecnej Mołdawii. Należeli do zubożałej szlachty, ale mocno przywiązanej do polskiej tradycji i kultury. Jeden z przodków, mimo zachęt ze strony rosyjskich władz, nie zmienił wyznania, co miało wpływ na jego karierę zawodową, na szczęście jednak zupełnie jej nie przekreśliło, co pozwoliło rodzinie utrzymać całkiem przyzwoity poziom życia. 

O rodzinie Boguckich, przodków jej ojca, zachowało się dużo mniej śladów, choć też pochodzili oni z Podola. Wiele lat po wojnie okazało się, że siostry ojca, które zaginęły w zawierusze lat rewolucji i stalinizmu, przeżyły, ale uległy kompletnemu zruszczeniu, a ich fotografie świadczą, jak wyniszczające były te przeżycia dla zwykłych ludzi... 
 
Po zawierusze rewolucyjnej rodzina Boguckich osiadła w Grodnie, z uwagi na obowiązki ojca (był wojskowym) mieszkali również w Warszawie, ale to, co miało być na zawsze, trwało tylko 20 lat. Maria Bogucka, jako dziewięcioletnia dziewczynka, przeżyła dramatyczną obronę Grodna przed wojskami sowieckimi i pełną niebezpieczeństw ucieczkę do Polski okupowanej przez Niemców; było to rozsądne posunięcie, gdyż jako córka wojskowego narażona była wraz z matką na wywózkę na Syberię w pierwszej kolejności.

Ta historia jest niepełna, brakuje uzupełnienia wielu tropów, ale czyta się tę książkę z niesłabnącym zainteresowaniem. Mimo zastrzeżeń Autorki wyartykułowanych we wstępie, czuć tu również rękę historyka, gdyż wiele się możemy dowiedzieć o miastach i terenach, na których żyli przodkowie Pani Profesor. Jest w tej książce jakiś smutek, poczucie tęsknoty i gorzka świadomość, że Autorka jest ostatnią z rodu, która zachowała pamięć o swoich antenatach. Jest to swoisty hołd dla nich i dla ich świata, który odszedł zmieciony wichrem dziejów.


„Historia ludzi jest zawsze niezrozumiała bez kontekstu dziejów kraju, w jakim się rozgrywała, w tym wypadku dziejów Podola. W swoim świetnym eseju przedstawiającym meandry historii Podola Janusz Kurtyka nazywa tereny położone nad Dniestrem i Bohem „ruchomym pograniczem” (rotating borderland) kultur i cywilizacji. To bardzo trafne określenie dla ziem, które początkowo jako część Rusi Kijowskiej znajdowały się pod wpływem wschodniej, prawosławnej kultury, następnie padły ofiarą najazdów mongolskich, potem dostały się pod panowanie pogańskiej Litwy, kolejno weszły w sferę cywilizacji Zachodu przyniesionej tu wraz z władzą Węgier i Polski (z dwudziestopięcioletnią przerwą na panowanie tureckie w XVII wieku), by wreszcie w wyniku rozbiorów Rzeczypospolitej znaleźć się w składzie imperium rosyjskiego.” (s. 14)

 Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach

 

Autor: Maria Bogucka
Wydawnictwo: Oficyna Naukowa
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 152

 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ulotne chwile (145)


Pokaz jazdy konnej i strzelania z bicza w wykonaniu jeźdźców z puszty
okolice Debreczyna, Węgry
Zdjęcie własne


sobota, 18 kwietnia 2015

Ach, ci pisarze, cz. 3

 
 
To już chyba ostatnia partia anegdotek o pisarzach, jakie udało mi się odnaleźć, żeby ta sobota dobrze się zaczęła. :) 
 
 

Franciszka Karpińskiego, nagabywał w towarzystwie jakiś młodzik, który zaczął wychwalać zagraniczne poezje i wyśmiewać język polski.
- Waćpan podobno jesteś poetą - zwrócił się do Karpińskiego. - Może nam powiesz, jaki dobrać rym do wyrazu 'cietrzew'?
Karpiński natychmiast odrzekł:

Spomiędzy drzew
wyleciał cietrzew
szukał bałwana
i siadł na waćpana!
 
 
 
 
Mark Twain otrzymał kiedyś od przyjaciela z ławy szkolnej kartę pocztową bez znaczka. Po opłaceniu porta, przeczytał, co następuje:
"Stary przyjacielu, przesyłam ci serdeczne pozdrowienia. Mieszkam w Chicago i powodzi mi się doskonale. Twój dawny kolega, Jackson". 


 W jakiś czas potem listonosz przyniósł Jacksonowi nieofrankowaną paczkę o wadze co najmniej 2 kg. Zaintrygowany ciężarem i objętością paczki Jackson uiścił bez wahania koszty przesyłki. Gdy po wielu trudach rozwiązał wszystkie sznurki, odwinął kilka warstw papieru, znalazł wreszcie kamień sporej wielkości oraz liścik następującej treści:
"Stary druhu! Śpieszę ci donieść, że załączony kamień spadł mi z serca, gdy się dowiedziałem z Twego listu, że powodzi ci się dobrze.  Twój stary przyjaciel Mark Twain"



Mark Twain mieszkał w nowym mieszkaniu już blisko pół roku.  Pewnego dnia zupełnie niespodziewanie bez kołnierzyka i w rannych pantoflach, w porze obiadowej zjawił się u mieszkających naprzeciw sąsiadów. Kiedy wprowadzono go do salonu, wygłosił do zdziwionych mieszkańców następujące przemówienie:
Wielce Szanowni Państwo! Aczkolwiek mieszkam w najbliższym sąsiedztwie już pół roku i chciałem państwa odwiedzić, nie dane mi było, ku wielkiemu mojemu ubolewaniu, złożyć państwu wizytę. Zawsze coś stawało na przeszkodzie. Sami zresztą państwo wiecie, jak trudno jest człowiekowi wywiązać się ze swoich najprymitywniejszych obowiązków. Dzisiaj jednak powiedziałem sobie: Teraz to musi nastąpić. Jestem przekonany, że państwo niewątpliwie są zdziwieni; po tak długim ociąganiu się przyszedłem bez kołnierzyka, w rannych pantoflach i wybrałem porę obiadową. To wszystko wyda się państwu nieodpowiednie. Zgadzam się pod tym względem z państwem całkowicie. Mam nadzieję, że państwo mi wybaczą, jeżeli dowiedzą się przyczyny, dla której musiałem zrezygnować z przestrzegania obowiązujących zwyczajów i przybyć do państwa bezzwłocznie. Chciałem donieść, że u państwa pali się i że płomienie wydobywające się z drugiej strony domu obejmują pewnie wiązadła dachu.”


 
O Witkacym (z "Alfabetu wspomnień Słonimskiego)
"Wiadomo było, że już na świecie są kina dźwiękowe, a u nas za parawanem przygrywała na pianinie anonimowa paniusia (...) Witkacy objął w filmie rolę kobiecą i wykrzyknął piskliwie "Ryszardzie, czy stłamsisz mnie i porzucisz z dzieckiem? - Nigdy - odpowiedziałem basem - nie porzucę cię, póki nie zgnije najdrobniejszy korzonek mego drzewa ginekologicznego". Prowadziliśmy przez dłuższą chwilę ten pełen napięcia dialog, gdy wreszcie zrobiła się awantura (...). Wyproszono nas z kina przy czynnej pomocy miejscowego policjanta. Już przy wyjściu Witkacy nagle postawił sprawę na gruncie towarzyskim: "Pan się nam nie przedstawił". Policjant stuknął obcasami oznajmił, że nazywa się Pieniążek. Witkacy mruknął "Witkiewicz", Gucio dodał "Zamoyski", a ja, by nie obniżyć lotu, przedstawiłem się "Sienkiewicz". Policjant był zgorszony i zasmucony: "To panowie u nas mają własne ulice, a nie potrafią się zachować w bioskopie".

 
 




Pewnego razu do Stanisława Wyspiańskiego przyjechał bogaty bankier z prośbą, by ten namalował jego portret. Artysta przyjrzał się dokładnie gościowi i odrzekł:
- Nie widzę powodu.







Mark Twain jedną ze swoich córek wydał za Polaka nazwiskiem Kuryłowicz. Podczas uroczystości 70-tych urodzin Twain’a spytano go, co zamierza teraz robić. Pisarz odparł:
- Resztę życia pragnę zajmować się moim ogrodem, a w wolnych chwilach będę się uczył poprawnie wymawiać nazwisko mojego zięcia.





Pewnego razu Cyprian Kamil Norwid przeglądał zagraniczne gazety, a obecny przy tym jego przyjaciel zapytał:
- Czy jest dziś coś nowego?
- Owszem - odparł artysta.
- A co?
- Data - wyjaśnił Norwid






Podobno kiedy po raz pierwszy spotkali się Boy z Tetmajerem (później zostali kumplami i łazili razem po górach), ten pierwszy przedstawił się:
- Kazimierz Przerwa Tetmajer,
na co Boy odpowiedział z właściwą sobie dezynwolturą:
- Tadeusz bez przerwy Żeleński.


Poprzednie wpisy znajdziecie tu i tu


 Źródło zdjęć

czwartek, 16 kwietnia 2015

Anne Fadiman, Ex libris. Wyznania czytelnika





„Ta książka jest całością, w którą usiłowałam zmienić tysięczny groch z kapustą, spiętrzony na uginających się półkach mej biblioteki.” (s. 8, Przedmowa)

Taki „groch z kapustą” lubię! Anne Fadiman zapewniła molom książkowym świetną lekturę będącą dowodem, że miłość do słowa pisanego nie zamiera i może objawiać się na wiele sposobów. 


Amerykańska eseistka, której rodzice, brat i mąż są ludźmi ogarniętymi pasją czytania, opisała w sposób ciepły i bezpretensjonalny swoje doświadczenia z obcowaniem z książkami na co dzień. Prawdziwy małżeński egzamin zdali z mężem dopiero w momencie, gdy postanowili połączyć swoje biblioteki, co nastręczało sporo trudności, jeśli chodzi o metodologię uporządkowania zbiorów czy podjęcia decyzji, co zrobić z podwójnymi egzemplarzami. I nie obyło się przy tym bez myśli o ewentualności rozwodu.:)

Eseje zebrane w tej książce dotyczą różnych książkowych perypetii autorki i członków jej rodziny. Prezentują one z jednej strony miłość do książek, z drugiej zaś przemyślenia na tematy różne, np. jeden rozdział poświęcony jest literaturze polarniczej, której wielką fanką jest Fadiman czy analiza sposobu zaznaczania w książce miejsca, w którym przerwało się lekturę. Czy dla bibliofila może być coś piękniejszego niż urodzinowy prezent, który pozwoli na zdobycie 19 funtów ukochanych książek z klimatycznego, przesiąkniętego specyficznym zapachem antykwariatu?

„Wybierzcie Veuve Cliquot na swoje urodziny, ale mnie dajcie (…) egzemplarz „Skąpigrosza-bibliomana Vincenta Starretta z 1929 r. za dziewięć dolarów, namiętny pean na cześć zbierania książek, głoszący pogląd, że: „Każde nowe poszukiwanie to wyprawa do Indii, tropienie zakopanego skarbu, podróż do kresu tęczy i bez względu na to, czy u celu wędrówki wychynie kufer złota, czy jedynie wyborna książka, po drodze czekają nas zawsze cuda”. (s. 159, „Proza z odzysku”)

Anne Fadiman jest specjalistką od „książek o książkach”, dlatego też „Ex libris” jest nieocenionym źródłem tytułów w większości kompletnie nieznanych polskiemu czytelnikowi. Z polskich tytułów możemy przywołać tylko „Książki i ludzie” Barbary N. Łopieńskiej, „Zamieszkać w Bibliotece” Jana Tomkowskiego i nieznane mi jeszcze dwie kultowe pozycje ksiązkomaniaków, czyli „Moje życie z książką” Zuzanny Rabskiej oraz „Kwestia gustu” Adama Ważyka. Tych tytułów Anne Fadiman nie zna, ale nie zmienia to faktu, że dzięki jej zmysłowi humoru i erudycji czyta się tę książkę z ogromną przyjemnością i ukontentowaniem. Czy z jakiejkolwiek innego wydawnictwa dowiedzielibyście się, kto jest autorem najbardziej przegadanej 29-stronicowej „książki o książkach”? :) „Ex libris” dostarczy Wam odpowiedzi na to pytanie.

Ta książka, świetnie przetłumaczona przez Hannę Pustułę i Pawła Piaseckiego nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie udział Jana Gondowicza, który opracował merytorycznie książkę i jest autorem not wyjaśniających zamieszczonych na końcu każdego rozdziału. Noty te nie tylko wyjaśniają czytelnikowi pewne niuanse opisywane przez Anne Fadiman, ale przede wszystkim z dużym talentem i znawstwem przekazuje swoje opinie związane z tematem. Zaznaczyć należy, że komentarze i wyjaśnienia są tu niezbędne, gdyż Anne Fadiman zwracała się głównie do odbiorcy anglosaskiego, stąd pewne kwestie mogły być dla polskiego odbiorcy niejasne, a dzięki Gondowiczowi tak nie jest. Wielkie uznanie dla wydawnictwa i redaktora za naprawdę doskonałe teksty wyjaśnień; poniżej podaję przykład stylu polskiego redaktora, który wyjaśnia, czym jest „blurb”:

„Blurb to zwięzła reklama w szczególnie podniosłym tonie, umieszczana w książce na skrzydełku lub czwartej stronie okładki, w edytorstwie polskim zwanej wdzięcznie „dupką”.

Eseje Anne Fadiman z komentarzami Jana Gondowicza to wspaniała kombinacja. „Ex libris. Wyznania czytelnika” to lektura obowiązkowa dla wszystkich moli książkowych*.



*„Nazywając ludzi molami książkowymi, przyrównujemy ich do larw owadów, głównie przedstawicieli rzędów Thysanura i Psocoptera, na których całą dietę składa się papier i klej. „Książki to pokarm – napisał angielski krytyk Holbrook Jackson – biblioteki to mnóstwo mięsnych dań, stosownych do wszelakich podniebień (…). Jadamy je z miłości bądź potrzeby, jak i inne pokarmy, lecz nade wszystko z miłości.” (strony 105-106, esej „Literacki żarłok”)



Autor: Anne Fadiman
Tytuł oryginalny: Ex Libris: Confessions of a Common Reader
Wydawnictwo: Świat literacki
Tłumacze: Hanna Pustuła, Paweł Piasecki
Opracowanie i noty: Jan Gondowicz
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 175
 

 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej


 
 
 Guziki
[ Pamięci kapitana Edwarda Herberta ]

 Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

 tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów
 
Zbigniew Herbert

 

 
13 kwietnia przypada Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej

Tego dnia w 1943 r. niemieckie radio nadało oficjalny komunikat o odkryciu w lesie katyńskim grobów z ciałami kilku tysięcy polskich żołnierzy zamordowanych przez sowieckich oprawców.
 
Cześć pamięci polskich oficerów!

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej polecam tę stronę:
http://www.pamietamkatyn1940.pl/

  

sobota, 11 kwietnia 2015

To skomplikowane




Rzadko, bo rzadko, ale czasem pisuję to o filmach. Tym razem dopadł mnie wirus i wylądowałam na tydzień w łóżku. Czułam się na tyle źle, że nie mogłam sięgnąć po ambitniejszą lekturę czy nawet sklecić jakiegoś tekstu o przeczytanych książkach. Z uwagi na tę słabość obejrzałam zaledwie jeden film i zaczęłam czytać jedną książkę, obie rzeczy z założenia miały być lekkie, łatwe i przyjemne.
 
Jeśli chodzi o film, mój wybór padł na "To skomplikowane" z 2009 r., w którym główne role zagrali Meryl Streep i Alec Baldwin. Meryl Streep uwielbiam, Aleca lubię, więc miałam nadzieję na przyjemnie spędzony czas, który pozwoli mi na chwilę odpędzić złe samopoczucie.

Główną bohaterką jest Jane (Meryl Streep), matka trójki dorosłych dzieci, rozwiedziona od 10 lat z Jake'iem (Alec Baldwin), który ożenił się z dużo młodszą kobietą. Jane uporała się z rozwodem, jest niezależną kobietą, właścicielką - jak się wydaje - dobrze prosperującej kawiarni. W momencie wyprowadzki z domu najmłodszego dziecka, Jane odczuwa jednak swoją samotność. W przeddzień uroczystości wręczenia dyplomu uniwersyteckiego najmłodszemu synowi zupełnie niespodziewanie dochodzi do zbliżenia między nią a byłym mężem, w czym oboje znajdują przyjemność i odradza się ich wzajemna fascynacja. Jane staje się więc kochanką własnego ex-męża. Ten romans utrzymywany jest w tajemnicy przed dziećmi, tymczasem na horyzoncie pojawia się Adam (Steve Martin), architekt wynajęty przez Jane do przebudowy domu. Wydaje się on bardzo zainteresowany nawiązaniem z Jane bliższej relacji...
 
Fajny początek, niezły środek, ale kompletnie nieudana końcówka. Tak w skrócie można przedstawić moje wrażenia z domowego seansu. Choć scenariusz jest bardzo przewidywalny, to jednak poniżej będzie parę spojlerów, więc jeśli planujecie obejrzenie tego filmu, nie czytajcie dalej. :)

Nie mam specjalnych zastrzeżeń do aktorstwa głównych bohaterów, aczkolwiek Steve Martin wypadł - według mnie - kompletnie bezbarwnie. Najsłabszym elementem filmu jest niespójny i przewidywalny scenariusz, a zakończenie filmu kompletnie nie pasuje do wcześniejszego przebiegu wydarzeń. Z jednej strony bohaterka rzuca się w romans z byłym mężem, przypominają sobie wspólnie najlepsze wspólne chwile, ewidentnie czuje się ich wzajemną fascynację, ale gdy dochodzi do konkretów, ona się wycofuje wybierając Adama, z którym nie widać było specjalnej "chemii". Nagle się też okazuje, że dzieci (już dorosłe) jeszcze "nie uporały się z rozwodem" (po 10 latach!) - wedle słów najstarszej córki. Jakieś to wszystko jest niespójne i dlatego oglądanie ostatnich 30 minut nie było już dla mnie rozrywką, lecz raczej walką z nudą.   

Poza scenami, w których udział biorą Meryl Streep i Alec Baldwin, gdzie widać ich dobrą komitywę, niezłym momentem jest pokazanie wizyty Jake'a w klinice płodności, w poczekalni której siedzą starsi panowie i ich młode partnerki. Znak czasów...

Podsumowując, film był lekki, łatwy i do pewnego momentu przyjemny, z aktorami, których lubię i cenię, ale z zepsutą końcówką. Nie przewiduję ponownego seansu. :)

środa, 8 kwietnia 2015

Italo Calvino, Niewidzialne miasta





“Marko Polo opisuje most, kamień po kamieniu.
- Ale który kamień wspiera most? – pyta Kubłaj-chan.
- Most nie wspiera się na tym czy innym kamieniu – odpowiada Marko – lecz na utworzonej przez nie linii łuku.
Kubłaj-chan trwa w milczeniu, medytując. Potem dorzuca:
- Czemu mówisz mi o kamieniach? Obchodzi mnie tylko łuk.
Polo odpowiada:
- Bez kamieni nie ma łuku.” (s. 63)


Italo Calvino to mistrz słowa. Gdy czyta się jego teksty człowiek przenosi się do innego wymiaru. Nie inaczej rzecz się ma z „Niewidzialnymi miastami”. Ta cienka książeczka nie obiecuje wiele. Ot, wyimaginowana rozmowa Marko Polo z Kubłaj-chanem, prowadzona o zmierzchu, podczas której wenecki podróżnik opowiada władcy o fantastycznych miastach imperium. Nic bardziej mylnego! Dzięki nieposkromionej wyobraźni autora możemy wyobrazić sobie te czasem niemal fantasmagoryczne twory miejskie zrodzone w umyśle, a może snach Italo Calvino. Ale to tylko pierwsze wrażenie, gdyż książka oferuje nam dużo więcej. Znajdziemy tu przemyślenia na temat kondycji życia ludzkiego, podróży, refleksje, które zapadają w pamięć i duszę. Marko Polo nie opisuje miast jako takich, czasem są to magiczne, niemal baśniowe charakterystyki miast, często zaś opowieść ma drugie dno stanowiące projekcję naszych marzeń i obaw. Czy wszystkie wizje Marka są wykonalne? Jeśli tylko nasza wyobraźnia je stworzy to tak, te miasta istnieją naprawdę, tak jak istnieją doskonałe dzieła sztuki oddziałujące na wrażliwość ludzką.

„Inne jest miasto tego, kto mija je nie zatrzymując się, a inne tego, kto raz przez nie pojmany, nigdy go nie opuszcza; inne jest miasto, do którego przyjeżdża się po raz pierwszy, zaś inne to, które porzuca się, aby nigdy do niego nie wrócić; każde zasługuje na odmienną nazwę; może mówiłem już o Irenie pod innymi imionami; może przez cały czas mówiłem tylko o Irenie.” (s. 97)

Trudno zaklasyfikować tę książkę do określonego gatunku literackiego. Opowieść podzielona jest na kilka części, a części na kategorie i odcinki rozrzucone przypadkowo po całej książce. Można czytać dziełko zgodnie z numeracją stronic, można też przyjąć metodę poznawania poszczególnych kategorii zgodnie z numeracją odcinków. W niczym nie przeszkadza to lekturze i coraz bardziej wciąga. Nazwy tych kategorii nie są zresztą przypadkowe. W moim odczuciu stanowią one pewien szyfr. Opisy nie ograniczają się bowiem do wieku XIII, gdy odbywa się rozmowa Marko Polo z chanem. Marko opowiada też o współczesnych miastach i ich postępującej unifikacji i braku rozpoznawalności, dzięki czemu książka jest poza czasem i geografią. Kategoria „pragnień” może być wyrazem marzeń, a „Miasta i znaki” to oczekiwania z przeszłości. Ale te moje dywagacje są zbyt jednoznaczne, podczas gdy „Niewidzialne miasta” oferują wielopłaszczyznową konstrukcję literacką i szerokie ramy dla pobudzenia indywidualnej wrażliwości. 

Oprócz tych króciutkich szkiców mamy również zapis dyskursu obu bohaterów, pełen rozmaitych niuansów i spostrzeżeń natury ogólnej. Czym jest rozmowa? Czy potrzebne są słowa? O czym opowiada Marco Polo? O miastach, które odwiedził, które mu się przyśniły i istnieją tylko w jego wyobraźni czy może opowiada o jednym i tym samym mieście. Dla wszystkich miłośników miasta rodzinnego Marko Polo mam jeden znaczący cytat, który powinien stanowić wystarczającą zachętę do zainteresowania książką: 

„Za każdym razem, kiedy opisuję jakieś miasto, mówię coś o Wenecji.” (s. 66)

W tekście jest wiele zagadnień, odniesień do kultury i literatury światowej, z których odgadłam zapewne jakiś jeden promil tego, co jest tam zawarte, ale uczta słowa pisanego, wyobraźni, kreatywności i fantazji wynagradza nam wrażenie, że jesteśmy zbyt słabo oczytani. :)  Ta niewielka książka może być dla każdego czytelnika czymś innym, jego własnym odkryciem czy też sposobem na odnalezienie nieznanych dotąd ścieżek wyobraźni. Zwłaszcza ostatnie szkice i rozmowy dwóch bohaterów poruszają do głębi i sprawiają, że ze świata fantazji przenosimy się w świat naszego jestestwa, wrażliwości i ładu moralnego.

Nie waham się stwierdzić, że jest to książka głęboka, oferująca kaloryczną pożywkę dla naszego umysłu i wyobraźni. Nic nie wydaje mi się w niej zbędne, choć to niełatwa lektura, zwłaszcza na początku. Ta książka to taki cudowny wytwór wyobraźni pisarza, która pobudza nasze emocje i skłania do uwolnienia swoich marzeń. Możemy ją otworzyć przed snem na „chybił trafił” i pogrążyć się w lekturze przenoszącej nas w inny świat, niby daleki i egzotyczny, a z każdą lekturą coraz bliższy. I kto wie, może któreś z tych miast nam się przyśni?

"Piekło żyjących nie jest czymś, co nastanie; jeśli istnieje, jest już tutaj, jest piekłem, w którym żyjemy na co dzień, które tworzymy, przebywając razem. Są dwa sposoby, aby nie sprawiało ono cierpień. Pierwszy jest nietrudny dla wielu ludzi: zaakceptować piekło i stać się jego częścią, aż przestanie się je dostrzegać. Drugi jest ryzykowny i wymaga ciągłej uwagi i ćwiczenia: odszukać i umieć rozpoznać, kto i co pośród piekła piekłem nie jest, i utrwalić to, i rozprzestrzenić." (s. 128) 


Autor: Italo Calvino
Tytuł oryginalny: Le citta invisibili
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Alina Kreisberg
Rok wydania: 1975
Liczba stron: 132


 

niedziela, 5 kwietnia 2015

sobota, 4 kwietnia 2015

Wielkanocne życzenia


Źródło


Wszystkim odwiedzającym mojego bloga życzę radosnych Świąt Wielkiej Nocy! 


Niech tajemnica zwycięstwa Życia, którą dziś świętujemy doda sił do wędrówki przez codzienność!

Wesołego Alleluja!




czwartek, 2 kwietnia 2015

Światowy Dzień Książki dla Dzieci


Źródło


Bardzo mnie cieszy, że istnieje Dzień Książki dla Dzieci! pisanie dla dzieci wymaga niesamowitej wyobraźni, bogatej, pokazującej różnorodność i piękno świata, a jednocześnie gotowej do przekazania prostych prawd wprowadzających dziecko w życie. 

Światowy Dzień Książki dla Dzieci został ustanowiony w celu promowania pięknej literatury i grafiki dla młodego czytelnika. Obchodzony jest 2 IV, w dniu urodzin Andersena. Co roku inny kraj jest gospodarzem tego dnia, projektując i rozsyłając plakat z mottem.

W tym roku gospodarzem dnia jest Irlandia, plakat projektowała Niamh Sharkey, a autorką „Listu do dzieci całego świata” jest Siobhan Parkinson. Tekst listu, w tłumaczeniu Katarzyny Ryrych, brzmi następująco:


List do dzieci świata

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

Czytelnicy zawsze pytają pisarzy jak to się dzieje, że piszą swoje historie…skąd przychodzą pomysły? Z mojej wyobraźni, odpowiada autor. Aha, odpowiadają czytelnicy. Ale gdzie jest ta wyobraźnia? Co to jest takiego? I czy każdy to ma?

No tak.. odpowiada pisarz, to jest w mojej głowie, i to składa się z obrazów i słów i wspomnień i śladów innych historii i słów i fragmentów rzeczy i melodii i myśli i twarzy i potworów i kształtów i słów i fal i tajemnic i pejzaży i słów i i zapachów i uczuć i kolorów i rymów i kliknięć i szelestów i smaków i wybuchów energii i zagadek i podmuchów wiatru i słów… I to wszystko razem miesza się i śpiewa, i kręci jak w kalejdoskopie i płynie i siedzi i myśli i drapie się po głowie.

Oczywiście, każdy ma wyobraźnię, inaczej nie moglibyśmy śnić. Ale każda wyobraźnia składa się z czegoś innego. Wyobraźnia kucharza ma najwięcej smaku, malarza najwięcej kolorów i kształtów. A pisarza jest pełna słów.

Wyobraźnia czytelnika i słuchacza opiera się również na słowach. Wyobraźnia pisarza wiąże słowa, nadaje kształt pojęciom, składa dźwięki i kształty i charaktery i wydarzenia w historię a historia składa się z niczego innego jak ze słów, batalionu słów maszerujących przez stronice. Następnie przychodzi czytelnik i strony ożywia. Słowa pozostają na stronie, ale w głowie czytelnika nabierają kształtów I historia zaczyna się dziać właśnie tam, tak jak uprzednio w głowie pisarza.

Dlatego czytelnik jest równie ważny jak pisarz. Każda jedna historia ma jednego pisarza, ale istnieją miliony czytelników, tych którzy mówią w jego języku lub używają języków obcych, na które książka została przetłumaczona. Bez pisarza książka nigdy by się nie narodziła, ale bez czytelników nie ożyłaby.

Każdy czytelnik ma coś wspólnego z drugim odbiorcą tej samej opowieści. Osobno i wspólnie odtwarzają historię w swojej wyobraźni, ten akt jest zarówno prywatny jak i publiczny, indywidualny i wspólny, osobisty i międzynarodowy. To jest coś, co człowiek robi najlepiej…

Czytajcie !

(Źródło)




Czytam synkowi co wieczór i fajne jest to, że oboje znajdujemy w tym przyjemność. Odkryliśmy już jakiś czas temu książeczki o Panu Kuleczce autorstwa Wojciecha Widłaka i jest to lektura, która bardzo przemawia do wyobraźni mojego pięcioletniego dziecka. 

Przygody pana Kuleczki, psa Pypcia, kaczki Katastrofy i muchy Bzyk-Bzyk opisane są w krótkich opowiadaniach i dotyczą spraw codziennych. Każde wyjście na spacer, robienie zakupów, jazda windą, gotowanie zupy, gra w skojarzenia i wiele innych zwyczajnych czynności może być niezapomnianym przeżyciem i uczyć czegoś ważnego. Uczą się nie tylko bohaterowie, ale przede wszystkim czytelnicy, i to nie tylko ci najmłodsi. :) Co ciekawe, choć bohaterowie żyją tu i teraz, w zwyczajnym bloku, ich życie jest pozbawione pewnego urządzenia, które znajduje się w niemal kazdym domu. Tak, nasi bohaterowie nie oglądają telewizji. Dzięki temu mają możliwość rozmowy o wszystkim. Zapomniałam bowiem wspomnieć, że zwierzęta mieszkające z panem Kuleczką mówią, i to całkiem dużo. Najmniej komunikatywna jest Bzyk-Bzyk, ale ekstrawertyczna kaczka Katastrofa i spokojny pies Pypeć nadrabiają jej dosyć jednostajny przekaz. :) 

A bohaterowie cyklu książek rozmawiają dużo i o wszystkim co ich interesuje, i o sprawach ważnych, jak i o tych zupełnie trywialnych. I to jest najważniejsza nauka, która płynie z tych tekstów: trzeba ze sobą rozmawiać, a swojego rozmówcę traktować poważnie. Rozmawiając z drugą osobą trzeba jej właśnie poświęcać uwagę, a nie spędzać czas przed ekranem telewizora i komputera, o czym niektórzy pasjonaci elektronicznych gadżetów i portali społecznościowych wydają się zapominać. 

Poznaliśmy do tej pory pięć z sześciu książeczek z serii i ciągle nie mamy dosyć. Piękna i mądra książka do wspólnego czytania. Polecam małym i dużym czytelnikom!


środa, 1 kwietnia 2015

Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach



 


„Tak więc wrzesień. Początek końca. Ostatni wysiłek świata zanim zacznie powoli gasnąć, popielić się i zamierać. Heroiczny miesiąc.” (s. 102)

Andrzej Stasiuk to specyficzny twórca; albo się ulegnie magii jego pisarstwa, albo uzna za nudziarza. Jego proza ma w sobie dużo melancholii, nostalgii, szukania sensu w świece obecnym i minionym. Mimo zaszycia w swojej małej ojczyźnie w Bieszczadach zew podróży wzywa go co jakiś czas i wyrusza głównie na południe i wschód, a potem opisuje swoje wrażenia i wzruszenia w swoich książkach. 

Nie pretenduję do bycia ekspertem w odniesieniu do twórczości pisarza, gdyż przed sięgnięciem po „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” przeczytałam do tej pory zaledwie dwie jego książki, ale przyznaję, że jego „nudziarstwo” mnie czaruje. Jego spostrzeżenia, porównania, odczucia otoczone są lekką mgiełką niedopowiedzenia, smutku i jakby dekadenckiego nastroju, co mnie osobiście czaruje, choć nie wszystkie jego teksty są na równie wysokim poziomie.

„Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” to zbiór szkiców, który sprawia wrażenie dość przypadkowego. Nie odnalazłam tu jakiejś generalnej myśli przewodniej, no chyba, że za taką uznać podróż na wschód rozumiany szeroko od nadbużańskiej krainy dzieciństwa po stepy Mongolii i syberyjskie osady. Ten misz-masz dziwi mniej, gdy przeczytamy informację zamieszczoną na końcu książki, iż szkice zawarte w książce pochodzą z wydawnictw prasowych i internetowych z ostatnich lat.

Poziom esejów zawartych w omawianej dziś książce jest dość nierówny. Miło mi się czytało wspomnienia z wyjazdów na wieś do babci w czasach dzieciństwa autora, może dlatego, że ja również udawałam się na wakacyjny wypoczynek w tamte rejony. :) Zachwycił mnie szkic „Najsłynniejsi Łemkowie świata”, w którym Andrzej Stasiuk wspomina dwóch artystów pochodzenia łemkowskiego i z pewnością nigdy nie zgadniecie, o kim on traktuje. :)

Proza Stasiuka jest prosta i przystępna, ale nasączona melancholią i tęsknotą. Każdy może się w niej odnaleźć, choćby przez wspomnienie swoich magicznych momentów z peregrynacji dalszych i bliższych. Nie każdy jednak potrafi przekuć swoje doświadczenia w ciekawy tekst. Nie zawsze udaje się to również Stasiukowi. Lubię jego styl pisarski, ale czasami jego wnioski zupełnie rozmijają się z moimi odczuciami i zadziwiają swoją powierzchownością. Dopóki jednak Andrzej Stasiuk będzie autorem takich perełek, jak „Palenie”, „Wrzesień” czy „Wujek”, dopóty będę go czytać z nadzieją i oczekiwaniem na nowe odkrycia.

„Przyglądam się mapie wiszącej na ścianie. Wschodnia granica Unii przypomina rzekę łączącą Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym. Przebiega u nasady naszego kontynentu, który w istocie jest maleńkim półwyspem na euroazjatyckim lądzie. Na cienką krętą linię napiera cały ogromny Wschód. Napiera Rosja z Syberią, Azja Centralna, napierają Chiny, Indie oraz Indochiny. Wszyscy pożądają europejskich bogactw, europejskiego komfortu, europejskiego luksusu. Nie ma się co oszukiwać – pożądają tego wszystkiego nawet ascetyczni i fundamentalistyczni mahometanie. Setki milionów ludzi chcą się wybrać w podróż. Dziesiątki wybierają się i stają u bram naszej krainy. (…) Przyglądam się granicy na mapie i widzę, jak jest krucha. Krucha i nie do utrzymania. Żyjemy na naszym półwyspie jak w oblężonej twierdzy. (s. 62)


Autor: Andrzej Stasiuk
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 176

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...