- Strona główna
- Autorzy A - Z
- Lista BBC
- Inspirujące cytaty
- Podróżniczo
- Przeczytane w 2010 r.
- Przeczytane w 2011 r.
- Przeczytane w 2012 r.
- Przeczytane w 2013 r.
- Przeczytane w 2014 r.
- Przeczytane w 2015 r.
- Przeczytane w 2016 r.
- Przeczytane w 2017 r.
- Przeczytane w 2018 r.
- Przeczytane w 2019 r.
- Przeczytane w 2020 r.
- Przeczytane w 2021 r.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 maja 2017
Lawrence Durrell, Gorzkie cytryny Cypru
Lawrence Durrell (1912 – 90) był znanym pisarzem angielskim, który urodził się w Indiach i przyzwyczajony do ciepłego klimatu nie znosił angielskiej pogody. To spowodowało, że mieszkał w wielu miejscach na południu Europy, m.in. na Rodos i na Cyprze, by w końcu osiąść we Francji.
Na Cyprze mieszkał w latach 1953-56, kiedy zaczynały się tam niepokoje związane z rozwojem ruchu niepodległościowego, co w końcu zmusiło pisarza do opuszczenia tej pięknej wyspy. „Gorzkie cytryny Cypru” to – jak zapowiada podtytuł – opowieść o wyspie i ludziach.
Pierwsza część tomu jest ciepłą i dowcipną opowieścią o północnym Cyprze, ludziach, których spotkał Durrell podczas zakupu domu na wyspie. Przyznam, że opis transakcji kupna domu w Bellapais był jednym z najzabawniejszych opisów śródziemnomorskiej kultury życia. :) Choć nastrój tych wspomnień jest ciepły i nostalgiczny, ludzie przyjaźni, to jednak w miarę upływu czasu do głosu dochodzi polityka i rozbieżne interesy Grecji, Turcji i Wielkiej Brytanii na urokliwej wyspie.
Pisarz opisuje te wydarzenia z sympatią wobec Cypryjczyków, ale ze stoickim spokojem odnotowuje również kompletnie oderwaną od realiów politykę brytyjską, co przyczynia się do zaognienia sytuacji i eskalacji zagrożenia dla Brytyjczyków i dla tych Cypryjczyków, których uważa się za ich popleczników.
Końcówka książki to już właściwie relacja z początku wojny domowej, co doprowadza do skrytobójczych zabójstw i gróźb śmierci wobec osób zbyt blisko związanych z władzami brytyjskimi.
Pisarz, który przez ostatnie lata pobytu na wyspie był zatrudniony w administracji gubernatora, czuje narastające zagrożenie i ostatecznie opuszcza ten piękny zakątek świata.
Choć pisarz nie wspomniał w książce o swojej sytuacji rodzinnej, to sprawiała ona, że jego rozterki i obawy były większe niż to, co możemy wyczytać z kart wspomnień. Na skutek choroby drugiej żony, Lawrence Durrell przybył na Cypr z dwuletnią córeczką, a opuszczał wyspę, gdy ta miała pięć lat. Obawa o życie swoje i dziecka na pewno odegrała rolę w podjęciu tej trudnej decyzji, gdy ukochany dom mógł stać się śmiertelną pułapką.
Książka, która zapowiada się jak prekursorka ciepłych opowieści o Anglosasach, którzy zdecydowali się osiąść na południu Europy, przekształca się w trakcie lektury w opowieść o zagubieniu zwykłego człowieka w meandrach polityki, która niestety ma wpływ na jego życie.
Zachęcam do przeczytania tej książki. Oprócz walorów literackich i poznawczych (miałam dość mgliste pojęcie o wydarzeniach na Cyprze w latach 50-tych XX w.), ta książka wzbudziła też we mnie ochotę do poznania „Kwartetu aleksandryjskiego”, najważniejszego dzieła Lawrence’a Durrella.
Autor: Lawrence Durrell
Tytuł oryginalny: Bitter lemons
Wydawnictwo: świat Książki
Tłumacz: Małgorzata Szubert
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 223
środa, 10 sierpnia 2016
Mitch Albom, Pięć osób, które spotykamy w niebie
„Żadna historia nie jest oderwana od innych. Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie.”
Książka wpadła mi w ręce przypadkowo podczas przeglądania zawartości półek bibliotecznych. Mój apetyt na dobrą lekturę zwiększył się, gdy zauważyłam, że tytuł ten figuruje na liście 100 książek, które trzeba przeczytać, firmowanej przez BBC. Oczywiście, ta lista nie jest dla mnie niepodważalnym kanonem, ale traktuję ją jako pewien wyznacznik jakości lektury.
Akcja rozpoczyna się w dniu śmierci głównego bohatera, 83-letniego Eddiego, weterana wojennego pracującego w prowincjonalnym wesołym miasteczku, człowieka, który niczym specjalnym się nie wyróżnił ani nie zasłynął. Przeżył swoje życie spokojnie, bez specjalnych osiągnięć, oddany swojej żonie i lubiany przez kolegów. Ot, zwykły, szary człowiek.
Historię Eddiego poznajemy, gdy bohater umiera i trafia do nieba. Spotyka się tam z pięcioma osobami, które spotkał w życiu, czasem zupełnie ich nie zauważając, a jednak te właśnie osoby miały wpływ na bieg jego życia. Każda z nich uświadamia mu jakąś prawdę, którą on sam przeoczył. Spotykane osoby przypominają bohaterowi kolejne wydarzenia i ich znaczenie dla kształtowania się jego osobowości, swoiste „kamienie milowe” jego życia. Te spotkania uświadamiają Eddiemu, że każdy człowiek, każda życiowa historia jest ważna, każda niesie przesłanie i prawdę. Jest to niejako oczyszczenie i pogodzenie się z szarym i nieudanym życiem, które często naszego bohatera uwierało.
Akcja rozpoczyna się w dniu śmierci głównego bohatera, 83-letniego Eddiego, weterana wojennego pracującego w prowincjonalnym wesołym miasteczku, człowieka, który niczym specjalnym się nie wyróżnił ani nie zasłynął. Przeżył swoje życie spokojnie, bez specjalnych osiągnięć, oddany swojej żonie i lubiany przez kolegów. Ot, zwykły, szary człowiek.
Historię Eddiego poznajemy, gdy bohater umiera i trafia do nieba. Spotyka się tam z pięcioma osobami, które spotkał w życiu, czasem zupełnie ich nie zauważając, a jednak te właśnie osoby miały wpływ na bieg jego życia. Każda z nich uświadamia mu jakąś prawdę, którą on sam przeoczył. Spotykane osoby przypominają bohaterowi kolejne wydarzenia i ich znaczenie dla kształtowania się jego osobowości, swoiste „kamienie milowe” jego życia. Te spotkania uświadamiają Eddiemu, że każdy człowiek, każda życiowa historia jest ważna, każda niesie przesłanie i prawdę. Jest to niejako oczyszczenie i pogodzenie się z szarym i nieudanym życiem, które często naszego bohatera uwierało.
Książka napisana jest bardzo prostym, przystępnym językiem. Czyta się ją bardzo łatwo, nawet – mając na uwadze tematykę – chyba zbyt łatwo. Kolejne spotkania i parę złotych myśli nie skłania nas do głębszego zastanowienia i czytelnik szybko przerzuca kolejne stronice.
Książka jest ciekawą próbą dowartościowującej i mądrej lektury. Przyznam jednak, że moje oczekiwania były nieco wyższe i po przeczytaniu książki mam pewien niedosyt. Nie jest to zła książka, na pewno warto się z nią zapoznać. Jednak na listę BBC nie powinny trafiać książki dobre, lecz wybitne, a ta nią nie jest.
Autor: Mitch Albom
Tytuł oryginalny: The five people you meet in heaven
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Joanna Puchalska
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 200
Książka jest ciekawą próbą dowartościowującej i mądrej lektury. Przyznam jednak, że moje oczekiwania były nieco wyższe i po przeczytaniu książki mam pewien niedosyt. Nie jest to zła książka, na pewno warto się z nią zapoznać. Jednak na listę BBC nie powinny trafiać książki dobre, lecz wybitne, a ta nią nie jest.
Autor: Mitch Albom
Tytuł oryginalny: The five people you meet in heaven
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Joanna Puchalska
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 200
wtorek, 16 grudnia 2014
Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Gaumardżos. Opowieści z Gruzji
Małżeństwo Mellerów zakochało się w Gruzji, czego dowodem jest ta książka, a przede wszystkim zorganizowanie własnego ślubu i wesela w tym zakaukaskim kraju wśród tamtejszych przyjaciół w prawdziwie gruzińskim stylu, którego specyfikę poznajemy w “Gaumardżos”. Tytuł książki jest w mojej opinii idealny - pochodzi z języka gruzińskiego i odnosi się do tradycji biesiady, istotnego czynnika tożsamości gruzińskiej. A co oznacza? „Na zdrowie!”, zawołanie niezbędne podczas gruzińskiej uczty, ale także "Życzę ci zwycięstwa!".
Nie jest to książka podróżnicza ani przewodnik. Nie można jej również potraktować ja ko reportażu. Jest wszystkim po trochu, swoistym misz-maszem. „Gaumardżos” to wyznanie miłości do Gruzji i Gruzinów. Autorzy piszą o niełatwej, często bolesnej historii tego kraju, o ukochanych miejscach i o tradycjach ze szczególnym uwzględnieniem jedynych w swoim rodzaju gruzińskich uczt i toastów, które w tym kraju nie są tylko zwyczajem, lecz prawdziwą sztuką.
Marcin Meller jest zafascynowany Gruzją od lat 90-tych, gdy trafił tam jako korespondent wojenny i niejednokrotnie przeżywał chwile grozy, które zresztą znalazły odzwierciedlenie w tekstach zamieszczonych w „Gaumardżos”. Jego żona, współautorka książki, zaraziła się tym uczuciem właśnie od niego.
Jest to lektura ciepła, sympatyczna i energetyczna. Poznajemy specyfikę kraju i ludzi, poznajemy najbardziej ulubione zakątki autorów, dzięki czemu po raz pierwszy mogłam zetknąć się z egzotycznie brzmiącymi nazwami gruzińskich krain: Chewsuretią, Swanią, Tuszetią czy Adżarią. Książka nie mogła się też obyć bez odniesień do najsłynniejszego chyba Gruzina w dziejach, czyli Józefa Stalina, ale przy okazji poznajemy powszechnie szanowaną i wielbioną przez Gruzinów postać królowej Tamary, której istnienia my – nie zaczadzeni gruzjofilią - nie znamy. Poprawka, nie znaliśmy przed lekturą „Gaumardżos”. :)
Nie ma większego sensu to streszczać kolejnych tekstów, każdy dotyczy innego zagadnienia, a ich autorami są albo Marcin Meller, albo Anna Dziewit Meller. Mnie zdecydowanie bardziej odpowiada styl pisarski Marcina Mellera, który w moim przekonaniu bardziej prawdziwie oddał ducha gruzińskiego; mam tu na myśli zarówno jego reporterskie relacje z wojennej zawieruchy lat 90-tych, czy to z codziennych kontaktów z gruzińskimi przyjaciółmi. Potrafi z nich stworzyć małą perełkę literacką budzącą przerażenie grozą sytuacji lub pobudzającą do śmiechu dzięki niezaprzeczalnemu komizmowi w opisach gruzińskich zwyczajów i stosunków międzyludzkich. Teksty Anny Dziewit-Meller odebrałam dość letnio, nie są w mojej opinii tak zaangażowane jak Marcina i czasem nietrafione. No, powiedzmy jeden mi się zdecydowanie nie spodobał, w którym autorka – jak się wydaje – „na siłę” szukała przejawów feminizmu w gruzińskiej codzienności. :) Eksperyment odnalezienia młodzieńczej miłości z Gruzji przez Katarzynę Pakosińską też mnie jakoś specjalnie nie zauroczył.
Spod pióra Marcina Mellera wyszedł też bodaj najbardziej wstrząsający tekst w tym wydawnictwie pt. „6833 do Batumi” opowiadający historię porwania samolotu przez grupę młodych gruzińskich inteligentów nie mogących się pogodzić z siermiężną i beznadziejną rzeczywistością lat 80-tych XX wieku z tajemniczą, niewyjaśnioną nigdy rolą Eduarda Szewardnadze, ówczesnego komunistycznego władcy Gruzińskiej SRR. Ten tekst to dla mnie absolutny numer 1 tego wydawnictwa.
Książka jest pięknie wydana, tekstowi towarzyszą zdjęcia, które są wartościowym uzupełnieniem tej publikacji. „Gaumardżos” to smakowita lektura i to wcale nie z uwagi na kulinarne konotacje tytułu czy z powodu okładkowego zdjęcia autorów objadających się gruzińskimi specjałami. Ta książka celebruje radość życia, a oprócz tego przybliża czytelnikom historię, kulturę i specyfikę tej kaukaskiej krainy, w której żyją otwarci, szczerzy, dumni i świadomi swej odrębności ludzie. Nie będąc przewodnikiem, książka zachęca do wyjazdu do Gruzji, choć to określenie jest eufemizmem z mojej strony; po lekturze książki chce się tam być, poczuć ten wspaniały nastrój i spotkać niezwykłych, otwartych ludzi. Jednak dzięki tekstom Marcina Mellera ta książka nie jest jedynie kolorową pocztówką, a skłania do zastanowienia się nad losami tego dumnego narodu.
Anna Dziewit-Meller - ur. 1981. Dziennikarka i reporterka. Publikowała m.in. w
"Polityce" i "Wysokich Obcasach". W "Dzień Dobry TVN" oraz w radiu Chillizet poleca
książki warte przeczytania.
Marcin Meller - ur. 1968. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował m.in. jako reporter w "Polityce" (dzięki czemu pierwszy raz trafił do Gruzji), jako gospodarz reality-show "Agent", w programie "Dzień Dobry TVN". Od 2009 roku prowadzi w TVN24 "Drugie śniadanie mistrzów".
Autorzy: Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 392
piątek, 5 września 2014
Marek Nowakowski, Nekropolis 2
„Nekropolis”, gawęda o miejscach i ludziach PRL-owskiej Warszawy, którą przeczytałam całkiem niedawno, zyskała moje uznanie swoją nostalgią i dystansem. Nic więc dziwnego, że z przyjemnością sięgnęłam po swoisty aneks czy też kontynuację tej książki, czyli „Nekropolis 2”. Niewielkie rozmiary książeczki tylko zachęcają do lektury. :)
Nekropolis 2 utrzymana jest w podobnym tonie, co jej poprzedniczka, zawiera kilka portretów warszawskich knajp oraz ich bywalców, do których zaliczają się ci najsławniejsi luminarze ówczesnej literatury oraz ci zupełnie nieznani. Marek Nowakowski był wieloletnim bywalcem tych miejsc, jego rozmówcy pojawiają się na kartach książki niczym duchy wydobyci często z mroków niepamięci. Raz nawet przywołuje ducha Kazimierza Przerwy – Tetmajera, który rezydował w Bristolu. Autor przypomina miejsca, w których bywali luminarze kultury wespół z przedstawicielami półświatka, a których już nie ma na mapie stolicy. Uwagę zwraca szkic o losach Ludwika Zimmerera, niemieckiego krytyka, kolekcjonera polskiej sztuki ludowej, który wrósł w polską codzienność.
Ciekawy jest również portret niewymienionego z nazwiska Darka, człowieka znikąd, który dzięki bezwzględności, nieprzywiązywaniu się do kolejnych patronów i sprytowi dociera aż do kręgów nowojorskiej socjety.
Z ciekawością zagłębiłam się również w opowieść o Jerzym Gierałtowskim, całkowicie zapomnianym pisarzu, autorze opowiadania pt. „Wadera”, na podstawie którego został zrealizowany słynny horror „Wilczyca” (1982). Nowakowski jednak o tym nie wspomina skupiając się na opisaniu osobowości Gierałtowskiego, który tęsknił za sarmackością, czemu dawał wyraz w swojej twórczości. A czy był szczęśliwy w PRL-u? Któż to wie? PRL, choć był nieciekawy i siermiężny, kiedy w każdym lokalu odwiedzanym przez elity urzędował konfident SB, bardziej lub mniej widoczny, to jednak pozostawił po sobie wiele barwnych wspomnień, o których możemy poczytać w wydawnictwach takich jak „Nekropolis 2”.
Czyta się tę książkę szybko, pozostaje po niej wrażenie ulotności i przemijania. Dla niektórych te wspominki mogą być nudne i nic nie wnoszące. Może bardziej zorientowani w twórczości pisarza powiedzą, że się powtarza, że przynudza, ale ja lubię takie „przynudzanie” i już się rozglądam za „Dziennikiem podróży w przeszłość” i „Piórem. Autobiografią literacką”.
Autor: Marek Nowakowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 128
wtorek, 8 lipca 2014
Marek Nowakowski, Nekropolis
Zmarły niedawno Marek Nowakowski był jednym z wybitnych współczesnych polskich pisarzy. "Nekropolis" to pierwsza jego książka, którą przeczytałam. Ta wydana w 2005 r. pozycja to wspomnienie ludzi i miasta, których już nie ma, którzy pojawiają się w naszej świadomości dzięki wspomnieniom pisarza snującego swoją opowieść.
Marek Nowakowski jest naszym przewodnikiem po tym swoistym "mieście umarłych". Prowadzi nas on bowiem szlakiem nieistniejących lub mocno odmienionych warszawskich knajp, barów, restauracji, a raz nawet parku, w którym spotykał Juliana Stryjkowskiego, Włodzimierza Sokorskiego czy Ninę Andrycz. Przedstawia nam też ludzi, których już nie ma. Nowakowski wspomina swoich bohaterów, z których wielu żyje tylko w jego pamięci, a nie w pamięci współczesnych. Te krótkie rozdziały wiele mówią o bohaterach wspomnień, choć pisarz używa minimalistycznych środków opisowych. Pokazuje ich od tej banalnej, codziennej strony, choć mamy poczucie, że każdy człowiek to tajemnica nie dająca się opisać i zanalizować.
Bohaterem tych szkiców jest również Warszawa epoki socjalizmu. Warszawa, którą tłumy literatów przemierzają wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu natchnienia, a może tylko zapomnienia. Obraz stworzony przez autora jest barwny i pozwala wczuć się w atmosferę ówczesnej stolicy, skundlonej, pełnej ludzkich tragedii i wspomnień, a jednak tworzącej swój klimat na nowo.
Bohaterem tych szkiców jest również Warszawa epoki socjalizmu. Warszawa, którą tłumy literatów przemierzają wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu natchnienia, a może tylko zapomnienia. Obraz stworzony przez autora jest barwny i pozwala wczuć się w atmosferę ówczesnej stolicy, skundlonej, pełnej ludzkich tragedii i wspomnień, a jednak tworzącej swój klimat na nowo.
Marek Nowakowski pisząc o swoich przyjaciołach i znajomych pisze też o sobie, o swoim dorastaniu. Ciekawym rozdziałem jest ten dotyczący konkursu na tekst poświęcony milicji. Chętnych było wielu, wystarczyło tylko wziąć pokaźną zaliczkę i nie pisać nic lub byle co. Choć wszyscy dookoła tak zrobili, autorowi w ostatniej chwili nie spodobała się ta wizja choćby tak drobnej współpracy z Milicją Obywatelską i odszedł z niczym. Frajer czy prawy człowiek? Nowakowski wspomina też, jak pisarze naciągali rozmaite redakcje na "delegacje", dzięki którym mogli pojechać do domu pracy twórczej w Oborach, w góry czy do Krakowa. Z sentymentem wspomina te drobne "kanty", które pozwalały młodym literatom wiązać koniec z końcem i przebywać w miejscach, które mogły być z jednej strony źródłem rozrywki w tym szarym świecie, a z drugiej - natchnienia.
Bardzo zaciekawił mnie również tekst poświęcony Julianowi Stryjkowskiemu, który swoje najciekawsze książki napisał wtedy, gdy sięgał do wspomnień z galicyjskiej prowincji. Inne tematy nie przyciągały większej uwagi krytyki i czytelników. Nowakowski analizuje też jego postawę po 1989 r., gdy prezentował on bałwochwalcze wręcz przywiązanie do środowiska "Gazety Wyborczej", co spowodowało ich oddalenie i rzadkie spotkania, co jednak nie zmieniło wysokiego zdania Nowakowskiego o pisarstwie i osobie Stryjkowskiego.
Lubię, gdy książka pozwala nam sięgnąć w głąb ludzkiej pamięci i odtworzyć nastrój przeszłości. Z przyjemnością dałam się poprowadzić Markowi Nowakowskiemu po meandrach i zaułkach socjalistycznej stolicy. Ta książka może być dobrym początkiem bliższej znajomości z twórczością pisarza.
Lubię, gdy książka pozwala nam sięgnąć w głąb ludzkiej pamięci i odtworzyć nastrój przeszłości. Z przyjemnością dałam się poprowadzić Markowi Nowakowskiemu po meandrach i zaułkach socjalistycznej stolicy. Ta książka może być dobrym początkiem bliższej znajomości z twórczością pisarza.
Marek Nowakowski (1935-2014) - polski pisarz, publicysta i scenarzysta. Studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1957 roku ogłoszonym na łamach "Nowej Kultury" opowiadaniem "Kwadratowy". W swojej twórczości zajmował się oficjalnie przemilczanymi obszarami życia, ludźmi z tzw. marginesu społecznego i z peryferii wielkomiejskich. Bohaterowie wielu jego utworów to ludzie skłóceni z prawem, złodzieje i przestępcy. Wydał m.in. zbiory opowiadań: Ten stary złodziej, Benek Kwiaciarz, Mizerykordia, Książę Nocy. Był też autorem Raportu o stanie wojennym i trzech zbiorów wspomnień o życiu w dawnej Warszawie Powidoki. W latach 90. wydał kilka książek w satyryczny sposób ukazujących rzeczywistość społeczną Polski z okresu transformacji ustrojowej: Homo Polonicus, Grecki bożek. Był współzałożycielem podziemnego pisma literackiego "Zapis" (1977).
Autor: Marek Nowakowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 232
środa, 27 listopada 2013
Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska, Z dzieckiem w świat wartości
Kupuję poradniki na różnych etapach swojego życia. Gdy byłam singielką, chciałam się dowiedzieć, jak znaleźć swoją drugą połówkę. Gdy byłam w związku, szukałam recepty na szczęście. Ale tak naprawdę najwięcej książek o charakterze poradnikowym kupiłam, gdy zostałam mamą.
Książka, którą Wam dziś prezentuję, została napisana przez dwie panie związane obecnie z fundacją „Cała Polska czyta dzieciom”. Jak wspominają autorki „Napisałyśmy tę książkę dla rodziców, dla wszystkich, którzy pragną dobrej przyszłości dla swoich dzieci.” (s. 14) Nauka wartości, które mają prowadzić nasze dzieci przez życie, nie jest sprawą łatwą, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę pęd i zabieganie charakterystyczne dla współczesnego tempa życia. Autorki we wstępie zwracają uwagę na niekorzystne przemiany, jakie zaszły w naszym otoczeniu, na degradację i spłycenie społecznych więzi (choćby zanik sąsiedzkiej wspólnoty), co ma niekorzystny wpływ na nasze dzieci. Podkreślają też potrzebę poświęcenia dziecku czasu, w rozumieniu:
C – cierpliwość
Z – zachwyt
A – akceptacja
S - szacunek
Z – zachwyt
A – akceptacja
S - szacunek
Wielu z nas, na skutek szaleńczego pędu i nadmiernej ilości pracy zaniedbuje tę sferę życia koncentrując się na zapewnieniu rodzinie bezpieczeństwa materialnego, a zaniedbując poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. Ta książka zwraca uwagę na ten niezmiernie ważny, wręcz kluczowy element wychowania dziecka. Autorki wybrały dwanaście wartości, które powinny być przekazane naszym dzieciom, aby zapewnić im drogowskaz moralny w dorosłym życiu. Są to: szacunek, uczciwość, odpowiedzialność, odwaga, samodyscyplina, pokojowość, sprawiedliwość, optymizm, przyjaźń i miłość, solidarność, piękno i mądrość.
Każdy rozdział jest poświęcony świadomym metodom przekazywania dzieciom wybranych wartości. Autorki przygotowały zestaw zabaw i ćwiczeń praktycznych, które kształtują postawę dzieci. Książka może z powodzeniem służyć i rodzicom, i wychowawcom przedszkolnym. Uwagę zwraca czytelne i przejrzyste oznakowanie tych aktywności oraz duża wartość praktyczna zaproponowanych ćwiczeń, które odnoszą się do sytuacji codziennych, pozwalających wytłumaczyć dziecku poruszane kwestie etyczne. Pozornie wydaje się, że autorki książki mówią rzeczy oczywiste i żadne ćwiczenia nie są potrzebne, jeśli rodzice dają dziecku dobry przykład na co dzień. Zgoda, tylko, że dzisiejsze rozedrgane czasy z jednej strony ogromnego zaangażowania w pracę, aby utrzymać rodzinę na godnym poziomie, z drugiej strony z uwagi na wszechobecny relatywizm, wcale nie sprzyjają procesowi wychowawczemu. Wielu rodziców potrzebuje takich podanych w sposób prosty i nieskomplikowany wskazówek.
Obie autorki są zaangażowane w działalność Fundacji "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom". Nic więc dziwnego, że niebagatelną zaletą tej książki jest również publikowany na końcu każdego rozdziału zestaw lektur, które mogą być wykorzystane w kształtowaniu postaw i „uczulaniu” dziecka na konkretne wartości. Można jedynie czuć pewien niedosyt, gdyż wiele z nich jest powtórzonych jako odnoszących się treściowo do różnych wartości i ich wybór jest dość ograniczony.
Nie mogę nie wspomnieć o pięknej okładce, zaprojektowanej przez Rafała Olbińskiego. Kolorowa tęcza przyciąga uwagę i dorosłych czytelników i dzieci, co mogłam zaobserwować na przykładzie mojego synka, który obrazkiem na okładce książki był wręcz zafascynowany.
Każdy rozdział jest poświęcony świadomym metodom przekazywania dzieciom wybranych wartości. Autorki przygotowały zestaw zabaw i ćwiczeń praktycznych, które kształtują postawę dzieci. Książka może z powodzeniem służyć i rodzicom, i wychowawcom przedszkolnym. Uwagę zwraca czytelne i przejrzyste oznakowanie tych aktywności oraz duża wartość praktyczna zaproponowanych ćwiczeń, które odnoszą się do sytuacji codziennych, pozwalających wytłumaczyć dziecku poruszane kwestie etyczne. Pozornie wydaje się, że autorki książki mówią rzeczy oczywiste i żadne ćwiczenia nie są potrzebne, jeśli rodzice dają dziecku dobry przykład na co dzień. Zgoda, tylko, że dzisiejsze rozedrgane czasy z jednej strony ogromnego zaangażowania w pracę, aby utrzymać rodzinę na godnym poziomie, z drugiej strony z uwagi na wszechobecny relatywizm, wcale nie sprzyjają procesowi wychowawczemu. Wielu rodziców potrzebuje takich podanych w sposób prosty i nieskomplikowany wskazówek.
Obie autorki są zaangażowane w działalność Fundacji "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom". Nic więc dziwnego, że niebagatelną zaletą tej książki jest również publikowany na końcu każdego rozdziału zestaw lektur, które mogą być wykorzystane w kształtowaniu postaw i „uczulaniu” dziecka na konkretne wartości. Można jedynie czuć pewien niedosyt, gdyż wiele z nich jest powtórzonych jako odnoszących się treściowo do różnych wartości i ich wybór jest dość ograniczony.
Nie mogę nie wspomnieć o pięknej okładce, zaprojektowanej przez Rafała Olbińskiego. Kolorowa tęcza przyciąga uwagę i dorosłych czytelników i dzieci, co mogłam zaobserwować na przykładzie mojego synka, który obrazkiem na okładce książki był wręcz zafascynowany.
Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę każdemu rodzicowi. Jest napisana prostym przystępnym językiem. Zabawy i ćwiczenia proponowane przez autorki są łatwe do wykorzystania w codziennym życiu. Ciekawa, mądra książka i choć nie jestem pasjonatką poradników, przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem. Mówi o sprawach wydawałoby się nie podlegających dyskusji i oczywistych, ale w dzisiejszych czasach konsumpcjonizmu i pędu za pieniądzem warto pamiętać o tych najważniejszych życiowych sprawach.
Irena Koźmińska - założycielka i prezes Fundacji "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom". Po pobycie w USA w latach 1994-2000 związanym z pełnieniem przez jej męża funkcji ambasadora Polski w USA, zainicjowała kampanię "Cała Polska czyta dzieciom".
Elżbieta Olszewska - członek zarządu i dyrektor programowy Fundacji "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom". Mieszka w Toruniu, gdzie założyła interaktywne Muzeum Piernika.
Autor: Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 224
czwartek, 14 listopada 2013
Rosamund Lupton, Siostra
Powieść Rosamund Lupton rozpoczyna się w momencie, gdy robiąca karierę w amerykańskiej korporacji Beatrice po powrocie z romantycznego wyjazdu z narzeczonym dowiaduje się, że Tess, jej młodsza siostra, zaginęła. Bez wahania wsiada w najbliższy samolot i udaje się do Londynu, gdyż tam właśnie mieszka zaginiona, aby wspomóc policję w poszukiwaniach. Niestety, już wkrótce okazuje się, że Tess nie żyje, a policja przyjmuje samobójstwo jako najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń. Beatrice nie chce i nie może w to uwierzyć. Podejmuje więc śledztwo na własną rękę, które ma doprowadzić do wyjaśnienia tej śmierci.
Książka jest napisana w formie listu do Tess, czy też raczej pewnej spowiedzi, w której Beatrice krok po kroku opisuje swoje działania na rzecz wyjaśnienia, co się przydarzyło jej ukochanej młodszej siostrze. Beatrice, zwana przez Tess Bee, to ta „rozważna” z sióstr. Robi karierę w korporacji za oceanem, jest niezależna finansowo, ma rozsądnego i akuratnego narzeczonego, z którym pozostaje w uładzonym i bezpiecznym związku. Tess z kolei to roztrzepana i impulsywna studentka akademii sztuk pięknych, borykająca się z problemami finansowymi, ulegająca porywom uczucia, które nie powinno się zdarzyć.
Największą siłą tej książki jest wzruszające oddanie siły siostrzanej więzi między Tess i Beatrice. Ich uczucie, wzajemne przywiązanie nie podlega dyskusji mimo fizycznego oddalenia. Ta więź jest niezaprzeczalna i głęboko wzruszająca. Dążenie Bee do odnalezienia winnych śmierci siostry, choć początkowo dość chaotyczne, wyłania wkrótce kilka tropów, które mogą doprowadzić do wyjaśnienia tej sprawy. Ale najważniejszy w tej książce jest klimat rozpaczy, smutku i determinacji, który towarzyszy Bee po utracie Tess.
Na tle tego prawdziwego i szczerego uczucia sióstr swoją mizerią uderza jakość i głębia związku uczuciowego Bee z jej amerykańskim chłopakiem Todda. Po śmierci Tess i zaangażowaniu się Beatrice w prywatne śledztwo mające na celu odnalezienie zabójcy siostry, los związku tych dwojga wydaje się przesądzony, tym bardziej, że Todd uznaje zachowanie swojej narzeczonej i jej determinację za dziwną i nieprzystającą do sytuacji.
Struktura narracyjna tej powieści nie jest łatwa. Beatrice, która jest narratorką często dokonuje przeskoków między poszczególnymi wydarzeniami i rozmowami i trzeba bardzo uważać, żeby nie pogubić się w tych podróżach w czasie. Całość jest jednak dobrze napisana i rzeczywiście wciąga.
Pewnym dysonansem dla mnie było to, że Tess mimo skomplikowanej sytuacji, w jakiej się znalazła (a komplikacje te były naprawdę poważnej natury i odsłaniane są czytelnikowi stopniowo) nie zwróciła się do matki, z którą pozostawała w poprawnych relacjach, z prośbą o pomoc. Kontaktowała się jedynie z siostrą, z którą dzielił ją jednak ocean… Nie jestem w stanie w to uwierzyć, ale rozumiem, że autorka potrzebowała takiej sytuacji pewnego osamotnienia sióstr, aby podkreślić ich mocną więź. Niemniej jednak nasuwa się refleksja, że coraz częściej stykamy się z sytuacjami świadczącymi o postępującym oziębieniu relacji rodzinnych, jaka panuje we współczesnym świecie. Nasze troski często dzielimy z przyjaciółmi, znajomymi, a nie z naszymi Najbliższymi.
Jeśli już wyraziłam swój krytycyzm w powyższej kwestii, to wspomnę również o drobnym, ale również mało wiarygodnym dla mnie szczególe. Nie chce mi się bowiem wierzyć, aby ciało Tess przez kilka dni nie mogło być odnalezione, skoro znajdowało się w toalecie na terenie jednego z najczęściej odwiedzanych londyńskich parków i w okolicy zamieszkania ofiary. Ale to już naprawdę drobna uwaga.
Przymykając więc oko na te niekonsekwencje muszę przyznać, że „Siostra” jest naprawdę wzruszającą opowieścią z intrygą kryminalną w tle. Choć jednak akcja książki dotyczy tajemniczej śmierci Tess i wyjaśniania jej przyczyny wbrew oficjalnemu stanowisku policji, nie nazwałabym jej kryminałem, ani tym bardziej thrillerem. Intryga kryminalna jest tu ważna, jednak dla mnie aspekt obyczajowy przeważał.
Sposób pokazania zagadki kryminalnej i jej rozwiązania jest dość nowatorski z uwagi na osobę prowadzącą śledztwo i formę prezentacji kolejnych ustaleń Bee. Chociaż mniej więcej od połowy książki domyślałam się, gdzie leży źródło tragicznego losu Tess, to jednak książka trzymała w napięciu do końca oferując zaskakujące rozwiązanie.
Książka jest napisana w formie listu do Tess, czy też raczej pewnej spowiedzi, w której Beatrice krok po kroku opisuje swoje działania na rzecz wyjaśnienia, co się przydarzyło jej ukochanej młodszej siostrze. Beatrice, zwana przez Tess Bee, to ta „rozważna” z sióstr. Robi karierę w korporacji za oceanem, jest niezależna finansowo, ma rozsądnego i akuratnego narzeczonego, z którym pozostaje w uładzonym i bezpiecznym związku. Tess z kolei to roztrzepana i impulsywna studentka akademii sztuk pięknych, borykająca się z problemami finansowymi, ulegająca porywom uczucia, które nie powinno się zdarzyć.
Największą siłą tej książki jest wzruszające oddanie siły siostrzanej więzi między Tess i Beatrice. Ich uczucie, wzajemne przywiązanie nie podlega dyskusji mimo fizycznego oddalenia. Ta więź jest niezaprzeczalna i głęboko wzruszająca. Dążenie Bee do odnalezienia winnych śmierci siostry, choć początkowo dość chaotyczne, wyłania wkrótce kilka tropów, które mogą doprowadzić do wyjaśnienia tej sprawy. Ale najważniejszy w tej książce jest klimat rozpaczy, smutku i determinacji, który towarzyszy Bee po utracie Tess.
Na tle tego prawdziwego i szczerego uczucia sióstr swoją mizerią uderza jakość i głębia związku uczuciowego Bee z jej amerykańskim chłopakiem Todda. Po śmierci Tess i zaangażowaniu się Beatrice w prywatne śledztwo mające na celu odnalezienie zabójcy siostry, los związku tych dwojga wydaje się przesądzony, tym bardziej, że Todd uznaje zachowanie swojej narzeczonej i jej determinację za dziwną i nieprzystającą do sytuacji.
Struktura narracyjna tej powieści nie jest łatwa. Beatrice, która jest narratorką często dokonuje przeskoków między poszczególnymi wydarzeniami i rozmowami i trzeba bardzo uważać, żeby nie pogubić się w tych podróżach w czasie. Całość jest jednak dobrze napisana i rzeczywiście wciąga.
Pewnym dysonansem dla mnie było to, że Tess mimo skomplikowanej sytuacji, w jakiej się znalazła (a komplikacje te były naprawdę poważnej natury i odsłaniane są czytelnikowi stopniowo) nie zwróciła się do matki, z którą pozostawała w poprawnych relacjach, z prośbą o pomoc. Kontaktowała się jedynie z siostrą, z którą dzielił ją jednak ocean… Nie jestem w stanie w to uwierzyć, ale rozumiem, że autorka potrzebowała takiej sytuacji pewnego osamotnienia sióstr, aby podkreślić ich mocną więź. Niemniej jednak nasuwa się refleksja, że coraz częściej stykamy się z sytuacjami świadczącymi o postępującym oziębieniu relacji rodzinnych, jaka panuje we współczesnym świecie. Nasze troski często dzielimy z przyjaciółmi, znajomymi, a nie z naszymi Najbliższymi.
Jeśli już wyraziłam swój krytycyzm w powyższej kwestii, to wspomnę również o drobnym, ale również mało wiarygodnym dla mnie szczególe. Nie chce mi się bowiem wierzyć, aby ciało Tess przez kilka dni nie mogło być odnalezione, skoro znajdowało się w toalecie na terenie jednego z najczęściej odwiedzanych londyńskich parków i w okolicy zamieszkania ofiary. Ale to już naprawdę drobna uwaga.
Przymykając więc oko na te niekonsekwencje muszę przyznać, że „Siostra” jest naprawdę wzruszającą opowieścią z intrygą kryminalną w tle. Choć jednak akcja książki dotyczy tajemniczej śmierci Tess i wyjaśniania jej przyczyny wbrew oficjalnemu stanowisku policji, nie nazwałabym jej kryminałem, ani tym bardziej thrillerem. Intryga kryminalna jest tu ważna, jednak dla mnie aspekt obyczajowy przeważał.
Sposób pokazania zagadki kryminalnej i jej rozwiązania jest dość nowatorski z uwagi na osobę prowadzącą śledztwo i formę prezentacji kolejnych ustaleń Bee. Chociaż mniej więcej od połowy książki domyślałam się, gdzie leży źródło tragicznego losu Tess, to jednak książka trzymała w napięciu do końca oferując zaskakujące rozwiązanie.
Rosamund Lupton (ur. 1964) – brytyjska pisarka i autorka scenariuszy. Studiowała literaturę angielską w Cambridge. W 2010 r. zadebiutowała powieścią „Siostra”. Jest również autorką powieści „Potem” (2011). Obie książki zostały bestsellerami. Mieszka w Londynie z mężem i dwójką dzieci. Strona internetowa pisarki jest tu.
Źródło zdjęcia
Autor: Rosamund Lupton
Tytuł oryginalny: Sister
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320
wtorek, 16 lipca 2013
Fuchsia Dunlop, Płetwa rekina i syczuański pieprz
„Połówki konserwowanych kaczych jaj z octem winnym i imbirem zaserwowano jako przystawkę w pewnej modnej restauracji w Hongkongu. Była to moja pierwsza bytność w Azji i rzadko widywałam na stole coś równie odpychającego. Mroczne i groźne niczym ślepia potwora z koszmarów sennych jaja wpatrywały się we mnie podstępnie. Ich białko było półprzezroczyste, o brudno brązowej barwie, żółtko zaś mętne i czarne, w zielonkawoszarej obwódce. Jaja roztaczały nikłą woń siarkowodoru. Z grzeczności skosztowałam, ale nieprzyjemny zapach przyprawił mnie o mdłości, niemal uniemożliwiając przełknięcie.” (s.9)
Tak wyglądało pierwsze spotkanie autorki książki z oryginalną kuchnią chińską. Oryginalną, czyli pozbawioną europejskich naleciałości. Po przeczytaniu książki Fuchsii Dunlop nie będziecie już tacy pewni, czy lubicie chińską kuchnię, nie tylko z uwagi na nadzwyczaj trudno akceptowalne przysmaki, a również z uwagi na istotne różnice w kuchni poszczególnych regionów tego olbrzymiego kraju. Autorka bowiem prezentuje nam całą paletę smaków i odmiennych upodobań kulinarnych w różnych miejscach w Chinach. Najbardziej chyba znana potrwa chińska, czyli kaczka po pekińsku, pojawia się gdzieś na marginesie, natomiast największą miłością Dunlop jest kuchnia syczuańska, z którą zapoznała się podczas swojego stypendium naukowego w latach dziewięćdziesiątych XX w. I od razu uprzedzę, że nie chodziło o stypendium naukowe poświęcone kuchni syczuańskiej, lecz mniejszościom w ChRL, którego to tematu nie da się chyba zbadać obiektywnie w obecnej sytuacji politycznej. Nic więc dziwnego, że autorka tej książki odnalazła wkrótce swoje powołanie i przerzuciła się z tematyki społeczno – ekonomicznej na zagadnienia stricte kulinarne. :)
Trudno mi określić charakter tej książki. Na pewno nie jest to typowa książka kucharska, choć znajdziemy kilka przepisów podsumowujących każdy rozdział książki poświęcony odrębnemu tematowi. Nie określiłabym jej również jako autobiografii Fuchsii Dunlop, chociaż wątki jej życiorysu są istotne i stanowią podstawową nić narracyjną tej opowieści. Jest to bowiem zapis historii jej fascynacji i wsiąknięcia w kuchnię różnych regionów Chin. Dowiadujemy się, w jaki sposób Angielka z otwartego domu klasy średniej odnalazła swoje powołanie i zerwała z tradycyjną drogą życiową ludzi z jej klasy społecznej.
Wielkim sentymentem autorka darzy Syczuan, a zwłaszcza jego stolicę Chengdu. Jej najmilsze wspomnienia i początek fascynacji Chinami wiąże się z latami studenckimi i okresem nauki w Syczuańskiej Akademii Sztuki Kulinarnej w latach 90-tych. Istniała jeszcze wtedy zabudowa starego miasta, później całkowicie wyburzona w pogoni za nowoczesnością. Autorka z przykrością odnotowuje ten fakt, który przyczynił się również do zniknięcia wielu małych restauracyjek serwujących potrawy kuchni syczuańskiej, smacznych i tanich, zwłaszcza dla ludzi Zachodu.
Największym uwielbieniem darzy ona – co nie dziwi – właśnie kuchnię syczuańską, której charakterystyczna przyprawą jest pieprz syczuański, o którym autorka pisze tak: „Jego zielony, świeży smak natychmiast ściąga język, a w kilka sekund później nadchodzi mrowienie. Pieprz syczuański daje to niezrównane doznanie odrętwiałego języka, musowanie, które zaczyna się ukradkiem i rośnie do porywającego, zapierającego dech, nawet dwudziestominutowego apogeum, a potem powoli ustępuje. (…) Niespodziewane zetknięcie z nim może być, mówiąc delikatnie, nieprzyjemne.” (s. 239)
Autorka nie ukrywa, że wszystkożerność Chińczyków (tytuł Prologu nieprzypadkowo brzmi „Chińczycy jedzą wszystko”) może budzić opory ludzi Zachodu i gdyby pozostała w skorupie Europejczyka, nie skosztowałaby wielu potraw i nie zagłębiła się w meandry gotowania w tym kraju. Doprowadziło ją to do uznania dla wielu kontrowersyjnych smaków i przysmaków Chińczyków, z których dwa znalazły się w tytule tej książki. W swej najdalszej chyba podróży autorka dociera aż do Xinjiang na północnym – zachodzie Chin, gdzie mieszkają ludy pochodzenia tureckiego i odnalezienie tam typowej kuchni chińskiej było jeszcze do niedawna dość utrudnione.
Potencjalnych czytelników muszę jednak uprzedzić, że niektóre fragmenty opisujące sposób przygotowania najbardziej kontrowersyjnych potraw są dla osoby wrażliwej trudne do zniesienia. Ostrzegam zwłaszcza przed rozdziałem trzecim pt. „Najpierw zabij swoją rybę”, choć nie tylko o sposób uśmiercania ryby tu chodzi. Nie dałam rady przeczytać tego rozdziału, musiałam przerwać w połowie i przejść do następnego, bo opisy przekroczyły mój próg wrażliwości, który autorka musiała pokonać, żeby wtopić się w lokalny koloryt, wgłębić się w tajniki miejscowej kuchni i odkryć kompletnie nieznane ludziom Zachodu smaki. Powiem szczerze, że ta książka może nawet skłonić co poniektórych do przejścia na dietę wegetariańską, gdyż opisy niektórych potraw i sposobów ich przygotowywania są bardzo drastyczne.
Dość powierzchownie i lekko jest tu opisana chińska rzeczywistość. Wspomniany jest oczywiście nadzór służb bezpieczeństwa nad studentami, utrudnienia w podróżowaniu, ale te fragmenty są jakby obok głównego tematu, jakim niewątpliwie jest kuchnia. Zdaję sobie również sprawę, że jeśli Fuchsia (czy raczej Fu Xia, bo tak ją nazywają jej chińscy przyjaciele :)) Dunlop planuje wydanie kolejnych książek o kuchni chińskiej opartej na autentycznych źródłach, to musi zwracać baczną uwagę na zawartość swoich książek i ewentualne zbyt szczere opisy chińskiej rzeczywistości.
Muszę przyznać, że nie należę do znawców sztuki kulinarnej kraju za Wielkim Murem, nie jestem również wegetarianką, niemniej jednak z ciekawością przeczytałam tę książkę. Jest ona napisana przystępnie i ciekawie, naprawdę świetnie się czyta. Pozwoliła mi ona na wgląd w dość istotne zróżnicowanie kultury kulinarnej między regionami Chin i udowodniła mi, że potoczne kojarzenie kuchni chińskiej z kaczką po pekińsku jest zbytnim uproszczeniem.
Autorka nie ukrywa, że wszystkożerność Chińczyków (tytuł Prologu nieprzypadkowo brzmi „Chińczycy jedzą wszystko”) może budzić opory ludzi Zachodu i gdyby pozostała w skorupie Europejczyka, nie skosztowałaby wielu potraw i nie zagłębiła się w meandry gotowania w tym kraju. Doprowadziło ją to do uznania dla wielu kontrowersyjnych smaków i przysmaków Chińczyków, z których dwa znalazły się w tytule tej książki. W swej najdalszej chyba podróży autorka dociera aż do Xinjiang na północnym – zachodzie Chin, gdzie mieszkają ludy pochodzenia tureckiego i odnalezienie tam typowej kuchni chińskiej było jeszcze do niedawna dość utrudnione.
Potencjalnych czytelników muszę jednak uprzedzić, że niektóre fragmenty opisujące sposób przygotowania najbardziej kontrowersyjnych potraw są dla osoby wrażliwej trudne do zniesienia. Ostrzegam zwłaszcza przed rozdziałem trzecim pt. „Najpierw zabij swoją rybę”, choć nie tylko o sposób uśmiercania ryby tu chodzi. Nie dałam rady przeczytać tego rozdziału, musiałam przerwać w połowie i przejść do następnego, bo opisy przekroczyły mój próg wrażliwości, który autorka musiała pokonać, żeby wtopić się w lokalny koloryt, wgłębić się w tajniki miejscowej kuchni i odkryć kompletnie nieznane ludziom Zachodu smaki. Powiem szczerze, że ta książka może nawet skłonić co poniektórych do przejścia na dietę wegetariańską, gdyż opisy niektórych potraw i sposobów ich przygotowywania są bardzo drastyczne.
Dość powierzchownie i lekko jest tu opisana chińska rzeczywistość. Wspomniany jest oczywiście nadzór służb bezpieczeństwa nad studentami, utrudnienia w podróżowaniu, ale te fragmenty są jakby obok głównego tematu, jakim niewątpliwie jest kuchnia. Zdaję sobie również sprawę, że jeśli Fuchsia (czy raczej Fu Xia, bo tak ją nazywają jej chińscy przyjaciele :)) Dunlop planuje wydanie kolejnych książek o kuchni chińskiej opartej na autentycznych źródłach, to musi zwracać baczną uwagę na zawartość swoich książek i ewentualne zbyt szczere opisy chińskiej rzeczywistości.
Muszę przyznać, że nie należę do znawców sztuki kulinarnej kraju za Wielkim Murem, nie jestem również wegetarianką, niemniej jednak z ciekawością przeczytałam tę książkę. Jest ona napisana przystępnie i ciekawie, naprawdę świetnie się czyta. Pozwoliła mi ona na wgląd w dość istotne zróżnicowanie kultury kulinarnej między regionami Chin i udowodniła mi, że potoczne kojarzenie kuchni chińskiej z kaczką po pekińsku jest zbytnim uproszczeniem.
Książka została przeczytana w ramach wyzwania "Trójka e-pik"
Fuchsia Dunlop – angielska pisarka specjalizująca się w kuchni chińskiej. Wcześniej pracowała w BBC World Service. Wydała trzy książki, pisze regularnie felietony dotyczące kuchni chińskiej i chińskich restauracji. Biegle mówi po chińsku (dialekt mandaryński). Prowadzi bloga pod adresem http://www.fuchsiadunlop.com/ .Tytuł oryginalny: Shark's Fin And Sichuan Pepper
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Joanna Hryniewska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 352
środa, 17 kwietnia 2013
Ałbena Grabowska – Grzyb, Tam, gdzie urodził się Orfeusz
„Chciałabym opisać wszystkie smaki i widoki Rodopów, wskrzesić ludzi, którzy żyli na tej ziemi, byli częścią mojej historii, a których już nie ma.” (s. 41)
Z czym kojarzy się Wam Bułgaria? Standardowa odpowiedź byłaby zapewne taka, że znakiem firmowym tego kraju są piękne plaże, wspaniała pogoda i znane z czasów PRL-u kurorty, jak np. Złote Piaski czy Słoneczny Brzeg. Myślę, że niektórzy z odpowiadających na zadane pytanie wspomnieliby też o kręceniu głową jako potwierdzeniu, a kiwaniu głową jako zaprzeczeniu, z czego słyną Bułgarzy czy o dowcipach na temat mieszkańców Gabrowa stanowiących bułgarski odpowiednik polskich żartów o Wąchocku.
Pamiętam swoje zdziwienie, gdy w rozmowie ze swoim brytyjskim znajomym wiele lat temu okazało się, że nie odwiedził on żadnego z krajów Europy Środkowej poza Bułgarią, gdzie kiedyś spędził urlop. OK, byłam pewna, że chodziło o urlop nad morzem, ale byłam w błędzie. Znajomy Szkot był wiele lat temu w bułgarskich górach na nartach, co mnie bardzo zdziwiło, gdyż w naszym kraju raczej nie znamy tego oblicza Bułgarii, a na narty wybieramy przeważnie Austrię czy Szwajcarię. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że dość stereotypowo odbierałam ten kraj, a moja wiedza na temat naszego regionu Europy ma wiele luk.
Książkę Ałbeny Grabowskiej-Grzyb kupiłam dość przypadkowo. Na fali zainteresowania literaturą opisującą doświadczenia z życia w nowym otoczeniu postanowiłam poczytać też o znanym-nieznanym kraju, jakim jest Bułgaria, a właściwie o Rodopach, skąd wywodzi się rodzina autorki książki. Jest ona bowiem córką Bułgarki i Polaka, od dzieciństwa utrzymującą stały kontakt ze swoją bułgarską rodziną. Ponieważ odziedziczyła po babci część domu w Czepełare, jeździ tam na wakacje również ze swoim mężem i dziećmi.
Wyjazdy w Rodopy są dla niej okazją nie tylko do wakacyjnego odpoczynku, ale również do dogłębnego poznania regionu, jego kultury, kuchni i tradycji. Książka prezentuje nam tę krainę (przyznajmy, że mało znaną przeciętnemu polskiemu turyście) w bardzo ponętny sposób. Przy czym atrakcyjny jest nie tylko opis atrakcji turystycznych, na które składają się malownicze góry, zabytki, muzea, ale przede wszystkim ludzie, ich zwyczaje kultywujące bliskość i więzi rodzinne oraz kuchnię.
Początkowo rozdziały są krótkie i skoncentrowane na anegdotycznych aspektach wakacyjnych pobytów polsko-bułgarskiej rodziny w Czepełare. Przyznam, że historyjka związana z porannym bieganiem męża autorki rozbawiła mnie do łez. Te opowieści są pretekstem do przedstawienia sposobu życia tamtejszych mieszkańców, ich otwartości i życzliwego zainteresowania sobą i obcymi. Bo rodzina autorki jest dla mieszkańców Czepełare przybyszem z innego świata, ale jednocześnie wszyscy kojarzą babcię autorki i dlatego uważają ją w dużej mierze za „swoją” i to jest też jedną z zalet książki odróżniającą ją od serii opowieści o rozpoczynaniu nowego życia gdzie indziej. W każdym razie, przyjazd gości z zagranicy powoduje wzmożone zainteresowanie wśród mieszkańców Czepełare i okolic, a obcy ludzie zdają się wiedzieć o autorce wszystko.
W drugiej części książki pojawiają się dłuższe rozdziały omawiające nieco szerzej, acz w przystępnej formie, historię, kulturę, oraz smakowicie opisaną kuchnię Rodopów. Opisy posiłków są tak apetyczne, że ma się ochotę natychmiast ich spróbować, nawet tych, których zwykle chyba nie odważyłabym się nawet napocząć (mam na myśli podroby). Świetnym pomysłem jest umieszczenie na końcu książki przepisów kulinarnych, które pozwolą na wypróbowanie swoich umiejętności w przygotowywaniu potraw z Rodopów zanim się tam udamy zachęceni przez autorkę książki :)
Motywem przewodnim książki są rozdziały dotyczące postaci Orfeusza, największego śpiewaka i muzyka greckiego, bohatera kilku mitów. Autorka podąża jego śladem, gdyż był on synem starożytnej Tracji, której częścią były właśnie Rodopy. Ałbena Grabowska – Grzyb jest zafascynowana tą postacią, a zwłaszcza tragizmem jej losów i stara się odnaleźć rzeczywiste miejsca opisane w mitach greckich.
Jak już wspomniałam we wstępie do tej notki, Polakom Bułgaria kojarzy się właściwie tylko z morzem, tymczasem z książki wynika, że w Bułgarii można natknąć się na wielu obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy dość masowo kupują tam domy i spędzają jesień swojego życia w cieplejszym klimacie. To – w połączeniu z informacją mojego brytyjskiego kolegi – świadczyłoby o dość efektywnej promocji Bułgarii w Wielkiej Brytanii.
Jedynym minusem tej książki, który zwrócił moją uwagę, jest brak choćby najkrótszego „słowa końcowego”. Opowieść urywa się dość nagle bez żadnego podsumowania i choćby zachęty do poznania tego regionu na własną rękę. Autorka zabrała nas w piękną podróż po Rodopach, ale nie pożegnała się z czytelnikami i tego mi zabrakło, co nie zmienia mojej pozytywnej oceny książki. Cieszy mnie, gdy mogę zapoznać się z barwną i ciekawą opowieścią, która pobudza zainteresowanie mniej popularnym krajem.
Jeśli chcecie poznać nieznany szerzej region w Europie, który potrafi zaczarować (bo po lekturze ma się ochotę ruszać tam bez zbędnej zwłoki ;), to na pewno książka dla Was. Zapewnia ciekawe spojrzenie na znany – nieznany kraj, jest napisany z dowcipem i z przymrużeniem oka, zawiera też momentami poważniejszą refleksję, zwłaszcza w odniesieniu do trudnej historii Bułgarii i obrony własnej tożsamości podczas pięćsetletniego okresu zależności tureckiej. Mimo piękna opisywanej przyrody i atrakcji turystycznych najważniejsi są portretowani ludzie, którzy tworzą atmosferę tej ziemi i to dzięki nim, ich otwartości i życzliwości, a także dzięki zdolnościom pisarskim autorki możemy przenieść się w Rodopy, piękną krainę z tradycjami i starożytną historią.
Z czym kojarzy się Wam Bułgaria? Standardowa odpowiedź byłaby zapewne taka, że znakiem firmowym tego kraju są piękne plaże, wspaniała pogoda i znane z czasów PRL-u kurorty, jak np. Złote Piaski czy Słoneczny Brzeg. Myślę, że niektórzy z odpowiadających na zadane pytanie wspomnieliby też o kręceniu głową jako potwierdzeniu, a kiwaniu głową jako zaprzeczeniu, z czego słyną Bułgarzy czy o dowcipach na temat mieszkańców Gabrowa stanowiących bułgarski odpowiednik polskich żartów o Wąchocku.
Pamiętam swoje zdziwienie, gdy w rozmowie ze swoim brytyjskim znajomym wiele lat temu okazało się, że nie odwiedził on żadnego z krajów Europy Środkowej poza Bułgarią, gdzie kiedyś spędził urlop. OK, byłam pewna, że chodziło o urlop nad morzem, ale byłam w błędzie. Znajomy Szkot był wiele lat temu w bułgarskich górach na nartach, co mnie bardzo zdziwiło, gdyż w naszym kraju raczej nie znamy tego oblicza Bułgarii, a na narty wybieramy przeważnie Austrię czy Szwajcarię. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że dość stereotypowo odbierałam ten kraj, a moja wiedza na temat naszego regionu Europy ma wiele luk.
Książkę Ałbeny Grabowskiej-Grzyb kupiłam dość przypadkowo. Na fali zainteresowania literaturą opisującą doświadczenia z życia w nowym otoczeniu postanowiłam poczytać też o znanym-nieznanym kraju, jakim jest Bułgaria, a właściwie o Rodopach, skąd wywodzi się rodzina autorki książki. Jest ona bowiem córką Bułgarki i Polaka, od dzieciństwa utrzymującą stały kontakt ze swoją bułgarską rodziną. Ponieważ odziedziczyła po babci część domu w Czepełare, jeździ tam na wakacje również ze swoim mężem i dziećmi.
Wyjazdy w Rodopy są dla niej okazją nie tylko do wakacyjnego odpoczynku, ale również do dogłębnego poznania regionu, jego kultury, kuchni i tradycji. Książka prezentuje nam tę krainę (przyznajmy, że mało znaną przeciętnemu polskiemu turyście) w bardzo ponętny sposób. Przy czym atrakcyjny jest nie tylko opis atrakcji turystycznych, na które składają się malownicze góry, zabytki, muzea, ale przede wszystkim ludzie, ich zwyczaje kultywujące bliskość i więzi rodzinne oraz kuchnię.
Początkowo rozdziały są krótkie i skoncentrowane na anegdotycznych aspektach wakacyjnych pobytów polsko-bułgarskiej rodziny w Czepełare. Przyznam, że historyjka związana z porannym bieganiem męża autorki rozbawiła mnie do łez. Te opowieści są pretekstem do przedstawienia sposobu życia tamtejszych mieszkańców, ich otwartości i życzliwego zainteresowania sobą i obcymi. Bo rodzina autorki jest dla mieszkańców Czepełare przybyszem z innego świata, ale jednocześnie wszyscy kojarzą babcię autorki i dlatego uważają ją w dużej mierze za „swoją” i to jest też jedną z zalet książki odróżniającą ją od serii opowieści o rozpoczynaniu nowego życia gdzie indziej. W każdym razie, przyjazd gości z zagranicy powoduje wzmożone zainteresowanie wśród mieszkańców Czepełare i okolic, a obcy ludzie zdają się wiedzieć o autorce wszystko.
W drugiej części książki pojawiają się dłuższe rozdziały omawiające nieco szerzej, acz w przystępnej formie, historię, kulturę, oraz smakowicie opisaną kuchnię Rodopów. Opisy posiłków są tak apetyczne, że ma się ochotę natychmiast ich spróbować, nawet tych, których zwykle chyba nie odważyłabym się nawet napocząć (mam na myśli podroby). Świetnym pomysłem jest umieszczenie na końcu książki przepisów kulinarnych, które pozwolą na wypróbowanie swoich umiejętności w przygotowywaniu potraw z Rodopów zanim się tam udamy zachęceni przez autorkę książki :)
Motywem przewodnim książki są rozdziały dotyczące postaci Orfeusza, największego śpiewaka i muzyka greckiego, bohatera kilku mitów. Autorka podąża jego śladem, gdyż był on synem starożytnej Tracji, której częścią były właśnie Rodopy. Ałbena Grabowska – Grzyb jest zafascynowana tą postacią, a zwłaszcza tragizmem jej losów i stara się odnaleźć rzeczywiste miejsca opisane w mitach greckich.
Jak już wspomniałam we wstępie do tej notki, Polakom Bułgaria kojarzy się właściwie tylko z morzem, tymczasem z książki wynika, że w Bułgarii można natknąć się na wielu obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy dość masowo kupują tam domy i spędzają jesień swojego życia w cieplejszym klimacie. To – w połączeniu z informacją mojego brytyjskiego kolegi – świadczyłoby o dość efektywnej promocji Bułgarii w Wielkiej Brytanii.
Jedynym minusem tej książki, który zwrócił moją uwagę, jest brak choćby najkrótszego „słowa końcowego”. Opowieść urywa się dość nagle bez żadnego podsumowania i choćby zachęty do poznania tego regionu na własną rękę. Autorka zabrała nas w piękną podróż po Rodopach, ale nie pożegnała się z czytelnikami i tego mi zabrakło, co nie zmienia mojej pozytywnej oceny książki. Cieszy mnie, gdy mogę zapoznać się z barwną i ciekawą opowieścią, która pobudza zainteresowanie mniej popularnym krajem.
Jeśli chcecie poznać nieznany szerzej region w Europie, który potrafi zaczarować (bo po lekturze ma się ochotę ruszać tam bez zbędnej zwłoki ;), to na pewno książka dla Was. Zapewnia ciekawe spojrzenie na znany – nieznany kraj, jest napisany z dowcipem i z przymrużeniem oka, zawiera też momentami poważniejszą refleksję, zwłaszcza w odniesieniu do trudnej historii Bułgarii i obrony własnej tożsamości podczas pięćsetletniego okresu zależności tureckiej. Mimo piękna opisywanej przyrody i atrakcji turystycznych najważniejsi są portretowani ludzie, którzy tworzą atmosferę tej ziemi i to dzięki nim, ich otwartości i życzliwości, a także dzięki zdolnościom pisarskim autorki możemy przenieść się w Rodopy, piękną krainę z tradycjami i starożytną historią.
Ałbena Grabowska-Grzyb (ur. 1971) - lekarz neurolog; pracuje jako kierownik Pracowni Patofizjologii i Elektroencefalografii w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym. Na co dzień zajmuje się problematyką padaczki, jest autorką wielu publikacji w tym zakresie oraz cenionym wykładowcą. Prywatnie żona i mama trójki dzieci (9, 7, 2 lata). Córka Bułgarki i Polaka, wychowana w Polsce, biegle władająca językiem bułgarskim. Zawsze podkreśla swoje bałkańskie korzenie. Autorka książeczek dla dzieci „O małpce, która spadła z drzewa” i „Julek i Maja w labiryncie" oraz książki dla dorosłych pt. „Coraz mniej olśnień”. Wywiad z autorką na temat książki "Tam, gdzie urodził się Orfeusz" znajdziecie tu Autor: Ałbena Grabowska – Grzyb
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 336
środa, 13 lutego 2013
Eustachy Rylski, Warunek
Jak zapowiedziałam, tak zrobiłam. :) Po niezwykle ciekawych esejach przeczytałam kolejną książkę Eustachego Rylskiego.
„Warunek” to niewielka rozmiarowo powieść rozgrywająca się w 1812 r., podczas marszu Napoleona na Moskwę. W Arancewie, wielkim i zrujnowanym majątku pod Moskwą, spotykają się dwaj oficerowie tej armii: Semen Hoszowski, Rusin, syn popa z Wołynia i Andrzej Rangułt, potomek zubożałej arystokracji z Litwy. Splot w sumie absurdalnych wydarzeń jednej nocy, kiedy bieg wydarzeń mógł się kilkakrotnie odwrócić, związał ich ze sobą nierozerwalnie, najpierw skazując na ekstremalną ucieczkę, potem na swego rodzaju stabilizację w nakielskim dworze Rangułtów.
Moje największe zainteresowanie wzbudziła część książki poświęcona wydarzeniom w Arancewie i ucieczce spod Moskwy. Rozgrywka psychologiczna między Rangułtem i Hoszowskim jest sama w sobie interesującym spektaklem, który rozgrywa się najpierw w opustoszałym majątku, a następnie jest kontynuowany podczas niesłychanie wyczerpującej wędrówki. Wędrówki, która uzależnia jednego od drugiego mimo krańcowej niezgodności charakterów.
Podczas pobytu we dworze Rangułtów mamy okazję poznać naszych bohaterów bliżej także w wyniku retrospekcji, które wyjaśniają, co ich ukształtowało i zdeterminowało ich los. A to z kolei prowokuje pytania czy możliwe jest dogłębne poznanie drugiego człowieka?
Podczas pobytu we dworze Rangułtów mamy okazję poznać naszych bohaterów bliżej także w wyniku retrospekcji, które wyjaśniają, co ich ukształtowało i zdeterminowało ich los. A to z kolei prowokuje pytania czy możliwe jest dogłębne poznanie drugiego człowieka?
O czym jest ta książka? Czy jest to jedynie opis awanturniczej przygody z czasów napoleońskich czy też coś więcej? Co czytelnik, to opinia. W moim przekonaniu ta książka jest niepokojąca i niewątpliwie jej przekaz jest głębszy niż tylko historia ucieczki Rangułta i Hoszowskiego. Ich postawy życiowe, tak odmienne, wywodzące się z innego wychowania, dziedzictwa i podejścia do życia mogą prowokować do różnych interpretacji. Ich pojmowanie najszczytniejszych haseł jest odmienne i stanowi początkowo zarzewie konfliktów wydawałoby się nie do przezwyciężenia.
Uwagę zwraca piękny język Eustachego Rylskiego. Ten styl i lekka narracja, która prowadzi nas jak „po sznurku” przez kolejne meandry akcji, wciąga i zaciekawia. Zdania są pełne kontrastowych przymiotników i nader często przyjmują wręcz fantastyczną składnię, a jednak są absolutnie prawidłowe pod względem gramatycznym i piękne literacko. Poniżej przykład takiego, jak mi się wydaje, dość niezwykłego, acz typowego dla tej książki, fragmentu:
„A jednak w przejrzystym jak kryształ powietrzu zawisł smród klęski. Cokolwiek by mówić, jakkolwiek się pocieszać, do czegokolwiek by się odwołać, niemożliwej do unieważnienia.” (s. 226)
Nie jest to powieść, która wstrząsałaby posadami mojego oglądu świata. W moim przekonaniu, końcówka ksiązki jest nieco rozczarowująca, zwłaszcza mając na uwadze świetny początek. Powieść ta jednak może stanowić ciekawy przyczynek do dyskusji o Polsce, o historii, o zaplątaniu poszczególnych jednostek w tryby historii i zwykłego zbiegu okoliczności. Jeśli natomiast czytelnik nie chce się zanadto wgłębiać w tekst, to przygody Hoszowskiego i Rangułta mogą stanowić ciekawą odmianę powieści awanturniczej. Atutem książki jest na pewno język i sposób prowadzenia narracji wymagający od czytelnika skupienia i uwagi. Warto sięgnąć po tę książkę i pogrążyć się w tej wciągającej, lecz jednocześnie wymagającej prozie.
Eustachy Rylski (ur. 1944) - prozaik, dramaturg, scenarzysta, laureat Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza (2005), nominowany do Nagrody Literackiej Nike w 2006 roku za książkę "Warunek". Pisał scenariusze dla Teatru Telewizji. Rylski debiutował powieścią "Stankiewicz". Po docenionym i nagrodzonym debiucie Rylski zamilkł na 20 lat, powracając powieścią "Człowiek w cieniu" (2004). Jest także autorem powieści: "Stankiewicz. Powrót" (1984), "Warunek" (2005), "Na Grobli" (2010), zbiorów opowiadań "Tylko chłód" (1987), "Wyspa" (2007), zbioru esejów "Po śniadaniu" (2009) oraz dramatów "Chłodna jesień" (1990), "Zapach wistarii" (1991), "Netta" (1997), "Co nie jest snem" (1999), "Sprawa honoru" (2003).
Źródło zdjęcia
Autor: Eustachy Rylski
Autor: Eustachy Rylski
Wydawnictwo: Świat Książki
Seria: Nowa proza polska
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 254
Seria: Nowa proza polska
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 254
wtorek, 4 grudnia 2012
Eustachy Rylski, Po śniadaniu
„Książki o tyle są dla nas ważne, o ile opowiadają o nas takich, jakimi jesteśmy lub, co ważniejsze, moglibyśmy być.” (s. 138)
Czemu, ach czemu nie przeczytałam wcześniej żadnej książki Eustachego Rylskiego? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jest on dla mnie pisarzem nieznanym, ale szczęśliwie dla mnie sięgnęłam po jego zbiór esejów „Po śniadaniu”, który w jakiś niewytłumaczalny sposób przyciągnął moją uwagę. Co prawda, jego odbiór byłby zapewne pełniejszy i bogatszy, gdybym mogła się poszczycić przynajmniej jakąś szczątkową wiedzą o twórczości i stylu pisarza, ale pocieszam się, że ten brak mogę z łatwością nadrobić, a do esejów jeszcze wrócić.
„Po śniadaniu” to hołd, wcale nie bezkrytyczny, dla pisarzy, którzy mieli największy wpływ na życie autora. Pisząc o nich, ujawnia nam także skrawek siebie i swojej osobowości, nie tylko literackiej. Swoje opinie pisze z pozycji raczej namiętnego czytelnika niż pisarza. Każdy, kto przeżywa swą młodość żyje ideałami i fascynacjami. Idolami młodości Eustachego Rylskiego byli pisarze i ich dzieła. Czy za dziesięć, dwadzieścia lat obecne fascynacje nadal nimi będą? Czy my będziemy tacy sami? Warto się nad tym zastanowić. Jak sam podkreśla:
„Każdy z przedstawionych autorów był lub jest nadal ważnym dla mnie człowiekiem jak Malraux, ważnym człowiekiem i pisarzem jak Turgieniew i Camus, wyłącznie pisarzem i poetą jak Iwaszkiewicz i Błok, wielkim idolem mojej młodości jak Hemingway lub – jak Capote – twórcą postaci, bez których moja młodość niewarta by była wspomnień, a starość uwagi.” (s. 5)
Ta niepozorna książeczka zawiera w sobie wiele prawdy. Prawdy może niezupełnie obiektywnej, ale subiektywnej prawdy autora o swoich literackich patronach i ich wpływie na jego twórczość i pojmowanie świata.
„Bywają wspaniali pisarze, których mogłoby nie być, i tacy, których absencja jest niemożliwa.” (s. 37)
„Bywają wspaniali pisarze, których mogłoby nie być, i tacy, których absencja jest niemożliwa.” (s. 37)
Eseje Rylskiego czyta się jak fascynującą opowieść o książkach, pisarzach, bohaterach literackich, ale także, a może przede wszystkim o autorze, o jego pasjach i poglądach. „Po śniadaniu” pobudza czytelnika do myślenia i refleksji. Bohaterowie tych siedmiu esejów przywołują w autorze określone skojarzenia i momenty z jego życia, gdy ich twórczość była dla niego ważna. Czasem ich wpływ przemijał, czasem trwa do dziś.
„Cenię literaturę, która ma odwagę wymierzania światu sprawiedliwości.” (s. 58)
Opinia Eustachego Rylskiego często nie jest laurką i pobudza do szukania wyjaśnień, uzupełnienia posiadanych przez nas informacji. Dla mnie takim zaskoczeniem był esej dotyczący zapomnianego obecnie Andre Malraux, którego życie naznaczone osobistymi tragediami oraz działalność u boku Charlesa de Gaulle nie były mi znane. Bardzo interesujący jest tekst o Iwaszkiewiczu, którego ostatnio coraz bardziej cenię, również jako poetę, autora świetnych "Dzienników" i esejów. Wzruszyła mnie również część poświęcona bohaterowi „Dżumy” Camusa, to chyba jeden z najlepszych tekstów w tym zbiorze. Dzięki pasji, z jaką autor odmalował przesłanie „Dwunastu” Błoka już wiem, że muszę przeczytać ten tekst. I nie jest to jedyna pozycja do przeczytania, którą sobie zanotowałam po lekturze tego zbiorku. Jedna, niewielka objętościowo książeczka, a ile przyniosła tytułów, które chcę przeczytać, na czele z książkami autora.
Ta lektura to rodzaj intelektualnego ćwiczenia, jakie zadał nam pisarz. Nie jest to dialog z czytelnikiem, lecz raczej monolog pisarza prowadzony z dystansem, czasem z nutką ironii, a czasem z nieukrywaną pasją. Jeśli lubicie ambitną literaturę pisaną w poszanowaniu inteligencji czytelnika, zachęcam do lektury.
Opinia Eustachego Rylskiego często nie jest laurką i pobudza do szukania wyjaśnień, uzupełnienia posiadanych przez nas informacji. Dla mnie takim zaskoczeniem był esej dotyczący zapomnianego obecnie Andre Malraux, którego życie naznaczone osobistymi tragediami oraz działalność u boku Charlesa de Gaulle nie były mi znane. Bardzo interesujący jest tekst o Iwaszkiewiczu, którego ostatnio coraz bardziej cenię, również jako poetę, autora świetnych "Dzienników" i esejów. Wzruszyła mnie również część poświęcona bohaterowi „Dżumy” Camusa, to chyba jeden z najlepszych tekstów w tym zbiorze. Dzięki pasji, z jaką autor odmalował przesłanie „Dwunastu” Błoka już wiem, że muszę przeczytać ten tekst. I nie jest to jedyna pozycja do przeczytania, którą sobie zanotowałam po lekturze tego zbiorku. Jedna, niewielka objętościowo książeczka, a ile przyniosła tytułów, które chcę przeczytać, na czele z książkami autora.
Ta lektura to rodzaj intelektualnego ćwiczenia, jakie zadał nam pisarz. Nie jest to dialog z czytelnikiem, lecz raczej monolog pisarza prowadzony z dystansem, czasem z nutką ironii, a czasem z nieukrywaną pasją. Jeśli lubicie ambitną literaturę pisaną w poszanowaniu inteligencji czytelnika, zachęcam do lektury.
Eustachy Rylski (ur. 1944) pochodzi z rodziny ziemiańskiej. W wieku 17 lat zatrudnił się w bazie samochodowej koło Jeleniej Góry W życiu chwytał się różnych zajęć: był urzędnikiem, robotnikiem, instruktorem w domu kultury, wychowawcą w szkole budowlanej, a także przedsiębiorcą. Jako pisarz zadebiutował tuż przed 40-stką wydając "Stankiewicza" w 1984 r., opowieść o służącym w carskiej armii synu powstańca styczniowego, który ukazał się razem z drugą mikropowieścią "Powrót" napisaną na prośbę redaktora PIW, który nie mógł uwierzyć, że debiutant mógł napisać „Stankiewicza”, tak dobrą i dojrzałą powieść. Potem, nie licząc zbioru opowiadań "Tylko chłód" (1987), nie pisał prozy przez prawie 20 lat. W tym okresie pisał m. in. scenariusze do Teatru Telewizji. Za współczesną powieść "Człowiek w cieniu" (2004) dostał Nagrodę im. Józefa Mackiewicza. Rozgrywający się w czasach napoleońskich "Warunek" (2005) był nominowany do Nagrody NIKE. Pisał sztuki dla Teatru TV, m.in. "Chłodną jesień" (1989), o pisarzu przypominającym Jarosława Iwaszkiewicza, i "Nettę" (1998), na temat środowiska filmowego. W jednym z wywiadów sam autor powiedział: „Interesuje mnie opowiadanie historii. Takich, jakie chciałbym sam przeczytać.” Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 142
wtorek, 2 października 2012
Sofi Oksanen, Oczyszczenie
O istnieniu tej książki dowiedziałam się dzięki informacji Książkowca. Opinia tej zacnej blogerki była tak dobra, że sięgnęłam po „Oczyszczenie” przy pierwszej nadarzającej się okazji i każdego, kto szuka pasjonującej, niełatwej i wielowątkowej lektury na najwyższym poziomie, zachęcam do tego.
Akcja książki rozpoczyna się w Estonii w 1992 r. Aliide Truu jest samotną, starszą kobietą, mieszkającą na wsi. Pewnego dnia znajduje na swym podwórku młodą, przerażoną i pobitą dziewczynę, która twierdzi, że ucieka przed mężem. Nieufna Aliide zabiera ją do domu i zapewnia podstawową opiekę. Obie próbują się „wybadać”, klucząc i kłamiąc, gdyż obie mają wiele do ukrycia. Zjawienie się Zary (bo tak ma na imię dziewczyna) przed domem Aliide nie jest tak do końca przypadkowe. W kolejnych odsłonach sięgających lat 30-tych XX w. poznajemy losy Aliide i jej rodziny, a także współczesną historię Zary. Losy obu kobiet są pełne dramatycznych wydarzeń i tajemnic, nawet takich, których istnienie wyda się czytelnikowi niemożliwe…
Na wypożyczonym egzemplarzu bibliotecznym książki, który znalazł się w moim posiadaniu, widniał dopisek ołówkiem „mocny język!”. Rzeczywiście, nie jest to lektura dla pensjonarek, ale ten mocny język, który chyba wzburzył poprzedniego czytelnika tej książki, prawie w ogóle nie zwrócił mojej uwagi, gdyż fabuła „Oczyszczenia”, jego psychologiczna głębia i emocjonalność zawładnęły mną całkowicie.
Książka intryguje nas od samego początku. Uwagę zwraca okładka, na której widać ucho ze złotym kolczykiem. Dopiero po rozłożeniu zakładki widzimy, że jest to fragment twarzy starej kobiety. Na tej twarzy wyryte są ślady niełatwych przeżyć które miały miejsce w jej życiu. To mogłaby być twarz Aliide, której zmarszczki skrywają dramatyczną przeszłość. Na drugiej stronie okładki po rozłożeniu widać muchę, najzwyklejszą, taką dość odrażającą „mięsną muchę”, jak ją określa Aliide. Bo od muchy wszystko się zaczyna i na musze się kończy… Brzmi tajemniczo, ale zapewniam, że odkrycie roli muchy w tej książce to nie jest jej jedyną tajemnicą.
Mimo dwutorowego prowadzenia opowieści zapoznającego nas z losami Zary i Aliide, to historia Aliide jest osią narracyjną tej książki, losy Zary ją uzupełniają. To postępowanie Aliide, jej emocje, decyzje wpłynęły na losy kilkorga najbliższych osób. A może ona o niczym nie decydowała? Może to czasy, w których przyszło jej żyć, system, który wtargnął na te ziemie sprowokował mieszkańców tych ziem do zachowań nieludzkich i wydobycia z ludzi najgorszych cech? Kto jest tu katem, a kto ofiarą? Jak widzicie sporo pytań się nasuwa po lekturze. Postępowanie Aliide kryje w sobie wiele tajemnic, nieszczęść, kłamstw. Po zakończeniu książki cały czas tli się w nas pytanie, jak my byśmy postąpili na jej miejscu?
Dwa plany powieściowe, czyli lata młodości Aliide przypadające na lata 30-te i 40-te XX w. oraz lata 90-te również stanowią pewną paralelę wzajemnie się uzupełniającą. I wtedy, w czasie narzucania nowego, komunistycznego porządku w Estonii i w latach 90-tych, świeżo po rozpadzie ZSRR, dominował chaos, w którym wygrywała bezlitosna siła i okrucieństwo. Ci, którzy przyjęli te zasady gry, wykazali się twardością, bezwzględnością, sprytem, mieli szansę przetrwać, choć też nie zawsze. A nawet jeśli przetrwali najgorszy okres, powstaje pytanie o cenę, jaką zapłacili oni i ich najbliżsi. Historia Zary, choć dramatyczna i pełna emocji, budzi mniej kontrowersji niż losy Aliide, gdyż jej rola jest bardziej jednoznaczna.
Losy Aliide i Zary również są skontrastowane w obu planach czasowych, aby w finale osiągnąć kulminację, która i tak wyjaśni tylko część nagromadzonych przez lata tajemnic. Tylko czytelnicy dostaną dodatkowe informacje, które pozwolą zobaczyć tę wielowymiarową historię w innym, pełniejszym świetle, w którym jednak pewne rzeczy i tak pozostaną w ukryciu.
Konstrukcja powieści jest bezbłędna i wciąga czytelnika do głębi. Pisarka prowadzi narrację w sposób intrygujący i dojrzały. Wiele zostawia naszej wyobraźni, wiele kwestii nie jest dopowiedzianych do końca. Portrety psychologiczne głównych bohaterów są dopracowane, ale nie do najdrobniejszego szczegółu pozostawiając miejsce na przemyślenia czytelnika, jego teorie i wyobrażenia.
Dwa plany powieściowe, czyli lata młodości Aliide przypadające na lata 30-te i 40-te XX w. oraz lata 90-te również stanowią pewną paralelę wzajemnie się uzupełniającą. I wtedy, w czasie narzucania nowego, komunistycznego porządku w Estonii i w latach 90-tych, świeżo po rozpadzie ZSRR, dominował chaos, w którym wygrywała bezlitosna siła i okrucieństwo. Ci, którzy przyjęli te zasady gry, wykazali się twardością, bezwzględnością, sprytem, mieli szansę przetrwać, choć też nie zawsze. A nawet jeśli przetrwali najgorszy okres, powstaje pytanie o cenę, jaką zapłacili oni i ich najbliżsi. Historia Zary, choć dramatyczna i pełna emocji, budzi mniej kontrowersji niż losy Aliide, gdyż jej rola jest bardziej jednoznaczna.
Losy Aliide i Zary również są skontrastowane w obu planach czasowych, aby w finale osiągnąć kulminację, która i tak wyjaśni tylko część nagromadzonych przez lata tajemnic. Tylko czytelnicy dostaną dodatkowe informacje, które pozwolą zobaczyć tę wielowymiarową historię w innym, pełniejszym świetle, w którym jednak pewne rzeczy i tak pozostaną w ukryciu.
Konstrukcja powieści jest bezbłędna i wciąga czytelnika do głębi. Pisarka prowadzi narrację w sposób intrygujący i dojrzały. Wiele zostawia naszej wyobraźni, wiele kwestii nie jest dopowiedzianych do końca. Portrety psychologiczne głównych bohaterów są dopracowane, ale nie do najdrobniejszego szczegółu pozostawiając miejsce na przemyślenia czytelnika, jego teorie i wyobrażenia.
O czym jest ta książka? O życiu, o samotności, strachu, kłamstwie, o tym, czy miłość i lojalność zawsze oznaczają to samo, niezależnie od okoliczności? Czy jesteśmy w stanie poznać wszystkie tajemnice najbliższych sobie ludzi, czy ocalenie naszych marzeń może się odbyć za każdą cenę…
Bardzo mocno przeżyłam tę książkę. Może dlatego, że w większym lub mniejszym wymiarze brakuje mi podobnego dzieła w polskiej literaturze, stanowiącego swoiste rozliczenie się czy po prostu jasne przedstawienie sytuacji, w której znalazły się rzesze ludzi w warunkach siłowego wprowadzania powojennej „stabilizacji” realizowanego przez system komunistyczny. Wręcz zazdroszczę Estończykom, że oni mają taką właśnie książkę pokazującą bez osłony, jak to wszystko działało i jak było wprowadzane w życie. Napisała ją dla nich pisarka fińska, której matka pochodzi z Estonii i nie wykluczam, że mogła czerpać z rodzinnych opowieści. Nie dziwi mnie fakt, że Sofi Oksanen została w 2009 r. wybrana przez czołowy estoński dziennik Osobowością Roku, a ona sama została określona w tejże gazecie jako „nieoficjalny ambasador kulturalny Estonii”.
O takiej książce nie można powiedzieć, że „się podobała”. Ona szarpie emocje, boli, porusza do głębi, skłania do zastanowienia i stawiania pytań o zasady naszej egzystencji. Takich pytań nie zadaje się sobie i innym codziennie. Zadaje się je po przeczytaniu takich książek jak „Oczyszczenie”, które sprawiają, że stajemy się bogatsi wewnętrznie. Mimo że przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, ona ciągle we mnie „siedzi”. Jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.
P.S. Nie jestem ekspertem rynku wydawniczego w naszym kraju, ale pozwolę sobie pogratulować wydawnictwu Świat Książki za wydanie tak dobrej i niełatwej książki. Jako laik dodam, że to wydawnictwo kojarzyłam jednak z lżejszymi lekturami. :)
Sofi Oksanen (ur. 1977) – współczesna pisarka fińska. Jej ojciec jest Finem, a matka Estonką. Studiowała teatrologię na Fińskiej Akademii Teatralnej. Pierwszą swoją powieść „Krowy Stalina” wydała w 2003 r. Kolejna powieść „Baby Jane” ukazała się w 2005 r. W 2007 r. napisała sztukę teatralną „Oczyszczenie”, na podstawie której powstała w 2009 r. wersja książkowa. Powieść ta została przetłumaczona na 26 języków, została też bestsellerem w Finlandii. Za „Oczyszczenie” Oksanen otrzymała m.in. nagrodę literacką Rady Nordyckiej w 2010 r. oraz dwie nagrody francuskich wydawców.Moja ocena: 6 / 6
Autor: Sofi Oksanen
Tytuł oryginalny: Puhdistus
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Sebastian Musielak
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 335
środa, 4 lipca 2012
Tiziano Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem
„Podróżowanie było dla mnie zawsze sposobem życia i teraz potraktowałem chorobę jako kolejną podróż: niedobrowolną, nieprzewidzianą, bez map, do której w żaden sposób się nie przygotowałem, ale która ze wszystkich dotychczasowych wymagała największego zaangażowania i dostarczała najbardziej intensywnych przeżyć.” (s. 16)
Czasem coś nas ciągnie do książki, o której nic nie wiemy, a nazwisko autora niewiele nam mówi. Tak też było w moim przypadku z książką Tiziano Terzaniego. Gdy zobaczyłam na okładce fotografię wąsatego mężczyzny w bieli o pogodnym spojrzeniu, coś sprawiło, że musiałam sięgnąć po tę właśnie książkę. Tym razem złamię nieco konwencję swoich wpisów, gdyż nie można omówić tej książki bez choćby podstawowej wiedzy o jej autorze. Dlatego też rozpoczynam od jego biogramu.
Tiziano Terzani (ur. 1938 – zm. 2004) był włoskim reporterem, dziennikarzem, wieloletnim wysłannikiem Der Spiegel w Azji, którą ukochał i rozumiał jak mało kto. Pochodził z biednej rodziny. Dzięki swojej determinacji ukończył prawo i sinologię. Od 1972 r. pracował jako korespondent „Der Spiegel” w Azji. W 1973 r. obserwował upadek Sajgonu. W 1980 r. Terzani był jednym z pierwszych zachodnich dziennikarzy przebywających w stolicy komunistycznych Chin za rządów Deng Xiaopinga. Badał on Chiny odmiennie niż czynili to ludzie Zachodu. Przybrał chińskie imię i starał się żyć i myśleć jak Chińczycy. Ściągnął również swoją rodzinę i próbował dopasować się do tamtejszych realiów. W swoich tekstach krytykował jednak wiele aspektów życia w ChRL. W 1984 r. reporter został aresztowany i oskarżony o działalność antykomunistyczną. Poddano go reedukacji i nakazano opuścić Chiny na wiele lat.
W latach 70-tych chiński wróżbita z Hongkongu przepowiedział Terzianiemu, że w 1993 r. zginie w katastrofie lotniczej. Dlatego też postanowił on przez cały rok 1993 przemieszczać się tylko ziemnymi i wodnymi środkami transportu, dzięki czemu miał okazję poznać inne oblicze państw azjatyckich. Swoją roczną podróż opisał w książce „Powiedział mi wróżbita” (1998, wyd. pol. 2008)
W 1997 r. Tiziano Terzani dowiedział się, że jest ciężko chory na raka. W „Nic nie zdarza się przypadkiem” podróżnik opisał swoje refleksje nad życiem i jego jakością w dzisiejszych czasach. Książka jest zapisem podróży Terzaniego po tym gdy odkryto u niego raka i musiał się on poddać intensywnemu leczeniu. Dotyczy nie tylko podróży w sensie fizycznym, chociaż przemierzył on w tym czasie kawał świata w poszukiwaniu lekarstwa, które go uleczy, ale przede wszystkim podróży duchowej, w głąb siebie, refleksji nad życiem, jego jakością, refleksji nad współczesnym światem. Choroba, która go dotknęła była zapalnikiem, który spowodował przewartościowanie jego spojrzenia na dzisiejszy świat.
„Przezwyciężenie strachu przed śmiercią jest dla człowieka wielkim krokiem ku wolności. Pomaga mu lepiej żyć (…). Dziwna rzecz, że współczesny człowiek studiuje, uczy się, wprawia w różnych rzeczach, ale nie dowiaduje się nic na temat umierania. A wręcz unika na wszelkie sposoby rozmowy o tym (uznawane jest to za niestosowne, jak kiedyś rozmowy o seksie). Unika też myślenia o śmierci i kiedy ten przewidywalny, najzupełniej naturalny moment nadchodzi, jest nieprzygotowany, straszliwie cierpi, czepia się życia, a czyniąc tak, cierpi jeszcze bardziej.” (s. 360)
Terzani zdecydował się na specjalistyczną kurację w jednej z nowoczesnych klinik w Nowym Jorku. Okres, który spędził w tym mieście, poddany intensywnym zabiegom wyniszczającym organizm, był dla niego okazją do obserwacji dzisiejszej Ameryki, do zastanowienia się nad kondycją dzisiejszego świata. Nie są to konstatacje optymistyczne, zwłaszcza dla tzw. cywilizacji zachodniej. Te obserwacje i refleksje są pełne życiowej mądrości i wzywają do opamiętania. Przyznam, że rzadko zdarza mi się odnaleźć w książce tyle przemyśleń, które trafiły do mojego serca i umysłu. Uwagi reportera dotyczące Ameryki i Amerykanów są szczególnie ostre i niepokojące.
„Być może żyjąc w samotności, traci się poczucie miary. Ale w zamian, milcząc, stajemy się bardziej wrażliwi na odbiór. Zdarzało mi się więc podczas spacerów wychwytywać fragmenty dyskusji, jakieś wypowiedziane kwestie, które jeszcze długo potem brzmiały mi w uszach. Odnosiłem wrażenie, że ludzie mówią przede wszystkim o pieniądzach, problemach, konfliktach.” (s. 71)
Pod wpływem choroby Terzani zaczął się również zastanawiać nad sensem medycyny zachodniej, zwanej też alopatyczną. Spostrzegł, że działa ona niezwykle wyrywkowo, że lekarze praktycznie nie „tracą” już czasu na rozmowę z pacjentem, gdyż ich źródłem informacji o chorobie są wysokospecjalistyczne urządzenia, dzięki którym lekarz praktycznie nie mając kontaktu z pacjentem może zaordynować stosowne leczenie. Nikt się nie zastanawia nad stanem psychicznym i nastawieniem tegoż pacjenta. Takie mechaniczne podejście, mimo niewątpliwych osiągnięć w zwalczaniu objawów chorobowych, nie ma żadnego wymiaru duchowego, pozostawia de facto chorego człowieka samemu sobie.
Dysponując kilkumiesięczną przerwą w kuracji, Terzani postanowił poszukać lekarstwa na swoją chorobę w krajach azjatyckich. Odwiedził wielu znachorów, poddał się wielu terapiom, ale po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że nie odnajdzie leku, którego szukał. Prezentując racjonalny punkt widzenia, krytykując wiele z tych terapii wyrażał jednocześnie szacunek do rozmaitych form leczenia tradycyjnego, z którymi się zetknął. Szczególnie doceniał fakt, że medycyna zwana holistyczną skoncentrowana jest na człowieku jako odrębnym bycie, a nie na chorych organach, które trzeba „naprawić” bez oglądania się na stan psychiczny pacjenta. Tak naprawdę, podróżując po Azji szukał wskazówek, jak żyć w dzisiejszym świecie. Nie odnalazł remedium na swoją chorobę, ale zbliżył się do odkrycia, jak prowadzić życie w zgodzie ze sobą i z naturą. Podczas kilkumiesięcznego pobytu w aśramie spojrzał na swoje życie z innej perspektywy, co pomogło mu w zaakceptowaniu swojej choroby, a na koniec odnalazł ukojenie w pustelni w Himalajach, gdzie usiłował dojść do ładu w swoim życiu.
Tak jak już wspomniałam, lektura tej książki była dla mnie odkryciem. Wiele słów, zdań Tiziano Terzaniego musiałam zapisać, z częścią z nich się z Wami dzielę, ale najlepiej sięgnąć po tę błyskotliwą książkę. Skłania ona do zastanowienia się nad swoim życiem, pozwala przeprowadzić refleksję, czy naprawdę żyjemy tak, jak chcemy? Nie jest to oczywiście poradnik z gotowymi receptami na życie, ale coś znacznie więcej. Terzani pokazuje, że rozwiązanie wielu życiowych dylematów jest w nas, w naszym nastawieniu do otaczającego świata, do innych ludzi, do siebie…
Chociaż była to dla mnie ważna lektura, uważam, że zawarta w książce lista odwiedzanych znachorów i mędrców jest chyba zbyt długa. Kilku z nich po prostu zlało mi się w jedna masę. Bez szkody dla odbiorców książki mogłaby być ona nieco krótsza, co na pewno nie osłabiłoby jej wymowy. Zastanawia też fakt, że autor poddając się rozmaitym terapiom i zlecając przepisanie leków, nie stosował ich, wyczuwając, że niewiele mu pomogą. Sprzeczność? Chyba tak. Może też zastanawiać fakt, że reporter mimo tak krytycznego stosunku do medycyny zachodniej, w sytuacji krańcowej jednak zdecydował się skorzystać z jej osiągnięć, a nie z dobrodziejstw medycyny Wschodu. Początkowo mnie to raziło, ale w ostatecznym rachunku uznaję racje Terzaniego, który tłumaczy w książce powody swojego wyboru.
Ta książka jest swoistym epitafium Terzaniego. Pokazuje on nam, czytelnikom, że nawet w najtrudniejszej sytuacji zawsze można się czymś zachwycić, coś odkryć, co zmieni nasze samopoczucie i świat na lepsze. Że zawsze należy żyć świadomie. To piękna lekcja życia. Gorąco polecam, naprawdę warto.
Na koniec przytaczam mądrą przypowieść hinduską przytoczoną przez autora książki oraz kilka cytatów, które skłaniają do zastanowienia.
„A kto nie zważa na każdą chwilę swojego życia, ryzykuje, że skończy jak człowiek z historyjki, którą opowiedział [Swami – hinduski nauczyciel Tiziano] z cudowną mimiką.
Pewien człowiek wie, że na świecie istnieje kamień zdolny przemienić przez samo dotknięcie żelazo w złoto. Postanawia go odnaleźć. Przepasuje się w pasie łańcuchem i wyrusza w drogę. Podnosi każdy napotkany kamień i uderza nim w łańcuch. Żelazo pozostaje żelazem, a on wyrzuca kamień. Podnosi następny, uderza i wyrzuca. I tak przez kolejne tygodnie, miesiące – coraz mniej uważnie. Aż któregoś dnia zatrzymuje go jakieś dziecko.
- Ej stary, gdzie znalazłeś ten piękny złoty łańcuch?
Mężczyzna patrzy na łańcuch. Naprawdę stał się złoty! Ale który z tysięcy podniesionych i odrzuconych kamieni okazał się tym właściwym?” (s. 385)
„Umysł należy do najbardziej wyszukanych narzędzi, jakimi dysponujemy, ale nie bierzemy tego pod uwagę. Przyjmując postawę typową dla naszych „nowoczesnych” czasów, powierzamy działaniu chemii to, co tymczasem – przynajmniej częściowo – moglibyśmy poruczyć umysłowi. Chemia w coraz większym stopniu staje się środkiem na całe zło. Jesteśmy w depresji, zmęczeni, bezpłodni, chudzi, grubi? Zawsze istnieje jakaś wymyślona pigułka, która właśnie pojawiła się w sprzedaży, żeby rozwiązać nasz problem. Dziecko jest nadpobudliwe? Po co szukać przyczyny? Prozac go uspokoi, niezależnie od tego, czy u źródeł zdenerwowania są rozwiedzeni rodzice, którzy traktują go jak paczkę pocztową, wciąż odsyłaną do nadawcy, czy też szkoła próbuje uczynić z niego kogoś, kim nie jest. „ (s. 127)
„W pewnym stopniu również my, na Zachodzie, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak w naszym sposobie traktowania przyrody. Czasami mamy wręcz wrażenie, że nasza chełpliwa cywilizacja, oparta na rozumie, nauce i panowaniu nad tym, co nas otacza, zaprowadziła nas w ślepy zaułek. Jednak koniec końców wciąż myślimy, że ten sam rozum i nauka pomogą nam się z niego wydostać. Wciąż więc niewzruszenie trzebimy lasy, zanieczyszczamy rzeki, osuszamy jeziora, ogałacamy oceany, hodujemy i uśmiercamy wszelkie gatunki zwierząt, bo to – jak przekonują uczeni ekonomiści tworzy dobrobyt. Łudząc się, że większy dobrobyt oznacza większe szczęście, angażujemy cała naszą energię w konsumowanie, tak jakby życie było niekończącym się, rzymskim bankietem, na którym się je i wymiotuje, żeby znów móc jeść.” (s. 199)
„Każdy postrzega siebie jako jednostkę; każdy czuje się silny swoim umysłem, swoimi zdolnościami, a przede wszystkim swoją wolnością. Ale właśnie to przekonanie o wolności i oderwanie od reszty świata powoduje wielkie poczucie osamotnienia i smutku. Przyjmujemy za pewnik tylko ten mały wycinek, który mamy wokół siebie, i przy tym ograniczonym punkcie widzenia nie jesteśmy w stanie poczuć wielkości całej reszty, choć przecież stanowimy jej część.” (s. 199)
„Wydaje się, że coraz szybsza jazda stała się naszym sposobem bycia. Wszystko jest właściwie biegiem. Żyjemy, nie zważając na samo życie. Śpimy, nie zwracając uwagi na to, co się nam śni. Patrzymy tylko na budzik. Interesuje nas wyłącznie mijający czas, posuwamy się do przodu, odkładając na potem to, czego naprawdę byśmy pragnęli. Nasza uwaga koncentruje się na „potem”, nie na „teraz”. Szczególnie w miastach życie przemija bez chwili refleksji, bez chwili spokoju, która zrównoważyłaby ten ciągły bieg. Nikt nie ma już na nic czasu. Nawet na to, żeby się zdziwić, przerazić, wzruszyć, zakochać, pobyć z samym sobą. Są tysiące wymówek, żeby się nie zatrzymać i nie zastanowić nad tym, czy ten bieg czyni nas szczęśliwszymi, a jeśli ich nie ma, jesteśmy świetni w ich wymyślaniu.” (ss. 203 – 204)
„Nie należy nigdy wracać do własnej przeszłości ani – jak mawiają mądrzy Hindusi – próbować powtórzyć dzisiaj ową chwilę radości, którą mieliśmy już szczęście przeżyć wczoraj.” (s. 287)
„Współczesny człowiek coraz mniej myśli o tym świecie. Nie ma na to czasu, a często i okazji. Życie, szczególnie w miastach, nie pozwala nam już myśleć globalnie, ponieważ wciąż uganiamy się za jakimiś szczegółami, drobiazgami, przez co gubimy sens całości. Zorientowałem się w końcu, że dotyczy to też mojego zawodu. Miałem opowiadać o wojnach, ale nie zastanawiać się, dlaczego – przy całym postępie, którym człowiek się chlubi – wciąż stanowią tak ważną część jego egzystencji. Dlaczego w miarę rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego kraje coraz więcej inwestują w badanie nowych, doskonalszych i bardziej śmiercionośnych broni? (…)
Nikt nie udziela już liczących się odpowiedzi, ponieważ nikt nie zadaje właściwych pytań. A już najmniej nauka, która na Zachodzie podporządkowana została wielkim interesom ekonomicznym i postawiona na ołtarzu w miejsce religii. W ten sposób sama stała się „opium dla mas”, z tym swoim fałszywym przekonaniem, że prędzej czy później zdoła rozwiązać wszystkie problemy. Nauka potrafi już klonować życie, ale nie jest w stanie powiedzieć, czym ono jest. Medycyna zdołała odsunąć śmierć, ale nie umie nam powiedzieć, co się dzieje po śmierci. A czy może naprawdę wiemy, co pozwala naszym oczom widzieć, a naszemu umysłowi myśleć?” (ss. 434 – 435)
„Codzienne życie pełne jest małych światełek, które nie pozwalają nam dostrzec wielkiego światła. Zasięg naszego umysłu skurczył się do niewiarygodnych rozmiarów – tak samo jak nasza wolność. Najczęściej kierujemy się reakcjami. Reagujemy zgodnie z ustalonymi modelami kulturowymi i społecznymi. I coraz częściej reagujemy automatycznie. Nie mamy już czasu, aby postępować inaczej.” (s. 436)
„Rodzimy się, żyjemy i umieramy, i żadna ceremonia, żaden rytuał nie wyznacza już etapów naszego przebywania na świecie. Narodziny dziecka nie skłaniają do żadnego refleksyjnego zachowania, poza zgłoszeniem do urzędu stanu cywilnego. Młode pary żyją w większości w związkach partnerskich, nie biorą ślubu, a jedynym rytuałem, w jakim uczestniczą jest przeprowadzka. Nie zaznaczają tego początku nowego życia nawet przez zmianę koszuli. A przy braku ceremonii inicjacyjnej brakuje też uświadomienia sobie przejścia do kolejnego etapu; przy braku symbolicznego kontaktu ze świętością brakuje zaangażowania. Często związek, który się w ten sposób rodzi, łączy tylko seks i rachunek telefoniczny. Sama śmierć przeżywana jest już bez świadomości i rytualnego pocieszenia.” (s. 460)
„To cudowne, cisza! A przecież my, współcześni, unikamy ciszy, niemal się jej boimy, może dlatego, że identyfikujemy ją ze śmiercią. Utraciliśmy nawyk pozostawiania w ciszy, w samotności. Jeśli mamy jakiś problem, czujemy, że ogarnia nas strach, wolimy pobiec i oszołomić się jakimś hałasem, wmieszać się w tłum, zamiast odsunąć się na bok i zastanowić w ciszy. To błąd, cisza jest bowiem pierwotnym doświadczeniem człowieka. Bez ciszy nie ma słowa. Nie ma muzyki. Bez ciszy nie można słyszeć. Tylko w ciszy można osiągnąć zgodność z samym sobą, odnaleźć związek między naszym ciałem i wszystkim tym, co jest w środku.” (s. 660)
W 1997 r. Tiziano Terzani dowiedział się, że jest ciężko chory na raka. W „Nic nie zdarza się przypadkiem” podróżnik opisał swoje refleksje nad życiem i jego jakością w dzisiejszych czasach. Książka jest zapisem podróży Terzaniego po tym gdy odkryto u niego raka i musiał się on poddać intensywnemu leczeniu. Dotyczy nie tylko podróży w sensie fizycznym, chociaż przemierzył on w tym czasie kawał świata w poszukiwaniu lekarstwa, które go uleczy, ale przede wszystkim podróży duchowej, w głąb siebie, refleksji nad życiem, jego jakością, refleksji nad współczesnym światem. Choroba, która go dotknęła była zapalnikiem, który spowodował przewartościowanie jego spojrzenia na dzisiejszy świat.
„Przezwyciężenie strachu przed śmiercią jest dla człowieka wielkim krokiem ku wolności. Pomaga mu lepiej żyć (…). Dziwna rzecz, że współczesny człowiek studiuje, uczy się, wprawia w różnych rzeczach, ale nie dowiaduje się nic na temat umierania. A wręcz unika na wszelkie sposoby rozmowy o tym (uznawane jest to za niestosowne, jak kiedyś rozmowy o seksie). Unika też myślenia o śmierci i kiedy ten przewidywalny, najzupełniej naturalny moment nadchodzi, jest nieprzygotowany, straszliwie cierpi, czepia się życia, a czyniąc tak, cierpi jeszcze bardziej.” (s. 360)
Terzani zdecydował się na specjalistyczną kurację w jednej z nowoczesnych klinik w Nowym Jorku. Okres, który spędził w tym mieście, poddany intensywnym zabiegom wyniszczającym organizm, był dla niego okazją do obserwacji dzisiejszej Ameryki, do zastanowienia się nad kondycją dzisiejszego świata. Nie są to konstatacje optymistyczne, zwłaszcza dla tzw. cywilizacji zachodniej. Te obserwacje i refleksje są pełne życiowej mądrości i wzywają do opamiętania. Przyznam, że rzadko zdarza mi się odnaleźć w książce tyle przemyśleń, które trafiły do mojego serca i umysłu. Uwagi reportera dotyczące Ameryki i Amerykanów są szczególnie ostre i niepokojące.
„Być może żyjąc w samotności, traci się poczucie miary. Ale w zamian, milcząc, stajemy się bardziej wrażliwi na odbiór. Zdarzało mi się więc podczas spacerów wychwytywać fragmenty dyskusji, jakieś wypowiedziane kwestie, które jeszcze długo potem brzmiały mi w uszach. Odnosiłem wrażenie, że ludzie mówią przede wszystkim o pieniądzach, problemach, konfliktach.” (s. 71)
Pod wpływem choroby Terzani zaczął się również zastanawiać nad sensem medycyny zachodniej, zwanej też alopatyczną. Spostrzegł, że działa ona niezwykle wyrywkowo, że lekarze praktycznie nie „tracą” już czasu na rozmowę z pacjentem, gdyż ich źródłem informacji o chorobie są wysokospecjalistyczne urządzenia, dzięki którym lekarz praktycznie nie mając kontaktu z pacjentem może zaordynować stosowne leczenie. Nikt się nie zastanawia nad stanem psychicznym i nastawieniem tegoż pacjenta. Takie mechaniczne podejście, mimo niewątpliwych osiągnięć w zwalczaniu objawów chorobowych, nie ma żadnego wymiaru duchowego, pozostawia de facto chorego człowieka samemu sobie.
Dysponując kilkumiesięczną przerwą w kuracji, Terzani postanowił poszukać lekarstwa na swoją chorobę w krajach azjatyckich. Odwiedził wielu znachorów, poddał się wielu terapiom, ale po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że nie odnajdzie leku, którego szukał. Prezentując racjonalny punkt widzenia, krytykując wiele z tych terapii wyrażał jednocześnie szacunek do rozmaitych form leczenia tradycyjnego, z którymi się zetknął. Szczególnie doceniał fakt, że medycyna zwana holistyczną skoncentrowana jest na człowieku jako odrębnym bycie, a nie na chorych organach, które trzeba „naprawić” bez oglądania się na stan psychiczny pacjenta. Tak naprawdę, podróżując po Azji szukał wskazówek, jak żyć w dzisiejszym świecie. Nie odnalazł remedium na swoją chorobę, ale zbliżył się do odkrycia, jak prowadzić życie w zgodzie ze sobą i z naturą. Podczas kilkumiesięcznego pobytu w aśramie spojrzał na swoje życie z innej perspektywy, co pomogło mu w zaakceptowaniu swojej choroby, a na koniec odnalazł ukojenie w pustelni w Himalajach, gdzie usiłował dojść do ładu w swoim życiu.
Tak jak już wspomniałam, lektura tej książki była dla mnie odkryciem. Wiele słów, zdań Tiziano Terzaniego musiałam zapisać, z częścią z nich się z Wami dzielę, ale najlepiej sięgnąć po tę błyskotliwą książkę. Skłania ona do zastanowienia się nad swoim życiem, pozwala przeprowadzić refleksję, czy naprawdę żyjemy tak, jak chcemy? Nie jest to oczywiście poradnik z gotowymi receptami na życie, ale coś znacznie więcej. Terzani pokazuje, że rozwiązanie wielu życiowych dylematów jest w nas, w naszym nastawieniu do otaczającego świata, do innych ludzi, do siebie…
Chociaż była to dla mnie ważna lektura, uważam, że zawarta w książce lista odwiedzanych znachorów i mędrców jest chyba zbyt długa. Kilku z nich po prostu zlało mi się w jedna masę. Bez szkody dla odbiorców książki mogłaby być ona nieco krótsza, co na pewno nie osłabiłoby jej wymowy. Zastanawia też fakt, że autor poddając się rozmaitym terapiom i zlecając przepisanie leków, nie stosował ich, wyczuwając, że niewiele mu pomogą. Sprzeczność? Chyba tak. Może też zastanawiać fakt, że reporter mimo tak krytycznego stosunku do medycyny zachodniej, w sytuacji krańcowej jednak zdecydował się skorzystać z jej osiągnięć, a nie z dobrodziejstw medycyny Wschodu. Początkowo mnie to raziło, ale w ostatecznym rachunku uznaję racje Terzaniego, który tłumaczy w książce powody swojego wyboru.
Ta książka jest swoistym epitafium Terzaniego. Pokazuje on nam, czytelnikom, że nawet w najtrudniejszej sytuacji zawsze można się czymś zachwycić, coś odkryć, co zmieni nasze samopoczucie i świat na lepsze. Że zawsze należy żyć świadomie. To piękna lekcja życia. Gorąco polecam, naprawdę warto.
Na koniec przytaczam mądrą przypowieść hinduską przytoczoną przez autora książki oraz kilka cytatów, które skłaniają do zastanowienia.
„A kto nie zważa na każdą chwilę swojego życia, ryzykuje, że skończy jak człowiek z historyjki, którą opowiedział [Swami – hinduski nauczyciel Tiziano] z cudowną mimiką.
Pewien człowiek wie, że na świecie istnieje kamień zdolny przemienić przez samo dotknięcie żelazo w złoto. Postanawia go odnaleźć. Przepasuje się w pasie łańcuchem i wyrusza w drogę. Podnosi każdy napotkany kamień i uderza nim w łańcuch. Żelazo pozostaje żelazem, a on wyrzuca kamień. Podnosi następny, uderza i wyrzuca. I tak przez kolejne tygodnie, miesiące – coraz mniej uważnie. Aż któregoś dnia zatrzymuje go jakieś dziecko.
- Ej stary, gdzie znalazłeś ten piękny złoty łańcuch?
Mężczyzna patrzy na łańcuch. Naprawdę stał się złoty! Ale który z tysięcy podniesionych i odrzuconych kamieni okazał się tym właściwym?” (s. 385)
„Umysł należy do najbardziej wyszukanych narzędzi, jakimi dysponujemy, ale nie bierzemy tego pod uwagę. Przyjmując postawę typową dla naszych „nowoczesnych” czasów, powierzamy działaniu chemii to, co tymczasem – przynajmniej częściowo – moglibyśmy poruczyć umysłowi. Chemia w coraz większym stopniu staje się środkiem na całe zło. Jesteśmy w depresji, zmęczeni, bezpłodni, chudzi, grubi? Zawsze istnieje jakaś wymyślona pigułka, która właśnie pojawiła się w sprzedaży, żeby rozwiązać nasz problem. Dziecko jest nadpobudliwe? Po co szukać przyczyny? Prozac go uspokoi, niezależnie od tego, czy u źródeł zdenerwowania są rozwiedzeni rodzice, którzy traktują go jak paczkę pocztową, wciąż odsyłaną do nadawcy, czy też szkoła próbuje uczynić z niego kogoś, kim nie jest. „ (s. 127)
„W pewnym stopniu również my, na Zachodzie, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak w naszym sposobie traktowania przyrody. Czasami mamy wręcz wrażenie, że nasza chełpliwa cywilizacja, oparta na rozumie, nauce i panowaniu nad tym, co nas otacza, zaprowadziła nas w ślepy zaułek. Jednak koniec końców wciąż myślimy, że ten sam rozum i nauka pomogą nam się z niego wydostać. Wciąż więc niewzruszenie trzebimy lasy, zanieczyszczamy rzeki, osuszamy jeziora, ogałacamy oceany, hodujemy i uśmiercamy wszelkie gatunki zwierząt, bo to – jak przekonują uczeni ekonomiści tworzy dobrobyt. Łudząc się, że większy dobrobyt oznacza większe szczęście, angażujemy cała naszą energię w konsumowanie, tak jakby życie było niekończącym się, rzymskim bankietem, na którym się je i wymiotuje, żeby znów móc jeść.” (s. 199)
„Każdy postrzega siebie jako jednostkę; każdy czuje się silny swoim umysłem, swoimi zdolnościami, a przede wszystkim swoją wolnością. Ale właśnie to przekonanie o wolności i oderwanie od reszty świata powoduje wielkie poczucie osamotnienia i smutku. Przyjmujemy za pewnik tylko ten mały wycinek, który mamy wokół siebie, i przy tym ograniczonym punkcie widzenia nie jesteśmy w stanie poczuć wielkości całej reszty, choć przecież stanowimy jej część.” (s. 199)
„Wydaje się, że coraz szybsza jazda stała się naszym sposobem bycia. Wszystko jest właściwie biegiem. Żyjemy, nie zważając na samo życie. Śpimy, nie zwracając uwagi na to, co się nam śni. Patrzymy tylko na budzik. Interesuje nas wyłącznie mijający czas, posuwamy się do przodu, odkładając na potem to, czego naprawdę byśmy pragnęli. Nasza uwaga koncentruje się na „potem”, nie na „teraz”. Szczególnie w miastach życie przemija bez chwili refleksji, bez chwili spokoju, która zrównoważyłaby ten ciągły bieg. Nikt nie ma już na nic czasu. Nawet na to, żeby się zdziwić, przerazić, wzruszyć, zakochać, pobyć z samym sobą. Są tysiące wymówek, żeby się nie zatrzymać i nie zastanowić nad tym, czy ten bieg czyni nas szczęśliwszymi, a jeśli ich nie ma, jesteśmy świetni w ich wymyślaniu.” (ss. 203 – 204)
„Nie należy nigdy wracać do własnej przeszłości ani – jak mawiają mądrzy Hindusi – próbować powtórzyć dzisiaj ową chwilę radości, którą mieliśmy już szczęście przeżyć wczoraj.” (s. 287)
„Współczesny człowiek coraz mniej myśli o tym świecie. Nie ma na to czasu, a często i okazji. Życie, szczególnie w miastach, nie pozwala nam już myśleć globalnie, ponieważ wciąż uganiamy się za jakimiś szczegółami, drobiazgami, przez co gubimy sens całości. Zorientowałem się w końcu, że dotyczy to też mojego zawodu. Miałem opowiadać o wojnach, ale nie zastanawiać się, dlaczego – przy całym postępie, którym człowiek się chlubi – wciąż stanowią tak ważną część jego egzystencji. Dlaczego w miarę rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego kraje coraz więcej inwestują w badanie nowych, doskonalszych i bardziej śmiercionośnych broni? (…)
Nikt nie udziela już liczących się odpowiedzi, ponieważ nikt nie zadaje właściwych pytań. A już najmniej nauka, która na Zachodzie podporządkowana została wielkim interesom ekonomicznym i postawiona na ołtarzu w miejsce religii. W ten sposób sama stała się „opium dla mas”, z tym swoim fałszywym przekonaniem, że prędzej czy później zdoła rozwiązać wszystkie problemy. Nauka potrafi już klonować życie, ale nie jest w stanie powiedzieć, czym ono jest. Medycyna zdołała odsunąć śmierć, ale nie umie nam powiedzieć, co się dzieje po śmierci. A czy może naprawdę wiemy, co pozwala naszym oczom widzieć, a naszemu umysłowi myśleć?” (ss. 434 – 435)
„Codzienne życie pełne jest małych światełek, które nie pozwalają nam dostrzec wielkiego światła. Zasięg naszego umysłu skurczył się do niewiarygodnych rozmiarów – tak samo jak nasza wolność. Najczęściej kierujemy się reakcjami. Reagujemy zgodnie z ustalonymi modelami kulturowymi i społecznymi. I coraz częściej reagujemy automatycznie. Nie mamy już czasu, aby postępować inaczej.” (s. 436)
„Rodzimy się, żyjemy i umieramy, i żadna ceremonia, żaden rytuał nie wyznacza już etapów naszego przebywania na świecie. Narodziny dziecka nie skłaniają do żadnego refleksyjnego zachowania, poza zgłoszeniem do urzędu stanu cywilnego. Młode pary żyją w większości w związkach partnerskich, nie biorą ślubu, a jedynym rytuałem, w jakim uczestniczą jest przeprowadzka. Nie zaznaczają tego początku nowego życia nawet przez zmianę koszuli. A przy braku ceremonii inicjacyjnej brakuje też uświadomienia sobie przejścia do kolejnego etapu; przy braku symbolicznego kontaktu ze świętością brakuje zaangażowania. Często związek, który się w ten sposób rodzi, łączy tylko seks i rachunek telefoniczny. Sama śmierć przeżywana jest już bez świadomości i rytualnego pocieszenia.” (s. 460)
„To cudowne, cisza! A przecież my, współcześni, unikamy ciszy, niemal się jej boimy, może dlatego, że identyfikujemy ją ze śmiercią. Utraciliśmy nawyk pozostawiania w ciszy, w samotności. Jeśli mamy jakiś problem, czujemy, że ogarnia nas strach, wolimy pobiec i oszołomić się jakimś hałasem, wmieszać się w tłum, zamiast odsunąć się na bok i zastanowić w ciszy. To błąd, cisza jest bowiem pierwotnym doświadczeniem człowieka. Bez ciszy nie ma słowa. Nie ma muzyki. Bez ciszy nie można słyszeć. Tylko w ciszy można osiągnąć zgodność z samym sobą, odnaleźć związek między naszym ciałem i wszystkim tym, co jest w środku.” (s. 660)
Moja ocena: 5 / 6
Autor: Tiziano Terzani
Tytuł oryginalny: Un altro giro di giostra
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumacz: Anna Osmólska – Mętrak
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 718
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Autorzy
Agopsowicz Monika
Albaret Celeste
Albom Mitch
Alvtegen Karin
Austen Jane
Babina Natalka
Bachmann Ingeborg
Baranowska Małgorzata
Becerra Angela
Beekman Aimee
Bek Aleksander
Bellow Saul
Bennett Alan
Besala Jerzy
Bobkowski Andrzej
Bogucka Maria
Bonda Katarzyna
Borkowska Urszula
Bowen Rhys
Brabant Hyacinthe
Braine John
Brodski Josif
Calvino Italo
Castagno Dario
Cegielski Tadeusz
Cejrowski Wojciech
Cherezińska Elżbieta
Cleeves Ann
Courtemanche Gil
Covey Sean
Crummey Michael
Cusk Rachel
Czapska Maria
Czarnecka Renata
Czarnyszewicz Florian
Czwojdrak Bożena
Dallas Sandra
Didion Joan
Dmochowska Emma
Doctorow E.L.
Domagalski Dariusz
Domańska-Kubiak Irena
Dostojewska Anna
Drewniak Wojciech
Drinkwater Carol
Drucka Nadzieja
Druckerman Pamela
Dunlop Fuchsia
Dyer Wayne
Edwardson Ake
Evans Richard
Fabiani Bożena
Fadiman Anne
Faulkner William
Fiedler Arkady
Filipowicz Wika
Fletcher Susan
Fogelström Per Anders
Fowler Karen Joy
Frankl Viktor
Franzen Jonathan
Frayn Michael
Fredro Aleksander
Fryczkowska Anna
Fønhus Mikkjel
Gaskell Elizabeth
Genow Magdalena
Gilmour David
Giordano Paolo
Goetel Ferdynand
Goethe Johann Wolfgang
Gołowkina Irina
Grabowska-Grzyb Ałbena
Grabski Maciej
Green Penelope
Grimes Martha
Grimwood Ken
Gunnarsson Gunnar
Gustafsson Lars
Gutowska-Adamczyk Małgorzata
Guzowska Marta
Hagen Wiktor
Hamsun Knut
Hejke Krzysztof
Helsztyński Stanisław
Hen Józef
Herbert Zbigniew
Hill Napoleon
Hill Susan
Hoffmanowa Klementyna
Holt Anne
Hovsgaard Jens
Hulova Petra
Ishiguro Kazuo
Iwaszkiewicz Jarosław
Iwaszkiewiczowa Anna
Jaffrey Madhur
Jahren Hope
Jakowienko Mira
Jamski Piotr
Jaruzelska Monika
Jastrzębska Magdalena
Jersild Per Christian
Jurgała-Jureczka Joanna
Jörgensdotter Anna
Kaczyńska Marta
Kallentoft Mons
Kanger Thomas
Kanowicz Grigorij
Karlsson Elise
Karon Jan
Karpiński Wojciech
Kaschnitz Marie Luise
Kolbuszewski Jacek
Komuda Jacek
Kowecka Elżbieta
Kościński Piotr
Kraszewski Józef Ignacy
Kroh Antoni
Kruusval Catarina
Krzysztoń Jerzy
Kręt Helena
Kuncewiczowa Maria
Kutyłowska Helena
Lackberg Camilla
Lanckorońska Karolina
Lander Leena
Larsson Asa
Laurain Antoine
Lehtonen Joel
Loreau Dominique cytaty
Lupton Rosamund
Lurie Alison
Maciejewska Beata
Maciorowski Mirosław
Mackiewicz Józef
Magris Claudio
Malczewski Rafał
Maloney Alison
Manguel Alberto
Mankell Henning
Mann Wojciech
Mansfield Katherine
Marai Sandor
Marias Javier
Marinina Aleksandra
Marklund Liza
Marquez Gabriel
Masłoń Krzysztof
Mazzucco Melania
Małecki Jan
McKeown Greg
Meder Basia
Meller Marcin
Meredith George
Michniewicz Tomasz
Mitchell David
Mizielińscy
Miłoszewski Zygmunt
Mjaset Christer
Mrożek Sławomir
Mukka Timo
Murakami Haruki
Musierowicz Małgorzata
Musso Guillaume
Myśliwski Wiesław
Nair Preethi
Naszkowski Zbigniew
Nesbø Jo
Nesser Hakan
Nicieja Stanisław
Nothomb Amelie
Nowakowski Marek
Nowik Mirosław
Obertyńska Beata
Oksanen Sofi
Orlińska Zuzanna
Ossendowski Antoni Ferdynand
Pająk-Puda Dorota
Paukszta Eugeniusz
Pawełczyńska Anna
Pawlikowski Michał
Pezzelli Peter
Pilch Krzysztof
Platerowa Katarzyna
Plebanek Grażyna
Proust Marcel
Pruszkowska Maria
Pruszyńska Anna
Przedpełska-Trzeciakowska Anna
Puchalska Joanna
Puzyńska Katarzyna
Płatowa Wiktoria
Quinn Spencer
Rabska Zuzanna
Rankin Ian
Rejmer Małgorzata
Reszka Paweł
Rutkowski Krzysztof
Rylski Eustachy
Sadler Michael
Safak Elif
Schirmer Marcin
Seghers Jan
Sobański Antoni
Sobolewska Justyna
Staalesen Gunnar
Stanowski Krzysztor
Stasiuk Andrzej
Stec Ewa
Stenka Danuta
Stockett Kathryn
Stulgińska Zofia
Susso Eva
Sypuła-Gliwa Joanna
Szabo Magda
Szalay David
Szarota Piotr
Szczygieł Mariusz
Szejnert Małgorzata
Szumska Małgorzata
Terzani Tiziano
Theorin Johan
Thompson Ruth
Todd Jackie
Tomkowski Jan
Tristante Jeronimo
Tullet Herve
Velthuijs Max
Venclova Tomas
Venezia Mariolina
Vesaas Tarjei
Wachowicz-Makowska Jolanta
Waltari Mika
Warmbrunn Erika
Wassmo Herbjørg
Wasylewski Stanisław
Wałkuski Marek
Wańkowicz Melchior
Weissensteiner Friedrich
White Patrick
Wiechert Ernst
Wieslander Jujja
Włodek Ludwika
Zevin Gabrielle
Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
de Blasi Marlena
Ładyński Antonin
Łapicka Zuzanna
Łopieńska Barbara
Łozińska Maja
Łoziński Mikołaj
Żylińska Jadwiga
Kraje
literatura amerykańska
literatura australijska
literatura austriacka
literatura belgijska
literatura białoruska
literatura brytyjska
literatura czeska
literatura duńska
literatura estońska
literatura fińska
literatura francuska
literatura hiszpańska
literatura holenderska
literatura indyjska
literatura islandzka
literatura japońska
literatura kanadyjska
literatura kolumbijska
literatura litewska
literatura niemiecka
literatura norweska
literatura nowozelandzka
literatura polska
literatura rosyjska
literatura szwedzka
literatura turecka
literatura węgierska
literatura włoska
Wydawnictwa
Agora
Akapit Press
Albatros
Amber
Arcana
Babaryba
Bellona
Bernardinum
Biblioteka Więzi
Bona
Czarna Owca
Czarne
Czerwone i Czarne
Czytelnik
Dobra Literatura
Dom na wsi
Dwie Siostry
Editio
Egmont
FIS
Fabryka Słów
Harmonia
Iskry
Kontra
Książka i Wiedza
Książnica
LTW
MAG
MG
MS
MT Biznes
Media Rodzina
Muza
Nasza Księgarnia
Nisza
Noir sur Blanc
Oficyna Naukowa
Onepress
Ossolineum
Otwarte
PIW
PWN
Pascal
Pauza
Pax
Pojezierze Olsztyn
Pol-Nordica
Polskie Towarzystwo Teologiczne
Prószyński i S-ka
Rebis
Salwator
Sic!
Smak Słowa
Sonia Draga
TMM Polska
The Facto
Twój Styl
Videograf
WAB
Wiatr od morza
Wilga
Współpraca
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wydawnictwo Kobiece
Wydawnictwo Literackie
Wydawnictwo Literatura
Wydawnictwo Morskie
Wydawnictwo Poznańskie
Wydawnictwo Śląsk
Zakamarki
Zeszyty Literackie
Znak
Zysk i S-ka
słowo obraz terytoria
wydawnictwo M
Świat Książki
Serie
A to Polska właśnie
Antykwariat polskiego romansu
Arcydzieła norweskiej literatury
Asy kryminału
Bliżej siebie
Czarna seria
Dolce Vita
Dzieła Najwybitniejszych Noblistów
Fortuna i fatum
Kalejdoskop
Kameleon
Klub Interesującej Książki
Koliber
Kryminał z klasą
Mała proza
Metropolie retro
Mroczna seria
Mroczny zaułek
Nike
Pasaże
Podróże retro
Poznaj Świat
Salamandra
Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Seria Podróże
Sulina
Terytoria Skandynawii
Tete a tete
Wspomnienia i relacje
Współczesna Proza Światowa
Z kobrą
Ze Strachem
z miotłą
Cytaty
Nesser Hakan cytaty
Pessoa Fernando cytaty
cytaty Austen Jane
cytaty Bachmann Ingeborg
cytaty Baranowska Małgorzata
cytaty Brodski Josif
cytaty Dickinson Emily
cytaty Dostojewski Fiodor
cytaty Faulkner William
cytaty Goethe Johann Wolfgang
cytaty Heller Michał
cytaty Herbert Zbigniew
cytaty Iwaszkiewicz Jarosław
cytaty Iwaszkiewiczowa Anna
cytaty Karpiński Wojciech
cytaty Malczewski Rafał
cytaty Mansfield Katherine
cytaty Marai Sandor
cytaty Mrożek Sławomir
cytaty Nesbø Jo
cytaty Nooteboom Cees
cytaty Obertyńska Beata
cytaty Ossendowski Antoni Ferdynand
cytaty Proust Marcel
cytaty Przedpełska-Trzeciakowa Anna
cytaty Stasiuk Andrzej
cytaty Szczygieł Mariusz
cytaty Terzani Tiziano
cytaty Varga Krzysztof
cytaty Wilk Mariusz
cytaty Witkiewicz Stanisław Ignacy
cytaty Woolf Virginia
cytaty Zagańczyk Marek
cytaty de Custine
Poezja
poetycznie
poezja Achmatowa Anna
poezja Baczyński Krzysztof Kamil
poezja Barańczak Stanisław
poezja Brodski Josif
poezja Dickinson Emily
poezja Dylan Thomas
poezja Gabriela Mistral
poezja Gałczyński Konstanty Ildefons
poezja Hillar Małgorzata
poezja Iwaszkiewicz Jarosław
poezja Jesienin Siergiej
poezja Kaczmarski Jacek
poezja Lechoń Jan
poezja Leśmian Bolesław
poezja Norwid Cyprian Kamil
poezja Obertyńska Beata
poezja Pawlikowska-Jasnorzewska Maria
poezja Pessoa Fernando
poezja Poświatowska Halina
poezja Przerwa-Tetmajer
poezja Różewicz Tadeusz
poezja Sexton Anne
poezja Stachura Edward
poezja Szymborska Wisława
poezja Wielkanoc
poezja Wordsworth William
poezja Wszystkich Świętych
poezja Yeats William Butler
Inne
Boże Narodzenie
Kresy
Nowy Rok
Wielkanoc
Wspomnienia i relacje
Współpraca
dla dzieci
fantastyka
filmowo
historycznie
konkursowo
kryminał
książkowo
kulinarnie
muzycznie
podróże
poetycznie
rocznicowo
rozwój osobisty
teatralnie
ulotne chwile
varia
varia Austen Jane
varia Joyce James
varia Proust Marcel














