Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura węgierska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura węgierska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2017

Magda Szabó, Zamknięte drzwi



 
Prozę Magdy Szabo cenię wysoko, choć przeczytałam zaledwie dwie jej powieści. Oba tytuły wyróżniały się jednak ciekawym stylem i wciągającą fabułą, a uwagę zwracała dopracowana głębia psychologiczna bohaterów. W końcu więc przyszła pora na lekturę „Zamkniętych drzwi”, książki zakupionej przeze mnie kilka lat temu i czekającej cierpliwie na swoją kolej. :)

Jest to historia dwóch kobiet: autorki (alter ego Magdy Szabo) i Emerenc, jej pomocy domowej. Dzieje ich relacji, pełne zawirowań, tajemnic i zdrady zawarte w tej książce. Od pierwszej strony uwagę czytelnika zagarnia całkowicie Emerenc, kobieta o silnym charakterze, powikłanym życiorysie i poczuciu osobistej niezależności. Ma swoje tajemnice, nikogo nie dopuszcza blisko siebie. Osoby, które ja otaczają, znają tylko fragmenty jej życiorysu. Jedyną istotą ludzką, przed którą stopniowo się odkrywa, jest pisarka, u której sprząta. Stopniowo, drobnymi kroczkami, więź kobiet staje się na tyle silna, że mury, które zbudowała wokół siebie Emerenc, stopniowo znikają, ale czy to przyniesie jej ukojenie czy zwiększy jej ból? 

Losy Emerenc, pełne powikłań, tragedii i poświęcenia uczyniły z niej kobietę twardą i zamkniętą w sobie. Ta skorupa zaczyna pękać pod wpływem relacji z młodszą o pokolenie pisarką, którą stopniowo zaczyna traktować jak własną córkę, której nigdy nie miała. Emerenc nie jest jednoznacznie pozytywną bohaterką. Jej oschłość i zasadniczość mogą nieco odrzucać, ale gdy powoli poznajemy jej przeżycia, przestajemy się dziwić pewnym zachowaniom, które dla niej stały się narzędziem obrony i warunkiem przetrwania w złowrogim świecie. Dla tych, których kochała, była wspaniałomyślna i szczodra i tego właśnie doświadczyła główna bohaterka, choć dość długo tego nie doceniała. 

Nie wiem, czy było to zamierzone, ale na tle silnej, lecz mimo wszystko pełnej wewnętrznej kruchości Emerenc, postać pisarki wypada blado. Ta postać drażniła mnie swym niezdecydowaniem i powierzchownością. Jeśli Emerenc oddała jej dużą część siebie, to ona dała z siebie może 10% swojego czasu i uwagi.

Dobra i angażująca lektura pokazująca zawiłości charakteru ludzkiego i tego, że drugiego człowieka naprawdę trudno poznać i zrozumieć z powierzchownych rozmów i kontaktów. Dopiero momenty krytyczne pozwalają na zrzucenie maski i poznanie prawdziwego oblicza drugiej osoby.




Autor: Magda Szabo 

Tytuł oryginalny: Az ajtó
Wydawnictwo: Bona
Tłumacz: Krystyna Pisarska
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 248










środa, 10 września 2014

Sandor Marai, Krew świętego Januarego





„Nie pogardzał złoczyńcami, bo tych należy sądzić, ale nie wolno pogardzać żadnym człowiekiem… Jednak komunistami pogardzał. Mówił, że nie ma gorszego od człowieka, który dopuszcza się takiej zbrodni odebrać wolność sumienia…” (s. 266)

Sandor Marai w 1948 r. opuścił Węgry na zawsze. Pierwsze kilka lat tej drugiej emigracji (pierwsza miała miejsce w latach 20-tych XX wieku) spędził właśnie w Posillipo, niedaleko Neapolu. Choć był rozczarowany sytuacją w kraju, bezpardonowym atakiem na wolność myśli uniemożliwiającego nawet milczenie, choć czuł się rozczarowany biernością Zachodu, to jednak lata spędzone we Włoszech wśród ubogich rybaków uważał z perspektywy czasu za najszczęśliwsze lata emigracji. Nic więc dziwnego, że „Krew świętego Januarego” została zadedykowana m.in. (…) biednym ludziom z Posillipo” 

„Morze wiedziało wszystko. A oni tutaj urodzeni, wiedzieli wszystko o morzu. Było jak ziemia ojczysta: po morzu można było wędrować w starych łodziach, powoli, ruchem posuwistym, jakby skradając się, tak jak złodziej okradający domy przemyka pod ogrodami. Morze stwarzało cień, w którego chłodzie można było spać. (…) Na morzu były tajemne drogi, ścieżki, grunty i stromizny, załomy ulic, którędy wioślarz przesuwał się chyłkiem, uważnie obliczając swoje szanse spod ronda kapelusza nasuniętego na oczy.” (s. 156
)

Pierwsza część książki opisuje warunki życia biednej społeczności Posillipo w latach 50-tych XX w. Życie mieszkańców toczy się własnym rytmem w mocnym związku z morzem i jego kaprysami. Wielu bezrobotnych rybaków poszukiwało szans choćby minimalnego zarobku, podobnie jak ich dzieci, najmłodsze i najbardziej niewinne ofiary tutejszej biedy. Narrator wspomina wizyty kolejnych sprzedawców jaj, ryb czy orzeszków ziemnych, które wyznaczały porządek dnia. Mimo wszechobecnej biedy ludzie z Posillipo są pogodzeni z losem, zachowali wzajemną życzliwość i pogodne nastawienie do życia. Być może źródłem ich siły był fakt, że byli u siebie, nikt nie zmusił ich do opuszczenia swoich domów.

„Komuniści, obiecując zbawienie społeczne, poświęcają innych… klasy, towarzyszy broni, a także wrogów urojonych i rzeczywistych, i obiecują, że gdy poświęcą wszystkich, a dodatkowo poświęcą starą sztukę i jej zasady moralne, wówczas nastąpi zbawienie. (…) Wie na pewno, że żaden system nie potrafi zbawić świata … ani system społeczny, ani religijny. Zbawić może tylko jednostka, gdy zdecyduje się na samopoświęcenie. (s.253)

W tym środowisku pojawia się tajemnicza postać uchodźcy zza „żelaznej kurtyny”. Razem ze swoją towarzyszką uciekł przed systemem niszczącym ludzką niezależność i wolność. Czy może on być „cudem” dla mieszkańców Posillipo? Czym jest cud? Czy cud można zaplanować, przyzwyczaić się do niego? Czy cud świętego Januarego mający miejsce dwa - trzy razy w roku, gdy w relikwiarzu neapolitańskiej katedry krew świętego patrona zmienia stan skupienia ze stałego w płynny, jest jeszcze świętem i nadzieją na zbawienie dla maluczkich? A może to już jest tylko pusta celebracja? Obcy staje się powoli mitem, potencjalnym zbawcą potrafiącym wysłuchać tych, którzy do niego przychodzą nie żądając nic w zamian. Jego tajemnicza śmierć staje się przedmiotem śledztwa. Przesłuchania świadków i ich wspomnienia o zmarłym stają się pretekstem do snucia opowieści o życiu zmarłego i jego poglądach, o jego osamotnieniu i braku zrozumienia. To również impuls do rozważań o uchodźctwie i niszczącym wpływie komunizmu na Europę i jej dziedzictwo…

„Krew świętego Januarego” była zaplanowana jako trzecia część „Wyznań patrycjusza” z okresu emigracji we Włoszech. Forma jest jednak odmienna, gdyż bezimienny bohater funkcjonuje niejako na marginesie toczącego się życia, a jego poglądy poznajemy z relacji osób trzecich.

Śledztwo nie dostarczy nam odpowiedzi, co było przyczyną śmierci bohatera, gdyż nie to było zamiarem pisarza. Maraia interesuje aspekt filozoficzny kondycji człowieka w świecie coraz bardziej oddalonym od idei humanizmu i kulturalnej ogłady. Gdzie bezprzykładna i tępa siła machiny politycznej miażdży ludzką wolność i autonomię.

Nie jest to arcydzieło, pewne rozważania i dygresje mogą wydać się zbyt długie i czasem się powtarzają, co wynika z przyjętej formuły leniwego śledztwa toczącego się w drugiej części książki. A jednak to właśnie te fragmenty dotyczące rozważań o sytuacji jednostki w opresyjnym świecie najmocniej przemawiają do czytelnika. Obecnie siła rażenia tych analiz jest nieco mniejsza niż w latach 50-tych XX wieku, ale i tak stanowią one ważny element dyskursu intelektualnego o sytuacji twórczej jednostki w systemie opresyjnym. Choć całość mnie nie porwała, to uważam tę książkę za ważne uzupełnienie przeczytanych wcześniej „Wyznań patrycjusza” i „Dziennika”. Potwierdzają niesamowitą przenikliwość pisarza i stanowią ważny wkład w dyskusję o kondycji inteligencji Europy Środkowej ery komunizmu.

„W szczęśliwych czasach los otacza człowieka jak atmosfera. Lecz my żyjemy w innym czasie i na tę nieszczęsną wędrówkę niezmiennie zabieramy ze sobą los, który jest bardzo mały, można go z powodzeniem schować w torbie podróżnej, jest portable…” (s. 292)
 


Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: San Gennaro vere
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 328

 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Sándor Márai, Wyznania patrycjusza





Po lekturze „Dziennika” wiedziałam, że chcę i muszę poznać bliżej twórczość Maraia. W tym roku przeczytałam już kilka jego książek i żadna mnie nie zawiodła. Szczególną pozycję w jego dorobku zajmują „Wyznania patrycjusza”, w których autor wspomina lata swej młodości, co było dla mnie szczególnie interesujące, skoro „Dziennik” pisany od 1943 r. tak mnie zachwycił. Przez długi czas nie mogłam zdobyć tej książki, ani w bibliotece, ani na allegro. Na szczęście nasza blogowa koleżanka Guciamal wspaniałomyślnie pożyczyła mi tę książkę i dzięki jej miłemu gestowi mogłam ją przeczytać. Bardzo dziękuję!

Chociaż na karcie wstępnej znajduje się zastrzeżenie, , że „(…) Bohaterowie tej powieści biograficznej są postaciami wymyślonymi: ich osobowość i kompetencje istnieją tylko na kartach tej książki, w rzeczywistości nie żyją i nie żyli nigdy.”, nie ma wątpliwości, że książka ta dotyczy życia Sandora Maraia. Historia życia głównego bohatera idealnie pokrywa się z doświadczeniami autora. Owo zastrzeżenie, dość dziwne, należy przyznać, pojawiło się dopiero w wydaniu trzecim uznanym za ostateczne. W pierwszym wydaniu pisarz wymienił bowiem niektórych bohaterów z nazwiska, co spotkało się z protestami zainteresowanych i w rezultacie Marai musiał uiścić karę finansową wskutek przegranego procesu.

„Życie upływa w mroku, który tworzą niewypowiedziane słowa, nieuczynione w porę gesty, milczenie i obawa – życie, to prawdziwe, to tak niewiele. Równowaga rodziny jest czymś szalenie kruchym, podobnie jak równowaga życia.” (s. 82)

W pierwszej części autor drobiazgowo wspomina lata swego dzieciństwa spędzonego w Kassie (obecnie słowackie Koszyce), gdzie jego ojciec był dobrze sytuowanym adwokatem. Jego rodzina wywodziła się z zasymilowanych saskich osadników, pielęgnujących węgierską kulturę i tradycje. Sfera, do której należała jego rodzina, Marai nazywa patrycjatem, co mnie kojarzy się ze starożytnym Rzymem, a oznacza po prostu burżuazję czy też mieszczaństwo. Pisarz z sentymentem wspomina ludzi kształtujących jego osobowość, członków rodziny, kolegów, sąsiadów. Postacie wyłaniające się z mroków pamięci są wyraziste i zwracające uwagę. Dzięki niemu, dzięki jego twórczości ci dawno nieżyjący rodzice, dziadkowie, ciotki pozostaną w pamięci czytelników. Te dopracowane miniatury naszkicowane lekko i nostalgicznie zarazem składają się na rożnobarwny obraz szczęśliwej epoki przełomu wieków, nie znającej okropności wojny, która wkrótce dotknęła kontynent. 

Wspomnienie dzieciństwa w Kassie często wracało w zapiskach „Dziennika”, jest więc to bardzo ważny okres w życiu pisarza, którego znaczenie jest dla niego oczywiste. Dzieciństwo to również czas zdobywania ważnych doświadczeń życiowych i kształtowania się poglądów na życie. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie wspomnienie pisarza dotyczące jego rozczarowania i poczucia niesprawiedliwości w momencie narodzin młodszej siostry czy scena zabawy w cyrk dziecięcej podwórkowej bandy, gdy dzieci się wzajemnie „tresowały”. Ta część wspomnieniowa kończy się rozpoczęciem edukacji w budapesztańskim gimnazjum oraz wybuchem I wojny światowej. 

„W jaki sposób człowiek staje się pisarzem? Nie wiem. Nie pamiętam żadnego szczególnego, wiążącego się z konkretnym wydarzeniem przeżycia, które mogło się stać decydujące, które ukształtowałoby moją pisarską optykę, jakąś szczególną zdolność widzenia i słyszenia, i wyzwoliłoby we mnie umiejętność wyrazu. Chciałem być pisarzem , odkąd pamiętam. Nigdy nie myślałem, że istnieją przecież także inne środki wyrazu niż tylko zapisana za pomocą liter myśl.” (s. 204-5)

Druga część „Wyznań patrycjusza” dotyczy pierwszej emigracji Maraia, kiedy w obawie przed represjami za napisanie kilku artykułów do organu prasowego Węgierskiej Republiki Rad, wyjechał do Niemiec. Studiował tam na kilku uczelniach, sporo podróżował, współpracował również z kilkoma tytułami prasowymi, by w 1928 r. powrócić na Węgry Te kilka lat odegrało istotną rolę w procesie narodzin pisarza. O ile pierwsza część w dużej mierze stanowi zapis wrażeń, impresji ze świata zewnętrznego, o tyle druga część dotyczy kształtowania się portretu duchowego autora i jego wyboru drogi życiowej. Znajdziemy tu nie tylko odniesienia do przeżyć Maraia, lecz również wiele refleksji dotyczących kondycji pisarza we współczesnym mu świecie, schyłkowości znaczenia Europy w degradującym się pejzażu kulturowym. 

Ostatnia część „Wyznań…” to także pojawienie się w jego życiu Loli Metzner, z którą ożenił się w Niemczech i przeżył z nią pozostałe lata swego długiego i niełatwego życia. Szczerze powiem, że – patrząc bardzo przyziemnie – jestem pełna podziwu dla postawy Loli podczas tej młodzieńczej emigracji. Jej cierpliwość i wyrozumiałość wobec męża, który spalał się w poszukiwaniu drogi życiowej, poszukiwania najwłaściwszych środków wyrazu nie dbając o realia życia codziennego, wydaje się nie mieć końca. Ale to również dzięki niej Sandor Marai osiągnął poziom pisarstwa porównywalny z największymi gigantami epoki.

„Mam słabą pamięć. Epoki, wygląd ludzi, spotkanie przesiewają się przez nią bez śladu i zapamiętuję zawsze jedynie grupy przeżyć, które łączą się w wielkie, luźne bryły zdarzeń. W tych bryłach ktoś miniony żyje we mnie symbolicznym życiem, jak robak zamknięty w pradawnym bursztynie. Kogo opuściłem, żyje we mnie tak, jak żyją zmarli w pamięci żywych. Moja pamięć jest niewdzięczna. Z chaosu wynurza się zawsze jakaś jedna postać, a szczątki wspomnień zaczepiają się o nią niczym algi; te ważniejsze wspomnienia o ludziach muszę dopiero oczyścić z namułów, którymi okrył je nurt przeszłości.” (s. 306)

„Wyznania…” to nader trafny tytuł, trudno bowiem uznać, że są to li tylko wspomnienia pisarza z lat młodości. To coś więcej. Ta książka obrazuje przemianę duchową bohatera, jego formację psychologiczną i wybór życiowej misji. Bo pisarstwo to dla Maraia misja, a nie tylko zawód. Jeśli chce się poznać Maraia, jego filozofię życiową, stanowisko wobec roli pisarza w świecie, to lektura „Wyznań patrycjusza” oraz „Dziennika” jest niezbędna. Oba te wydawnictwa wprowadzają nas w świat pisarza, choć są zupełnie odmienne, jeśli chodzi o styl pisania. „Wyznania…” to wiele introspekcji, dygresji, impresji, drgnień i przebłysków świadomości wydobywających z mroku przeszłości świat, którego już nie ma. Jest to dzieło skończone, podczas, gdy „Dziennik” to zapiski „na bieżąco” (choć starannie opracowane i wyselekcjonowane do publikacji) z wieloma przenikliwymi analizami i celnymi uwagami na temat współczesności.

Marai napisał „Wyznania” jako człowiek 34-letni, w co nigdy bym nie uwierzyła, gdyby nie niezbite fakty (data urodzin i data pierwszego wydania). Jego sposób narracji jest niezwykle dojrzały i czytelnik ma wrażenie, że obcuje z człowiekiem stojącym u progu starości wspominającym młodzieńcze lata. W dzisiejszych kategoriach, człowiek w tym wieku nadal uchodzi niemal za młokosa, a u Maraia próżno szukać młodzieńczej lekkomyślności. :) 

„Wyznania patrycjusza” to klucz do twórczości Maraia. Jego styl osiąga tu pełnię. Wydaje mi się, że poznanie twórczości węgierskiego pisarza warto zacząć właśnie od tej książki lub od „Dziennika”. One naświetlają wiele istotnych aspektów odzwierciedlonych w twórczości literackiej. Sandor Marai powoli odzyskuje należne miejsce w historii literatury. Nawet jeśli nie uznamy jego pisarstwa za fascynujące, warto dojść samodzielnie do takiego wniosku. Ja przepadłam w odmętach refleksyjności, przenikliwości i analityczności tekstów Maraia napisanych wyrafinowanym i starannym językiem znakomicie przetłumaczonym przez Teresę Worowską.


 

Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: Egy polgár vállomásai
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Teresa Worowska
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 520



środa, 21 maja 2014

Sándor Márai, Księga ziół






„Nie jest to książka uczona, lecz taka jak książki, które uczą rzeczy elementarnych. Ten, który ją napisał, nie zna absolutnej prawdy i często myli się w szczegółach. Bo jest człowiekiem. (…) Więc ta książka będzie taka, jak dawne zielniki. Które prostymi przykładami pragnęły odpowiedzieć na pytanie, co trzeba robić, gdy kogoś boli serce albo gdy Bóg go opuścił.” (s. 8)

„Księga ziół” to skarbczyk przemyśleń czterdziestotrzyletniego Máraia. Przemyśleń głębokich i płytkich, oczywistych i wątpliwych , dotykających najważniejszych spraw życiowych i zupełnie błahych. Można tę książkę czytać po kolei, od końca, można też wybierać strony na „chybił trafił”. Można po nią sięgać w wolnej chwili, aby zastanowić się nad ludzkim losem i zawiłościami życia. Nie zawsze zgodzimy się z autorem, który stara się zaprezentować jako stoik doskonały, czasem możemy polemizować z tekstem. Jest on jednak uniwersalny i czyta się go z dużą przyjemnością mimo upływu lat. Mnie zdarzyło się kilkakrotne pogrążenie w zadumie, gdy słowa Máraia dotknęły spraw, które są dla mnie aktualne i angażują dużą część moich myśli, choć z wieloma uwagami się nie zgadzałam. 

Autor pisał tę książkę jako mężczyzna po czterdziestce i z tekstu przebija niejako wrażenie, że wszystko jest już poza nim, że jest człowiekiem, który przeżył już to, co miał przeżyć i teraz będzie czerpał ze zgromadzonego doświadczenia. Na pewno nie zdawał sobie sprawy, jak wiele wyzwań i przeciwności losu jeszcze go czeka. Lektura „Dziennika” potwierdza, że dzięki zgromadzonej wiedzy i doświadczeniu był w stanie przeżyć niepowodzenia, porażki i tragedie, nie wszystkie jednak…

Książka jest zadedykowana „(…) Senece, ponieważ uczył, że bez moralności nie ma człowieka. I Epiktetowi, ponieważ uczył o tym, co jest w naszej mocy. I Markowi Aureliuszowi, który nauczył się od Epikteta, czym jest to, co w naszej mocy – i był cierpliwy. I Montaigne’owi, ponieważ był pogodnego usposobienia i nie przejmował się tym, co stanie się z jego dziełem po śmierci. I w ogólności stoikom, którzy pocieszali, kiedy nie było pociechy na ziemi, i nauczali, aby nie bać się śmierci ani niewolnictwa, ani biedy, ani choroby. I dwóm-trzem mężczyznom, którzy byli moimi przyjaciółmi i prawdziwymi mężczyznami. I dwóm – trzem kobietom.” 

Całkiem niedawno przedstawiłam Wam kilka fragmentów dotyczących czytania, które znalazłam w „Księdze ziół”, a dzisiaj prezentuję kilka fragmentów, które również przypadły mi do gustu

„Skala ludzkiej nikczemności jest tak nieograniczona, temperatura tak wysoka, pomysłowość tak oryginalna i urozmaicona, formy, w jakich objawia się, tak zaskakujące, że niekiedy cofamy się przed nią i czujemy, że jest to największa ludzka siła.” (s.45)

„Nie istnieje związek między ludźmi, który byłby głębszy, bardziej poruszający niż przyjaźń. Ileż jest egoizmu i próżności wśród zakochanych, a także w związku uczuciowym łączącym rodziców i dzieci! Tylko przyjaciel nie jest egoistą; w przeciwnym razie żaden z niego przyjaciel.” (s. 51)

Nie jest to książka, która ma taki wymiar emocjonalny jak „Dziennik”. To raczej misz-masz, ale przyjemnie mi się go czytało, choć nie ze wszystkimi tezami i radami jestem w stanie się zgodzić. Jednak wiele porad brzmi całkiem sensownie. Mimo niewielkich rozmiarów warto ją mieć na półce i sięgać po nią w poszukiwaniu leczniczych „ziół”, które poprawią nasz nastrój.



Autor: Sándor Márai
Tytuł oryginalny: Füves Könyv
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 152

czwartek, 10 kwietnia 2014

Sándor Márai, Żar





Dopalają się świece* w mrocznym pokoju… Dwóch starszych panów siedzi w milczeniu w staroświeckich fotelach. Choć rozpoczyna się właśnie Druga Wielka Wojna i świat znajduje się w przededniu katastrofy, ich to właściwie nie obchodzi. Odbyli właśnie rozmowę o wydarzeniach sprzed 41 lat, gdy byli młodzi, przystojni, gdy spotkali się w tym samym miejscu, gdy towarzyszyła im piękna kobieta, żona jednego z nich… Potem jeden z nich zniknął i pojawił się dopiero teraz, gdy obaj zbliżają się już do kresu swych dni, tak jak świece, które właśnie się dopalają… Czy taka „akcja” może być interesująca dla współczesnego czytelnika? Jest to jedna z najpopularniejszych powieści Maraia w jego ojczyźnie. Wydana w 1942 r., staroświecka i osadzona w przeszłości potrafi intrygować do dziś swoim klimatem niedopowiedzeń i atmosferą świata, którego już nie ma.

Książka zaczyna się w momencie, gdy Henryk, emerytowany generał, od wielu lat żyjący w odosobnieniu zapewnianym przez jego wiejską rezydencję, otrzymuje list od Konrada, dawno niewidzianego przyjaciela lat dziecinnych i młodzieńczych, który zniknął z jego życia czterdzieści jeden lat wcześniej. Ten list i perspektywa spotkania kończy czas oczekiwania, które trzymało Henryka przy życiu i prowokuje wspomnienia z dzieciństwa, młodości, gdy zaczęła się ich przyjaźń. Wspólny posiłek, który się odbędzie ma przypominać ten, który odbył się 41 lat wcześniej. Nie będzie na nim obecna zmarła żona generała, ale pozostałe szczegóły mają przypominać tamto ostatnie spotkanie… Podczas spotkania, które w miarę upływu czasu staje się swoistą salą sądową, 71-letni generał rozkłada na czynniki pierwsze ten dzień przed 41 laty. Dzień, w którym przyjaciel zniknął z jego życia. Dzień, który zaważył na losach trzech osób. Ta analiza, wynikająca z 41 lat roztrząsania szczegół po szczególe relacji z Karolem, dotyka kwestii najważniejszych w życiu: przyjaźni, miłości, lojalności…

Niewiele się tu dzieje, trudno mówić o jakiejkolwiek akcji, a jednak budzą się emocje i w bohaterach, i w czytelnikach. Choć początkowo nowo przybyły wypowiada pojedyncze zdania informujące, czym się zajmuje i co porabia, to jednak Henryk przejmuje pałeczkę, a ich rozmowa zmienia się szybko w monolog, podczas którego Henryk przedstawia rezultaty swojego rozciągniętego w czasie śledztwa opartego na zaledwie dostrzegalnych niuansach i drobiazgach. Spotkanie nie zmieni co prawda przeszłości, nie przywróci życia zmarłym, ale bohater książki pragnie zadać swojemu gościowi dwa pytania, które go dręczą, a odpowiedzi być może ukoją jego niepokój. Spotkanie przypominające momentami partię szachów trwa całą noc aż do wypalenia się świec, których blask dotrzymuje im towarzystwa. Te świece idealnie współgrają z wyjątkowym, zanurzonym w przeszłości nastrojem spotkania. Przemyślenia generała niekoniecznie muszą być prawdą. Czy było tak, jak podejrzewa, czy zupełnie inaczej? Odwracając ostatnią stronicę książki czytelnik nie będzie miał pewności, jaki był przebieg wydarzeń i ta niejednoznaczność, brak dosłowności jest niewątpliwym atutem tej książki.

Książka Maraia ma niepowtarzalną atmosferę, gęstniejąca z minuty na minutę. Mimo pewnych dłużyzn, trudnych do przełknięcia dla współczesnego czytelnika, ta rozmowa dwóch starców o przeszłości, o tym, co się między nimi wydarzyło, trzyma w napięciu i przemawia do wrażliwego odbiorcy. To zasługa przepięknego i wysmakowanego języka węgierskiego pisarza, jego eleganckiej frazy wspaniale przetłumaczonej przez Feliksa Netza. Dzięki temu nienagannemu stylowi, niedzisiejszemu klimatowi i braku jednoznacznych odpowiedzi ta książka na długo zostaje w naszej pamięci.



 * Tak brzmi oryginalny tytuł książki



Sándor Márai (1900-89) - węgierski prozaik i poeta. Przed II wojną światową był jednym z najpopularniejszych węgierskich pisarzy. W 1948 r. opuścił Węgry i udał się na emigrację. Do jego najsłynniejszych książek należą: "Dziennik", "Wyznania patrycjusza", "Zbuntowani", "Księga ziół". Zmarł śmiercią samobójczą w 1989 r.


Źródło zdjęcia






Autor: Sándor Márai
Tytuł oryginalny: A gyertyák csonkig égnek
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Mała Proza
Tłumacz: Feliks Netz

Rok wydania: 2011
Liczba stron: 168



wtorek, 1 kwietnia 2014

Sándor Márai, Dziennik




„W minionych latach kolejno traciłem pracę, dom, znikła warstwa społeczna, dla której pisałem, potem utraciłem ojczyznę, język ojczysty, osobowość prawną. Teraz już nie mam niczego. Rozumiem, co czuł święty Franciszek, kiedy nagi spoczął na gołej ziemi.” (s. 152; 1949 r.)

Sandor Marai, literat, pisarz intelektualista i erudyta węgierski zaczął pisać swój Dziennik w 1943 r., gdy zrezygnował z pisania do gazet. Mieszkał wtedy w Budapeszcie, toczyła się wojna światowa, a Marai postanowił zapisywać swoje odczucia wobec świata. Te notatki sporządzał aż do śmierci, a więc przez 46 lat… 

„Trzeba czasu, nim ludzie zrozumieją, że niewola jest niewolą nawet wtedy, gdy rodzi się z walki o wolność i rewolucji.” (s. 132; 1948 r.)

W 1948 roku wraz z żoną i adoptowanym synkiem uciekł przed komunistyczną dyktaturą. Mieszkali we Włoszech i w USA. Po upadku powstania węgierskiego w 1956 roku całkowicie stracił nadzieję na powrót do ojczyzny. Na emigracji wydał kilkanaście książek, ale nigdy nie mógł się tam odnaleźć. Koleje jego losu to w pewnym sensie odwzorowanie losu pokolenia pozbawionego najpierw swojej małej ojczyzny, potem kraju rodzinnego, na koniec zaś wszystkich najbliższych… 

Ten „Dziennik” to świadectwo erudycji autora. Jego przemyślany, zadziwiający przenikliwością, zdystansowany i bardzo trzeźwy osąd współczesnego mu świata i kultury budzi podziw i fascynację. Polskie wydanie to zaledwie wycinek jego zapisków. Na Węgrzech ukazało się 5 tomów „Dzienników” i tak już wyselekcjonowanych przez autora, który wydawał je sukcesywnie podczas swojego pobytu na emigracji.

Nie dowiemy się z niego zbyt wielu szczegółów z życia pisarza, może za wyjątkiem ostatnich, wstrząsających i niebywale emocjonalnych zapisków dokumentujących proces odchodzenia, narastającej rozpaczy i bezradności. Ta część notatek nie została przez pisarza zredagowana, mamy więc do nich dostęp w całości z datami dziennymi. 

O czym jest ten „Dziennik”? O kulturze, o historii, o pięknie, o literaturze, o losie człowieka kulturalnego we współczesnym skomercjalizowanym świecie, o Europie, o Ameryce. Marai, zdystansowany, zamknięty w swoim świecie wartości, potrafił z ogromną dokładnością wskazywać na niepokojące zjawiska w otaczającym go świecie. Za swoją niepokorność i kręgosłup moralny zapłacił wysoką cenę. Cenę zapomnienia, poniewierki i biedy. Nigdy jednak nie żałował swoich wyborów w obliczu zalewu komunizmu, płytkości sądów i prostactwa. Jego erudycja i błyskotliwość, których jesteśmy świadkiem na każdej stronie wydanych fragmentów „Dziennika” robi na czytelniku kolosalne wrażenie.


„Znajdujemy się nie „na progu”, lecz w samym środku sytuacji, której nie sposób nazwać inaczej, jak tylko „jedną z najdoskonalej ogłupiających epok” w historii ludzkości. Wraz z rozwojem „nauk użytecznych” postępuje w głąb i wszerz ogłupienie świata ludzkich mas.
„Jakość” – jakość duchowa, artystyczna, tak samo jak jakość człowiecza, uczuciowa – w świecie ciemnych, barbarzyńskich tłumów już nawet nie jest ofiarą negatywnej selekcji: po prostu marnieje i zanika, jak wszystko, co nie znajduje odgłosu i żywej więzi z życiem.” (s. 235; 1956 r.)

W przypadku takich książek jak “Dziennik” Maraia najpełniej odczuwam swoją niemoc w przekazaniu Wam, jak wspaniała i godna uwagi jest to rzecz. Cokolwiek bym nie napisała, zabrzmi to zbyt płasko i nieciekawie, a wybór przymiotników, których mogę użyć w odniesieniu do tej książki jest zbyt ograniczony. Ile razy mogę napisać, że „Dziennik” Sandora Maraia jest „wspaniały”, „przejmujący”, „jedyny w swoim rodzaju”, „niesamowity”? 

Można albo napisać elaborat, albo krótko wyrazić swoje zdanie. Na elaborat moja wiedza jest zbyt skromna, napiszę więc krótko i węzłowato: żałuję każdej godziny i każdego dnia, o który odwlekałam przeczytanie tej książki stojącej u mnie na półce od pół roku. Nie popełnijcie tego błędu. Było to dla mnie jedno z najbardziej poruszających intelektualnie doświadczeń czytelniczych. To książka, do której na pewno będę wracać i czerpać z niej siłę i mądrość. Na stronie księgarni Amazon spotkałam się z opinią na temat Dziennika Maraia z lat 1944-48, której tytuł oddaje moją opinię o „Dzienniku” w 100%, a brzmi on: „Wyżebraj, kup lub ukradnij, ale koniecznie przeczytaj tę książkę!”
 

 


Sándor Márai (1900-89) - węgierski prozaik i poeta. Przed II wojną światową był jednym z najpopularniejszych węgierskich pisarzy. W 1948 r. opuścił Węgry i udał się na emigrację. Do jego najsłynniejszych książek należą: "Dziennik", "Wyznania patrycjusza", "Zbuntowani", "Księga ziół". Zmarł śmiercią samobójczą w 1989 r.
 
 


 
 

Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: Naplo
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Teresa Worowska
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 640
 

wtorek, 25 lutego 2014

Sándor Márai, W podróży





„Gdy człowiek w końcu zrozumie, że w życiu naprawdę ciekawe jest tylko to, co ukryte za kulisami, godzina między czwartą a piątą nad ranem w Wenecji całkowicie mu wystarcza, a kiedy mieszkańcy i turyści zaczynają się budzić, rusza w dalszą drogę albo kładzie się spać.” (s. 105)

Sándor Márai to pisarz, którego mam ochotę poznać bliżej. Jego "Dzienniki" czekają na wolniejszą chwilę i spokojniejszy umysł, a tymczasem pierwszeństwo uzyskał zbiorek felietonów podróżniczych wydany w kultowej serii Fundacji Zeszytów Literackich.  "W podróży" wydawało mi się dobrym wyborem na początku roku, kiedy podczas wietrznej i deszczowej pogody, jaka królowała za oknami na początku stycznia, można było się przenieść w inne czasy i miejsca. Wydawnictwo to oparte zostało na materiałach opublikowanych w różnych zbiorach felietonów Máraia, a wszystkie teksty pochodzą z okresu międzywojennego za wyjątkiem jednego materiału opublikowanego już w czasie wojny, w 1941 r. 

Jego felietony z licznych podróży, jakie odbył przed II wojną Światową były przeznaczone dla gazet, których korespondentem był młody Márai. Najwcześniejsze teksty pisał młodzieniec dwudziestokilkuletni, a jego spostrzegawczość i intuicja robią duże wrażenie na czytelniku. Krótka forma tych tekstów zawiera bogactwo treści i ciekawych przemyśleń dotyczących i „tu i teraz”, i głębszych obserwacji, choćby tych dotyczących jakości współczesnego pisarzowi podróżowania. Márai konstatuje z dojmującym smutkiem i pewną rezygnacją zmiany na niekorzyść jakie zaszły w tradycji i procesie podróżowania.

„Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Podróżujemy wygodnie, bardzo szybko i na wielką skalę. W ciągu dziesięciu godzin przelatujemy z Pesztu do Helsinek. A pocztówka, którą wysyłamy do kraju ze stolicy Finlandii, Londynu czy Rzymu, najczęściej przychodzi później niż my, niespokojni wędrowcy. Mój krewniak przed stu laty jechał przez świat powoli, ale coś widział. Każda rzecz była dla niego nowością, nawet Wenus z Milo i cesarz Ferdynand. Dla nas wszystko jest takie, jakbyśmy już to widzieli – może w jakimś prospekcie? – a błyskawiczne wojaże odbywali właściwie tylko dla sprawdzenia. Tak, wszystko jest na swoim miejscu, rzeźby Thorvaldsena, szczyt Jungfrau, pomnik Ibsena w Oslo i parlament angielski. W porządku, możemy wracać do domu. Świat mieści się w aparacie Kodaka, wspomnienia przesuwają się jak klatki filmu, wszystko jest niewyraźne i zlewa się ze sobą, a wspomnienia z podróży kurczą się do rozmiarów hasła. Podróżny sprzed stu lat jeszcze marzył o świecie jak o trudnym i zarazem wspaniałym przeżyciu, o Petofim i o angielskim parlamencie. Ja dziś zazdroszczę mu tych marzeń.” 1938 (strony 90-91)


Teksty te są w większości zapisem chwili takiej, jaką widział ją Márai. Wielu postronnym obserwatorom sytuacje, które opisywał w swoich zapiskach węgierski pisarz, wydawałyby się nieciekawe i nudne, a na pewno niewarte wzmianki. Jednak dzięki jego umiejętności przeniesienia swoich emocji i intuicji potrafił z tych nic nie znaczących gestów, zachowań stworzyć mikroarcydzieła świadczące o kruchości czasów mu współczesnych, ich pewnej tymczasowości i pulsującego podskórnie niepokoju. Márai przyglądając się światu był w stanie dostrzec bardzo dużo. W drgnieniach, niuansach widzi zapowiedź zmian, pod kolorową powłoką dostrzega szary, często niepokojący obraz ukrytej prawdy.

„Poddałem się ludziom i tak naprawdę tylko oni mnie interesują, pejzaże, egzotyka opadają ze mnie jak liście, sklepik piekarza z Palermo bardziej mnie niepokoi niż tamtejsze muzeum, a tych kilka osób, które sobie wybrałem i chciałbym odkryć, zbadać i poznać, zajmuje mnie daleko bardziej niż kontynenty i cały świat.” 1933 (strony 74-75)

Jednym z bardziej przejmujących tekstów jest relacja ze zjazdu NSDAP w 1933 r., w którym uczestniczy Márai. Jego opis wydarzeń i zachowań zgromadzonych budzi głęboki niepokój. Ciekawe są również felietony dotyczące jego podróży po Bliskim Wschodzie. One również sugerują, że pod powłoką grzeczności i europejskiego obycia prawdziwa natura tamtejszych mieszkańców jest głęboko ukryta. Z tej właśnie podróży pochodzi opis jednego z najoryginalniejszych pomników, o jakim słyszałam. :)

"W starożytności prokonsulowie wiele kradli i dlatego co jakiś czas trzeba było ich zmieniać. Magistrat Leptis Magna ustawił więc na placu głównym pomnik prokonsula bez głowy i rąk; kiedy prokonsul już się dostatecznie nakradł i na jego miejsce przysyłano nowego, po prostu odkręcano od korpusu głowę i ręce odwołanego, a w ich miejsce przykręcano odpowiednie części ciała nowego dostojnika. Samego zaś korpusu nie trzeba było nigdy zmieniać i dzięki temu pomysłowemu systemowi miasto uzyskało niemałe oszczędności." (s. 85)

 
Na uwagę zasługuje również posłowie Teresy Worowskiej, która również przetłumaczyła teksty zawarte w tym tomiku. Z dużym znawstwem przedstawia nam świat wewnętrzny Máraia, jego dylematy i koleje życia, które miały swój wpływ na wymowę felietonów. Dla czytelnika nieobeznanego z twórczością Máraia jest to nieoceniona pomoc i wskazówka. 

Sándor Márai to pisarz operujący pięknym literackim językiem. Jego porównania i opinie utrzymane są w tonie spokojnym i wyważonym, frazy pozornie leniwie toczą się naprzód, a ten język nas czaruje nie tylko elegancją stylu, ale głęboką prawdą życiową. Język to jednak tylko jedna z wielu zalet pisarstwa Máraia. Wiele z jego fraz, zdań, opinii to niemal gotowe ponadczasowe sentencje. Nastrój, jaki stwarza Márai jest magiczny również dla współczesnego czytelnika. Czuję się zresztą trochę niezręcznie pisząc o tej książce. Moje zachęty wydają mi się zgrubne i pokraczne, gdyż mam przekonanie, że zamiast czytać tę notkę, z której ciągle jestem niezadowolona, lepiej sięgnąć po felietony Máraia. Jeśli cenicie sobie elegancję frazy i kulturę słowa z przyjemnością przeczytacie te teksty emanujące wrażliwością na szczegół, drgnienie, które z wielką intuicją przekazuje nam zapowiedzi zmian, które nadchodzą nieubłaganie kładąc kres opisywanemu przez Máraia świata. I choć epoka ta przeminęła bezpowrotnie, ta książka pozwoli odkryć ją na nowo i … zatęsknić. 




Sándor Márai (1900–1989), węgierski prozaik, publicysta, felietonista Radia Wolna Europa. Na język polski przetłumaczono m.in. jego "Żar", "Wyznania patrycjusza", "Ziemię! Ziemię!", "Zbuntowanych", "Zazdrosnych", a także "Dziennik" prowadzony w latach 1943–89.

Źródło zdjęcia






Autor: Sándor Márai
Tytuł oryginalny: Podstawą tłumaczenia tekstów były następujące wydania - A negy evszak, Tajak varosok, emberek, Musoron kivul, Kitepett noteszlapok, Vasarnapi kronika, Az irastudo
Wydawnictwo: Zeszyty Literackie
Seria: Podróże

Tłumacz: Teresa Worowska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 208

wtorek, 15 stycznia 2013

Magda Szabo, Sarenka






Po lekturze "Świniobicia” wiedziałam, że chcę przeczytać więcej książek autorstwa Magdy Szabo. Jej niebanalny sposób narracji odsłaniający całe spektrum ludzkich typów i zachowań zachęcał mnie do przeczytania kolejnej książki. W bibliotekach, z których korzystam, jest nawet dość spory wybór książek jej autorstwa, ale ich stopień zużycia jest dość zaawansowany i grozi w paru przypadkach wycofaniem egzemplarzy z użytku w niedługim czasie. Dlatego też sięgnęłam po najbardziej chyba zniszczoną książkę, która wpadła mi w oko. 

“W dzieciństwie milczałam przez tak wiele lat, że później nigdy nie nauczyłam się mówić; umiem tylko kłamać lub milczeć.” (s. 8) 

„Sarenka” to druga powieść, jaką napisała Szabo, wydana po raz pierwszy w 1959 r. Jest to złożony portret Eszter, uznanej i popularnej aktorki, silnej i nietuzinkowej osobowości, której życie przed wojną naznaczone było biedą i nieszczęściem. Powieść jest napisana w formie monologu czy też spowiedzi głównej bohaterki, która przeważnie zwraca się do swojego kochanka, opisując koleje swego niełatwego życia. 

Charakterystyczne dla tej narracji są przeskoki czasowe z chwili obecnej, czyli lat 50-tych XX w., do przeszłości. Opowieść ma głęboko subiektywny ton. Wszystkie osoby w niej uczestniczące opisywane są z punktu widzenia Eszter, która od wczesnego dzieciństwa musiała zarabiać na siebie, mogła liczyć tylko na swój umysł i zdolności. Z tekstu przebija miłość do rodziców okraszona jednak realistyczną oceną ich emocjonalnej samowystarczalności, co niewątpliwie miało wpływ na dziecko, jakim była wtedy Eszter. 

„Ja nie mam twarzy, nie mam rysów, jeśli się nie umaluję, wszystko się u mnie zlewa; mam tylko maski, nie mam także głowy. Inna jestem rano, inna w południe, a inna w nocy.” (strony 17-18

Niby jest to banalna historia miłosna, ale skomplikowana osobowość głównej bohaterki i jej emocjonalna spowiedź nadają jej głębszy wymiar. Poznając ją lepiej w kolejnych nawrotach wspomnień, można dostrzec mur, który wzniosła wokół siebie i zazdrość, która gnębi ją od najmłodszych lat. Jej kochanek, z którym prowadzi tę nieistniejącą w rzeczywistości rozmowę, tak naprawdę nic nie wie o niej, jej przeszłości, uczuciach i doświadczeniach. Nie dlatego, że go to nie interesuje, lecz ze względu na przyjętą postawę Eszter, która swoje tajemnice chroni przed wszystkimi. Nawet przed człowiekiem, którego kocha i przez którego jest kochana. Ani na chwilę nie spuszcza gardy, którą się otoczyła, nie pokazuje swojej prawdziwej twarzy i uczuć. Jej życie jest maską, którą zrzuca w swojej spowiedzi. 

„Gdybyś był choć troszkę podejrzliwy, gdyby choć raz przyszło ci do głowy baczniej mi się przyjrzeć, tak jak zwykłeś obserwować moje ciało, które znałeś lepiej niż ja, może zauważyłbyś, ile mimo woli sprawiasz mi cierpień, spostrzegłbyś, że szamoczę się i miotam w jakichś jałowych, nieujarzmionych męczarniach, które wywołujesz różnymi pamiątkami i wspomnieniami, nazwami obcych potraw i pokazywaniem pięter domów, w których bywałeś jako młody małżonek; (…)” (s. 107) 


Magda Szabo interesująco zarysowała jej postać. Nie można jej nazwać jedynie kobietą opętaną nienawiścią, nie przypomina również anioła. Jej osobowość jest złożona, ale jej przeżycia są bliskie wielu kobietom. Jej charakter został ukształtowany podczas bardzo trudnego, pełnego niedoli dzieciństwa i choć pewne jej zachowania i decyzje mogą wzbudzać sprzeciw, to jednak ją rozumiemy. Rozumiemy, ale nie zmienia to faktu, że w ostatecznym rozrachunku skoncentrowanie na negatywnych emocjach najwięcej szkody przynosi właśnie Eszter. 

W relacji tej pojawiają się inne osoby, które miały wpływ na ukształtowanie się jej osobowości, ale największa więź emocjonalna, poza matką i ojcem, łączyła ją z Angelą, koleżanką ze szkoły. Gdy Eszter cierpiała niedostatek i głód zarabiając na życie lekcjami, Angela dorastała w dostatku i miłości pod troskliwą opieką rodziców i opiekunki. Słodka, życzliwa Angela... To imię nie jest przypadkowe. Po latach, gdy się ponownie spotykają, więź między nimi nadal istnieje, ale nabiera innego charakteru, istotnego dla przebiegu wydarzeń. 
 
„Sarenka” była dla mnie dość niezwykłą lekturą, zwłaszcza ostatnio, kiedy brakuje mi czasu na wiele spraw, również na czytanie. Po przewróceniu bowiem ostatniej strony tej niewielkiej objętościowo książki wróciłam niemal natychmiast na stronę pierwszą, gdyż z racji charakterystycznej dla Szabo „puzzlowej” narracji, wiele niuansów mi umknęło w początkowej fazie czytania. Sens pewnych wydarzeń można dokładniej zrozumieć, gdy znamy całą historię i jej bohaterkę z jej skomplikowaniem i specyfiką charakterologiczną. Nie wiedzieć kiedy, byłam już w połowie książki czytając ją drugi raz i nie był to czas stracony, gdyż druga lektura pozwoliła mi poznać Eszter pełniej i głębiej. 

Proza Magdy Szabo nieodmiennie mnie zachwyca. Jej książki nie pozostawiają mnie obojętną. Również „Sarenka” przeniosła mnie do innego świata, pozwoliła zastanowić się nad życiem. Książka ta przykuła moją uwagę od pierwszej do ostatniej strony. Polecam.




Źródło zdjęcia

Magda Szabo ( 1917-2007), węgierska pisarka. Zadebiutowała jako poetka w 1947 r. W latach 1949-58 objęta zakazem publikowania jej prac. W 1958 r. wydała swą pierwszą powieść pt. "Fresk". Do jej najbardziej znanych książek należą "Świniobicie" (1960), "Tajemnica Abigel" (1970), "Staroświecka historia" (1977), "Zamknięte drzwi" (1987). Wywiad z Magdą Szabo z 2007 r. znajdziecie tu .

Autor: Magda Szabo
Tytuł oryginalny: Az őz

Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Andrzej Sieroszewski
Rok wydania: 1961
Liczba stron: 176


wtorek, 16 października 2012

Magda Szabó, Świniobicie




O tej książce i autorce zrobiło się głośno na blogach książkowych, zanim jeszcze zaczęłam prowadzić swoje zapiski. Twórczość węgierskiej pisarki znałam jedynie z pamiętnego serialu opartego na powieści „Tajemnica Abigel”, natomiast nie miałam okazji czytać jej książek. Okazało się, że w mojej bibliotece dzielnicowej jest całkiem spory wybór jej powieści, tak więc mój wybór padł na „Świniobicie” wydany niegdyś w kultowej już serii PIW pt. „Klub Interesującej Książki”.

Książka ta jest zapisem wydarzeń przed planowanym tytułowym świniobiciem, kiedy w kolejnych monologach kilkunastu bohaterów, odsłania się poplątana historia dwóch rodzin Kemerych i Tothów. Kemery to podupadła rodzina szlachecka, której majątek przepadł na skutek przegranej w karty jednego z przodków. Tothowie zaś to rodzina mydlarzy, którzy utracili rodzinny biznes na skutek industrializacji, a w momencie, kiedy toczy się akcja powieści, tj. w 1955 r., władza ludowa stwarza im możliwość powrotu do tradycji wyrabiania mydła.

Pewnego zimowego dnia, Janos Toth, mąż Poliki (de domo Kemery), nauczyciel w miejscowej szkole, pierwszy członek rodziny Tothów, który uzyskał wykształcenie, dowiaduje się, że jego matka, z którą nie utrzymuje kontaktów, otrzymała koncesję na prowadzenie sklepu mydlarskiego, będącego kontynuację rodzinnego zakładu rzemieślniczego sprzed wojny. Janos, załatwiając różne sprawy zlecone przez żonę w związku z planowanym za kilka dni świniobiciem, odwiedza różne miejsca, spotyka członków swojej rodziny, rozmawia z nimi odsłaniając skomplikowane dzieje swojego małżeństwa oraz obu rodzin.

Autorka uczyniła narratorem kilkanaście osób, czasem postacie zupełnie epizodyczne, a każda z nich przedstawia kolejne informacje, które odsłaniają przed czytelnikiem skomplikowaną historię rodzinną głównych bohaterów. Odkrywana przed czytelnikiem przeszłość jest pełna złych emocji, wzajemnych pretensji i krzywd. Wydarzenia zimowego dnia, podczas którego toczy się akcja książki, zmierzają do dramatycznej kulminacji...

Magda Szabo w mistrzowski sposób poprowadziła narrację tej powieści psychologicznej. W miarę postępu lektury poznajemy podstawowe fakty składające się na tragiczne zapętlenie, w którym znaleźli się bohaterowie książki. Tylko na początku czytelnik może być nieco zagubiony nie orientując się wystarczająco w koligacjach rodzinnych, ale po kilkunastu stronach fabuła książki pochłania nas i wciąga.


Książka pokazuje nam nagą, niczym nie osłoniętą nienawiść. Nienawiść, która niszczy wszystkich wokół. Czytelnik wpada w kocioł wzajemnych uraz, pretensji, zawiedzionych nadziei. Węzeł ten wydaje się nie do rozplątania, chyba, że nastąpi coś w rodzaju nagłego cięcia, czyli rozwiązania zastosowanego przez Aleksandra Macedońskiego w celu rozsupłania węzła gordyjskiego. W powieści spotykamy dwie skłócone rodziny o różnej proweniencji społecznej, ale właściwie nie ma postaci, której chcielibyśmy kibicować, z którą chcielibyśmy sympatyzować. Większość głównych bohaterów jest odpychająca, a ci, o których wiemy mniej (głównie z rodziny Tothów), nie są na tyle przekonujący, abyśmy przyjęli ich punkt widzenia. Uwagę zwraca fakt, iż postacie męskie w tej książce są w większości mdłe i nijakie (nawet te nieliczne wzbudzające sympatię), natomiast charaktery kobiece reprezentują siłę, zdecydowanie, ale czasem również okrucieństwo i pogardę.

Rodzina Kemerych jest oceniona w książce bardzo surowo. Dla jej członków nie ma właściwie nadziei, są reliktem przeszłości i dla ich funkcjonowania nie ma żadnego uzasadnienia. Ocena Tothów jest nieco lepsza, co zapewne wynikało z czasów, w jakich wydano tę książkę.

Daleka jestem od twierdzenia, że „Świniobicie” to arcydzieło, ale to książka, którą czyta się świetnie, trudno się od niej oderwać, skłania do zastanowienia i - mimo niedzisiejszych realiów - jest nadal aktualna w odkrywaniu meandrów ludzkiej psychiki. Czy rozwiązanie zaproponowane przez autorkę przyniesie wybawienie? Wątpię, ale najlepiej, abyście sami się przekonali, gdzie może zaprowadzić życie pełne uraz, pretensji, bez odrobiny empatii i życzliwości.

 
Magda Szabo (1917 – 2007) – węgierska pisarka. Ukończyła uniwersytet w Debreczynie i zyskała uprawnienia do nauczania łaciny i węgierskiego. W latach 1945 – 49 pracowała w Ministerstwie Religii i Edukacji. Karierę pisarską rozpoczęła w 1947 wydaniem tomiku wierszy pt. „Owieczka”. W 949 r. otrzymała Baumgarten Prize i w reakcji na ten fakt została zwolniona z pracy w Ministerstwie. W latach 1949 – 58 objęta zakazem publikowania. W tym okresie Magda Szabo pracowała w szkole elementarnej. Swoją pierwszą powieść napisała w 1958 r. Jej książki cieszyły się dużą popularnością. Otrzymała za nie również wiele nagród. Do najbardziej znanych powieści pisarki należą: „Świniobicie” (1960), „Bal maskowy” (1961), „Tajemnica Abigel” (1970), Staroświecka historia” (1977), „Zamknięte drzwi” (1987).
Źródło zdjęcia


Moja ocena: 5 / 6


Autor: Magda Szabo
Tytuł oryginalny: Disznótor
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Krystyna Pisarska
Rok wydania: 1977
Liczba stron: 188


wtorek, 18 września 2012

Sandor Marai, Wyspa




Od jakiegoś czasu mam w planie zapoznać się z twórczością Sandora Marai, węgierskiego prozaika. Oczywiście, najchętniej z jego „Dziennikiem”, ale z braku czasu sięgnęłam w bibliotece po „Wyspę”, o której nic nie słyszałam, ani złego, ani dobrego, ale której gabaryty wyglądały bardzo przyjaźnie, czyli mówiąc krótko, książka nie porażała objętością. :)

„Wyspa” opisuje epizod z życia profesora Askenaziego, który osiągnąwszy wiek czterdziestu ośmiu lat przeżywa coś w rodzaju punktu zwrotnego w życiu. Jakiś czas temu porzucił żonę z dzieckiem, przeniósł się do kochanki, przypadkowo poznanej na ulicy, potem również ją porzucił i w końcu dotarł do Dubrovnika, gdzie w prowincjonalnym, niezbyt reprezentacyjnym hotelu, w otoczeniu kompletnie obcych i obojętnych ludzi usiłuje dojść do ładu z samym sobą. Brzmi trywialnie? Tak, ale Marai dysponował piórem, które pozwalało nastawić się na wspólne odkrywania wydawałoby się niezgłębionej tajemnicy ludzkiej egzystencji za pomocą gonitwy myśli przedwojennego profesora w apogeum kryzysu wieku średniego. 

Książka rozpoczyna się rozdziałem, który przedstawia wszystkich gości hotelowych, panującą tam atmosferę i zestaw rytualnych zachowań i gestów, które obowiązują w tym miejscu. Powierzchowne rozmowy, nieistotne gesty, standardowe frazy… Askenazi to przybysz z zewnątrz, który nie pasuje do żadnej z naszkicowanych grup, ale on też do nich nie aspiruje. O akcję tu zresztą trudno, gdyż cała książka to właściwie monolog wewnętrzny Askenaziego, który wyjaśnia stan swojego ducha w ostatnich miesiącach i przyczyny, które skłoniły go do takich, a nie innych działań i postępowania. To zapis jego postępującego osamotnienia, wyłamania się z przyjętych reguł i zachowań społecznych. Powody takiego postępowania nie są jasne poza dążeniem do zrozumienia sensu egzystencji, do wejścia na właściwą ścieżkę w życiu. Czy profesor osiągnie ukojenie w prowincjonalnym hotelu na Bałkanach? 


Opisane w książce poczynania Askenaziego w pewnym momencie noszą wręcz znamiona kryminału. Jego peregrynacja osiąga kulminację, gdy spędza kilka nocnych godzin na wyspie nieopodal stałego lądu w zupełnej samotności po potwornym czynie, który miał miejsce w hotelu. Jego przemyślenia i gonitwa myśli to jednocześnie podróż do głębi własnego jestestwa i dyskusja z samym sobą mająca na celu dotarcie do prawdy rządzącej życiem. Czy to się uda? 

Wyspa to słowo – klucz tej książki. To symbol samotności i oddzielenia od tłumu. Pod względem formy i umiejętności pisarskich jest to bardzo interesująca książka. Konstrukcja powieści jest przemyślana i intrygująca, ale w moim przekonaniu zabrakło nieco „ognia”, czy jak niektórzy mówią „mięsa”. Jest kilka scen, przemyśleń, które zwracają uwagę. Do takich należy np. scena opróżniania kieszeni z licznych rzeczy, które Askenazy standardowo w nich nosił czy trzeźwa ocena swojego związku z kochanką:
 

„Żył cierpliwie, miesiącami, w cudzych pokojach, twarzą w twarz z obcą kobietą, w żałosnej masce starzejącego się zakochanego mężczyzny, w otoczeniu o niedającym się ustalić charakterze, czyhał na znak, na ten tajemniczy klucz, który pomoże mu w jednej chwili zrozumieć ów dręczący splot obrazów i rycin.” (s. 97)

Podobnie ironicznie bohater odnosił się do tych znajomych i przyjaciół, którzy postawili sobie za cel przywrócenie go rodzinie. Ich zabiegi uznaje za kompletnie pozbawione sensu, nie odczytujące prawidłowo powodów, które go sprowokowały do rzucenia dotychczasowego tryby życia. Nazywa ich zresztą „komitecikiem”. Takie nastawienie Askenaziego z góry skazuje ich działania na niepowodzenie. 

Bohater przeżywający rozterki wewnętrzne w dążeniu do harmonii to nic dziwnego w literaturze. A nawet powiedziałabym, że tacy bohaterowie to siła napędowa słowa pisanego. Swoim zachowaniem potrafią czytelnika ująć, zaczarować, skłonić do zastanowienia, zezłościć, zdenerwować, przyprawić o palpitacje serca etc. Najmniej ciekawie jest wtedy, gdy bohater nie wzbudza żadnych emocji. I, choć nie
mogę tego powiedzieć o Askenazym, to jego dylematy interesowały mnie coraz mniej w miare postępu lektury. A jakie uczucia we mnie wzbudził? No cóż, nie lubię go. Znielubiłam go w momencie, gdy po powrocie do domu po pierwszej nocy spędzonej z kochanką spotyka swoją żonę czekającą na niego i prowadzi z nią swoistą dyskusję w milczeniu, bez słów, w swojej wyobraźni. Gdy spada jej szal i on chcąc jej pomóc, dotyka ją, ona się uchyla od tego dotyku, Askenazy myśli o zachowaniu żony następująco: „To małostkowość z jej strony” – pomyślał. „Naprawdę, nie wolno się kłócić; dokąd byśmy zaszli? Cóż, takie są kobiety”. (s. 83) Sympatia do bohatera literackiego nie jest elementem koniecznym, ale uczucia, jakie we mnie wzbudził profesor Askenazy były co najwyżej letnie. 

Odbiór tej książki to sprawa indywidualna. Jestem pewna, że wiele osób nie zgodzi się ze mną i uzna „Wyspę” za fascynującą przygodę literacką. W moim przypadku, uznaję tę książkę za ciekawy eksperyment, który nie wciągnął mnie tak, jak tego oczekiwałam. Nie umiałam zaangażować się w tekst. Interesujące spostrzeżenia, kilka błyskotliwych cytatów, pewne kwestie egzystencjalne, które porusza Marai w „Wyspie”, to za mało, abym mogła uznać tę książkę za ważną w moim życiu. Mimo rozterek wewnętrznych Askenaziego, które w mniejszym lub większym stopniu są obecne w życiu każdego inteligentnego człowieka, nie poruszyła mnie ta opowieść. Poszukiwanie sensu życia i reguł rządzących światem przez głównego bohatera, mimo interesującej formy, okazało się dla mnie nieco … puste. Zachęcam Was jednak do wyrobienia sobie własnej opinii.
 


Sándor Márai (rodowe nazwisko Grosschmid) (1900 - 89) - studiował w Berlinie dziennikarstwo. W roku 1923 ożenił się z Iloną (Lola) Matzner, z którą przeżył sześćdziesiąt trzy lata. Pod rządami Horthy’ego zdobywa pozycję pisarza niezależnego. W r. 1948 z żoną i adoptowanym synkiem ucieka przed komunistycznym reżimem.
Opuszczając w 1948 roku kraj, Márai był autorem 46 książek, przeważnie powieści, lecz także poezji, esejów, felietonów i sztuk. Między rokiem 1928 a 1939 zdobył olbrzymią popularność. Na emigracji opublikował 16 książek. Z dorobku powieściowego Márai najwyżej ceniony jest cykl „Garenek Muve” („Dzieło Garenów”, 1933-44), ale wedle zgodnej opinii krytyki dziełem jego życia jest „Dziennik”. Pierwszy tom wyszedł w Budapeszcie w r. 1945, kolejne cztery, wydawane już na emigracji, były autorskim wyborem z materiału, którego pełną edycję niedawno rozpoczęto. Szósty, pośmiertny tom „Dziennika” jest dziełem wyjątkowym. Autor, półślepy, umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony, chorej na raka gardła, notuje – na granicy czytelności – coś, co jest poruszającym studium starości, a zarazem świadectwem wielkiej miłości. Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony, dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu.


Moja ocena: 4 / 6


Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: A sziget
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Mała proza
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 168



Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Besala Jerzy Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Borkowska Urszula Bowen Rhys Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Covey Sean Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnecka Renata Czarnyszewicz Florian Czwojdrak Bożena Dallas Sandra Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domagalski Dariusz Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drewniak Wojciech Drinkwater Carol Drucka Nadzieja Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Dyer Wayne Edwardson Ake Evans Richard Fabiani Bożena Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Filipowicz Wika Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fowler Karen Joy Frankl Viktor Franzen Jonathan Frayn Michael Fredro Aleksander Fryczkowska Anna Fønhus Mikkjel Gaskell Elizabeth Genow Magdalena Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Helsztyński Stanisław Hen Józef Herbert Zbigniew Hill Napoleon Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jahren Hope Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jurgała-Jureczka Joanna Jörgensdotter Anna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karlsson Elise Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kowecka Elżbieta Kościński Piotr Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kręt Helena Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Laurain Antoine Lehtonen Joel Loreau Dominique cytaty Lupton Rosamund Lurie Alison Maciejewska Beata Maciorowski Mirosław Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Małecki Jan McKeown Greg Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Mitchell David Mizielińscy Miłoszewski Zygmunt Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Myśliwski Wiesław Nair Preethi Naszkowski Zbigniew Nesbø Jo Nesser Hakan Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Orlińska Zuzanna Ossendowski Antoni Ferdynand Pająk-Puda Dorota Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pawlikowski Michał Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Przedpełska-Trzeciakowska Anna Puchalska Joanna Puzyńska Katarzyna Płatowa Wiktoria Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Sobolewska Justyna Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szalay David Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Weissensteiner Friedrich White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna de Blasi Marlena Ładyński Antonin Łapicka Zuzanna Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Żylińska Jadwiga
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...