wtorek, 30 grudnia 2014

Maja Łozińska, Smaki Dwudziestolecia





Polskie Dwudziestolecie Międzywojenne święci obecnie triumfy. Co chwila ukazują się wydawnictwa przybliżające wydarzenia, ludzi, miejsca i rozmaite aspekty życia w tamtych latach. Krótko mówiąc, ta epoka jest obecnie w modzie! Szczególne miejsce zajmują tutaj pozycje Wydawnictwa Naukowego PWN, a uznanymi autorami zgłębiającymi meandry obyczajowe tych lat są Maja i Jan Łozińscy. Nic więc dziwnego, że obyczaje kulinarne również doczekały się swojej publikacji autorstwa żeńskiej połowy małżeńskiego duetu

„Smaki Dwudziestolecia” podzielone są na kilka rozdziałów tematycznych, w których autorka stara się odmalować specyfikę tamtych lat i przedstawić zmiany, jakie zaszły w obyczajach kulinarnych obywateli II Rzeczypospolitej. Pierwsze rozdziały prezentują obyczaje panujące w gospodarstwach domowych, jak jedzono, jak robiono zakupy spożywcze, jak powoli zmieniały się nawyki żywnościowe Polaków. Autorka korzystając z ówczesnej prasy oraz wydawnictw książkowych koncentruje się głównie na mieszkańcach miast okazjonalnie wspominając żywienie na dworach ziemiańskich, a zupełnie rzadko dotyka tematu egzystencji i sposobu odżywiania ludności wiejskiej. Domyślam się jednak, że ta preferencja wynika głównie z większej dostępności informacji o życiu miast niż wsi, ponadto nie jest to praca naukowa, ale literatura popularna mająca nam wskazać, jak wkraczały na stoły naszych przodków nowoczesne nawyki żywieniowe i jak wiele zmieniło się w miastach w porównaniu do życia we dworze, gdzie starano się jednak kultywować XIX-wieczne tradycje obfitych posiłków i gościnności.

Typowo miejskimi rozrywkami stały się wizyty w kawiarniach i restauracjach, które stały się miejscem, gdzie pulsowało życie kulturalne, a anegdoty o najsławniejszych bywalcach przetrwały w zbiorowej pamięci do dziś! Dość wspomnieć nazwiska Franciszka Fiszera czy Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego, by wiedzieć, co mam na myśli.:) Ostatni rozdział dotyczy bankietów, które w owym czasie odgrywały wielką rolę w życiu towarzyskim stolicy, również w jej życiu oficjalno-urzędowym. Z upodobania do życia towarzyskiego i oficjalnych przyjęć słynął Prezydent Ignacy Mościcki.

Książka jest pięknie wydana, tekstowi towarzyszą udane zdjęcia, a czytelnik może się z przyjemnością udać na rekonesans do przedwojennych kuchni, sklepów, restauracji czy kawiarni. Książka pobudza ciekawość i wyobraźnię. Zachęca do dalszych poszukiwań, choćby w bibliotekach cyfrowych, gdzie można odnaleźć przedwojenne tytuły z artykułami i notkami dotyczącymi życia codziennego. Maja Łozińska czerpała z tych źródeł obficie i udało jej się pokazać ten kulinarno-rozrywkowy fragment ówczesnej rzeczywistości.


Nie czytałam pozostałych książek Autorki, nie mogę więc ocenić, czy i na ile następuje „zazębianie się” prezentowanych w kolejnych książkach zagadnień. Sądzę jednak, że prawdopodobieństwo jest dość wysokie, mając na uwadze, że oprócz „Smaków…” wydane zostały również „Bale i bankiety Drugiej Rzeczpospolitej” czy „W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne”. Ponieważ jednak była to moja pierwsza książka autorstwa Mai Łozińskiej czuję się zachęcona do kontynuacji znajomości z jej twórczością. Sądzę, że moda na Dwudziestolecie nadal będzie trwała jeszcze długo, a my będziemy mieli jeszcze okazję poznać również inne sfery życia ówczesnego społeczeństwa II Rzeczypospolitej.

Autor: Maja Łozińska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 184

niedziela, 28 grudnia 2014

czwartek, 25 grudnia 2014

Josif Brodski, Gwiazda Bożego Narodzenia


Źródło


Gwiazda Bożego Narodzenia

W porze zimowej, w wiosce, która czuła się zadomowiona
w upale, a nie w zimnie, i w poziomach, nie w górskich pionach
przyszło na świat w jaskini dziecię - po to, aby zbawić ten świat.
Wiał ostry, jak to bywa na pustkowiu i zimą, wiatr.
Dziecięciu wszystko zdawało się ogromne: pierś matki, para
z nozdrzy wołu, dary Kaspara, Melchiora i Baltazara,
złożone przez nich przed progiem, gdy ze szpar wrót trysnął blask.
Dziecię było zaledwie kropką - kropką była też jedna z gwiazd.
Z uwagą, bez mrugnięcia, przez blade, rozpierzchłe chmury
w Narodzonego w żłobie wpatrując się z dala i z góry -
z głębin kosmosu, z jego przeciwległego końca -
zaglądała w jaskinię gwiazda. Spojrzeniem Ojca.

Josif Brodski
przeł. Stanisław Barańczak





wtorek, 23 grudnia 2014

Swięta Bożego Narodzenia!


Sandro Botticelli, Narodziny Jezusa
Źródło zdjęcia
 

Wszystkim Wam,
 
zaglądającym tu regularnie bądź sporadycznie życzę
 
Świąt prawdziwie świątecznych

ciepłych w sercu,

zimowych na zewnątrz,

pachnących choinką,

jaśniejących pierwszą gwiazdką,

co daje nadzieję na następny rok.

Świąt wypełnionych radością i miłością,

niosących spokój i odpoczynek.
 
 

niedziela, 21 grudnia 2014

Ulotne chwile (128)


Warszawa, pokaz mody na murach Starego Miasta, kwiecień 1965
Pocztówka zakupiona zapewne na Targach Ksiązki
fot. Jarosław Tarań
Archiwum Fotografii Ośrodka KARTA


piątek, 19 grudnia 2014

Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, t. 1



Tom 1 „Kresowej Atlantydy” był moi m pierwszym spotkaniem z profesorem Nicieją i już wiem na pewno, że nie ostatnim. Profesor od wielu lat zajmuje się dokumentowaniem przeszłości polskich Kresów Wschodnich i przybliżaniem losów ludzi, którzy tam żyli. W swej pracy naukowej koncentruje się na biografistyce, a swoistym podsumowaniem jego działalności badawczej są kolejne tomy „Kresowej Atlantydy”. 

Nazwa tego kilkutomowego dzieła idealnie oddaje specyfikę Kresów. Ten świat już odszedł i nie wróci. Nie da się wrócić do tego, co było. Cokolwiek byśmy o tym myśleli, taka jest prawda. Ale możemy i powinniśmy pamiętać o tym, co tam wnieśli i pozostawili po sobie nasi przodkowie. Pamięć ma ogromną siłę, oddaje sprawiedliwość tym, którzy już nie mogą nic powiedzieć. 

Autor podkreśla we wstępie, iż „Polska w wyniku układów jałtańsko-poczdamskich w roku 1945 została przesunięta na mapie Europy jak klocek około 250 km na zachód. (…) w wyniku tej operacji straciła wówczas prawie połowę swego terytorium sprzed wojny, tj. 177,8 tys. km kw. Z 388,6 tys. km kw. (czyli ok. 45,7%). Jako rekompensatę otrzymała 100,9 tys. km kw. Dawnego terytorium hitlerowskiej III Rzeszy. (…) Takiego rozmiaru i skali społecznych następstw II wojny światowej nie doświadczyło żadne zwycięskie państwo europejskie.” (s. 5-6) Tylko, czy po uświadomieniu sobie skali tych zmian możemy nadal uważać się za państwo zwycięskie?..

Profesor Nicieja prowadzi swą opowieść prezentując poszczególne miasta poprzez historię ich mieszkańców, lokalnych wydarzeń, które znalazły odzwierciedlenie w fotografiach i wspomnieniach. W tym tomie poznajemy Lwów, Stanisławów, Tarnopol, Brzeżany i Borysław. 

Magia Lwowa i jego specyficzny klimat jest powszechnie znany. Nie dziwi więc, że opis miasta i ludzi zajmuje najwięcej miejsca. To miasto, które prawdziwy rozkwit przeżyło za czasów zaboru austriackiego i w dwudziestoleciu międzywojennym stanowiło – wydawałoby się niewyczerpany- rezerwuar kadr urzędniczych, politycznych czy wojskowych. Dramatyczna walka o polskość w latach 1918-20 uwieńczona bohaterskim zrywem Orląt lwowskich oraz walką do ostatniego naboju polskich żołnierzy pod Zadwórzem istnieją w naszej świadomości historycznej, a dzięki odkłamywaniu historii te wydarzenia powracają do głównego obiegu informacyjnego. Profesor Nicieja interesuje się jednak przede wszystkim mieszkańcami miasta, tym, czym się zasłużyli w przeszłości, co po nich zostało, a jaki sposób ukształtowało ich miasto, które stanowiło ich małą ojczyznę. Podobny cel przyświeca również wspomnieniu o pozostałych miastach w tym tomie, a każde z nich miało swoją specyfikę. W formie niespiesznej gawędy. Odkryciem dla mnie były wspaniałe i urzekające pięknem secesyjne dekoracje stanisławowskich budynków czy historia słynnego tarnopolskiego gimnazjum. Obecnie jednak po gimnazjum nie ma śladu, jak i po innych zabytkach, a wspomnienie ludzi, ich codzienności, uroczystych chwil i nadziei można odnaleźć tylko na wyblakłych, cudem ocalałych fotografiach.

Brzeżany i Borysław to zdecydowanie najmniej znane z opisywanych miast, a jednak też z bogatą przeszłością i specyfiką. Brzeżany swoje najlepsze chwile zawdzięczają Sieniawskim, po których zostały tylko ruiny ich niezdobytego zamku. Borysław zaś to historia niemal jak ta opisana w „Ziemi obiecanej” Reymonta, tylko źródłem bogactwa były tu złoża ropy naftowej, które na jakiś czas zapewniło niektórym przemysłowcom bogactwo, a harujących ponad siły robotników nie wybawiło od nędzy, samemu miastu też nie przysporzyło piękna, gdyż tym, co kojarzyło się z Borysławiem był wszechobecny brud i błoto w połączeniu z ogromną biedą mieszkańców wykorzystywanych przez tych, którzy wzbogacili się najbardziej.

Na początku lektury możemy się gubić w natłoku nazwisk, w większości nieznanych i nic nie mówiących, ale w ogólnym rozrachunku nie jest to ważne. Szybko wdrożyłam się w rytm tej niespiesznej opowieści i indywidualnych losów, które pozwalają zobaczyć dzieje tych unikalnych i jakże różnorodnych zbiorowości, pokazują tragizm zagłady tamtego świata, które rzeczywiście jest naszą Atlantydą. Nie tylko zresztą naszą, gdyż Autor słusznie zwraca uwagę na różnorodność etniczną mieszkańców tych terenów. Dla wielu z nich to również był koniec ich świata, o czym świadczą opisy zagłady społeczności żydowskich zamieszkałych na tych terenach. Choć książka nie jątrzy, nie dzieli, autor stara się odnaleźć wspólny mianownik dla dziejów tych wieloetnicznych zbiorowości, to jednak nie mogę się zgodzić, tak jak on się zgodził, z przytoczonym fragmentem wiersza Horsta Bienka:
"Wypędzili nas z Gliwic
Wypędzeni ze Lwowa".
Otóż, w moim przekonaniu, „wypędzeni ze Lwowa” nie mieli nic do powiedzenia w kwestii wyboru swojego miejsca zamieszkania...

Nieprzypadkowo książka jest zadedykowana Adamowi Hanuszkiewiczowi, rodowitemu lwowianinowi. Na końcu książki autor zamieszcza szkic poświęcony wielkiemu artyście, z którym był zaprzyjaźniony, a który odszedł w 2011 r. niedługo przed wydaniem tomu pierwszego „Kresowej Atlantydy”. 

Profesor Nicieja odkrywa przed nami ten zapomniany świat i miejsca, o historii których i naszej tam obecności, mówiło się po cichu i tylko gdzieniegdzie. Ponieważ Autor jest profesorem Uniwersytetu Opolskiego mieszka na terenach zamieszkanych przez repatriantów ze Wschodu. Od wielu lat zbiera pamiątki przywiezione przez nich na nowe miejsce. Wszystkie fotografie zamieszczone w tej pięknie wydanej książce pochodzą z jego prywatnych zbiorów nabytych na targach staroci lub od jego znajomych i przyjaciół, a nie z dostępnych bibliotek cyfrowych, co jest również wielką wartością i uważam, że autor dokonał niezwykłego wyczynu ocalając te ludzkie portrety i życiorysy.  

Ta książka jest zaproszeniem do odkrycia naszej przeszłości, poznania miejsc i ludzi, którzy – choć my sami często o tym nie wiemy – miała wpływ i na nas. Autorowi należy się ogromny szacunek za to, że podjął dzieło zachowania pamięci o Kresach, a rozpoczął swoją pracę jeszcze w PRL-u, kiedy nie było to mile widziane.
 
Cudowna książka, pełna szacunku do historii, ludzi, miejsc, pamięci o nich.

Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach 


Autor: Stanisław Sławomir Nicieja
Wydawnictwo: MS
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 288

wtorek, 16 grudnia 2014

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Gaumardżos. Opowieści z Gruzji








Małżeństwo Mellerów zakochało się w Gruzji, czego dowodem jest ta książka, a przede wszystkim zorganizowanie własnego ślubu i wesela w tym zakaukaskim kraju wśród tamtejszych przyjaciół w prawdziwie gruzińskim stylu, którego specyfikę poznajemy w “Gaumardżos”. Tytuł książki jest w mojej opinii idealny - pochodzi z języka gruzińskiego i odnosi się do tradycji biesiady, istotnego czynnika tożsamości gruzińskiej. A co oznacza? „Na zdrowie!”, zawołanie niezbędne podczas gruzińskiej uczty, ale także "Życzę ci zwycięstwa!".

Nie jest to książka podróżnicza ani przewodnik. Nie można jej również potraktować ja ko reportażu. Jest wszystkim po trochu, swoistym misz-maszem. „Gaumardżos” to wyznanie miłości do Gruzji i Gruzinów. Autorzy piszą o niełatwej, często bolesnej historii tego kraju, o ukochanych miejscach i o tradycjach ze szczególnym uwzględnieniem jedynych w swoim rodzaju gruzińskich uczt i toastów, które w tym kraju nie są tylko zwyczajem, lecz prawdziwą sztuką.

Marcin Meller jest zafascynowany Gruzją od lat 90-tych, gdy trafił tam jako korespondent wojenny i niejednokrotnie przeżywał chwile grozy, które zresztą znalazły odzwierciedlenie w tekstach zamieszczonych w „Gaumardżos”. Jego żona, współautorka książki, zaraziła się tym uczuciem właśnie od niego.

Jest to lektura ciepła, sympatyczna i energetyczna. Poznajemy specyfikę kraju i ludzi, poznajemy najbardziej ulubione zakątki autorów, dzięki czemu po raz pierwszy mogłam zetknąć się z egzotycznie brzmiącymi nazwami gruzińskich krain: Chewsuretią, Swanią, Tuszetią czy Adżarią. Książka nie mogła się też obyć bez odniesień do najsłynniejszego chyba Gruzina w dziejach, czyli Józefa Stalina, ale przy okazji poznajemy powszechnie szanowaną i wielbioną przez Gruzinów postać królowej Tamary, której istnienia my – nie zaczadzeni gruzjofilią - nie znamy. Poprawka, nie znaliśmy przed lekturą „Gaumardżos”. :)  

Nie ma większego sensu to streszczać kolejnych tekstów, każdy dotyczy innego zagadnienia, a ich autorami są albo Marcin Meller, albo Anna Dziewit Meller. Mnie zdecydowanie bardziej odpowiada styl pisarski Marcina Mellera, który w moim przekonaniu bardziej prawdziwie oddał ducha gruzińskiego; mam tu na myśli zarówno jego reporterskie relacje z wojennej zawieruchy lat 90-tych, czy to z codziennych kontaktów z gruzińskimi przyjaciółmi. Potrafi z nich stworzyć małą perełkę literacką budzącą przerażenie grozą sytuacji lub pobudzającą do śmiechu dzięki niezaprzeczalnemu komizmowi w opisach gruzińskich zwyczajów i stosunków międzyludzkich. Teksty Anny Dziewit-Meller odebrałam dość letnio, nie są w mojej opinii tak zaangażowane jak Marcina i czasem nietrafione. No, powiedzmy jeden mi się zdecydowanie nie spodobał, w którym autorka – jak się wydaje – „na siłę” szukała przejawów feminizmu w gruzińskiej codzienności. :) Eksperyment odnalezienia młodzieńczej miłości z Gruzji przez Katarzynę Pakosińską też mnie jakoś specjalnie nie zauroczył.

Spod pióra Marcina Mellera wyszedł też bodaj najbardziej wstrząsający tekst w tym wydawnictwie pt. „6833 do Batumi” opowiadający historię porwania samolotu przez grupę młodych gruzińskich inteligentów nie mogących się pogodzić z siermiężną i beznadziejną rzeczywistością lat 80-tych XX wieku z tajemniczą, niewyjaśnioną nigdy rolą Eduarda Szewardnadze, ówczesnego komunistycznego władcy Gruzińskiej SRR. Ten tekst to dla mnie absolutny numer 1 tego wydawnictwa.

Książka jest pięknie wydana, tekstowi towarzyszą zdjęcia, które są wartościowym uzupełnieniem tej publikacji. „Gaumardżos” to smakowita lektura i to wcale nie z uwagi na kulinarne konotacje tytułu czy z powodu okładkowego zdjęcia autorów objadających się gruzińskimi specjałami. Ta książka celebruje radość życia, a oprócz tego przybliża czytelnikom historię, kulturę i specyfikę tej kaukaskiej krainy, w której żyją otwarci, szczerzy, dumni i świadomi swej odrębności ludzie. Nie będąc przewodnikiem, książka zachęca do wyjazdu do Gruzji, choć to określenie jest eufemizmem z mojej strony; po lekturze książki chce się tam być, poczuć ten wspaniały nastrój i spotkać niezwykłych, otwartych ludzi. Jednak dzięki tekstom Marcina Mellera ta książka nie jest jedynie kolorową pocztówką, a skłania do zastanowienia się nad losami tego dumnego narodu.


Anna Dziewit-Meller - ur. 1981. Dziennikarka i reporterka. Publikowała m.in. w
"Polityce" i "Wysokich Obcasach". W "Dzień Dobry TVN" oraz w radiu Chillizet poleca
książki warte przeczytania.

Marcin Meller - ur. 1968. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował m.in. jako reporter w "Polityce" (dzięki czemu pierwszy raz trafił do Gruzji), jako gospodarz reality-show "Agent", w programie "Dzień Dobry TVN". Od 2009 roku prowadzi w TVN24 "Drugie śniadanie mistrzów".




Autorzy: Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 392


środa, 10 grudnia 2014

184 rocznica urodzin Emily Dickinson (10.12.1830 - 15.05.1886)


Źródło zdjęcia


Bywa światła Pochylenie -
Zimą - w Szary Dzień -
Które zgniata nas jak Brzemię
Katedralnych Brzmień -
 
Niebiańsko nas rani -
Nie uświadczysz blizn,
Tylko wewnątrz zmiany -
Tam, gdzie Znaczeń błysk -
 
Na nic Wiedza niedorzeczna -
To Pieczęć Rozpaczy -
Cios udręki, co z Powietrza
Spada na nas - władczy -
 
Gdy się zjawia - tuż przed zmierzchem -
Cichnie Cień i Śnieg -
Gdy odchodzi, jest jak Przestrzeń,
Skąd spogląda Śmierć -
 
tłum. Stanisław Barańczak
 


wtorek, 9 grudnia 2014

Krzysztof Masłoń, Puklerz Mohorta. Lektury kresowe




 
Kresy to obszar naszych tęsknot, emocji przechodzących często w żal za tym, co minęło, ale te uczucia zaczynają dopiero teraz się uwidaczniać. Przez okres PRL-u samo słowo „kresy” było zabronione i nie mogło funkcjonować w obiegu publicznym. Nic więc dziwnego, że dopiero teraz docieramy do świadectw i twórczości organicznie związanych z dawnymi kresami Rzeczpospolitej. Krzysztof Masłoń w przedmowie pisze o swojej pierwszej wizycie w Wilnie, gdzie czuł jakby był tam nie po raz pierwszy, jakby prowadziła go „genetyczna pamięć” jego przodków. I choć nie mogę tego samego powiedzieć o sobie, to podczas wizyty w Grodnie i kompletnej nieznajomości miasta bardzo szybko poczułam z nim więź i pokochałam. Może moi przodkowie także wywodzili się z tamtych okolic i dopiero później przenieśli się w łomżyńskie, skąd pochodziła moja Babcia? :) Może i tak było, ale teraz czas na omówienie książki, do której lektury chciałabym Was zachęcić, gdyż jest tego warta.

„Puklerz Mohorta” to utwór Wincentego Pola z 1854 Odegrał on kluczową rolę w ukształtowaniu się pojęcia „kresów” i wprowadzenia go do naszego słownika. Choć w swoim czasie był to poemat, który święcił triumfy rozpalając i podtrzymując uczucia patriotyczne wśród Polaków rozsianych na terenach trzech zaborów, obecnie należy do dzieł zapomnianych. Nie bez kozery więc, Krzysztof Masłoń wybrał ten tytuł dla zbioru swoich artykułów ukazujących się w dodatku kresowym „Rzeczpospolitej” (w latach 2010-11). Dodatkowo ujęte są tu również szkice o pisarzach z korzeniami kresowymi, którzy nie byli bohaterami artykułów w cyklu prasowym 

Krzysztof Masłoń przywołując nazwiska pisarzy i poetów sławiących ziemie kresowe prowadzi nas tropem zapomnianych miejsc, krajobrazów, dźwięków. Przytacza cytaty z ich dzieł świadczących o bogactwie , różnorodności i pięknie świata, którego już nie ma, a to, co pozostało jest tylko bladym wspomnieniem świata, którego zagładę przyniósł wiek XX z dwoma wojnami światowymi i rewolucją bolszewicką do spółki. Ale jak to ktoś mądry powiedział „prawda jest córką czasu” i teraz, po okresie zapomnienia, niektóre nazwiska czas odkurzyć i poznać ten zapomniany świat, który choć nie był idealny, niósł ze sobą wiele wartości i piękna dziś już niespotykanego.

Autor jest interesującym przewodnikiem po świecie literatury, która nas z kolei wprowadza w ten nieistniejący już świat. Obok nazwisk powszechnie znanych, jak Jarosław Iwaszkiewicz (kto z przeciętnych czytelników kojarzy, że urodził się w Kalniku koło Kijowa!), Aleksander Fredro, Sergiusz Piasecki, Melchior Wańkowicz czy Eliza Orzeszkowa, są tam nazwiska pisarzy, których twórczość jest dziś kompletnie nieznana. Komu dziś mówią cokolwiek – poza literaturoznawcami – nazwiska Maurycego Gosławskiego, Juliana Wołoszynowskiego, Kornela Ujejskiego, Floriana Czarnyszewicza czy Michała Kryspina Pawlikowskiego. Dla mnie lektura tej książki oprócz odkryć pozwalających na wybór kolejnych lektur (jeśli czas pozwoli!) przyniosła również miłe wspomnienia związane z książkami, które ostatnio przeczytałam, gdyż Krzysztof Masłoń poświęca swoje szkice m.in. „Nadberezyńcom” Floriana Czarnyszewicza, "Końcu kresowego świata" Anny Pawełczyńskiej, „Polesiu” Krzysztofa Hejke, a nawet „Miastu ryb” Natalki Babiny.  

Ta książka jest jak mapa czy raczej atlas po kresowych tropach rozsianych w polskiej literaturze. Część z tych śladów jest całkiem wyraźna i czytelna, inne zaś są niemal całkowicie zatarte i zupełnie obce współczesnemu czytelnikowi. Autor, oprowadzając nas po zakamarkach twórczości kresowiaków, stara się pokazać bogactwo i różnorodność tamtego świata, tej zaginionej „kresowej Atlantydy”. Przytacza charakterystyczne cytaty i fragmenty dzieł bohaterów szkiców ze swoim komentarzem.
 
Żeby była jasność, Masłoń pisze o książkach, z których nie wszystkie są panegirykami pochwalającymi bezkrytycznie sytuację na Kresach. Na pewno nie. Ale jego wskazówki pozwalają rozpocząć głębsze poszukiwania, które może pomogą nam po pierwsze w poznaniu specyfiki obecności Kresów w naszej kulturze i tradycji oraz pozwolą być może na zrozumienie niezwykłości tej kilkusetletniej historii polskiej obecności na Wschodzie. Gdy z jednej strony rodziny ruskie, niemieckie, czeskie polonizowały się na potęgę, z drugiej zaś - wnuk Fredry był arcybiskupem grekokatolickim, a krewniak Czesława Miłosza uznał się za obywatela Litwy, choć nie mówił słowa po litewsku. 

Choć książka wzbudza szacunek swoją objętością, czyta się ją szybko, nawet powiedziałabym, że za szybko, gdyż teksty nie są zbyt rozbudowane i z tego względu raczej powierzchowne. Chciałoby się o pewnych autorach, książkach i historiach poczytać więcej, ale cóż, ograniczenia tekstów prasowych są powszechnie znane. Cieszę się jednak, że ten zbiór tekstów pojawił się w formie książkowej. Przyznam, że większości artykułów w „Rzeczpospolitej” nie czytałam, a zebranie ich w jednym tomie wraz z  uzupełnieniami stanowi cenną wartość dodaną. 

Tekstowi towarzyszą ilustracje mające formę jakby litografii, które są klimatyczne i korespondują z tekstem. Niestety, nie są jednak podpisane, co nieco zakłócało mi przyjemność lektury. Na końcu książki podano jedynie ich źródło, nie ma zaś spisu ilustracji. Uważam to za wadę tego wydawnictwa, podobnie jak kilka pomyłek w zapisie dat (wiek XX zamiast XIX), które się przydarzyły (np. s. 85 i 86). Nie zmienia to jednak faktu, że książka Masłonia pozwala na rozpoczęcie peregrynacji literackich po zapomnianym, już nieistniejącym, a niesłychanie interesującym poznawczo świecie, który odnaleźć można w książkach, obrazach, starych fotografiach czy pocztówkach. Lubię takie wędrówki w przeszłość i nie ukrywam, że liczę na więcej.

 
Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach
 
Za udostępnienie egzemplarza do lektury uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka 
 


Autor: Krzysztof Masłoń
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 504

niedziela, 7 grudnia 2014

piątek, 5 grudnia 2014

Liebster Blog Award - nowa odsłona!





Już jakiś czas temu spotkało mnie miłe wyróżnienie. Guciamal, autorka klimatycznego bloga, na którym zamieszcza inspirujące teksty o podróżach, książkach, sztuce i o wszystkim, co wzbudza pozytywne emocje, zaprosiła mnie do udziału w kolejnej odsłonie Liebster Blog Award. Nominacja ta jest otrzymywana od innego blogera, w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Pytania Guciamal nie są proste, ostatnio nie narzekam też na nadmiar czasu wolnego, tak więc dopiero teraz zamieszczam odpowiedzi. 

1. Jaką polską książkę uważasz dla siebie za najważniejszą, lub kilka najważniejszych?

Literaturę rodzimą powinno się znać najlepiej, a ja, choć czytałam w szkole lektury obowiązkowe i nieobowiązkowe, choć ostatnio czytam sporo książek autorów polskich, to jednak nie czuję się ekspertem, zwłaszcza od literatury współczesnej. Gdybym miała wybrać, to wskażę kilka tytułów, które zapadły mi w pamięć i przyszły mi na myśl niemal od razu po przeczytaniu pytania: „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej, „Madame” Antoni Libera, „W domu niewoli” Beata Obertyńska, „Książki i ludzie” Barbara N. Łopieńska


2. Literatura współczesna czy klasyka?



I jedno i drugie. Czytam sporo książek wydawanych kilka bądź kilkanaście lat wcześniej. Do klasyki czasem wracam, ale obecnie dominuje u mnie raczej literatura wspomnieniowa. Podsumowałabym, że staram się czytać literaturę zróżnicowaną, na pewno nie kieruję się w wyborze lektur pozycją na liście bestsellerów.



3. Książka, której odbiór podczas kolejnej lektury się radykalnie zmienił.

Właściwie raczej nie wracam do książek, które mi się nie spodobały przy pierwszym czytaniu, więc odpowiedź jest dla mnie wyjątkowo trudna. Ale może wybiorę odwrotny przypadek, czyli „W pustyni i puszczy” Henryka Sienkiewicza. Czytając ją jako dziecko bardzo mi się podobało, a gdy czytałam ją już jako osoba dorosła, nie zrobiła na mnie dużego wrażenia.

4. Miejsce na ziemi, które chciał/a byś zobaczyć, dzięki lekturze.

Po lekturze "Końca kresowego świata" Anny Pawełczyńskiej zamarzyło mi się Podole...

5. Muzyczne skojarzenia książkowe.

Sonata Vinteuila – Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu” (fragment)

6. Najlepsza biografia, jaką czytałaś/eś?

Trudny wybór. Podam jednak dwa tytuły, do których mam sentyment i choć czytałam je dawno temu, to ciągle je pamiętam: „Barbara Radziwiłłówna” Zdzisława Kuchowicza oraz „Ludwik XI” Paula Murray Kendalla.

7. Kryminał czy science ficton?

Zdecydowanie częściej sięgam po kryminały

8. Książka z obrazem w tle, którą wspominasz najlepiej.

Może nie książka, lecz opowiadanie "Ikar" Jarosława Iwaszkiewicza – poruszająca lektura.

9. Jaką książkę z kręgu literatury pozaeuropejskiej możesz polecić osobie, która niechętnie sięga po tego typu literaturę.

Z ostatnio czytanych polecam "Dostatek" Michaela Crummeya (Kanada) i "Służące" Kathryn Stockett (USA), ale czy różnią się one znacząco od literatury europejskiej?

10. Gdybyś miał/a okazję zjeść kolację z pisarzem/pisarką - kogo byś wybrał/wybrała i co byś zamówił/zamówiła? 

Tu nie mam preferencji. :)

11. Jaką książkę zabrał/a byś na bezludną wyspę?

Biblię.


Bardzo dziękuję Guciamal za nominację. Kochana, zapewniłaś mi porcję wysiłku intelektualnego, za co powinnam być wdzięczna :)

Kiedy w pocie czoła dopracowałam odpowiedzi na pytania zorientowałam się, że przede mną najtrudniejsza część zabawy, czyli ułożenie własnych pytań i nominacja kolejnych blogerów. Zarwałam część nocy, ale udało mi się przygotować zestaw 11 pytań:

 
1. Czy prowadzenie bloga zmieniło w jakikolwiek sposób Twoje nawyki lub preferencje czytelnicze?

2. Co najbardziej lubisz w blogowaniu o książkach?

3. Czego najbardziej nie lubisz w książkowej blogosferze?

4. Jakie trzy książki, od których lektury trudno było Ci się oderwać, mogłabyś polecić?

5. Jaka jest Twoja ulubiona sentencja o książkach/czytaniu?

6. Jakiego rodzaju książek raczej nie czytasz i dlaczego?

7. Czy zdarza Ci się kupować kilka wydań tej samej książki? Jeśli tak, dlaczego?

8. Ukochana książka z dzieciństwa to…?

9. Jaki jest Twój czytelniczy „wyrzut sumienia”, czyli książka, którą wypada znać, a Ty jej jeszcze nie czytałaś?

10. Jaką książkę teraz czytasz?

11. Która z adaptacji filmowych dzieła literackiego Cię zawiodła i dlaczego?



Byłoby mi niezmiernie miło, gdyby na powyższe odpowiedzi zechciały odpowiedzieć:

Beata - blog Szczur w antykwariacie
Agata Adelajda - blog Setna strona (dziękuję)
Beata - blog Słowem malowane
Magdalena - blog O biografiach i innych drobiazgach (dziękuję)
Magdalena - blog Zapiski na serwetkach (dziękuję)
Joanna - blog Niedopisanie
Agnes A. Rose - blog W krainie czytania i historii (dziękuję)
Rita - blog Zatytułowany (dziękuję)
Kot czyta - blog Co kot czyta
Ola - Książki Oli (dziękuję)
Ekruda - blog Ekruda (dziękuję)

Udzielenie odpowiedzi nie jest obowiązkowe. :) Jeśli ktoś, kogo nie nominowałam, miałby ochotę wziąć udział w zabawie to serdecznie zapraszam! 

P.S. W zabawie zechciała wziąć udział Agnieszka - dziękuję!


czwartek, 4 grudnia 2014

Marcin K. Schirmer, Arystokracja. Polskie Rody




Książka Marcina K. Schirmera „chodziła za mną” od dawna. Tym, co mnie wstrzymywało przed kupnem, była wysoka cena, która charakteryzuje zresztą większość wysmakowanych graficznie wydawnictw PWN. Jakież więc było moje zadowolenie, gdy podczas wizyty w bibliotece natknęłam się na tę książkę. Nie zastanawiając się wiele zgarnęłam ją z półki i mogłam delektować się lekturą. 

Autor jest historykiem sztuki, znawcą heraldyki, działa również w Polskim Towarzystwie Ziemiańskim, jego wiedza o polskich rodach arystokratycznych jest więc przeogromna. We wstępie zastrzega się, że nie jest to praca naukowa i książka ma stanowić niejako zachętę dla czytelników do dalszego zgłębiania tematu. I tak rzeczywiście jest.

W pierwszej części książki Autor przedstawia dzieje arystokracji od średniowiecza aż po czasy współczesne zwracając uwagę na stopniowe tracenie znaczenia politycznego i praktyczną eliminację arystokracji jako warstwy społecznej w czasach komunistycznych. Muszę przyznać, że dla mnie ta część była nieco zbyt pobieżna, gdyż pewną wiedzę już posiadam. Nie przeszkadzało mi to jednak z dużą przyjemnością pogrążyć się w lekturze.

Druga część książki prezentuje szesnaście polskich rodzin arystokratycznych. Każdy tekst opatrzony jest herbem danego rodu i krótkim wprowadzeniem wyjaśniającym jego pochodzenie. Następnie Autor prezentuje najwybitniejszych przedstawicieli rodu, historię  danej rodziny i jej znaczenie w historii kraju. Przyznam, że drugą część książki czytało mi się wspaniale, głównie z uwagi na wiele wydarzeń i ciekawostek, które przytacza autor, a które były mi nieznane. Przyznać jednak należy, że nieco rozśmieszył mnie wywód autora w odniesieniu do abnegacji i braku dbałości o ubiór jednego z Branickich. Przytaczając przykład podobnego abnegata, tym razem z kręgów arystokracji angielskiej, Marcin K. Schirmer podsumowuje te dwa przypadki następująco: „Wydaje się, że pewien indywidualizm, posunięty nieraz aż do łamania panujących norm, jest immanentną cechą arystokracji.” (s. 104). W mojej ocenie ten skrót myślowy jest co najmniej dziwny.

Autor zwraca uwagę na obce etnicznie pochodzenie wielu polskich rodów, np. Radziwiłłów czy Platerów Jednocześnie jednak procesy asymilacyjne wzmocnione przez Unię Lubelską z 1569 r. i siła przyciągania polskiej kultury sprawiła, że stały się one rodami polskimi, których przedstawiciele niejednokrotnie zdawali egzamin z patriotyzmu. Ciekawe jest również prześledzenie, jak wiele z rodów prezentowanych w książce Marcina K. Schirmera uzyskało ogromne bogactwo i znaczenie z chwilą przeniesienia się na wschodnie tereny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdzie dzięki korzystnym ożenkom z przedstawicielkami wymierających rodzin czy też dzięki hojnym nadaniom królewskim mogli wzbogacać swój ród do niewyobrażalnych rozmiarów. „Przykład Rzewuskich pokazuje (…) jak ważne dla rozwoju Rzeczypospolitej były kresy wschodnie, których żyzne i bezkresne stepy stały się źródłem niejednej fortuny.” (s. 249) Te rody, które ograniczyły swoją aktywność do terenów Królestwa, raczej traciły na znaczeniu w porównaniu z innymi (np. Dzieduszyccy czy Tarnowscy).

Choć książka jest naprawdę godna polecenia i lektury, z żalem odnotowuję jeden, dość poważny błąd faktograficzny. Otóż, w tekście wspomniane jest małżeństwo Barbary Radziwiłłówny ze Stanisławem Augustem… (s. 235). Ponieważ w swoim czasie bardzo się pasjonowałam tą historią miłosną łączącą Zygmunta Augusta, ostatniego Jagiellona na polskim tronie z litewską arystokratką, dlatego też ten akurat błąd bardzo mnie zmartwił, choć zdaję sobie sprawę, że to błąd korekty, na pewno zaś nie autora.

Książka jest godna polecenia wszystkim, którzy interesują się historią, genealogią czy dawną tradycją. Wydawnictwo zawiera też bogaty wybór archiwalnych zdjęć najbardziej znanych przedstawicieli polskiej arystokracji, portretów, siedzib rodowych. W książce znajdziemy również bogaty wybór bibliografii oraz spis ilustracji. Warto ją przeczytać, aby nasza wiedza o przeszłości uległa wzbogaceniu.

Oto 16 rodów, które zostały zaprezentowane w książce:

Braniccy herbu Korczak,
Czartoryscy herbu Pogoń Litewska,
Czetwertyńscy herbu Pogoń Ruska,
Dzieduszyccy herbu Sas,
Krasiccy herbu Rogala,
Krasińscy herbu Ślepowron,
Lubomirscy herbu Szreniawa,
Platerowie herbu własnego,
Potoccy herbu Pilawa,
Radziwiłłowie herbu Trąby,
Rzewuscy herbu Krzywda,
Sanguszkowie herbu Pogoń Litewska,
Sapiehowie herbu Lis,
Tarnowscy herbu Leliwa,
Tyszkiewiczowie herbu Leliwa,
Zamoyscy herbu Jelita.


Autor: Marcin K. Schirmer
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 318

środa, 3 grudnia 2014

Rozstrzygnięcie Mikołajkowego konkursu kresowego!




Mikołajkowy konkurs kresowy ogłoszony na blogu Kresy zaklęte w książkach został rozstrzygnięty! Szczegóły znajdziecie tutaj

Wszystkim uczestnikom serdecznie gratuluję!!!


A mnie się przypomniało, że podczas mojego pobytu na Białorusi 5 lat temu kupiłam pięknie wydany album z rysunkami Napoleona Ordy, autora powyższego "Widoku na zamek w Podhorcach". O, tak wygląda:
 
 




Bohater pytania konkursowego - zamek w Podhorcach
 
 
Zamek w Podhorcach został wybudowany w 1 połowie XVII wieku dla hetmana Stefana Koniecpolskiego. Słynął ze wspaniałej kolekcji malarstwa, obecnie rozproszonej po świecie. W wielokrotnie ograbionym i zniszczonym zamku w czasach ZSRR urządzono szpital gruźliczy. Obecnie stanowi część Lwowskiej Galerii Obrazów.
 
Tak wyglądała Sala Karmazynowa zamku w Podhorcach na obrazie Aleksandra Gryglewskiego (1833-79). 
 

Źródło zdjęcia


niedziela, 30 listopada 2014

Ulotne chwile (125)


Tajemniczo wyglądający korytarz w XIII-wiecznym szpitalu połączonym z meczetem
poświęconym pamięci Gevher Nesibe, księżniczki seldźuckiej, w Kayseri (Turcja)
Zdjęcie własne 




sobota, 29 listopada 2014

Rozmowy z czterolatkiem





Dzisiaj wpis kompletnie nie związany z książkami i czytelnictwem, a czysto prywatny i "ku pamięci", żeby nie zapomnieć co celniejszych powiedzonek mojego synka. Jego teksty przeplatam rysunkami, które dobitnie świadczą o fascynacji dziecięcia środkami komunikacji miejskiej i pociągami. :)  


Mój synek kupuje często owoce z Babcią. Zawsze proszą o "dojrzałe i świeże" owoce. Pewnego dnia, Młody poprosił pana, u którego zawsze kupujemy jajka, o "dojrzałe jajeczka". :)





Przechodzimy obok schodów ruchomych jadących dość głęboko w dół.
Młody stwierdził, że ma "lęk niskości".


To jest przystanek autobusowy. :)


Gdy pewnego ranka Młody założył po raz pierwszy majteczki w biało-czarną kratkę, stwierdził, że można na nich grać w warcaby! :)

 


Uczymy się dni tygodnia.
- Synku, dziś jest piątek, to jaki dzień będzie jutro?
- Szóstek.



 
Podczas zabawy Młody uderza samochodem o podłogę. Mama zwraca mu uwagę i obrazowo opowiada o możliwej skardze sąsiada z dołu na takie zachowanie. Po namyśle, Synek stwierdza:
- Dobrze, będę ciszej hałasował.


A na koniec, moja podobizna autorstwa wiecie, kogo. :)




Miłej soboty! :)


wtorek, 25 listopada 2014

Piotr Kościński. Przez czerwoną granicę








Jakimś dziwnym trafem od momentu rozpoczęcia projektu kresowego większość książek, które wpadają mi w ręce niby przypadkiem, dotyczy tematyki Kresów Wschodnich. Nie inaczej jest z książką Piotra Kościńskiego, o której przed wizytą w bibliotece zupełnie nic nie wiedziałam, a której sensacyjno-przygodowa akcja osadzona jest w latach 30-tych XX wieku na polsko-bolszewickiej granicy. 

Mało kto chyba wie (ja należałam do tych nieuświadomionych), że w pierwszych latach istnienia Rosji sowieckiej podjęto pewien eksperyment narodowościowy. Otóż z inicjatywy polskich komunistów, Juliana Marchlewskiego i Feliksa Dzierżyńskiego, powołano do życia dwie polskie autonomiczne jednostki administracyjne: Polski Rejon Narodowy im. Juliana Marchlewskiego (czyli „Marchlewszczyznę”) na Ukrainie (obwód wołyński) i Polski Obwód Narodowy im. Feliksa Dzierżyńskiego (tzw. „Dzierżowszczyznę”) na Białorusi (obwód miński). W obu rejonach funkcjonowały polskie szkoły, czytelnie, ukazywały się polskie gazety. Mieszkańcy poddawani byli oczywiście nieustannej propagandzie i zmuszani do kolektywizacji. Eksperyment ten został zakończony po kilku latach, gdy w 1935 r. zlikwidowano Marchlewszczyznę, a w 1938 Dzierżowszczyznę, a ludność obu regionów poddano represjom i przesiedleniom do Kazchstanu likwidując jednocześnie wszelkie instytucje o charakterze narodowym. Stworzenie radzieckiej Polski w miniaturze przestało pasować do planów komunistycznej władzy, a obu inicjatorów stworzenia tych regionów nie było już na świecie.

I właśnie w okresie istnienia Marchlewszczyzny toczy się akcja książki „Przez czerwoną granicę”. Głównym bohaterem jest Franciszek Cybulski ze wsi Janówka położonej niedaleko stolicy regionu Marchlewska (dawniej i obecnie Dowbysz). Ma on dwadzieścia parę lat, pracuje w polskiej czytelni-chacie, gdzie można zapoznać się z polskojęzycznymi gazetami informującymi głównie o prześladowaniach w kapitalistycznej Polsce. Te zbrodnie polskiego reżimu są też głównym tematem organizowanych regularnie pogadanek gości spoza regionu. Wszyscy mieszkańcy żyją biednie i w ciągłej niepewności jutra. 

Okazuje się jednak, że niektórym jednostkom lepiej się powodzi. Kuzyn Franka regularnie udaje się na przemyt do Polski, handluje zdobytym w ten sposób towarem, dzięki czemu ma on zupełnie przyzwoite dochody, jak również sporo nie do końca rozpoznanych znajomości w kręgach partyjnych. Franek, mając pewne problemy z powodu niewyparzonego języka i pewne odstawanie od wymaganego profilu „człowieka radzieckiego” dochodzi do wniosku, że chętnie spróbowałby przemytniczego życia, choćby po to, żeby przywieźć z Polski opłatek na właśnie zbliżające się Święta Bożego Narodzenia, które oczywiście będzie obchodzone w wielkiej konspiracji. Historia wyprawy Franka do Polski i jego perypetii, zderzenia rzeczywistości radzieckiej Marchlewszczyzny z życiem w prowincjonalnej nadgranicznej Polski stanowi treść tej opowieści.

Trudno mi powiedzieć, na ile wiernie Autor przedstawił warunki życia mieszkańców Marchlewszczyzny. Z opisu na okładce dowiadujemy się, że inspiracją do napisania książki była opowieść o podobnej wyprawie do Polski po opłatek przez „zieloną granicę” z ZSRR. Sądzę, że materiałów na temat tych tworów jest niewiele, w archiwach zapewne trudno odnaleźć tamtejsze gazety. Piotr Kościński - od wielu lat związany z tematyką wschodnią - wykazuje się niemałą wiedzą o tamtym okresie historii i z dużym zaciekawieniem zapoznałam się z jego wizją tamtych czasów w tym jakże specyficznym i nieznanym bliżej otoczeniu.

Znajdziemy tu niewątpliwą w tamtych czasach atmosferę zagrożenia wśród Polaków, elementy gry wywiadów obu państw, w które wplątani zostaną zwykli ludzie. Duże wrażenie robi również obraz życia nadgranicznej osady zasiedlonej przez żołnierzy KOP (Korpus Ochrony Pogranicza) i ich rodziny. Szczerze mówiąc, mam wątpliwości, czy Franek byłby tak zdeterminowany do powrotu do Janówki jak to jest przedstawione w książce, ale z drugiej strony może wtedy nic jeszcze nie zapowiadało tragicznego końca Marchlewszczyzny i jej mieszkańców.


Chociaż więc język używany przez bohaterów jest bardzo współczesny, a w perypetiach Franka jest nieco zbyt wiele cudownych zbiegów okoliczności, to jednak „Przez czerwoną granicę” jest lekturą, którą mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim, których interesuje okres Polski międzywojennej, a zwłaszcza kontaktów z Rosją sowiecką.


P.S. Nie znam innych książek, które dotyczyłyby zagadnienia Marchlewszczyzny bądź Dzierżowszczyzny, będę wdzięczna za sugestie, jeśli ktoś z Was się zetknął z podobnym wydawnictwem. 



Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach 


Piotr Kościński (ur. 1959) - polski dziennikarz, analityk, politolog. Od 1991 do 2013 r. związany z "Rzeczpospolitą", gdzie zajmował się tematyką wschodnią. Od 2013 r. pracuje w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Jest autorem trzech powieści poświęconych losom Polaków w sowieckiej Rosji w dwudziestoleciu międzywojennym: "Przez czerwoną granicę" (2008), "Przez czerwony step" (2010), "Przez czerwony wir" (2014)





Autor: Piotr Kościński
Wydawnictwo: LTW
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 224

poniedziałek, 24 listopada 2014

Przypomnienie o konkursie!




Drodzy Blogerzy!


Jeszcze tylko przez tydzień (do 30 listopada br.) można przesyłać odpowiedzi na pytania w mikołajkowym konkursie kresowym organizowanym przez Magdalenę Jastrzębską, Beatę - Szczur w Antykwariacie i niżej podpisaną na blogu Kresy zaklęte w książkach

Pytania na pierwszy rzut oka mogą wydać się trudne, ale w dobie google'a i wikipedii nie powinny okazać się przeszkodą w udzieleniu prawidłowych odpowiedzi. ;)

Szczegóły znajdziecie tu.

Zapraszam!  Kaye



.


piątek, 21 listopada 2014

Charles C.F. Greville o "Niebezpiecznych związkach"

 
Źródło zdjęcia

"Londyn, 14 lipca 1820


Przeczytałem Les Liasons dangereuses. Wiele się mówi o niebezpiecznym wpływie pewnych książek, ta zaś zapewne uznana byłaby za bardzo szkodliwą. Uważam to za pustą gadaninę i choć nigdy nie polecałbym tej książki (tak bardzo jest nieprzyzwoita), nie obawiałbym się też jej niemoralnego wpływu na ludzi o najmniej nawet wyrobionym umyśle; nie sądzę też, by mogła ona budzić jakieś gorące namiętności. Książka tego rodzaju uznawane są z reguły za szkodliwe; uważa się bowiem, że przedstawiając występek w tak barwny i atrakcyjny sposób, nie pozwalają nam dostrzec jego ohydy, a skupiają naszą wyobraźnię na związanych z nim przyjemnościach. W każdym człowieku, w którego sercu tli się choćby iskra wrażliwości, dobroci czy miłości bliźniego, musi po przeczytaniu tej książki obudzić się współczucie dla pani de Tourvel oraz lęk i wstręt wobec Valmonta i madame de Merteuil. Ta nieludzka, wyrachowana rozwiązłość napełniła mnie odrazą - i wolałbym raczej zrezygnować z wszystkich przyjemności, jakie dają nam stosunki z kobietami, niż postępować w taki sposób. Les Liasons dangereuses wpłynęły na mnie bardziej umoralniająco niż jakakolwiek lektura o charakterze dydaktycznym - i gdyby ktoś chciał obudzić skruchę w sercu najbardziej zatwardziałego grzesznika, radziłbym mu posłużyć się do tego celu tą właśnie książką."   


Charles C.F. Greville, Dziennik z czasów panowania króla Jerzego IV, króla Wilhelma IV i królowej Wiktorii, tłum. Michał Ronikier, LIBRON, 2007, s. 25



Charles Cavendish Fulke Greville (1794-1865) - pochodził z jednej z najstarszych rodzin w Anglii. Dzięki wpływom rodzinnym uzyskał w 1821 r. stanowisko urzędnika królewskiej Rady Przybocznej, którą to funkcję sprawował nieprzerwanie przez blisko 40 lat. Autor "Dziennika", jednego z najciekawszych pamiętników epoki.

Źródło zdjęcia

środa, 19 listopada 2014

Katarzyna Bonda, Pochłaniacz





Opinie o „Pochłaniaczu” regularnie pojawiały się na wielu blogach i choć nie znałam twórczości autorki postanowiłam sięgnąć po ten opasły kryminał licząc na ciekawą i niebanalną intrygę. Czy się doczekałam? Czy podzielam opinię Zygmunta Miłoszewskiego, który obwołał Katarzynę Bondę „królową polskiego kryminału”? O tym za chwilę.

Główną bohaterką książki i planowanego czteroczęściowego cyklu jest Sasza Załuska, policyjny profiler o niebanalnej i nader skomplikowanej przeszłości odsłanianej po kawałeczku przed czytelnikiem. Po tragicznych przejściach w gdańskiej policji, Sasza wyjeżdża z Polski do Uniwersytetu w Huddersfield, gdzie pracuje nad swoim doktoratem. Współpracuje z najwybitniejszymi kryminologami i psychologami, ale natura uciekiniera sprawia, że wraca do Gdańska pragnąc kontynuować swoją pracę naukową. Sasza to nie tylko była policjantka, profiler, naukowiec, ale także samotna matka. Jej 6-letnia córka, przyzwyczajona do wędrownego trybu życia, przyjmuje także i tę przeprowadzkę do kraju rodzinnego ze stoickim spokojem. Tymczasem Sasza otrzymuje propozycję prywatnego zlecenia na rzecz współwłaściciela klubu muzycznego będącego w nienajlepszej kondycji finansowej, do którego spływają pogróżki. Sasza podejmuje wyzwanie, a kilka dni później ginie Igła, była gwiazda rocka, drugi współwłaściciel klubu. Trójmiejska policja rozpoczyna śledztwo, a Sasza oferuje swoją pomoc w odnalezieniu sprawcy morderstwa, które z dnia na dzień staje się coraz bardziej zagadkowe. Choć akcja większej części książki toczy się w 2013 r., to jednak, aby wyjaśnić przyczynę tragicznych wydarzeń trzeba się cofnąć 20 lat wcześniej, gdy w Gdańsku rządziła mafia, a skorumpowana policja współpracowała z nimi nader ochoczo i chętnie…

„Pochłaniacz” zwraca uwagę swoją objętością. Prawie 700 stron budzi lekkie przerażenie i mimowolny szacunek, ale początek jest naprawdę wciągający i świetnie napisany. 
Gdy zaczynamy lekturę jesteśmy atakowani mnogością pojawiających się postaci i wątków. Stworzenie intrygującej postaci bohatera prowadzącego śledztwo w serii kryminalnej to połowa sukcesu. Początkowo Sasza Załuska wydawała mi się dobrym wyborem. Robiła wrażenie postaci, która może „udźwignąć” cała zaplanowaną tetralogię. Ciekawy, niebanalny życiorys, tajemnicza historia zawodowa i prywatna, praca naukowa dająca jej odskocznię od codzienności i możliwość spełnienia zawodowego. Ale po zakończeniu lektury nie jestem pewna, czy to był dobry wybór. Sasza wydaje się pełna wewnętrznych sprzeczności, czego przykładem są choćby jej kontakty z rodziną, która wręcz nienawidzi ją za problemy alkoholowe, ale dosłownie parę rozdziałów dalej nielubiana ciotka zajmuje się jej córką całe dnie, gdy Sasza jest zajęta śledztwem.

Mam również wrażenie, że Sasza ma jakiś kompleks na tle polskości. W pierwszej (i jedynej opisanej w książce) konsultacyjnej rozmowie ze swoim brytyjskim profesorem na jego kurtuazyjne stwierdzenie dotyczące przyjazdu do Polski stwierdziła „Gdybyś się tutaj znalazł, zdarto by ci skórę – tłumaczyła. – Nie wytrzymałbyś braku udogodnień socjalnych i ogłady, wszechobecnego brudu, logiki urzędników. Może tylko uroda kobiet i kiełbasa krakowska sucha przypadłyby ci do gustu.” (s. 108). Hmm... Sama mam również sporo uwag krytycznych do polskiej rzeczywistości, ale znajomych obcokrajowców nimi raczej nie epatuję. Opis zetknięcia z polskim przedszkolem wyglądającym jak oblężona twierdza po godzinie 8.30, z personelem wyciągniętym jakby z lamusa PRL-u również nie wydaje mi się zbyt wiarygodny, a bazuję tutaj na własnych, całkiem pozytywnych doświadczeniach kontaktu z kilkoma placówkami tego typu.

Silnym punktem „Pochłaniacza” jest dokładne przedstawienie technik śledczych, a zwłaszcza tzw. próby zapachowej, która jest leitmotywem prowadzonego śledztwa. Dużo uwagi autorka poświęciła również precyzyjnej prezentacji zagadnień profilowania sprawców przestępstw. Czuje się wręcz te godziny, dni i tygodnie spędzone na konsultacjach u ekspertów od tych zagadnień, które przyczyniły się do wiarygodnego opisu podejmowanych przez bohaterów działań. Atutem jest również wiarygodne przedstawienie wydarzeń rozgrywających się w gdańskiej rzeczywistości lat 90-tych XX wieku.


Choć akcja zapowiada się ciekawie, wielowątkowość początkowo pasjonuje, to jednak w miarę upływu czasu uderzały mnie kolejne niekoherencje. Tak naprawdę, nie są dla mnie przekonujące motywy zaangażowania się Saszy w śledztwo ws. zabójstwa Igły. Ta sprawa zresztą wymaga raczej dobrego śledczego kojarzącego wydarzenia z przeszłości z obecnymi przestępstwami, a nie profilera. Przez pierwsze 250 stron śledziłam akcję z dużym zainteresowaniem, potem jednak natłok ludzi i wątków zaczął mnie drażnić, a wątek główny zaczął się nieco „rozłazić” i nużyć. Oczywiście autorka łączy na koniec wątki i wyjaśnia wszelkie niuanse, ale mimo wszystko za dużo jest tu „niespodzianek”, o których czytelnik nie jest poinformowany, a które wyrzucone zostają z szybkością karabinu maszynowego na końcowych stronach. Czasem zwrot akcji wydaje się też mało wiarygodny (vide adwokatka, która w jedną noc wyłapuje drobny szczegół techniczny podważający przeprowadzoną procedurę policyjną).  Tak naprawdę w połowie książki miałam wrażenie pełnego chaosu w prowadzonym śledztwie, a główna bohaterka powinna właściwie zrezygnować ze współpracy z ekipą śledczą po pierwszej (i jedynej zresztą) odprawie, podczas której nie wzięto zupełnie pod uwagę jej sugestii.
Książka mogłaby również spokojnie zostać skrócona o kilkadziesiąt stron bez szkody dla tempa akcji i rozwiązania intrygi kryminalnej. Mam wrażenie, że „za dużo grzybów” zostało wrzuconych do tego barszczu.

Zupełnie na marginesie dodam, że autorka często używa sfeminizowanych wersji nazw zawodów prawniczych (prokuratorka, adwokatka), jestem jednak skłonna postawić dolary przeciw orzechom, że znakomita większość przedstawicielek zawodów prawniczych woli tradycyjną wersję nazewnictwa. :) 

Podsumowując, jest to ciekawa, choć nie do końca udana próba stworzenia wielowątkowej historii kryminalnej. Katarzyna Bonda to utalentowana autorka, która w „Pochłaniaczu” ujęła zbyt dużo, jak dla mnie, wątków i bohaterów, co wpłynęło na moją obniżoną ocenę. Autorce należy się szacunek za podjęty trud i dużą pracę włożoną w przygotowanie do prezentacji technik śledczych, ale w ostatecznym rozrachunku ta książka to nie jest powód do obwołania jej autorki „królową polskiego kryminału”. 
 
 
Katarzyna Bonda (ur. 1977) - polska pisarka i dziennikarka. Przez kilkanaście lat pracowała jako dziennikarka, wykłada w szkole kreatywnego pisania, założyła też własną szkołę i portal o pisaniu. W 2007 r. debiutowała książką "Sprawa Niny Frank", która zdobyła Nagrodę Wielkiego Kalibru. Napisała również dokumenty kryminalne "Polskie morderczynie" (2008) oraz "Zbrodnia niedoskonała" z Bogdanem Lachem (2009).
 



Autor: Katarzyna Bonda
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 672

niedziela, 16 listopada 2014

Ulotne chwile (123)


Nauka tańca w słynnej warszawskiej Szkole Tańca Towarzyskiego "Uśmiech" przy ulicy Chmielnej
Grudzień 1962
wyd. Dom Spotkań z Historią i Ośrodek KARTA, fot. Jarosław Tarań




piątek, 14 listopada 2014

Anna Pruszyńska, Między Bohem a Słuczą




Ostatnie lektury dość często rzucają mnie na dalekie Kresy Rzeczpospolitej. Jest to dla mnie wielka przygoda i z ogromnym zaciekawieniem zagłębiam się w kolejne rodzinne historie, które rozgrywały się tam, gdzie dotarli nasi przodkowie. 

Tym razem autorką wspomnień jest Anna z Chodkiewiczów Pruszyńska, matka Ksawerego oraz Mieczysława. Pochodząca ze znanej i wsławionej w historii rodziny Chodkiewiczów, jednak mocno zubożałej, poślubiła na początku XX wieku starszego o 35 lat Edwarda Pruszyńskiego. Została panią Wolicy Kierekieszynej na dalekim Wołyniu. Małżeństwo wkrótce doczekało się narodzin syna Ksawerego (ur. 1907), trzy lata później na świat przyszedł Mieczysław (ur. 1910), co uratowało ród Pruszyńskich od wymarcia, jako że żaden z pozostałych pięciu braci rodzonych i stryjecznych Edwarda nie doczekał się męskiego potomka. Gdy dzieci miały odpowiednio 3,5 roku oraz 8 miesięcy, rodzinę dosięga tragedia zbrodniczego zamachu na ojca i od tej pory na barkach Anny spoczywa opieka nad dziećmi i troska o przyszłość rodzinnego majątku. A czasy są niespokojne, najpierw wybucha wojna, potem rewolucja, kiedy to Anna z dwójką małych dzieci tuła się po znajomych dworach znajdując m.in. u rosyjskiej księżny Szczerbakow zamordowanej kilka lat później. W końcu, po wielu perypetiach udaje jej się dotrzeć do terenów zajętych przez polskie wojska i tam zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom. Po umieszczeniu starszego w Chyrowie, sama udaje się jeszcze do majątku Pruszyńskich, gdy polskie wojsko ruszyło na Kijów, zdołała odzyskać nieco zachowanych dóbr i potem wracać do Polski, w nieznane. Praktycznie wszystkie majątki rodzinne Pruszyńskich zostały poza granicami II RP. 

Autorka spisała swoje wspomnienia po zagadkowej śmierci starszego syna, już po II wojnie światowej. Postanowiła także ująć w nich dzieje rodziny po przyjeździe do Polski, gdy tylko dzięki materialnemu wsparciu brata była w stanie zapewnić obu chłopcom edukację. Sama zamieszkała w Krakowie i udzielała lekcji francuskiego. Ponieważ Ksawery Pruszyński był znanym dziennikarzem i literatem międzywojnia z dumą opisuje jego osiągnięcia i przebieg kariery. Dowiadujemy się także, jak potoczyły się losy Mieczysława. Ta opowieść kończy się w 1939 r., gdy świat pogrąża się w kolejnym kataklizmie wojennym.

Wspomnienia Anny Pruszyńskiej napisane są pięknym językiem. Początkowo miałam wrażenie pewnego chaosu w przeskokach czasowych, ale zapewne te zapiski nie były przeznaczone do publikacji. Dla Ossolineum opracował je młodszy syn Autorki, więc zapewne musiał dokonać wyboru i nieco je wygładzić. Niemniej jednak, mimo tych zmian czasu dość szybko wsiąkłam w opisywane życie młodej ziemianki na Kresach postawionej w dość dramatycznej sytuacji po śmierci męża. Autorka opisuje swoje życie w epoce przedrewolucyjnej starając się oddać jego specyfikę, przywołuje styl życia w okolicznych majątkach, których właścicieli często miała okazję odwiedzać. Odtwarza pamięć o ludziach, miejscach, tradycjach. Wspomnienia dotyczą terenów, na których rozgrywała się akcja „Pożogi” Zofii Kossak-Szczuckiej, Autorka kilkakrotnie przywołuje również pobliską Peczarę, siedzibę rodu Potockich.  

Wspomnienia te nie tylko opowiadają historię rodzinną, lecz również pozwalają na zrozumienie pewnych postaw politycznych mieszkańców Kresów, np. wobec powstań narodowych. Jak wspomina Autorka „(…) dziad Mieczysław był zdecydowanym przeciwnikiem powstań narodowych 1830 i 1863 i spisku Konarskiego, ułatwiających rusyfikację Wołynia i w ogóle całych kresów wschodnich, od Dźwiny do Dniepru. Zwolennik ugodowej polityki Wielopolskiego, zwykł był mawiać: niech sobie Królestwo robi rewolucje, jak odbiorą tam ziemię szlachcie, to chociaż chłop polski pozostanie, ale u nas kto pozostanie? – tylko chłop ruski… I swych synów też „do lasu” nie puścił” (s. 49). Muszę przyznać, że temu tokowi rozumowania nie można odmówić dużej dozy słuszności.

Największe wrażenie we wspomnieniach Anny Pruszyńskiej robią na czytelniku jej opisy codzienności w latach rewolucyjnych zawirowań, życiu pod groźbą pogromów, napaści i niepewności jutra w warunkach zmieniających się jak w kalejdoskopie kolejnych zdobywców. Sytuacja frontowa była płynna, wojska bolszewickie, kilka rodzajów wojsk ukraińskich, „biali”. 

„Po mordach dokonywanych przez petlurowców i bolszewików, bez większego strachu przeżywało się najścia zwykłych band rabunkowych. Cenniejsze rzeczy dawno już były schowane, zbywano bandy wódką lub jakimś odzieniem. Najpoważniejsze niebezpieczeństwo groziło ze strony bolszewików, przybywających ze wsi specjalnie w poszukiwaniu swych dziedziców, aby ich wymordować wraz z rodzinami. Przewodzący w coraz większym stopniu w swych gromadach bolszewicy twierdzili bowiem: aby odebrać ziemię panom, nie wystarczy ich wypędzić, ale należy wymordować ich z całą rodziną, aby żaden z dziedziców nie mógł wrócić, oraz spalić dwór albo pałac, a miejsce po nich zaorać, aby dziedzic, który jakimś cudem się uchroni, nie miał dokąd wrócić.” (strony 133-134)

Jak prawdziwe były te słowa w odniesieniu do wielu polskich siedzib kresowych… Anna Pruszyńska w tej trudnej i nieprzewidywalnej sytuacji wykazała się dużą odwagą i rozumem. Dzięki swojej determinacji i sprytowi zdołała uciec przed zbliżającą się opresją i przejść z dwójką dzieci przez dwa fronty, a ostatecznie dotarła do terenów opanowanych przez wojska odradzającej się Polski. Choć udało się ocalić życie, wielokrotnie można wyczuć w słowach Anny Pruszyńskiej żal, że polskie wojska nie podjęły wysiłku dotarcia dalej na wschód, tam gdzie mieszkały rzesze rodaków wydanych na pastwę bolszewików.

Wspomnienia Anny Pruszyńskiej to historia dzielnej kobiety, która zdołała ocalić siebie i synów przed zagładą niesioną polskiej szlachcie przez rewolucję. Najbardziej poruszyły mnie właśnie opisy codzienności życia na Kresach oraz późniejszego zamętu. Okres międzywojenny to głównie dość skrótowy opis edukacji i karier zawodowych obu synów, nietuzinkowych osobowości. Zwłaszcza Ksawery był chyba oczkiem w głowie matki. 

„Między Bohem a Słuczą” to ciekawy przykład wspomnień naocznego świadka dokumentujący pierwszy etap zagłady polskiego świata na Kresach, który przyniosła rewolucja bolszewicka. Dużym atutem jest również osoba Autorki – godnej i odważnej kobiety, która – mimo przeciwności losu – zdołała ocalić swoich synów i siebie z zagłady i rozpocząć nowe życie w wolnej Polsce. To lektura godna uwagi dla wszystkich zainteresowanych przeszłością. 
 

Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach
 
 

 
Autor: Anna z Chodkiewiczów Pruszyńska
Wydawnictwo: Ossolineum
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 278

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...