wtorek, 29 października 2013

Ann Cleeves, Biel nocy





Jimmy Perez, melancholijny szetlandzki detektyw powraca. Po nader udanym, choć niezbyt intensywnym od strony intrygi kryminalnej, spotkaniu w „Czerni kruka" , tym razem sięgnęłam po „Biel nocy”, drugą część cyklu szetlandzkiego autorstwa Ann Cleeves.

Spotykamy się z Jimmym kilka miesięcy po wydarzeniach opisanych w poprzedniej części, gdy nad Szetlandami trwają białe noce. Jest to pora szczególnie męcząca i nowi przybysze są często życiem w tych warunkach zmęczeni i zestresowani. Jimmy spotyka się z Fran, samotną matką poznaną przez czytelników w „Czerni kruka”, licząc na stworzenie poważniejszego związku. Podczas wystawy prac plastycznych Fran oraz uznanej miejscowej artystki Belli Sinclair dochodzi do konsternującego wydarzenia. Jeden z oglądających wpada w stan bliski histerii, a potem znika. Krótko po tym goście wystawy, których wyjątkowo mało pojawiło się na tym wydarzeniu, zaczynają opuszczać galerię. Następnego dnia, w pobliskiej szopie zostają odnalezione zwłoki dziwnie zachowującego się gościa wczorajszej wystawy. Okazuje się, że nie było to samobójstwo, lecz morderstwo. Nieznane jest nazwisko ofiary i powód, dla którego zjawił się na Szetlandach. Jimmy Perez rozpoczyna się śledztwo i coraz więcej wskazuje na to, że przyczyny zbrodni leżą w przeszłości…

Nastrój, który tak mnie zaczarował w „Czerni kruka”, znalazłam również w tej książce. Śmiem jednak twierdzić, że tempo intrygi kryminalnej jest bardzo słabe, momentami niemal zanikające. Może pewnym dowodem na moje twierdzenie niech będzie fakt, że ustalenie personaliów nieboszczyka dokonuje się dopiero w połowie książki. Czynności śledcze nie mogą więc być zbyt nasilone, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że dokładne badania miejsca zbrodni i czynności techniczne mogą być przeprowadzone dopiero po przybyciu ekipy śledczych z Aberdeen. 

Dość szybko zdajemy sobie sprawę, że popełniona zbrodnia wiąże się ściśle z przeszłością, a dokładniej z grupką przyjaciół z małej osady Biddista, gdzie odnaleziono zwłoki. Grupa osób, które mogły tego morderstwa dokonać jest więc bardzo ograniczona, każdy ma swoje tajemnice, a zagadkę morderstwa musi rozwikłać Jimmy polegając na swojej znajomości natury ludzkiej i losów tutejszych mieszkańców. 

Ann Cleeves pięknie oddała nastrój zamkniętej społeczności, niesamowitą atmosferę szetlandzkich wysp podczas „białych nocy”, kiedy wszyscy są zmęczeni tym fenomenem. Choć Jimmy Perez jest dość mało aktywny i melancholia wygrywa z aktywnością śledczego, nadal go lubię, ciekawi mnie, jak rozwinie się jego związek z Fran. Jednak, z tego, co wiem nie wydano w Polsce kolejnych części cyklu szetlandzkiego. Być może brakowało koneserów tej niespiesznej narracji i stopniowo odsłaniającej się tajemnicy. 

Co do akcji stricte kryminalnej, to rzeczywiście nie rzuca ona na kolana i rozwiązanie, choć zaskakujące, to jednak specjalnie mnie nie wzruszyło. Generalnie było mi wszystko jedno, kto jest winien, ja koncentrowałam się na klimatycznym opisie szetlandzkiej codzienności grupki młodzieży z lat sześćdziesiątych i współczesnego obrazu wysp. Nie każdego może to zadowolić, tak więc książka ta przeznaczona jest chyba tylko dla koneserów, którym nie straszne obcowanie z kryminałem, który nim właściwie nie jest. :)

A na zachętę krótki fragment dotyczący szetlandzkich „białych nocy”:

„Perez pomyślał, że o tej porze roku wszyscy lekko wariują. To przez światło, intensywne za dnia i niegasnące w nocy. Słońce nigdy na dobre nie kryło się za horyzontem i nawet o północy dało się czytać na dworze. Po ponurych i czarnych zimach ogarniała ludzi potrzeba gorączkowej, nieustannej aktywności. Jakby chcieli wycisnąć z lata jak najwięcej, nacieszyć się przyrodą i życiem, zanim znów nadejdą ponure dni.” (s. 15)



Ann Cleeves (ur. 1954) - popularna brytyjska autorka kryminałów wydawanych na całym świecie. Jej powieści odsłaniają sekrety zamkniętej społeczności, a każda z postaci jest odrębną zagadką psychologiczną. Oprócz czteroczęściowego cyklu szetlandzkiego jest również autorką kilku innych cykli kryminalnych, spośród których najbardziej popularny jest przeniesiony na ekran telewizyjny cykl o Verze Stanhope. Źródło zdjęcia


Autor: Ann Cleeves
Tytuł oryginalny: White Nights
Wydawnictwo: Amber
Seria: Kryminał z klasą

Tłumacz: Maria Rei
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 304

niedziela, 27 października 2013

Ulotne chwile (68)


Wnętrze jednej z restauracji w Kordowie
Pocztówka zakupiona podczas wakacji w Hiszpanii
Ediciones Asangre, Sevilla

Dylan Thomas (27.10.1914 – 9.11.1953)

Dylan Thomas (1914-53)
Walijski poeta i pisarz
Źródło zdjęcia


Szczególnie kiedy wiatr październikowy
 
 Szczególnie kiedy wiatr październikowy
Tarmosi mroźną garścią moje włosy,
W ognistej sieci słońca lubię kroczyć
Rzucając sobie cień kraba pod nogi;
U brzegu morza, słysząc ptasi lament
I kaszel kruka w zimowych badylach,
Drży skrzętne serce i tryska krwią sylab,
Spijając słowa przez nią wyszeptane.

Zamknięty w wieży słów, na horyzoncie
W maszerujących rzędach drzew dostrzegam
Rozmownych kształtów kobiecych szeregi,
Dzieci o gestach gwiazd przez park biegnące.
Mogę cię stworzyć ze znaków korzeni
Spod hrabstw cierniowych, wymówić cię nutą
Dębowych wołań, samogłosek buków,
Mogę cię stworzyć z przemówień strumienia.

Zegar zza donic z paprocią skanduje
Słowo godziny, nerw wskazówki nosi
Treść wokół tarczy, deklamuje rosę,
A z dachu wiatry przepowiada kurek.
Mogę się ciebie w znakach łąk dosłuchać:
Wymowna trawa sygnałem wysokim
Z robakiem zimy przedrze się przez oko.
Mogę cię ujrzeć w czarnych grzechach kruka.

Szczególnie kiedy wiatr październikowy
(Mogę cię stworzyć językiem pajęczym
Z jesiennych czarów, z walijskich wzgórz dźwięcznych)
Szturcha pięściami rzep zagonów głowy,
Mogę cię tworzyć z słów serca wyzbytych.
Już krew chemiczna, gnając sylabami
Z wyschłego serca, głosi rychły zamęt.
Brzeg morza w ciemnych głoskach ptaków skryty.
 
tłum. Stanisław Barańczak
 



Especially When the October Wind

Especially when the October wind
With frosty fingers punishes my hair,
Caught by the crabbing sun I walk on fire
And cast a shadow crab upon the land,
By the sea's side, hearing the noise of birds,
Hearing the raven cough in winter sticks,
My busy heart who shudders as she talks
Sheds the syllabic blood and drains her words.

Shut, too, in a tower of words, I mark
On the horizon walking like the trees
The wordy shapes of women, and the rows
Of the star-gestured children in the park.
Some let me make you of the vowelled beeches,
Some of the oaken voices, from the roots
Of many a thorny shire tell you notes,
Some let me make you of the water's speeches.

Behind a pot of ferns the wagging clock
Tells me the hour's word, the neural meaning
Flies on the shafted disk, declaims the morning
And tells the windy weather in the cock.
Some let me make you of the meadow's signs;
The signal grass that tells me all I know
Breaks with the wormy winter through the eye.
Some let me tell you of the raven's sins.

Especially when the October wind
(Some let me make you of autumnal spells,
The spider-tongued, and the loud hill of Wales)
With fists of turnips punishes the land,
Some let me make you of the heartless words.
The heart is drained that, spelling in the scurry
Of chemic blood, warned of the coming fury.
By the sea's side hear the dark-vowelled birds.




Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy

  Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy -
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic -
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.



Do Not Go Gentle Into That Good Night

Do not go gentle into that good night,
 Old age should burn and rave at close of day;
Rage, rage against the dying of the light.

Though wise men at their end know dark is right,
Because their words had forked no lightning they
Do not go gentle into that good night.

Good men, the last wave by, crying how bright
Their frail deeds might have danced in a green bay,
Rage, rage against the dying of the light.

Wild men who caught and sang the sun in flight,
And learn, too late, they grieved it on its way,
Do not go gentle into that good night.

Grave men, near death, who see with blinding sight
Blind eyes could blaze like meteors and be gay,
Rage, rage against the dying of the light.

And you, my father, there on that sad height,
Curse, bless, me now with your fierce tears, I pray.
Do not go gentle into that good night.
Rage, rage against the dying of the light.

 Tłum. Stanisław Barańczak

  

sobota, 26 października 2013

Czy język polski jest najtrudniejszym językiem świata?


Źródło

Tezę o tym, że język polski jest najtrudniejszy do nauczenia się dla obcokrajowców, stawia Mark Biernat, autor pewnego blogowego wpisu sprzed 6 lat, na który obecnie można się natknąć w polskim internecie.
 
Autor podkreśla, że w polskim występuje 7 przypadków, 7 rodzajów (naprawdę???), a całkowitą biegłość w posługiwaniu się językiem polskim osiągamy dopiero w wieku 16 lat (czyżby?). Teza ta jest nieco kontrowersyjna, gdyż mnie akurat dziwi uznanie polskiego za trudniejszy język niż fiński i węgierski, które wydają mi się niemal "nienauczalne", choć wiem, że są ludzie , którzy biegle posługują się tymi niezwykłymi językami. :)

Biernat podkreśla bardzo trudną wymowę w naszym języku i relatywnie dużą liczbę wyjątków od reguły, co jest ekstremalnie trudne do "ogarnięcia" przez uczących się polskiego.
 


 
 Czy macie poczucie, że posługujecie się na co dzień najtrudniejszym językiem świata? :) 

wtorek, 22 października 2013

Małgorzata Baranowska, Pamiętnik mistyczny




Kupiłam tę książkę, gdyż po przeczytaniu esejów Krzysztofa Rutkowskiego, również wydanych w ramach serii „Pasaże”, nabrałam apetytu na podobną przyjemność czytelniczą, tylko z Warszawą w roli głównej. Z zapowiedzi wynikało, że „Pamiętnik mistyczny” dotyczy życia wewnętrznego autorki, ale również miasta i to mnie najbardziej zaciekawiło.

Niestety, warunkiem koniecznym do głębszego przeżycia tej książki jest przynajmniej cząstkowa znajomość biografii autorki, a przyznam, że w momencie rozpoczęcia lektury nie wiedziałam o niej nic, co miało niebagatelny wpływ na mój odbiór książki.

Baranowska jest autorką kilku tomików wierszy, książek o sztuce, książek i słuchowisk radiowych dla dzieci. „Pamiętnik mistyczny” składa się z zapisów autorki częściowo datowanych, choć nie ma to żadnego znaczenia, gdyż autorka, jak sama wspomina musi „z najwyższą niechęcią czynić niekiedy ustępstwa na rzecz zwolenników czasu linearnego” (s. 79). W tych zapiskach autorka dzieli się własnym sposobem przeżywania świata, często wspomina dzieciństwo oraz pobyty w szpitalu, gdyż przez wiele lat ciężko i przewlekle chorowała. W książce tej autorka zawarła również wspomnienia i refleksje o Warszawie, mieście, które niewątpliwie ją fascynowało i pamiętała je, gdy doń przybyła jako dziecko tuż po zakończeniu wojny. Tym, co uważam za najbardziej cenne w tej książce, to jej refleksje o Warszawie oraz różnych dziełach sztuki europejskiej, które wywarły na autorce największe wrażenie.

Muszę jednak przyznać, że forma tych zapisków w postaci swoistego, dość chaotycznego strumienia świadomości mocno mnie dekoncentrowała, a może mój nastrój nie sprzyjał oddaniu się tej bardzo specyficznej, wymagającej wytężonej uwagi lekturze. Sądzę nawet, że gdyby nie okoliczności, czyli oczekiwanie na odlot opóźnionego o 1,5 godziny samolotu i brak lektury zapasowej, to chyba bym tej książki zwyczajnie nie przeczytała.

Może jednak nie stało się źle, że ją przeczytałam, gdyż mimo pewnego zmęczenia jej formą, doceniam wrażliwość i piękne fragmenty dotyczące dzieł sztuki, które naprawdę poruszyły autorkę. Można również odnaleźć ciekawe refleksje o Warszawie, tym niezwykłym, okaleczonym mieście. Aby nie być gołosłowną i pokazać Wam, że być może dla tych krótkich impresji warto było się zmagać z trudnym tekstem Małgorzaty Baranowskiej poniżej przedstawiam dwa fragmenty, które mnie zachwyciły: 

Ołtarz Baranka Mistycznego Braci Van Eycków w Gandawie
Źródło zdjęcia


„Ołtarz jednak może być cały sam w sobie źródłem uniesienia, jakie przeżyłam niewątpliwie pewnego czerwcowego dnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku. Było to przed poliptykiem Baranka Mistycznego braci van Eycków w Gandawie. (…)
Ich rytmiczne włosy karbowane gorącymi żelazkami, ich twarze niewiadomej płci, wchłonięte przez instrumenty, materie, stłoczone jedna przy drugiej, jakby czekały na własny, nieznany jeszcze dźwięk. Te włosy, materie, instrumenty mamiły mnie już kiedyś na malutkim obrazeczku. Postawiona przed faktem całości tego ołtarza byłam oniemiała od ich dziwnej, bogatej marginesowości. Znów anioły na służbie. A tu kwiateczki odrobione co do płatka, jakieś orliki czy stokrotki, czy mlecze, czy inne łąkowe drobne, strojne żywociki występowały na moich oczach z wylizanej łąki wokół Baranka Mistycznego. A tu Adam w górze samotny. A tu z drugiej strony Ewa też w ciemnej klatce poliptyku. Ta jednak tak łatwo nie uwalniała z kręgu swego niemiłego i jednocześnie niepokonanego czaru. Jest w niej uśmiech podskórny, przebiegający od ust aż do stóp. Jakaś świadoma, fascynująca i dziwna mina jej ciała zwraca uwagę i każe się wpatrywać w górny prawy róg otwartego ołtarza. Jeżeli malarz specjalnie lub nie, chciał odwieść wzrok patrzącego od bezpłciowych, ślicznych aniołów, to mu się w pełni udało.” (strony 68-69)


 
Ruiny Starego Miasta w Warszawie, 1945 r.
Źródło zdjęcia


„Odkąd pamiętam, tutaj w tym dziwnym mieście jest „po wojnie”, „tuż po wojnie”, „trochę po wojnie” i tak po kolei aż do teraz. Tym się to miasto różni od tego wcielenia różnych miast, w którym czas liczył się od „założenia miasta”. (s. 99)


"Pamiętnik mistyczny" nie jest lekturą łatwą i z pewnością wymaga wzmożonej uwagi. Ewidentnie niezbyt dobrze ją dobrałam do mojego nastroju, a moje oczekiwania nieco się rozminęły z jej zawartością, choć poniewczasie doceniam głębię i przenikliwość oraz niezwykłą wrażliwość wielu opinii autorki.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Czytamy serie wydawnicze”





Małgorzata Baranowska (1945 – 2012) – polska poetka, pisarka, krytyk i historyk literatury, varsavianistka. Członek Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W 2000 r. nominowana do nagrody literackiej Nike. W 2004 r. otrzymała nagrodę Ministra Kultury. Przez 30 lat ciężko chorowała a swoim zmaganiom poświęciła książkę „To jest wasze życie. Być sobą w chorobie przewlekłej” (1994). 

Źródło zdjęcia


Autor: Małgorzata Baranowska
Wydawnictwo: słowo/obraz/terytoria
Seria: Pasaże
Rok wydania: 1998
Liczba stron: 200

 

niedziela, 20 października 2013

Ulotne chwile (67)



Sopot ok. 1905 r.
Rodzinna idylla na plaży
Pocztówka zakupiona w warszawskim antykwariacie
Agencja reklamowo-wydawnicza PAN DRAGON




sobota, 19 października 2013

Literackie podróże - Rosja


Źródło zdjęcia


Natknęłam się niedawno na stronie Daily Telegraph na bardzo ciekawy cykl artykułów wybranych brytyjskich pisarzy o literaturze przybliżającej obraz danego kraju. Pomysł zgromadzenia wykazu literatury, która odsłania specyfikę konkretnego kraju wydał mi się ciekawy, aczkolwiek mam poczucie, że może być to lista nieskończona. :)

Oczywiście nie roszczę sobie pretensji do miana eksperta od któregokolwiek kraju, a szczególnie jego literatury, ale wydaje mi się, że wśród blogerów i czytelników blogów książkowych jest sporo osób, które mogą parę ciekawych propozycji dorzucić. 

Postanowiłam przedstawić dziś Rosję, gdyż bądź co bądź jest to kraj sąsiedni, sporo tamtejszej literatury u nas wydano, jest parę blogów wręcz specjalizujących się w literaturze rosyjskiej. Inna sprawa, że nie wiem, czy będę w stanie napisać w miarę koherentny tekst o innym kraju w odniesieniu do cyklu brytyjskiej gazety. :)

W ramach tego cyklu Oliver Bullough, współczesny pisarz brytyjski, przedstawił swoją listę książek ważnych dla zrozumienia Rosji:

Wieniedikt Jerofiejew, Moscow Stations,
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata,
Ben Judah, Fragile Empire,
Irina Borogan i Andrej Sołdatow, The New Nobility,
Francis Spufford, Red Plenty,
Anatolij Marczenko, My Testimony,
Anne Applebaum, Gułag,
Lew Tołstoj, Hadżi-Murat,
Michaił Lermontow, Bohater naszych czasów


Cały artykuł znajdziecie tu.

Każda lista jest subiektywna i można ją kontestować, ale zawsze stanowi powód do refleksji o lekturach, które ukształtowały nasz obraz Rosji. Z podanych wyżej propozycji czytałam jedynie "Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakowa, natomiast Bullough dużą wagę przywiązuje do literatury rosyjskich opozycjonistów oraz do prac analitycznych koncentrujących się na analizie systemu współczesnej Rosji.
 
Jak już wspomniałam, jestem tylko zwykłym czytelnikiem, a nie specjalistą od Rosji, ale coś mnie podkusiło i postanowiłam przedstawić swoją subiektywną listę książek, które były dla mnie ważne w poznawaniu tego ogromnego kraju i jego mieszkańców. 

Moje zainteresowanie historią tego kraju rozbudził mój sąsiad z lat dziecięcych, nieżyjący już Rosjanin, który osiedlił się w Polsce, i który miał przebogatą bibliotekę. To u niego miałam okazję przejrzeć pamiątkowy album wydany z okazji 300-lecia objęcia tronu Rosji przez dynastię Romanowów. Wysłuchałam wielu opowieści dotyczących dziejów władców Rosji, ich rozmaitych przypadłości, a nawet legend. Sąsiad uchylił mi także rąbka tajemnicy dotyczącej jego rodziny, co wiązało się z wysiedleniami i aresztowaniami epoki stalinowskiej. Zastanawiające było, że mimo wielu nieszczęść, których zaznała jego rodzina, na honorowym miejscu nadal stało popiersie Lenina. Ale miało być o lekturach...

Zacznijmy więc od lektury wagi ciężkiej (i w sensie fizycznym, i w przenośni). Wieki temu przeczytałam z dużym zainteresowaniem "Historię Rosji" Ludwika Bazylowa. Cóż to była za cegła (mam ją chyba zresztą do dzisiaj)! Twarda okładka, srebrna obwoluta, poważne historyczne wydawnictwo, a jednak czytało się ją świetnie.  Dawno nie czytałam opracowań dotyczących historii Rosji, ale na półce czeka na mnie "Taniec z Nataszą" autorstwa Orlando Figesa i liczę na pasjonującą lekturę.

Autorem, który jest bezsprzecznie kojarzony z "rosyjskością" i który - jak mi się wydaje - dotknął "duszy rosyjskiej" jest w moim  przekonaniu Lew Tołstoj. Jego "Wojnę i pokój" przeczytałam w liceum, kilka lat później powtórzyłam tę lekturę. Mimo nużących niekiedy opisów, wielostronicowych salonowych konwersacji wiedzionych w języku Moliera, ta wielowątkowa opowieść z czasów wojny z Napoleonem bardzo wiele mówi o Rosji i Rosjanach. Z dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej na pewno warto się zapoznać z twórczością Antoniego Czechowa oraz Iwana Turgieniewa. Ponieważ jednak czytałam ich książki lub oglądałam sztuki teatralne straszliwie dawno temu, więc nie będę się wypowiadać na ich temat poza ogólnym wrażeniem, że ich twórczość symbolizuje obraz Rosji II połowy XIX wieku.

Okres Rosji sowieckiej to odrębna kategoria dziejów i literatury poświęconej temu krajowi. Ponieważ nie czytałam najważniejszych książek "gułagowych", więc o tym nie wspomnę. Wymienię tylko te książki, które mnie wzruszyły i dostarczyły impulsu do pewnych przemyśleń na temat tego okresu w dziejach. Niewątpliwie klasą samą w sobie jest "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa, który w genialny sposób prezentuje przygody szatana w sowieckiej ojczyźnie. Oczywiście ta książka ma wymiar dużo głębszy niż satyra na ZSRR, ale wstawki obyczajowe, pełne paradoksów i bzdur charakterystycznych nowego systemu pozwalają poznać nieco tamtą rzeczywistość. Ostatnio miałam okazję zapoznać się z pasjonująca powieścią Iriny Gołowkiny pt. "Pokonani", która przedstawia bez ogródek los potomków "białych" w sowieckiej ojczyźnie. Wstrząsające... Równie porażające były dwie książki polskich autorów. Mam tu na myśli wspomnienia Beaty Obertyńskiej z jej tułaczki po więzieniach i łagrach rozsianych na rosyjskiej ziemi, zebrane w tomie "W domu niewoli" oraz książkę Sergiusza Piaseckiego pt. "Zapiski oficera Armii Czerwonej", w której autor przedstawił typową sowiecką mentalność obleczoną w mundur Armii Czerwonej... Czytając tę książkę śmiech zastyga na ustach, a jego miejsce zajmuje niedowierzanie i groza.

Rosja współczesna to dla mnie niemal "terra incognita" jeśli chodzi o literaturę. Właściwie tylko dzięki kryminałom Aleksandry Marininy poznawałam szarą, błotnistą Moskwę wypełnioną nieprzyzwoicie bogatymi gangsterami, przekupnymi policjantami oraz zmęczonymi ludźmi usiłującymi związać koniec z końcem.
 
O wielu ważnych książkach nie wspomniałam, ale może Wy macie jakieś propozycje
do listy pozycji, które pomagają w odkrywaniu Rosji?

czwartek, 17 października 2013

Jarosław Iwaszkiewicz - list do Anny Iwaszkiewiczowej, 17 października 1926



Źródło zdjęcia


Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, "Listy 1922-26"
Czytelnik, 1998


"[Wiedeń] Niedziela 17 października [1926]

Miła moja!
Jestem już po Rheingoldzie, którym jestem zachwycony, chociaż mise en scene okropna; sto razy gorsza od naszego Zygfryda nie mówiąc już o Walkiriach. Oprócz może pierwszej sceny (dno Renu), która dobra, bo ciemno, a baby mocno do sufitu przywiązane. Erda szepleniła potwornie, ale wszystkie inne głosy tak nieprawdopodobnie cudowne i orkiestra taka, że o czymś lepszym marzyć niepodobna. Reżyseria potworna - widzę stąd, że Wagner na scenie jest całkowicie a refaire, nawet w Niemczech, a można by takie fantastyczne cuda z tego robić, żeby się wziął do tego jaki niemiecki Lulek Schiller (nie Reinhardt oczywiście - broń Boże). Dzisiaj z prof. Zielińskim byliśmy w b. ciekawym muzeum w dziale rzeźby starożytnej, który jest przejrzyściej ułożony niż w Luwrze i ma cudowne wazy. Stary, możesz sobie oczywiście wyobrazić, świetnie to wszystko objaśnia. Potem poszliśmy do Burgkapelli na mszę śpiewaną. Ale nie trafiliśmy szczęśliwie - zeszłej niedzieli był Haydn, na przyszła zapowiadają Schuberta, a dzisiaj wysłuchaliśmy tylko... Graubnera (a może inaczej). Nawet nie słyszałem tego nazwiska, w stylu Haydnowskim, ale bez wdzięku i polotu. Ale spektakl bardzo piękny, zwłaszcza że ksiądz z niezwykle pięknym głosem także."


wtorek, 15 października 2013

Carol Drinkwater, Oliwkowe drzewo




„Ale oliwki nigdy nie wędrowały pojedynczym traktem; historia oliwki, jej transportu, przypomina pajęczynę, gobelin wymiany handlowej, utkany przez wiele cywilizacji, snuty tam i z powrotem przez Morze Śródziemne lub wzdłuż okrążających je szlaków.” (s. 313)

„Oliwkowe drzewo” to zapis drugiej części podróży autorki oliwkowym szlakiem. Tym razem Carol Drinkwater postanowiła odwiedzić kraje zachodniej części basenu Morza Śródziemnego. Jej podróż rozpoczęła się w Hiszpanii, potem kontynuowała ją w Maroku, Algierii, odwiedziła Sycylię, południowe Włochy, Sardynię i północne Włochy, skąd wróciła do domu, na swoją prowansalską oliwkową farmę.

Carol podróżuje samotnie i choć miała w notesie kilka nazwisk ludzi, zwykle specjalistów od uprawy drzewa oliwnego, to jednak zdawała się na instynkt i wiele z jej podróży nie było do końca zaplanowanych, a niektóre ze spotkań pojawiły się dość spontanicznie. Uwagę zwraca, podobnie jak w poprzednich książkach Drinkwater, jej piękny, poetyczny język. Potrafi ona pięknie pisać o przyrodzie i zjawiskach, które ją zachwycają. Oczywiście tematem numer jeden jest drzewo oliwne, jego historia, teraźniejszość i przyszłość. Autorka książki, jako farmerka oliwna, pragnie poznać sposoby umożliwiające ekologiczną, naturalną uprawę oliwek. Dlatego dąży do poznania doświadczeń ludzi w innych krajach szlaku oliwnego. Przygnębiający jest obraz wysoce wyspecjalizowanych farm oliwnych w Hiszpanii, gdzie użycie pestycydów jest powszechne, produkcja ogromna, a uprawa oliwki przypomina raczej fabrykę niż rolnictwo o prastarej tradycji. W Maroku i Algierii Carol również dokonuje odkryć związanych z oliwką, choć na jej podróż wpływ mają niepokoje i groźby zamachów, które mają miejsce podczas jej pobytu w tym rejonie.

Przyznam, że tę część czytało mi się przyjemniej niż „Oliwkowy szlak”, może również dzięki temu, że autorka przyhamowała nieco z informacjami o cenach noclegów. Inna sprawa, że ta część jej podróży wygląda na lepiej przygotowaną, choćby z uwagi na kilka umówionych spotkań ze specjalistami od uprawy drzewa oliwkowego.

Choć podróż była wyjątkowo długa, to mam wrażenie, że zbyt dużo czasu autorka poświęciła hiszpańskiemu odcinkowi i końcówka była już pisana trochę „po łebkach”, choć Sardynia czy Sycylia okazały się (w moim odczuciu przynajmniej) ciekawszymi etapami podróży w poszukiwaniu recepty na przyszłość w odniesieniu do uprawy oliwek. Tak, bo tym razem Carol nie znalazła zbyt wielu artefaktów przeszłości drzewa oliwnego, ale podróż ta utwierdziła ją w przekonaniu, że nie może się poddawać fanatykom chemikaliów w uprawie. Dzięki tej podróży wzrosła jej samoświadomość i determinacja, aby stosować tylko ekologiczne środki.

Styl pisania Drinkwater, do którego już nieco przywykłam, zawiera zapis jej wrażeń z przypadkowych spotkań z ludźmi, z którymi często nawet nie zamienia słowa. Często są to jej wyobrażenia na temat tych anonimowych ludzi, których obserwuje czy spotyka. Mam wrażenie, że taki zabieg byłby fajny, gdyby nie był stosowany nadmiernie, a tak właśnie jest w jej przypadku. Częstokroć obecność tych ludzi na kartach jej książki nie ma żadnego związku z tym, co pisze i czasem te jej teorie wyrażane kwiecistym językiem trochę mnie irytowały.

Carol zdziwiła mnie też nieco na swoim algierskim odcinku podróży, kiedy miała zapewnioną naprawdę niezłą opiekę ze strony związku pszczelarzy, zwłaszcza mając na uwadze niezbyt stabilną sytuację polityczną w tym kraju i zagrożenie atakami terrorystycznymi. Tymczasem ona zgadzała się na tę eskortę jakby przymuszona. Wydawało się, że tylko marzy o tym by się „urwać” swoim opiekunom, co prawdę mówiąc mnie dziwiło, bo dzięki kontaktom pszczelarzy mogła dotrzeć do kilku naprawdę ciekawych miejsc. 

Dzięki swoim doświadczeniom z podróży oliwkowym szlakiem Carol utwierdza się w swoim postanowieniu, aby nie używać popularnych środków chemicznych w trosce o przyszłość oliwki i jakość produkowanej oliwy. Michel, którego w tym tomie prawie nie ma, akceptuje jej decyzję i zapewne w ostatniej części oliwkowego cyklu dowiemy się, czy spełnili swoje obietnice.

Całość jest interesująca i satysfakcjonująca czytelniczo. Nie ma tam zbyt wielu wtrętów natury politycznej czy obyczajowej, jak to miało miejsce w „Oliwkowym szlaku” (aczkolwiek uważam, że udając się do krajów muzułmańskich autorka powinna rozważyć zmianę przyzwyczajeń odnośnie ubioru do snu:)). Piękne opisy przyrody nie nużą, a na plan pierwszy wybija się fascynacja autorki oliwką, jej historią, teraźniejszością, przyszłością. 

„Patrząc wstecz na moje podróże, czuję ogromną wdzięczność za wszystko, co zostało mi dane, ale brakuje mi odpowiedzi nie tych dotyczących przeszłości, choć dalej będę ich szukać, ale przyszłości.” (s. 560)



Carol Drinkwater (ur. 1948) – aktorka anglo-irlandzka, najbardziej znana z roli Helen Herriot w serialu “Wszystkie stworzenia duże i małe” (1978-85). Jest autorką kilku powieści dla dzieci i dorosłych. Największy sukces wydawniczy odniosła jej seria o życiu na prowansalskiej farmie. Jej stronę internetową znajdziecie tu.

Źródło zdjęcia





Powiązane wpisy:

Carol Drinkwater, Oliwkowa farma

Carol Drinkwater, Sezon na oliwki

Carol Drinkwater, Oliwkowe żniwa

Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak 



Autor: Carol Drinkwater
Tytuł oryginalny: The Olive Tree

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Ewa Rudolf
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 568 


niedziela, 13 października 2013

Ulotne chwile (66)



Rok 1951. Aleksandra i Anatoli Kuprasowie z córką Wandą w wózku
ul. Grunwaldzka w Gdańsku Wrzeszczu
Pocztówka zakupiona w warszawskim antykwariacie
seria Trójmiasto - ludzie i miejsca, wyd. Dziennik Bałtycki




czwartek, 10 października 2013

Dzień podszyty smuteczkiem...


Źródło zdjęcia


Dokładnie 50 lat temu zmarła Edith Piaf (19.12.1915 - 10.10.1963), słynna pieśniarka francuska, zwana z racji swojej drobnej postury "wróbelkiem". Jej piosenki ciągle wywołują w słuchaczach dreszcz, a koleje losu wzbudzają zainteresowanie współczesnych. Oto jedna z moich ukochanych piosenek.



 
 
 
 Dziś dotarła do nas również smutna wiadomość o śmierci Edmunda Niziurskiego (10.07.1925 - 9.10.2013), autora kultowych książek dla dzieci i młodzieży. Chociaż bohaterami książek Niziurskiego są zwykle chłopaki - łobuziaki, to czytałam je z wypiekami na twarzy. Najlepiej pamiętam "Niezwykłe przygody Marka Piegusa" i charakterystyczne imiona i nazwiska bohaterów, np. Wieńczysław Nieszczególny. :) Ech, smutny ten tydzień. Najpierw pożegnaliśmy Joannę Chmielewską, teraz Edmunda Niziurskiego tak bardzo kochanych przez wiernych czytelników...
 
 
 
 
 
A na koniec nieco radośniejsza nowina. Niewątpliwie najbardziej radosna dla Alice Munro (ur. 1931), kanadyjskiej pisarki, która została tegoroczną laureatką literackiej Nagrody Nobla. Ponieważ nie znam jej twórczości, więc nie będę się wymądrzać, ale ten wybór wydaje się dość trafny, niekontrowersyjny i bez udziwnień.
 
 
 
 
 

wtorek, 8 października 2013

Johan Theorin, Święty Psychol





Ta książka nieco rozczaruje wielbicieli kryminałów z pełnej magii i nostalgicznego uroku wyspy, jaką jawi się nam Olandia ze słynnego cyklu autorstwa Johana Theorina, gdyż akcja książki rozgrywa się zupełnie gdzie indziej. Chociaż Theorin wydał tylko trzy książki cyklu, to po „Świętego Psychola”, który opowiada historię osadzoną w innym zakątku Szwecji, sięgnęłam z niezachwianą pewnością, że spełni ona moje oczekiwania. 

„Święty Psychol” opowiada nam historię Jana, około trzydziestoletniego wychowawcy przedszkolnego, który z powodzeniem ubiega się o pracę w przedszkolu w mieście Valla we wschodniej Szwecji. Nie byłoby w tym może nic ciekawego, gdyby nie charakter tej placówki i tajemnice, które skrywa Jan. Przedszkole jest bowiem afiliowane przy pobliskim szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywają rodzice uczęszczających tam dzieci. Bliskość dzieci i możliwość systematycznego kontaktu z nimi jest pewną formą eksperymentalnej terapii stosowaną przez lekarzy szpitala świętej Patrycji, potocznie zwanego przez miejscowych „świętym psycholem”. Jan skrywa wiele tajemnic, które są ujawniane podczas kolejnych retrospekcji. Czytelnik poznaje zakamarki jego duszy i koleje losu, które sprowadziły go do tego obcego miasta.  Atmosfera otaczająca szpital i wydarzenia, do których dochodzi przynoszą coraz więcej niepokojących elementów…

Nie jest to typowy kryminał, ale do tego czytelnicy Theorina zdążyli się chyba przyzwyczaić. Określiłabym go raczej mianem thrillera psychologicznego. Najważniejszy jest nastrój narastającego od pierwszych stron książki niepokoju. Wszystko może być pułapką. Niby nic się nie dzieje, nie dochodzi do żadnych spektakularnych wydarzeń, a jednak narasta w nas uczucie dyskomfortu i niepokoju właśnie. Głównym nosicielem tego wrażenia jest Jan, główny bohater książki, który praktycznie nie schodzi z kart książki. Swoje dodaje również placówka psychiatryczna, tytułowy „święty psychol”, ze swoją niedostępnością i tajemniczością, która otacza mieszkańców tego miejsca. 

Theorin przedstawia całą historię, wydarzenia, które się rozgrywają, wyobrażenia o nich tylko z perspektywy nowego pracownika przedszkola, który, jak rozumiemy coraz wyraźniej, miał swoje powody, które go pchnęły do podjęcia pracy w tym miejscu. Nawet nie powody, a swoistą misję. Aby poznać w szczegółach sytuację Jana i jego portret psychologiczny cofamy się do wydarzeń, które miały miejsce w jego czasach szkolnych i kilka lat przed podjęciem pracy w Valli. Te retrospekcje odsłaniają powolutku przeszłość, która ma niebagatelne znaczenie dla wydarzeń rozgrywających się współcześnie. Końcówka książki zapewnia kilka zwrotów akcji zupełnie zmieniających nasz ogląd sprawy, a samo zakończenie zaskakuje, choć jest w nim chyba za dużo pośpiechu. 

Konstrukcja książki jest ciekawa, groza narasta przeplatana retrospekcjami i obrazkami z obecnego życia Jana w Valli. Uwagę zwracają niesamowite bajki, które w pewnym momencie wpadają w ręce Jana i powiem szczerze, że mało który rodzic chciałby je czytać swojemu dziecku na dobranoc. Te bajki i osoba Jana oraz większości bohaterów wiąże jedna cecha: samotność. To cecha współczesnych ludzi, sami żyjemy, mieszkamy, śpimy rozpraszając się na krótkie spotkania towarzyskie, krótkie związki, banalne rozmowy, a nie mamy czasu na dzielenie z kimś życia, a może boimy się tego. Przygnębiający jest obraz życia współczesnego człowieka, który znajduje odbicie w książce Theorina. Właściwie wszyscy bohaterowie występujący w tej książce są samotni, nie poznajemy ich w relacji rodzinnej, lecz środowiskowej, jako kolegę z pracy, sąsiada, przełożonego i tak naprawdę nie mają oni innego życia. Choć wiwisekcji poddane jest tylko życie Jana, to egzystencja wszystkich bohaterów naznaczona jest przez wszechogarniającą pustkę, brak ciepła drugiego człowieka, co wpływa na nich w sposób niepokojący i skłaniający do przemyśleń. Choć czytelnik ma szansę poznać Jana dość dobrze, i tak jest zaskakiwany co jakiś czas, poznając jego historię i motywy jego działań. 

Książkę czyta się świetnie, jest atmosfera tajemnicy, sąsiedztwo szpitala psychiatrycznego i sekrety otaczające jego mieszkańców budzą zaciekawienie podszyte niepokojem. Theorin prowokuje nas do ciągłego odgadywania, co stoi za poszczególnymi wydarzeniami, a my i tak jesteśmy zaskakiwani. Mimo wszystko jednak, moim „numero uno” wśród książek szwedzkiego pisarza pozostaje „Zmierzch”, ale „Świętego Psychola” warto przeczytać, gdyż mimo braku magicznego nastroju Olandii (nie można mieć wszystkiego, nieprawdaż ;)), to świetna książka. Bardzo jestem ciekawa kolejnej części „kwartetu olandzkiego”, a tymczasem „Święty Psychol” pomaga skrócić czas oczekiwania na nią.
 
 
Autor: Johan Theorin
Tytuł oryginalny: Sankta Psyko
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Ze Strachem
Tłumacz: Barbara Matusiak
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 416

 

niedziela, 6 października 2013

Ulotne chwile (65)


Jezioro Wigry, w głębi klasztor oo. kamedułów
Zdjęcie przedwojenne
Kartka pocztowa zakupiona na Allegro
Wydawnictwo Salonu Malarzy Polskich w Krakowie




sobota, 5 października 2013

50 faktów o mnie :)


Na blogu Magdaleny Bioggraff dostrzegłam fajną zabawę, która zachęca do ujawnienia niektórych informacji na swój temat. Postanowiłam wziąć w niej udział, chociaż długość listy nieco mnie zdetonowała. ;) A więc do dzieła, poniżej znajdziecie mocno chaotyczny misz-masz na mój temat.

Źródło zdjęcia

1. Lubię konwalie.
2. Pierwszego dnia w przedszkolu płakała moja Mama, nie ja.
3. Najłatwiej przychodzą mi zakupy w księgarni.
4. W dzieciństwie chciałam być komentatorem sportowym.
5. Nie lubię prasować.
6. Noszę kolczyki i jest to obecnie jedyna biżuteria, jaką noszę.
7. W dzieciństwie topiłam się dwa razy, nie umiem pływać i mam uraz do wody.
8. Mój ulubiony zapach to "Eternity" Calvina Kleina.
9. Zbieram pocztówki nadesłane przez rodzinę i znajomych i lubię je przeglądać od czasu do czasu.
10. W szkole podstawowej grałam na mandolinie.
11. Obecnie czytam książki głównie podczas podróży środkami komunikacji miejskiej.
12. Lubię oglądać mecze piłki nożnej, choć poziom polskiej ligi mnie załamuje.
13. Przygotowanie opinii o książce trwa u mnie około miesiąca.
14. Lubię chodzić w spodniach.
15. Uwielbiam podróże.
16. Moim ulubionym miesiącem jest maj.
17. Bardzo niewiele osób spośród moich znajomych wie o tym, że prowadzę blog.
18. Lubię dostawać kwiaty bez okazji.
19. Nie umiem szyć.
20. Nigdy nie zrobię sobie tatuażu.
21. Nie palę.
22. Coraz więcej zakupów robię w internecie.
23. Ostatnio prawie nie oglądam telewizji.
24. Nie mam drugiego imienia.
25. Bardzo lubię kupować notesy i notesiki, choć nie zawsze znajduję dla nich zastosowanie.
26. Lektura "Wojny i pokoju" w czasach licealnych zapewniła mi najwyższą ocenę na półrocze z historii, gdy nauczyciel przeegzaminował mnie z treści książki ;)
27. Moim popisowym daniem jest spaghetti bolognese (wiem, to niebyt dobrze świadczy o moich umiejętnościach kulinarnych :)).
28. Wolę obchodzić imieniny niż urodziny.
29. Nigdy nie byłam u wróżki, choć czasem mnie korci, żeby pójść.
30. Mam bardzo ograniczone grono przyjaciół i znajomych.
31. Wolę wino od piwa.
32. Nie cierpię, gdy wsiadający pasażerowie pchają się do autobusu, gdy ludzie jeszcze nie wysiedli.
33. Czuję się skrępowana słuchając prywatnych rozmów telefonicznych prowadzonych na głos w środkach komunikacji miejskiej.
34. Nie mam czytnika.
35. Nie cierpię hipokryzji i obłudy.
36. Jako dziecko pytałam się Rodziców, dlaczego nie byłam obecna na ich ślubie.
37. Bardzo lubię markę Wallis i zmartwiła mnie jej wyprowadzka z Polski.
38. Nie używam suszarki.
39. Gdy odwiedzam muzeum, zawsze kupuję w sklepiku pocztówki, zakładki lub inne drobiazgi.
40. Od kiedy mamy aparat cyfrowy, mam kłopot z uzupełnianiem albumów ze zdjęciami.


John Everett Millais, Ofelia
Źródło zdjęcia

41. Lubię malarstwo prerafaelitów.
42. Mam nadzieję, że moje wymarzone wakacje jeszcze przede mną.
43. Ermitaż uważam za najciekawsze muzeum, które odwiedziłam.
44. Lubię kolor czerwony.
45. Nie lubię się targować.
46. Noszę dużą torbę i mam czasem pewien kłopot ze znalezieniem potrzebnej rzeczy.
47. Wolę herbatę od kawy.
48. Wiele osób uważa, że jestem pamiętliwa.
49. Prowadzenie bloga nadal sprawia mi wiele radości.
50. Lubię czasem pobyć sama ze sobą.

Uff, udało się. :)

piątek, 4 października 2013

Konkurs Fundacji im. Zbigniewa Herberta (5 - 18 października 2013 r.)




„CZEGO ŻYCZYSZ CZŁOWIEKOWI MYŚLĄCEMU?  – WYŚLIJ WIADOMOŚĆ DO PANA COGITO”



Od 5 do 18 października 2013 r. będzie trwał konkurs „Czego życzysz człowiekowi myślącemu? – Wyślij wiadomość do Pana Cogito”, który ma na celu popularyzację czytelnictwa oraz twórczości Herberta, nakłonienie do refleksji nad wartościami propagowanymi przez poetę, a także przybliżenie postaci Pana Cogito jako jednostki wolnej, niezależnie myślącej i poszukującej. 

Konkurs jest organizowany z okazji 89. rocznicy urodzin Zbigniewa Herberta, która przypada w dniu 29 października 2013 r. Na Facebooku na profilu Pan Cogito będzie udostępniona specjalna aplikacja, dzięki której każdy uczestnik będzie mógł przesłać wiadomość do Pana Cogito. Osoby, które nie korzystają z Facebooka, będą także mogły wziąć udział w konkursie, wysyłając wiadomość na adres Pan.Cogito@fundacjaherberta.pl

„To kolejny konkurs realizowany przez Fundację im. Zbigniewa Herberta skierowany do młodych ludzi. Wcześniej zorganizowaliśmy konkurs fotograficzny i konkurs na najlepszy scenariusz, teraz czas  na krótką formę tzw. mem – krótki tekst wpisany w zdjęcie ilustrujące człowieka myślącego. Staraliśmy się wyjść naprzeciw zwyczajom oraz fascynacjom współczesnych młodych ludzi – nie tylko odbiorców, lecz również współtwórców tekstów kultury, dlatego zaproponowaliśmy właśnie taką formułę konkursu, angażującą nowe kanały komunikacji. Mamy nadzieję, że dzięki temu wartości ważne w twórczości Zbigniewa Herberta będą bardziej popularne wśród młodzieży.” – powiedziała Maria Dzieduszycka, prezes Fundacji im. Zbigniewa Herberta.

Spośród nadesłanych zgłoszeń, Jury - na czele którego stanie Katarzyna Herbert - wybierze najlepsze prace. Pod uwagę zostaną wzięte następujące aspekty: oryginalność ujęcia tematu, poprawność językowa, humor i uwzględnienie herbertowskich wartości.
 
Nagrodami w konkursie będą:
15-cie tomów prozy i poezji Zbigniewa Herberta,
słuchawki bezprzewodowe Beats by Dr. Dre,
tablet multimedialny Samsung
oraz czytnik E-booków Amazon Kindle.

Więcej informacji o konkursie i Fundacji im. Zbigniewa Herberta:
 

 Zachęcam Was do udziału!
 
* * *
 
Na podstawie materiałów przesłanych przez Zespół Fundacji im. Zbigniewa Herberta

Jan Karon, Iskra Boża




„Każdy święty ma przeszłość, a każdy grzesznik – przyszłość”
ulubione powiedzenie ojca Tima Kavanagh

(cytat autorstwa Oscara Wilde'a, a wiemy to dzięki czujności Inwentaryzacji Krotochwil)

To już ostatnia część cyklu mitfordzkiego, co prowokuje mnie do napisania kilku słów o całej serii, a nie tylko o tej części, ale zacząć jednak wypada od przedstawienia książki, która kończy ten popularny i niezwykle ciepły cykl.

Ojciec Tim, który przez rok ma opiekować się farmą przyjaciół przebywających w tym czasie w Europie, dostaje od swojego biskupa misję, która stanowi spore wyzwanie. Ma on bowiem przywrócić do życia pobliski, położony w górach kościół Holy Trinity. Trudność zadania wynika z faktu, iż kościół był zamknięty przez czterdzieści lat, nie wiadomo, czy będą jacyś potencjalni wierni, trzeba również zadbać o wszelkie aspekty związane z funkcjonowaniem kościółka, nie tylko te duchowe. Ojciec Tim z właściwym sobie optymizmem i wiarą przystępuje do realizacji zadania. Okazuje się, że kościół jest zadbany dzięki wysiłkom Agnes Merton i jej syna Clarence’a, którzy przez te wszystkie lata opiekowali się kościołem. Ojciec Tim poznaje wkrótce innych mieszkańców okolicznych domów i dość szybko jest w stanie przystąpić do pełnienia posługi kapłańskiej, co daje mu również możliwość do udziału w życiu wiernych, uczestniczenia w ich radościach, zmagania się z troskami i udzielania pomocy w rozwiązywaniu problemów. Humorystycznym elementem książki są m. in. kontakty państwa Kavanagh z rodziną Flowersów, którzy nadali dziesiątce swoich dzieci następujące imiona: „Iris (irys), Lily (lilia), Rose (róża), Arbutus (Chruścina jagodna – drzewko truskawkowe), Delphinium (ostróżka), (…) Violet (fiołek), Daisy (stokrotka), Jack in the Pulpit (obrazkowiec) (…) i Sweet William (goździk brodaty).” (s. 206-207)


Farma, na której gospodarzy ojciec Tim i Cynthia, leży w bliskim sąsiedztwie Mitford i dzięki temu ojciec Tim regularnie odwiedza swoich przyjaciół i wielu znajomych. Żegna również na zawsze wujaszka Billa, który zapewniał wszystkim mitfordczykom niesłabnący strumień niezłych dowcipów i anegdotek. Jego udział w życiu tej społeczności jest jednak bardziej ograniczony, gdyż większość swojej energii poświęca na odrodzenie powierzonego sobie kościoła. Cynthia tymczasem jest dość obciążona obowiązkami zawodowymi, gdyż przygotowuje kalendarz z wizerunkiem swojej kotki Violet i wymaga to od niej sporej inwencji i czasu, żeby wszystko przemyśleć

Ważną decyzję podejmuje Dooley, wychowanek Kavanaghów, a ojciec Tim z kolei ma mu do przekazania ważną wiadomość i ciągle oczekuje na znak, czy Dooley jest wystarczająco dojrzały, by przyjąć ją w pełni odpowiedzialności i pokory. Jest w stałym kontakcie z rodzeństwem Dooleya. Życie toczy się dalej i ulega nieustannej zmianie, która choć w wielu wypadkach niezauważalna, to jednak odciska swoje pięto na naszych bohaterach i pozwala im przezwyciężyć trudności

„Iskra Boża” to jedna z najlepszych książek cyklu o ojcu Timie. Pokazuje upływ czasu, zmiany, jakie zaszły w życiu bohaterów, problemy, jakie już zwalczyli, a które ciągle czekają na rozwiązanie. Ojciec Tim, mimo że znamy go już zupełnie dobrze, nadal potrafi się zachwycać ludźmi, których spotyka na swojej drodze. Choć każdy człowiek wymaga innego kluczyka, aby dotrzeć do jego wnętrza, wydaje się, że nasz bohater ma w zapasie pokaźny pęk kluczy do serc i dusz spotykanych na swojej drodze ludzi. Ta życzliwość i otwarcie na drugiego człowieka to jego cecha charakterystyczna, za którą kochają ją jego parafianie, i byli, i obecni. 

„Prawda jednak polegała na tym, że to raczej Dooley uratował jego. W wieku ponad sześćdziesięciu lat ze zorientowanego na siebie starego kawalera stał się zaradnym ojcem.” (s. 41)

Ojciec Tim, ewoluuje na naszych oczach od samotnego starego kawalera pochłoniętego sprawami swojej parafii do żonatego emerytowanego pastora wychowującego przysposobionego syna i ratującego jego rodzeństwo od niedoli. We mnie wzbudza ciepłe uczucia i potrafię uwierzyć w tę postać. No, może tylko jego stosunek do jedynego chyba w cyklu „czarnego charakteru” jest nieco ambiwalentny, gdyż za tę osobę ojciec Tim aż do ostatniego tomu nigdy się nie modlił. Ale z uwagi na perypetie, które się zdarzały w poprzednich częściach, jestem w stanie zrozumieć ten przejaw ludzkiego charakteru. ;) 

Czytelnicy dziewięcioczęściowego cyklu przywiązali się niewątpliwie do innych bohaterów, członków rodziny ojca Tima, mieszkańców Mitford oraz innych parafii, w których posługę pełnił nasz wielebny. Są oni prawdziwi i wiarygodni, nie pozbawieni wad. Do moich ukochanych bohaterów niewątpliwie należy panna Sadie Baxter, która wywarła duży wpływ na życie miejscowej społeczności i personalnie na ojca Tima i jego rodzinę. Muszę się natomiast przyznać, że momentami drażniła mnie Cynthia, ukochana żona ojca Tima, której zachowania były niekiedy sztampowe albo ich opis przez Karon był dość mało zróżnicowany. Generalnie jednak cykl pokazuje nam, jak zmieniać swoje życie niezależnie od wieku. Możemy też zobaczyć, że można zachowywać się wobec bliźnich z klasą, bez agresji i chamstwa. Oprócz ulubionego powiedzenia ojca Tima, które poznaliśmy w „Iskrze Bożej”, a które przytoczyłam na początku wpisu, jego filozofię życiową oddaje też cytat z „(…) człowieka imieniem Henry Canby: „Żyj głęboko, a nie szybko”. (s. 370).

Karon pokazała Amerykę odmienną od blichtru zachodniego i wschodniego wybrzeża. W tej Ameryce jest wiele rejonów zaniedbanych, opanowanych przez przemoc i biedę. Ten świat można próbować zmienić dzięki takim ludziom jak ojciec Tim, który wierzy, że w każdym człowieku drzemie dobro. Czasem jest ono głęboko ukryte lub uśpione, ale zawsze można je odnaleźć dzięki modlitwie i otwarciu na drugiego człowieka.

Cykl o Mitford nie zadowoli wszystkich. Na pewno wiele osób może uznać, że ta opowieść jest zbyt słodka i niewiarygodna. Sądzę jednak, że w zalewie różnych „optymistycznych” książek cykl Jan Karon stoi na wysokim poziomie, świetnie się go czyta i skłania do zastanowienia się nad życiem i zmianami na lepsze, jakie możemy wprowadzić własnymi siłami.
 Powiązane wpisy:


Jan Karon, W moim Mitford

Jan Karon, Światełko w oknie

Jan Karon, Te wysokie, zielone wzgórza

Jan Karon, Do Kanaanu i Nowa pieśń

Jan Karon, 6, 7 i 8 część cyklu o Mitford
 


Autor: Jan Karon
Tytuł oryginalny: Light from Heaven
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumacz: Mira Czarnecka
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 560

 

wtorek, 1 października 2013

Gil Courtemanche, Piękna śmierć





Książka Gila Courtemanche, kanadyjskiego dziennikarza, porusza temat trudny, bolesny, który dotyczy lub będzie dotyczył niemal wszystkich mieszkańców wysoko cywilizowanych krajów. Zdobycze medycyny pozwalają obecnie na ograniczenie skutków wielu chorób bądź zahamowanie ich przebiegu, co w rezultacie wydłuża ludzkie życie, ale coraz częściej zdarzają się też sytuacje, że medycyna jest w stanie podtrzymywać życie, gdy jego jakość znacząco spada i chory wymaga nieustannej opieki. 

Z takim przypadkiem spotykamy się w książce kanadyjskiego dziennikarza, który opowiada o rodzinie, która gromadzi się przy stole w trakcie Świąt Bożego Narodzenia. Ośmioro dorosłych dzieci, ich małżonkowie, dzieci i wnuki spotykają się w domu rodziców. 86-letni ojciec, w przeszłości despota i tyran domowy, jest obecnie starcem chorującym na szybko postępującą chorobę Parkinsona. Jak opisuje to Andre, najstarszy syn chorego, a jednocześnie narrator: „Ciało zmieniło się w rozregulowany mechanizm. Nic już z niczym nie współdziała, ani szyja z głową, ani biodra z nogami, ręce dyndają bezwładnie.” (s. 34) Wielce prawdziwe jest powiedzenie, że śmierć się Panu Bogu nie udała...

 
Wszyscy zdają sobie sprawę, że niewiele da się zrobić, aby ojciec całkowicie wyzdrowiał, że to w zasadzie niemożliwe. Jest on obecnie zupełnie niedołężny, rozmawia się o nim, a nie z nim, jak gdyby był nieobecny. Ponad nim toczą się dyskusje, jakie podjąć leczenie, jak pomóc matce, jaką opiekę mu zapewnić, co powinien jeść, karci się go jak dziecko, jeśli chce sięgnąć po zakazane produkty etc.

Patrząc zupełnie na zimno Andre dochodzi do wniosku, że „Idealnym matematycznie rozwiązaniem równania, które usiłujemy wspaniałomyślnie i nieudolnie rozwikłać, jest śmierć taty.” (s. 55) Ale życie to nie matematyka, a chociaż jest się zwolennikiem eutanazji, nie tak łatwo jej dokonać…

Główny bohater książki często podkreśla, że nie kocha ojca. Co jakiś czas pojawiają się wspomnienia ich starć, kłótni, krzywd, choć narrator książki zaznacza, że „Chęć zemsty, która przybiera niekiedy postać fałszywego poczucia sprawiedliwości, uleciała wraz z tysiącem innych dziecięcych trosk, przeminęła z czasem jak zdmuchiwane przez wiatr liście. Pozostała mi już tylko ciekawość, kim jest człowiek, który ukształtował moje życie.” (s. 91) Paradoksem opowiedzianej historii jest to, że to właśnie jego stosunek do ojca i działania, jakie podejmuje, doprowadzą do pewnego przełomu w kontakcie z Ojcem. Mimo że złe wspomnienia z dzieciństwa ciągle wyłażą na powierzchnię, tli się w nim emocjonalny stosunek do Ojca, czego nie widać u pozostałych braci i sióstr, którzy przedstawiając kolejne propozycje terapii, potraw, zmiany stylu życia, jednocześnie nie traktują go podmiotowo. I to jest chyba największa nauka z tej książki. Człowiek choćby najciężej dotknięty chorobą jeszcze nie umarł. On jest i czuje, co się wokół niego dzieje, dostrzega naszą obojętność, zauważa naszą troskę i uwagę, jaką mu okazujemy. Trzeba o tym pamiętać.

 
Ta książka, mimo niewielkiej objętości, porusza istotne kwestie związane z jakością ludzkiego życia, chorobą i śmiercią. Do pewnego momentu nazwałabym jej przekaz głęboko humanistycznym. Zakończenie książki jest jednak dla mnie dysonansem, mimo swej pozornej atrakcyjności, gdyż kłóci się z moimi przekonaniami etycznymi. Dodatkowym elementem, który budzi mój protest, była decyzja autora o włączeniu do działań podejmowanych przez narratora kilkunastoletniego kuzyna. Najprawdopodobniej będę w mniejszości, gdyż przekaz książki wielu osobom może przypaść do gustu, ale mimo swojej dezaprobaty dla końcowego wydźwięku książki, zachęcam do jej przeczytania. Mój osąd jest czysto subiektywny, wynikający z przyjętej postawy etycznej. Niemniej jednak na takie tematy, dotykające najważniejszych kwestii naszego życia trzeba dyskutować i starać się wysłuchać odmiennych poglądów. Dlatego też, warto przeczytać tę intrygującą książkę, która skłania do przemyślenia najważniejszych aspektów naszego życia.

 
 
Gil Courtemanche (1943-2011) - kanadyjski dziennikarz. Jego pierwsza książka pt. "Niedziela na basenie w Kigali", poświęcona ludobójstwu w Rwandzie, zyskała światowy rozgłos.
 
 
 


Autor: Gil Courtemanche
Tytuł oryginalny: Une belle mort
Wydawnictwo: Muza
Tłumacz: Małgorzata Kozłowska
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 152


Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...