Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 marca 2021

Stanisław Helsztyński, Sekretarz królowej Zofii





Tę książkę kupiłam na allegro jako typową "zapchajdziurę", aby nie płacić kosztów przesyłki. Traf chciał, że wzięłam ją do ręki, zaczęłam czytać i... pogrążyłam się w lekturze.

Ta fikcyjna kronika Grzegorza Patronika opisująca wydarzenia w XV w. (dokładniej mówiąc od 1399 do 1472 r.) idealnie trafiła w moje obecne gusta i zainteresowania czytelnicze.

Narrator, ów kronikarz Patronik, jest protegowanym rodziny Melsztyńskich, dostaje się na dwór królewski i jest świadkiem wydarzeń z udziałem najważniejszych osób w państwie - Władysława Jagiełły, królowej Sonki, Zbigniewa Oleśnickiego i innych. Nie tylko relacjonuje wydarzenia, on je także komentuje prezentując swoją opinię na temat osób i wydarzeń. Ponieważ jest on "kryptohusytą" i właściwie wszystko zawdzięcza rodzinie Melsztyńskich, kronika ta jest również zapisem wzlotu i upadku tego możnowładczego rodu ze szczególnym uwzględnieniem historii Spytka III z Melsztyna. Możnowładca ten stał na czele opozycji wobec wszechwładnego biskupa Zbigniewa Oleśnickiego, by ponieść ostateczną klęskę w bitwie pod Grotnikami w 1439 r. 

Nie podzielam opinii Narratora wobec niektórych postaci historycznych obecnych na kartach tej powieści. Ta uwaga dotyczy zwłaszcza króla Władysława Jagiełły, który w krótkim rozdzialiku został opisany jako władca gnuśny, rozrzutny i generalnie mało lotny. Sam autor jednak opisując kilkadziesiąt stron później panowanie Władysława Warneńczyka, pisze, że długi narobione przez niego w ciągu kilku lat panowania przekroczyły kilkakrotnie długi jego ojca, który panował lat 48, więc nasz Jagiełło nie był takim wielkim rozrzutnikiem, jak mu się zarzuca, zwłaszcza w porównaniu do "osiągnięć" syna. Mimo że różnimy się z Autorem w ocenie niektórych postaci, doceniam jednak jego świetne przygotowanie do przedstawienia tła historycznego i zagadnień politycznych epoki.

Nie wszystkim ta książka się spodoba, gdyż tok opowieści jest niespieszny, a treść przesycona jest zdarzeniami historycznymi, których część jest kompletnie nieznana współczesnemu człowiekowi. Dla mnie było to jednak niespodziewane odkrycie czytelnicze i polecam ją wszystkim, którzy lubią historię.


Autor: Stanisław Helsztyński
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1977
Liczba stron: 204

wtorek, 12 grudnia 2017

Marlena de Blasi, Smaki południowej Italii i Smaki północnej Italii






















Zetknęłam się z twórczością Marleny de Blasi podczas Lektury „Lavinii i jej córek”, ale nie byłam zbyt zachwycona stylem pisarskim Autorki, aczkolwiek doceniałam jej zauroczenie słoneczną Italią, z którą związała swoje życie. Gdy natknęłam się na „Smaki południowej Italii” natychmiast dokupiłam drugą część wydawnictwa poświęconą kuchni północnej Italii i wiedziałam, że tym razem Marlena de Blasi mnie nie zawiedzie. Kuchnia i Italia – to połączenie dwóch jej miłości, na pewno więc włożyła w pisanie całe serducho, jakie posiada. I tak było. :)

W dużej mierze jest to książka kucharska i ze stuprocentową pewnością mogę stwierdzić, że zdecydowanej większości przepisów na pewno nie wypróbuję, ale nie z uwagi na stopień ich skomplikowania, a ze względu na swoje lenistwo. Przepisy Marleny de Blasi mogą być inspiracją i zachętą do prawdziwie włoskiego gotowania. Niemniej jednak przepisy kulinarne to nie wszystko i nie jest to jedyna treść obu wydawnictw. 

Autorka stara się zauroczyć czytelnika prostotą tradycyjnej kuchni włoskiej, opisuje ludzi, którzy nauczyli ją, jak gotować, podzielili się z nią sekretami rodzinnych potraw. Te książki mają styl i klimat. Momentami trącą może lekką pretensjonalnością, ale co z tego, skoro jest tu przede wszystkim szczerość i fascynacja autorki Italią, jej kuchnią, tradycją i zwyczajami. Często prowadzi nas ona sobie tylko znanymi ścieżkami do maleńkich miejscowości, knajpek w zapomnianych kątach, aby przedstawić to, co, jej zdaniem, jest warte zachowania.

Z dużą przyjemnością przeczytałam obie książki i na pewno to uczucie będzie towarzyszyło wszystkim miłośnikom słonecznej Italii w jej tradycyjnym wydaniu.

Na zachętę przedstawiam przepis na smakowitą sałatkę, którą pewnie kiedyś przygotuję, bo wygląda na bajecznie prostą. :)

4-6 pękatych, dojrzałych fig (zielonych lub fioletowych)
1 mały, bardzo dojrzały cantaloupe lub inny pomarańczowy melon
spora garść świeżych liści mięty
2 łyżki oliwy z oliwej extra vergine
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny

Pokrój nieobrane figi wzdłuż na połówki, i rozłóż je na dwóch dużych talerzach w taki sposób, który wyda ci się estetyczny. Przepołów melon w najwęższej części, usuń skórkę i nasiona, następnie pokrój miąższ na plasterki o grubości nieco ponad 0,5 cm. i rozłóż je na talerzach. Poszarp liście mięty i posyp nimi owoce. Skrop figi oliwą, a melon sokiem cytrynowym. Sałatkę podawaj ze schłodzonym moscato lub innym słodkim winem dobrej jakości o lekko bursztynowym kolorze.

Marlena de Blasi, "Smaki południowej Italii", s. 40 (Lacjum)


Autor: Marlena de Blasi
Tytuł oryginalny: A Taste of Southern Italy: Delicious Recipes and a Dash of Culture 

Wydawnictwo: Literackie
Tłumacz: Jacek Konieczny
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 260

Autor: Marlena de Blasi
Tytuł oryginalny: Regional Foods of Northern Italy: Recipes and Remembrances
Wydawnictwo: Literackie
Tłumacz: Jacek Konieczny
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 276





czwartek, 11 lutego 2016

Melchior Wańkowicz, Szczenięce lata




Melchior Wańkowicz jest dziś twórcą w dużej mierze zapomnianym, aczkolwiek może coś się w tej materii zmieni, skoro wydawnictwo Prószyński i S-ka w 2009 roku rozpoczęło wydawanie dzieł wszystkich Autora. Kolejne tomy ukazują się w pięknej szacie graficznej, każdy tom opatrzony jest wstępem specjalisty lub badacza twórczości Wańkowicza. Mamy również możliwość zapoznania się z wydawnictwem Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Na tropach Wańkowicza… po latach”, co, miejmy nadzieję, przyniesie owoce w przywróceniu twórczości Melchiora Wańkowicza współczesnemu czytelnikowi.

Muszę przyznać, że nie znam twórczości Wańkowicza tak dobrze jak bym chciała. Czytałam co nieco w dość odległej przeszłości, ale wrażenia mam nieco mgliste. Ponieważ jednak „Szczenięce lata” to - jak by nie było - klasyk literatury odnoszącej się do Kresów Wschodnich, po prostu musiałam sięgnąć po tę książkę. I rzeczywiście warto ją przeczytać i zadumać się…

Melchior Wańkowicz wywodził się ze słynnej kresowej rodziny ziemiańskiej. Wańkowicze żyli na dalekich Kresach, tzw. Mińszczyźnie, a majątkiem rodowym rodziców Melchiora były Kałużyce. Jeden z jego przodków Walenty Wańkowicz, znany malarz, twórca jednego z najbardziej znanych portretów Adama Mickiewicza, promowany jest dziś zresztą przez Białorusinów jako artysta czysto białoruski. 

„Po śmierci rodziców opieka, złożona z dwóch poważnych sąsiadów, wysłała mię, jako dwuletniego dzieciaka, z ojcowskich Kalużyc w powiecie ihumeńskim ziemi mińskiej - do majątku babki w Kowieńszczyźnie, bo to, panie, odpowiedzialność chować chłopca przez guwernerów, a do tego jeszcze Melchiorowicza.” [s. 15]

Pisarz został osierocony w wieku zaledwie dwóch lat i wtedy, jak wspomina, został wyekspediowany do majątku babki – Nowotrzeb na Kowieńszczyźnie, gdzie spędził dzieciństwo i wczesną młodość. Te lata spędzone w otoczeniu kobiet wbiły mu się w pamięć swoim poszanowaniem wielowiekowej tradycji, staroświeckim językiem i zwyczajami. Opowieść o Nowotrzebach to rodzaj nieśpiesznej gawędy przywołującej obrazy, smaki, zapachy i zwyczaje z zamierzchłej epoki. Pisarz przywołuje anegdoty, historie związane z funkcjonowaniem dworu na kresowej prowincji. Te wspomnienia spisane są piękną polszczyzną, pełną archaizmów, określeń, które były już zapomniane w okresie międzywojennym, kiedy książka ukazała się drukiem po raz pierwszy. Autor opisuje etap nowotrzebski z sentymentem, melancholią zdając sobie sprawę, że jest kronikarzem czasów, które już nie wrócą. 

„[Służba jadała] `abraduki - kluski z grubej mąki w słoninie, skrydle - z takiejże mąki placki ociekające tłuszczem i twarde jak skóra, szpekuchy - pierogi, których cienką powłokę rozdymała masa gorącej słoniny, szwilpiki - placki z gotowanych kartofli, pieczone w piecu kekory - takież placki nadziewane różnym nadzieniem z mięsa, warzyw i sera - wszystko to pływające w roztopionej słoninie lub zalane sosem, zwanym mizgutia (słonina z podśmietaniem); wreszcie nie wiem czemu z polska zwany maćkiem, ale piekielnie litewski wymysł - łój barani zakrzepły między dwiema warstwami ciasta`.(s. 17)
O ile Kowieńszczyzna była ważna dla dziecka, jakim był Wańkowicz, o tyle Kałużyce, gdzie przeniósł się później pod opiekę braci, były istotne w nastoletnim życiu Autora, gdy zrywał z podległością matriarchatowi babki i kuzynek. :) Jak sam mówi: „(…) spadło ze mnie całe babstwo nowotrzebskie” (s. 61). Mamy okazję dowiedzieć się, jak wyglądały polowania, zabawy z bronią młodzieży męskiej.

Ta książeczka niewielkich rozmiarów to świadectwo dawnych czasów, kiedy polskość dworków przenikała się ze zwyczajami miejscowej ludności; kiedy dwór był centrum świata dla okolicznych mieszkańców. To wszystko zmienił wybuch wojny i rewolucji, ale dzięki talentowi Wańkowicza możemy przenieść się w te dawno nie istniejące miejsca i poznać ludzi, którzy nie przewidzieli dramatycznego końca ich świata. To klasyka literatury kresowej i warto, a nawet trzeba ją znać.
Książka przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach 


Autor: Melchior Wańkowicz
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 142
 

piątek, 16 stycznia 2015

Jan M. Małecki, Historia Krakowa dla każdego




 
Kraków to miasto-symbol; symbol polskiej państwowości, historii i miejsce związane z legendami znanymi każdemu z nas już od dzieciństwa. Losy Krakowa, dawnej stolicy Polski, miejsca koronacji i wiecznego spoczynku większości naszych władców były nierozerwalnie związane z historią Polski. Dzisiaj jego niezwykła atmosfera, piękno zabytków ma licznych wielbicieli, ba, wręcz wyznawców, nie wyobrażających sobie życia bez regularnych wizyt w podwawelskim grodzie.

Książka profesora Małeckiego stanowi kompendium wiedzy o historii Krakowa, które przyda się każdemu owładniętemu miłością do tego niezwykłego miasta. Autor, choć nie jest rodowitym krakowianinem, mieszka tam od wczesnego dzieciństwa. Książka, napisana przystępnym językiem, przeznaczona jest dla szerokiego kręgu odbiorców. Autor kompetentnie prezentuje nam losy królewskiego miasta, kolejne etapy rozwoju i gorsze czasy mające wpływ na obniżenie jakości życia i bogactwa miasta.

Czytając tę książkę uświadomiłam sobie między innymi, jak ogromnym ciosem dla tego miasta był szwedzki „potop”, ile zniszczeń pociągnął za sobą ten stosunkowo przecież niedługi okres w naszej historii. Dla Krakowa najazd szwedzki był prawdziwym nieszczęściem, które zapoczątkowało złą passę w historii miasta. Dużym problemem były również wybuchające pożary, które unicestwiły wiele krakowskich zabytków.

Książkę można polecić wszystkim wielbicielom Krakowa, jak również osobom, które chciałyby się zapoznać z podstawowymi faktami historycznymi dotyczącymi historii miasta. Wszelkie ustalenia prezentowane przez Autora są zgodne z aktualną wiedzą historyczną, co jest dużą wartością tego wydawnictwa.
 
Kraków to w opinii wielu osób miasto magiczne, ale tej magii zabrakło mi w tej publikacji. Nieco rozczarował mnie język, jakim napisana jest książka; choć przystępny, to jednak dość suchy. Mimo zapowiedzi ze wstępu, treść jest pozbawiona barwnych akcentów anegdotycznych, których przecież w dziejach Krakowa nie brakowało. Do minusów zaliczyłabym również brak ilustracji, co niewątpliwie przyczyniło się do obniżenia atrakcyjności przekazu.

Choć nie mam jakoś serca do tej książki, to jednak, warto się z nią zapoznać, gdyż w sposób uporządkowany i kompetentny dostarcza ona sporej dawki wiedzy o dziejach tego wyjątkowego miasta. 




 Jan Marian Małecki (ur. 1926) - historyk, emerytowany profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Specjalista w zakresie historii gospodarczej i społecznej, znawca historii miast polskich. Członek Polskiej Akademii Umiejętności oraz honorowy członek Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa.
 

Autor: Jan M. Małecki
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 322
 

wtorek, 7 października 2014

Pamela Druckerman, W Paryżu dzieci nie grymaszą i Dziecko dzień po dniu




Najpierw kupiłam „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, potem leżała sobie na półce, a ja jakoś nie miałam czasu jej przeczytać, a może podświadomie się bałam, że nie sprostam konfrontacji z paryskim stylem wychowania. Całkiem niedawno udało mi się zdobyć w rozdawajce Anetypzn „Dziecko dzień po dniu”, kontynuację „W Paryżu…” i uznałam to za sygnał, że należy przeczytać obie książki, skoro już mam je w swoim posiadaniu. Po ich przeczytaniu autentycznie żałuję, że tak się ociągałam. Ale po kolei.

„W Paryżu dzieci nie grymaszą” rozpoczyna się znamienną sceną. Autorka książki, amerykańska dziennikarka wraz z mężem Brytyjczykiem, którzy mieszkają w Paryżu wraz ze swoją córką, udają się do restauracji wraz z dzieckiem. Jest to dla nich wyzwanie logistyczne nie lada, bo każde podobne wyjście polega na tym, że zamówienie składają zaraz po wejściu, córeczka odmawia jedzenia rzucając dookoła tym, co ma na talerzu i generalnie absorbuje każdą minutę czasu, który rodzina spędza w tym przybytku uniemożliwiając spokojną konsumpcję. Po którymś z kolei podobnym przeżyciu Pamela Druckerman zauważyła, że francuskie dzieci przebywające w restauracji zachowują się spokojnie pozwalając rodzicom na delektowanie się wspólnym wyjściem, co więcej, jedzą to, co mają na talerzu. Ten moment zadecydował o tym, iż autorka postanowiła zgłębić system francuskiego procesu wychowywania dziecka przepytując znajome mamy. Doprowadziło to ją do sformułowania kilku zasad związanych z wpajaniem dziecku zasad współżycia w rodzinie i w otoczeniu, który obowiązuje we francuskich rodzinach klasy średniej jakby podświadomie. Pokazując przykłady swoich błędów autorka opisuje również, jakie działania podjęła, aby poprawić jakość swojego życia rodzinnego, również jeśli chodzi o związek z mężem, jak i o zachowanie córki oraz bliźniaków, które urodziły się już po zbadaniu przez nią zasad wychowania dziecka à la française. 
Autorka opisując przykład metod francuskich rodziców, zwłaszcza tych kontrowersyjnych z amerykańskiego punktu widzenia (np. posyłanie dzieci do żłobka w wieku kilku miesięcy) stara się skonfrontować to działanie z najnowszymi dostępnymi wynikami badań naukowych. W znacznej większości wypadków, jeśli nie we wszystkich, znajduje głęboki sens ich postępowania. Z tym żłobkiem akurat można znaleźć również grupę badań formułujących odmienne wnioski i tu bym polemizowała z autorką, ale inna sprawa, że francuskie przedszkola i żłobki robią naprawdę dobre wrażenie i są od wielu lat niezbędnym elementem francuskiej polityki prorodzinnej, którą państwo formułuje i wspiera przeznaczając na ten cel ogromne środki wspierające rodzinę. Efekt jest widoczny, gdyż obecny standardowy model rodziny francuskiej to 2+3, dzięki czemu ten wysoko rozwinięty kraj europejski nie ma problemów z przyrostem naturalnym. 

Szczególnie istotne są porady odnośnie przyzwyczajania dzieci do przesypiania całych nocy oraz do zróżnicowanej diety. I są to porady bardzo rozsądne i życiowe przemawiające do wyobraźni rodziców. O ile mój synek dość szybko zaczął przesypiać noce i nie cierpiałam zbytnio z tego powodu, to jednak chyba podświadomie czasem stosowałam metodę francuskich rodziców, czyli czasem dawałam dziecku czas na ponowne zaśnięcie. Jest to tak zwana pauza – czas, aby dziecko nauczyło się łączyć cykle senne. Mnie najbardziej interesowała kwestia przyzwyczajenia dzieci do spożywania, a przynajmniej próbowania zróżnicowanych potraw. Trafiło mi się bowiem dziecko „wybredne”, które swoje posiłki najchętniej ograniczyłoby do kotleta, wędliny, makaronu i pomidora. Teraz już wiem, że to w dużej mierze efekt naszych błędów i gdybym tę książkę przeczytała ze dwa lata temu może sytuacja byłaby lepsza. No, ale podejmę jeszcze walkę o zawartość talerza naszego Młodego. :)

Autorka często przywołuje przykłady pewnych niepożądanych elementów wychowania dzieci ze swojego ojczystego kraju i sądzę, że wiele z nich można odnaleźć również na naszym podwórku. Inna sprawa, że wiele z polskich mam powie, że ta książka nie odkrywa Ameryki, ale sądzę, że dla innych może być fajnym przewodnikiem w organizacji życia rodzinnego, aby nie stało się ono chaosem, w którym i rodzice, i dzieci czują się zagubieni. 

Ta książka nie jest biblią i nie należy ściśle stosować się do sugestii autorki, ale jest to ciekawy przykład podejścia do dziecka i kształtowania jego osobowości. Podobało mi się zwrócenie uwagi na niepotrzebną rodzicielską nadopiekuńczość i pęd niektórych rodziców do wtłaczania w swoje dzieci wiedzy na bardzo wczesnym etapie. Zbyt wczesnym, z punktu widzenia francuskiego systemu wychowywania dzieci. Znamienna była scena, gdy autorka zapisała swą 1,5 roczną córkę na zajęcia na basenie. Dziwiło ją to, że trener tylko się pyta czy dziecko się dobrze bawi w wodzie i zostawia ich w spokoju. Gdy w końcu zadała mu pytanie, kiedy dziecko zacznie się uczyć pływać, dowiedziała się ze zdziwieniem, że zajęcia mają na celu tylko oswojenie z wodą i zapewnienie dobrej zabawy, a nauka pływania ma miejsce, gdy dziecko ma około siedmiu lat. 






„Dziecko dzień po dniu” to swoisty aneks do pierwszej książki. Autorka prezentuje tu zestaw porad znanych z „W Paryżu…”, ale bez osobistych komentarzy i przykładów. Porady są usystematyzowane i stanowią w miarę typowy przewodnik po kolejnych zagadnieniach (ciąża, usypianie, jedzenie, zachowanie etc.). Znajdziemy w niej również naprawdę ciekawe przepisy kulinarne dla dzieci z paryskich żłobków. Książeczka jest niewielkich rozmiarów, to lektura na 2-3 godziny. Obie książki można czytać oddzielnie, można też obie po kolei; wtedy radziłabym zacząć od „W Paryżu dzieci nie grymaszą”. 




Choć nie ze wszystkimi opiniami autorki się zgadzam (choćby w kwestii oddawania kilkumiesięcznych dzieci do żłobka), to jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam obie książki. W wielu kwestiach uwagi autorki dały mi wiele do myślenia i sądzę, że będę do nich wracać. To wartościowa lektura dla mam małych dzieci, jak również mam in spe napisana prosto i przystępnie. Polecam! 
 

Autor: Pamela Druckerman
Tytuł oryginalny: Bringing Up Bébé
Wydawnictwo: Literackie
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 408


Autor: Pamela Druckerman

Tytuł oryginalny: Bébé Day by Day
Wydawnictwo: Literackie
Tłumacz: Anna Sak
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 128


wtorek, 5 sierpnia 2014

Rachel Cusk, Arlington Park




„Arlington Park był miejscem tajemniczym; przedmieściem, a tak naprawdę wielką wioską, choć nawet tu potęga życia jawiła się w całej swej okazałości, obdzielając świat swoim niepohamowanym, odwiecznym uniwersalizmem. Wszystko tu było żywotne i niezłomne, to całe zdobywanie i posiadanie, ten rozwój, to nieustanne i wojownicze domaganie się uznania.” (s. 46)

Rachel Cusk to pisarka, której nazwisko jest już dobrze znane w kręgach literackich. „Arlington Park” to siódma książka w jej dorobku, która znalazła się w finale nagrody Orange Prize w 2007 r. Jej akcja toczy się w ciągu jednego deszczowego dnia w Arlington Park, fikcyjnym przedmieściu Londynu, zamieszkanym głównie przez rodziny z dziećmi klasy średniej. Cusk opowiada nam o jednym dniu z życia pięciu kobiet, żon i matek, które podczas rutynowych zajęć zastanawiają się nad sensem funkcjonowania w domowym kieracie. Mimo wykształcenia większość z nich nie pracuje poświęcając się życiu domowemu, które sprawia wrażenie pułapki, w której ugrzęzły ich wcześniejsze plany i aspiracje. Uczucia i rozmyślania bohaterek są zadziwiająco podobne w swoim krytycyzmie wobec macierzyństwa oraz związku z mężem. Jedna z bohaterek nawet posuwa się do stwierdzenia, że mąż ją „zamordował” podejmując decyzję o przeprowadzce na przedmieścia. Wszystkie bohaterki są zajęte swoimi problemami, swoim zmęczeniem, swoją frustracją i swoją krzywdą… 

Wizja macierzyństwa i życia domowego zarysowana w tej książce jest niesłychanie pesymistyczna. Czytając ją miałam wrażenie, że wszystkie bohaterki są pogrążone w niekończącej się depresji, której powodem są dzieci i mężowie. Wszystkie z nich mają problemy w komunikowaniu się. Ich myśli, prezentowane przez Cusk w formie strumienia świadomości, są zupełnie niezgodne z tym, co robią i mówią. Na horyzoncie nie widać najbledszej iskierki sygnalizującej poprawę, gdyż wpleciony wątek dotyczący matki jednej z naszych bohaterek również nie napawa optymizmem. Po śmierci męża i rozpoczęciu przez córki życia na własny rachunek zabija ona czas alkoholem i niekończącymi się rozmowami telefonicznymi, którymi chce zagłuszyć narastającą samotność. Podsumowując, w świecie opisanym przez autorkę kobiety mają – excusez le mot - „przerąbane” w momencie, gdy założą rodzinę. 

Żadna z bohaterek nie wzbudziła mojej sympatii, a jakieś żywsze uczucia odczułam jedynie wobec zaniedbanej Solly, oczekującej narodzin czwartego dziecka, która pod wpływem swojej lokatorki postanowiła zawalczyć o siebie przynajmniej w odniesieniu do przeniesienia części obowiązków na męża. Jednak jest to bohaterka, która pojawia się w książce zaledwie w jednym rozdziale i jej historia jest odseparowana od pozostałych (nie rozgrywa się jedynie podczas tego deszczowego dnia).

Paradoksalnie, wiele z odczuć bohaterek jest mi bliska. Również miałam dosyć obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem, zasypiałam na stojąco, zmieniałam pieluchy, dziecko mnie denerwowało swoimi kaprysami, ale nigdy nie opisałabym swojego życia i doświadczenia macierzyństwa w tak ciemnych barwach. Ważną rolę w zaprowadzeniu w życiu właściwej równowagi mają nasi partnerzy. W książce Cusk mężczyźni są bezbarwni, nic nie wnoszą do akcji, chyba że przyczyniają się do jeszcze większego stresu odczuwanych przez ich żony. Może Cusk przeniosła swoje doświadczenia i odczucia do tej książki, ale są one wybitnie jednostronne i nie zgadzam się z tą wizją. Mimo że bohaterek jest aż pięć, prezentują one bardzo zbliżony pogląd na macierzyństwo, nie ma wśród nich żony i matki zadowolonej z życia, kochającej i kochanej. Wnioskując z tej książki bohaterką, która zawalczyła o siebie i swoją podmiotowość jest lokatorka jednej z bohaterek, która zostawiła męża i dziecko (któremu jest z ojcem „dobrze”) i ruszyła w świat kontynuując karierę prawniczą. Szczerze powiem, że wątpię, aby jej szczęście mogło być kompletne.

Jest to książka napisana interesująco, stylowo niewiele można jej zarzucić, gdyż nawet pewne dłużyzny zbytnio nie drażnią. Widać w niej wpływ „Pani Dalloway” Virginii Woolf, na której podobno Cusk się wzorowała. Niemniej jednak, mimo zrozumienia dla wielu uczuć i rozterek bohaterek, nie jestem w stanie zaakceptować tak beznadziejnej wizji życia rodzinnego. Nie ma wśród bohaterek żadnej, która miałaby nieco optymistyczniejsze podejście do swojej roli żony i matki. Ta jednostronność i wszechobecny pesymizm dołuje i przyznam, że z ulgą zakończyłam tę wizytę w Arlington Park. Nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę; nawet nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona jej wydźwiękiem, gdyż czytałam parę wywiadów z pisarką, w których nie ukrywa swojego podejścia do macierzyństwa, ale jednak jestem nieco rozczarowana jednowymiarowością przekazu.

 


Rachel Cusk (ur. 1967) – z pochodzenia Kanadyjka, mieszkała i kształciła się w Anglii i Stanach Zjednoczonych. Autorka sześciu powieści, m.in. znanych polskim czytelnikom "Arlington Park" i "Wariacje na temat rodziny Bradshaw". Jest laureatką Nagrody im. Somerseta Maughama i Nagrody Whitbread, a w 2007 roku znalazła się w ścisłym finale Nagrody Orange przyznawanej najlepszym pisarkom. 
 
 
 

Autor: Rachel Cusk
Tytuł oryginalny: Arlington Park
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Paweł Łopatka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 308

 

wtorek, 7 stycznia 2014

Carol Drinkwater, Powrót na oliwkową farmę





Dotarłam do końca „oliwkowego” cyklu autorstwa Carol Drinkwater, której książki zapewniły mi ciekawą podróż, dużą dawkę wzruszeń i rozterek będących udziałem Autorki i jej męża. A wszystko to dzięki miłości do mężczyzny, Prowansji i oliwek oraz  skłonności do pewnego ryzykanctwa. :)

Po wielomiesięcznych wojażach wokół Morza Śródziemnego Carol wraca na swoją farmę z mocnym postanowieniem rezygnacji z pestycydów i przejścia na ekologiczną uprawę oliwek. Łatwo się zdecydować, trudniej wykonać. Okazuje się bowiem, że muchy oliwnej niszczącej uprawy oliwek nie można zneutralizować naturalnymi środkami, a przynajmniej nikt z fachowców w tej branży nie słyszał o takim środku. Niszczycielska siła tego owada ulega jedynie pestycydom. Te z kolei najprawdopodobniej niszczą również hodowle pszczół, które masowo ginęły w ostatnich latach. Także Carol straciła pszczoły, które umieścili u niej znajomi. Autorka, zdecydowana przekształcić swoją farmę w gospodarstwo o statusie BIO, nie poddaje się. Odbywa szereg spotkań z naukowcami, przedstawicielami firm, izbami rolniczymi, organizacjami ekologicznymi, prowadzi poszukiwania w Internecie, ale nie znajduje „złotego środka”, który zapewniłby bezpieczeństwo upraw bez użycia trujących środków chemicznych. Podjęcie decyzji o uprawie drzew oliwnych bez chemii niemal na pewno spowoduje olbrzymie straty w uprawach może nawet przez kilka lat. Carol musi wraz z mężem podjąć decyzję, czy podejmą to ryzyko.

Cały „cykl oliwkowy” oceniam pozytywnie. Trzeba się przyzwyczaić do obrazowego i nieco poetyckiego stylu pisania Carol Drinkwater, ale czytelnik dostaje w zamian ciekawą historię, w której autorka całkowicie zmienia swoje życie pod wpływem miłości do ukochanego mężczyzny i do regionu, którego piękno ją urzekło. Kolejne części cyklu dotyczą różnych aspektów egzystencji Carol i Michela, łącznie z kryzysami, które również im się przydarzały. Z każdego tomu przebija jednak bezwarunkowa miłość Carol do mężczyzny, którego sobie wybrała, do farmy, na której zamieszkała i do oliwek, których historia ją zafascynowała. Nie jest to historia lekka, łatwa i przyjemna. Właściciele farmy Appassionata muszą się zmagać z wieloma problemami, od niedostatków finansowych oraz uciążliwości francuskiej biurokracji po problemy w związku. Autorka, w moim przekonaniu nie odsłania się do końca, zostawiając wiele spraw dla siebie, ale nie przeszkadza to z zainteresowaniem towarzyszyć perypetiom Carol i Michela, chociaż ten cykl miał swoje lepsze i gorsze momenty. 

Chciałoby się napisać, że – zgodnie z łacińską maksymą „finis coronat opus” - ostatnia część stanowi ukoronowanie cyklu „oliwkowego”, ale… nie mam takiego odczucia. Książka sprawia wrażenie niekoherentnej i pozbawionej myśli przewodniej. W zamierzeniu Autorki takim drogowskazem miało być dążenie do stworzenia ekologicznej farmy, wolnej od chemii i przyjaznej dla środowiska jako swoiste podsumowanie lat spędzonych na farmie. Niewątpliwie „Powrót na oliwkową farmę” może być wielce przydatna każdemu, kto stara się takie miejsce stworzyć, nie mając stosownego wykształcenia. Carol uświadamia nam, jak wiele czasu i wysiłku wymaga stworzenie takiego miejsca, zwłaszcza w obliczu rozdętej francuskiej biurokracji wymagającej tony papierów i rozmaitych zaświadczeń.
Mimo sympatii (choć nie bezkrytycznej) do Autorki i jej stylu pisania, nieco jednak dłużyły mi się opisy jej kolejnych rozmów i form kontaktów z przedstawicielami branży ochrony roślin i organizacjami ekologicznymi. Sądzę, że problemem Carol (o którym zresztą wspomina na końcu książki) był fakt, iż, w przeciwieństwie do wcześniejszych książek, pisała ją właściwie „na bieżąco”. Dlatego też pojawiają się tam zupełnie niepotrzebne wątki (np. nieprzyjemni sąsiedzi), a opisów rozmów i szczegółów prowadzonej korespondencji jest w moim odczuciu zbyt wiele.

W mojej ocenie książka jest przegadana i wydaje mi się, że dobrze by jej zrobiły pewne skróty. Jeśli o mnie chodzi, ten cykl mógłby się zakończyć na „Oliwkowym drzewie”, gdyż ostatnia część „oliwkowego” cyklu nie zdobyła mojego serca. Nie wiem, czy planowana jest jego kontynuacja, ale autorka powinna tę kwestię poważnie przemyśleć i jeśli nie ma nic istotnego do dodania, to jednak zakończenie cyklu wydaje się najwłaściwszym wyborem.


Powiązane wpisy:

Carol Drinkwater, Oliwkowa farma,

Carol Drinkwater, Sezon na oliwki,

Carol Drinkwater, Oliwkowe żniwa,

Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak,

Carol Drinkwater, Oliwkowe drzewo


Autor: Carol Drinkwater
Tytuł oryginalny: Return to the Olive Farm
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Hanna Pasierska
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 440

wtorek, 15 października 2013

Carol Drinkwater, Oliwkowe drzewo




„Ale oliwki nigdy nie wędrowały pojedynczym traktem; historia oliwki, jej transportu, przypomina pajęczynę, gobelin wymiany handlowej, utkany przez wiele cywilizacji, snuty tam i z powrotem przez Morze Śródziemne lub wzdłuż okrążających je szlaków.” (s. 313)

„Oliwkowe drzewo” to zapis drugiej części podróży autorki oliwkowym szlakiem. Tym razem Carol Drinkwater postanowiła odwiedzić kraje zachodniej części basenu Morza Śródziemnego. Jej podróż rozpoczęła się w Hiszpanii, potem kontynuowała ją w Maroku, Algierii, odwiedziła Sycylię, południowe Włochy, Sardynię i północne Włochy, skąd wróciła do domu, na swoją prowansalską oliwkową farmę.

Carol podróżuje samotnie i choć miała w notesie kilka nazwisk ludzi, zwykle specjalistów od uprawy drzewa oliwnego, to jednak zdawała się na instynkt i wiele z jej podróży nie było do końca zaplanowanych, a niektóre ze spotkań pojawiły się dość spontanicznie. Uwagę zwraca, podobnie jak w poprzednich książkach Drinkwater, jej piękny, poetyczny język. Potrafi ona pięknie pisać o przyrodzie i zjawiskach, które ją zachwycają. Oczywiście tematem numer jeden jest drzewo oliwne, jego historia, teraźniejszość i przyszłość. Autorka książki, jako farmerka oliwna, pragnie poznać sposoby umożliwiające ekologiczną, naturalną uprawę oliwek. Dlatego dąży do poznania doświadczeń ludzi w innych krajach szlaku oliwnego. Przygnębiający jest obraz wysoce wyspecjalizowanych farm oliwnych w Hiszpanii, gdzie użycie pestycydów jest powszechne, produkcja ogromna, a uprawa oliwki przypomina raczej fabrykę niż rolnictwo o prastarej tradycji. W Maroku i Algierii Carol również dokonuje odkryć związanych z oliwką, choć na jej podróż wpływ mają niepokoje i groźby zamachów, które mają miejsce podczas jej pobytu w tym rejonie.

Przyznam, że tę część czytało mi się przyjemniej niż „Oliwkowy szlak”, może również dzięki temu, że autorka przyhamowała nieco z informacjami o cenach noclegów. Inna sprawa, że ta część jej podróży wygląda na lepiej przygotowaną, choćby z uwagi na kilka umówionych spotkań ze specjalistami od uprawy drzewa oliwkowego.

Choć podróż była wyjątkowo długa, to mam wrażenie, że zbyt dużo czasu autorka poświęciła hiszpańskiemu odcinkowi i końcówka była już pisana trochę „po łebkach”, choć Sardynia czy Sycylia okazały się (w moim odczuciu przynajmniej) ciekawszymi etapami podróży w poszukiwaniu recepty na przyszłość w odniesieniu do uprawy oliwek. Tak, bo tym razem Carol nie znalazła zbyt wielu artefaktów przeszłości drzewa oliwnego, ale podróż ta utwierdziła ją w przekonaniu, że nie może się poddawać fanatykom chemikaliów w uprawie. Dzięki tej podróży wzrosła jej samoświadomość i determinacja, aby stosować tylko ekologiczne środki.

Styl pisania Drinkwater, do którego już nieco przywykłam, zawiera zapis jej wrażeń z przypadkowych spotkań z ludźmi, z którymi często nawet nie zamienia słowa. Często są to jej wyobrażenia na temat tych anonimowych ludzi, których obserwuje czy spotyka. Mam wrażenie, że taki zabieg byłby fajny, gdyby nie był stosowany nadmiernie, a tak właśnie jest w jej przypadku. Częstokroć obecność tych ludzi na kartach jej książki nie ma żadnego związku z tym, co pisze i czasem te jej teorie wyrażane kwiecistym językiem trochę mnie irytowały.

Carol zdziwiła mnie też nieco na swoim algierskim odcinku podróży, kiedy miała zapewnioną naprawdę niezłą opiekę ze strony związku pszczelarzy, zwłaszcza mając na uwadze niezbyt stabilną sytuację polityczną w tym kraju i zagrożenie atakami terrorystycznymi. Tymczasem ona zgadzała się na tę eskortę jakby przymuszona. Wydawało się, że tylko marzy o tym by się „urwać” swoim opiekunom, co prawdę mówiąc mnie dziwiło, bo dzięki kontaktom pszczelarzy mogła dotrzeć do kilku naprawdę ciekawych miejsc. 

Dzięki swoim doświadczeniom z podróży oliwkowym szlakiem Carol utwierdza się w swoim postanowieniu, aby nie używać popularnych środków chemicznych w trosce o przyszłość oliwki i jakość produkowanej oliwy. Michel, którego w tym tomie prawie nie ma, akceptuje jej decyzję i zapewne w ostatniej części oliwkowego cyklu dowiemy się, czy spełnili swoje obietnice.

Całość jest interesująca i satysfakcjonująca czytelniczo. Nie ma tam zbyt wielu wtrętów natury politycznej czy obyczajowej, jak to miało miejsce w „Oliwkowym szlaku” (aczkolwiek uważam, że udając się do krajów muzułmańskich autorka powinna rozważyć zmianę przyzwyczajeń odnośnie ubioru do snu:)). Piękne opisy przyrody nie nużą, a na plan pierwszy wybija się fascynacja autorki oliwką, jej historią, teraźniejszością, przyszłością. 

„Patrząc wstecz na moje podróże, czuję ogromną wdzięczność za wszystko, co zostało mi dane, ale brakuje mi odpowiedzi nie tych dotyczących przeszłości, choć dalej będę ich szukać, ale przyszłości.” (s. 560)



Carol Drinkwater (ur. 1948) – aktorka anglo-irlandzka, najbardziej znana z roli Helen Herriot w serialu “Wszystkie stworzenia duże i małe” (1978-85). Jest autorką kilku powieści dla dzieci i dorosłych. Największy sukces wydawniczy odniosła jej seria o życiu na prowansalskiej farmie. Jej stronę internetową znajdziecie tu.

Źródło zdjęcia





Powiązane wpisy:

Carol Drinkwater, Oliwkowa farma

Carol Drinkwater, Sezon na oliwki

Carol Drinkwater, Oliwkowe żniwa

Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak 



Autor: Carol Drinkwater
Tytuł oryginalny: The Olive Tree

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Ewa Rudolf
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 568 


wtorek, 30 lipca 2013

Sławomir Mrożek, Dziennik, tom 2, 1970 - 79






„24 marca 1978

(…)
Tom I i II, jak również pozostałe tomy, może niewiele są warte jako czytanie. Ale gdyby nie ich tworzenie, narastanie, może byłbym jeszcze głupszy niż jestem. Ostatecznie nie snułem ich dla rezultatu. Tylko dla procesu. Choć wtedy niemało było w tym procesie przyjemności. Przyjemności w sensie szerszym niż to się zazwyczaj rozumie.” (s. 717)

Ciekawość mnie zżera, ileż to zeszytów zapisał Sławomir Mrożek swoimi zapiskami. Sądząc z niebagatelnej objętości kolejnego tomu „Dziennika” musi to być ilość znacząca.

W drugim tomie "Dziennika" Mrożek kontynuuje grzebanie w swoim wnętrzu i jestestwie. Osiąga wiek średni, zdaje sobie sprawę z pogarszającej się kondycji fizycznej, pełen jest niepewności co do swoich możliwości twórczych, choć jednocześnie nie można powiedzieć, że nie odnosi sukcesów zawodowych. Osiąga pewną stabilność finansową i większe poczucie bezpieczeństwa, ale cały czas dziwi się: „Czy to możliwe, żebym tak inaczej odczuwał siebie, a inni mnie tak inaczej?” (s. 522)

W większości wpisów koncentruje się na swoich odczuciach, również tych dotyczących kontaktów damsko – męskich, czego w pierwszej części zupełnie nie było. W drugim tomie Dziennika poznajemy Mrożka jako kochanka porzucającego i porzucanego, miotającego się między miłostkami a nieco dłuższymi romansami. Te doświadczenia skłaniają go do napisania paru kąśliwych uwag o kobietach. Oj, czasem pobrzmiewa z nich wręcz mizoginizm. :) Obecne są również, choć w mniejszej ilości niż w pierwszym tomie, błyskotliwe i zadziorne uwagi o Polsce i polskości, cytaty z aktualnie czytanych lektur, jak również opisy ekscesów alkoholowych. 

Mimo wielu podróży i spotkań (Iran, USA, Londyn, Berlin) niewiele się dowiadujemy o ludziach, których spotyka, o miejscach, które zobaczył. Jakby go to szczególnie nie interesowało. Jeśli już zdarzają się uwagi o innych, to raczej krytyczne (jak np. jakiś irański poeta, przez którego niepunktualność nie zdążył na kolację z udziałem szacha). 

9 września 1975
(…) A ja? Arystokrata bez zawodu, Polak bez polskości, geniusz bez talentu, święty bez Boga, schizofrenik bez rezultatów, duch bez substancji.” (…) s. 390

Mrożek patrzy też na swoje przeszłe życie, zastanawia się, czy nie wrócić do Polski. Pobyt w Chiavari, który miał miejsce w pierwszym tomie, uznaje za swoje najgorsze lata pod względem twórczym i osobistym. Często pobrzmiewa w jego słowach rozczarowanie względem świata, który zmierza ku upadkowi. Chociaż teksty te dotyczą lat siedemdziesiątych, to niektóre sformułowania żywcem można by przenieść do teraźniejszości i niewiele by straciły na aktualności. A jednak mimo swojego zgorzknienia potrafi przeżyć chwile euforii, np. wtedy, gdy Karol Wojtyła zostaje wybrany na papieża i tę radość czuje się w jego wpisie z 22 października 1978 r.:

(…) Po raz pierwszy – od ilu lat? – mam ochotę powiedzieć: „my”. My parokrotnie – my, Polacy, my - chrześcijańska cywilizacja. Coś nas zmienia (tylko zmienia?), coś większego ode mnie, od każdego ja. 
„Moment historyczny” – są takie, zdarzają się. W krótkiej chwili streszczenie – w jednym miejscu, w jednym akcie, w jednym obrazie – wielu czasów i przestrzeni, ogromnego kompleksu zdarzeń, małych przypadków. (…) s. 753

Mistrzem Mrożka jest Witold Gombrowicz, z którym był w kontakcie osobistym podczas pierwszych lat na emigracji. Ciekawostką tego tomu Dziennika jest kilkakrotne wspomnienie autora o „prawdziwych” dziennikach Gombrowicza. Widać więc, że fama o tych nieznanych, a bardzo osobistych zapiskach Gombrowicza, które niedawno zostały wydane, rozeszła się już w kilka lat po śmierci pisarza. 

Szczerze się przyznam, że ten tom czytało mi się gorzej niż pierwszy. Na mój gust, za dużo w nim utyskiwań na codzienność, na ból, na kobiety. Wydaje się, że Sławomir Mrożek analizuje swoje życie i nie znajduje w nim powodów do dumy. Ten Dziennik jest jednak dla autora „Miłości na Krymie” i „Tanga” bardzo ważny, czemu daje wyraz w przytoczonym na początku notki cytacie. Jeśli nie przerażają Was rozmiary trzech tomiszczy i chcielibyście poznać wewnętrzne zmagania Sławomira Mrożka, ciekawego, choć pełnego sprzeczności człowieka, to zachęcam do podjęcia tego wyzwania.


Sławomir Mrożek (ur. 1930) – polski dramatopisarz i prozaik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Debiutował w 1950 roku jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane wtedy zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. Jego pierwszą sztuką teatralną był dramat Policja, wydany w 1958 roku. Dramat Tango z 1964 roku Mrożkowi światową sławę. W 1963 wyemigrował z kraju, mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Włoszech i Meksyku. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 roku przeżył udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno mówionym, jak i pisanym. Dzięki terapii, która trwała około trzy lata, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, w uznaniu wybitnych zasług dla kultury narodowej, został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Źródło zdjęcia



Autor: Sławomir Mrożek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 860


wtorek, 18 czerwca 2013

Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak



 

Carol Drinkwater zabiera nas tym razem w podróż wokół Morza Śródziemnego śladami uprawy drzewa oliwnego. To książka odmienna od poprzednich części cyklu. Tym razem ukochana farma jest tylko wspomnieniem domu i przystani, a sama autorka podąża śladami drzewa oliwkowego i szuka początków jego uprawy w świecie starożytnym. Carol rozpoczyna swoją podróż w Marsylii, skąd udaje się do Libanu. Kolejne etapy jej poszukiwań źródeł upraw oliwek wiodą do Syrii, Turcji, na Maltę, do Turcji, Grecji i do Izraela.

Wyczuwalna jest w tej książce jakaś nostalgia, smutek i potrzeba odnalezienia równowagi wewnętrznej, czegoś, co nadałoby życiu sens. Wyczuwalne jest również napięcie między Carol i Michelem, który dwukrotnie do niej dołącza podczas tej niezwykłej podróży. Nie ma w tej książce nastroju szczęścia i miłości. Czuje się, że Carol wyruszyła w tę podróż nie tylko, aby zrealizować swój projekt, lecz także, aby zastanowić się nad swoją sytuacją życiową w zupełnej samotności. 

Książka Drinkwater dostarcza wielu informacji o historii uprawy drzewa oliwnego w basenie Morza Śródziemnego, choć nie jest to pozycja naukowa, a nawet popularnonaukowa. Oprócz pięknie podanej historii krążącej wokół sięgających w starożytność upraw, pełno jest bowiem dywagacji i przypuszczeń autorki szukającej prapoczątków tej uprawy. Odwiedza ona muzea, wykopaliska, farmy, tłoczarnie, rozmawia z ludźmi, których spotyka na swojej drodze. Jest ciągle w ruchu, w drodze. Gałązka oliwna to symbol pokoju, tymczasem w dzisiejszych czasach Bliski Wschód, gdzie najprawdopodobniej istnieją najstarsze tradycje uprawy drzewa oliwnego, jest targany konfliktami politycznymi, a sytuacja z biegiem lat robi się coraz bardziej napięta. Ten kontrast jest w książce uderzający. 

W moim odczuciu, najciekawsze w książce były zawarte w niej informacje nt. uprawy drzew oliwnych w starożytności, odnajdywanie śladów tej uprawy wśród skamielin i eksponatów muzealnych. Te fragmenty książki, na szczęście przeważające, były najbardziej absorbujące. Choć czytało mi się tę książkę dobrze i z przyjemnością, mam jednak kilka uwag krytycznych.

Drinkwater, podobnie jak w poprzednich częściach cyklu, jest w swych opisach bardzo szczegółowa, momentami nawet za bardzo. Jeśli chciałabym uzyskać informacje o cenach noclegów w danym kraju, sięgnęłabym do przewodników stricte turystycznych. Od książki z cyklu oliwkowego oczekuję jednak nieco innego, bardziej uniwersalnego spojrzenia. Tymczasem Carol podaje z coraz bardziej denerwującą skrupulatnością, ile dany nocleg ją kosztował w euro i funtach i czy było to warte swojej ceny, czy nie. Rozumiem, że można się zbulwersować kosztem danej usługi, jak np. ceną wizy libijskiej, ale podawanie detaliczne większości cen noclegów mnie nie interesuje. 

Druga kwestia, która mnie nieco denerwowała, to niepotrzebne wtręty dotyczące sytuacji politycznej. Autorka nie ukrywa swoich poglądów politycznych, ale szczerze powiem, że będąc osobą średnio zorientowaną w sprawach polityki bliskowschodniej, jestem w stanie ocenić niektóre opinie Carol jako naiwne. Jeżeli na wieść o tym, że wybory w Palestynie wygrał Hamas, autorka stwierdza, że od tej pory na pewno skończą się zamachy terrorystyczne, to jak to można inaczej nazwać? Innym przykładem są odczucia autorki odnośnie sytuacji w Izraelu, niezmiernie zapętlonej i trudnej do rozwiązania, o czym chyba wszyscy wiedzą. Odwiedzając ten kraj Carol zauważa błędy i wypaczenia tylko jednej strony konfliktu. Żenujące jest stwierdzenie, że poczuła się obrażona potraktowaniem męża przez izraelskie służby bezpieczeństwa przed wylotem, gdyż musiał trzy razy rozpakowywać walizkę. Każdy, kto był w Izraelu i korzystał z połączenia lotniczego, wie dobrze, że każdy z odlatujących jest przedmiotem rygorystycznej i zajmującej czas kontroli. Na lotnisku należy się zjawić minimum trzy godziny przed odlotem. Jeśli pojawisz się później, możesz nie odlecieć. Tak więc, zachowanie obsługi lotniska nie było żadną szykaną wobec Michela. Podobnie fałszywy ton zwrócił moją uwagę w opowieści z Grecji, gdzie autorka wspomina, że poczuła się nieswojo, gdy jeden z rozmówców zaczął opowiadać o niemieckich prześladowaniach podczas II wojny światowej. Powodem zmniejszenia się komfortu psychicznego autorki był fakt, że mąż jest niemieckiego pochodzenia… 

Trochę tych uwag krytycznych się zebrało, nie oznacza to jednak, że książka jest zła. Niemniej jednak, te wspomniane wyżej niuanse nieco mnie drażniły podczas lektury. A przyznać trzeba, że szlak oliwkowy to ciekawy temat i prawdziwa pasja autorki. Potencjał tego zagadnienia zauważono w UNESCO, które zaprosiło Carol Drinkwater do współpracy przy opracowywaniu koncepcji szlaku oliwnego pod egidą tej organizacji. Mam nadzieję, że w kolejnej części cyklu, która jednocześnie będzie drugą częścią podróży śladami drzewa oliwkowego, oddalimy się nieco od zagadnień politycznych i cen noclegów, co nieco zepsuło mi przyjemność tej lektury.

* * *

Powiązane wpisy:

Carol Drinkwater, Oliwkowa farma,

Carol Drinkwater, Sezon na oliwki,

Carol Drinkwater, Oliwkowe żniwa,


Autor: Carol Drinkwater
Tytuł oryginalny: The Olive Route
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Hanna Pasierska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 536



Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Besala Jerzy Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Borkowska Urszula Bowen Rhys Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Covey Sean Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnecka Renata Czarnyszewicz Florian Czwojdrak Bożena Dallas Sandra Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domagalski Dariusz Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drewniak Wojciech Drinkwater Carol Drucka Nadzieja Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Dyer Wayne Edwardson Ake Evans Richard Fabiani Bożena Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Filipowicz Wika Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fowler Karen Joy Frankl Viktor Franzen Jonathan Frayn Michael Fredro Aleksander Fryczkowska Anna Fønhus Mikkjel Gaskell Elizabeth Genow Magdalena Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Helsztyński Stanisław Hen Józef Herbert Zbigniew Hill Napoleon Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jahren Hope Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jurgała-Jureczka Joanna Jörgensdotter Anna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karlsson Elise Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kowecka Elżbieta Kościński Piotr Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kręt Helena Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Laurain Antoine Lehtonen Joel Loreau Dominique cytaty Lupton Rosamund Lurie Alison Maciejewska Beata Maciorowski Mirosław Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Małecki Jan McKeown Greg Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Mitchell David Mizielińscy Miłoszewski Zygmunt Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Myśliwski Wiesław Nair Preethi Naszkowski Zbigniew Nesbø Jo Nesser Hakan Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Orlińska Zuzanna Ossendowski Antoni Ferdynand Pająk-Puda Dorota Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pawlikowski Michał Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Przedpełska-Trzeciakowska Anna Puchalska Joanna Puzyńska Katarzyna Płatowa Wiktoria Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Sobolewska Justyna Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szalay David Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Weissensteiner Friedrich White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna de Blasi Marlena Ładyński Antonin Łapicka Zuzanna Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Żylińska Jadwiga
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...