Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIW. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 sierpnia 2020

Jadwiga Żylińska, Piastówny i żony Piastów




Z esejami Jadwigi Żylińskiej poświęconymi historii średniowiecza zetknęłam się już wcześniej i mogę je śmiało polecić wszystkim pasjonatom historii ("Gra w tarota", "Spotkania po drugiej stronie lustra"). Nie wiem, dlaczego nie przeczytałam wtedy książki opowiadającej o losach córek, sióstr i żon Piastów, ale na fali mojego obecnego powrotu do lektur historycznych przeczytałam ją teraz. :-) 

Książka ta została napisana w połowie lat 60-tych XX w. i opierała się ówczesnym stanie wiedzy. Dlatego też nowe wydanie zostało uzupełnione o wstęp prof. Barańskiego prezentujący nowe ustalenia dotyczące początków państwa polskiego. Jest to cenne uzupełnienie, gdyż pierwsze rozdziały dotyczące żony Piasta i pierwszych Piastówien wymagały takiego komentarza naukowego.

Autorka barwnie przedstawia epoki, w których żyły bohaterki. Czyni to rzetelnie, z erudycją i klasą nie epatując - w przeciwieństwie do wielu współczesnych biografii - skandalami i dziwactwami. Przybliża nam np. atmosferę duchową XIII w., która zaowocowała postaciami tej miary co św. Kinga i bł. Salomea czy też koncepcją "białych małżeństw", w których żyły obie księżne. Postać Ryksy, córki Władysława Wygnańca, cesarzowej Hiszpanii, a potem księżnej Prowansji, jest pretekstem do przybliżenia czytelnikom epoki trubadurów.

Z przyjemnością czytałam te charakterystyki. Kiedy źródeł jest znikoma ilość, badacz musi bazować na szczątkowych informacjach. Ważna jest też epoka i jej zwyczaje, gdyż pewne zachowania - bez znajomości wydarzeń i tła obyczajowego - mogą się wydać niezrozumiałe. Jadwiga Żylińska omawia życie swoich bohaterek z pasją i kulturą jednocześnie. Nie omija kontrowersji czy skandali, ale nie jest to sensem tej opowieści, lecz jedynie uzupełnieniem. Nie ma w tej książce krzykliwych podtytułów czy naginania faktów do założonej tezy. Warto przeczytać tę książkę biograficzną napisaną w starym, dobrym stylu.


Książkę przeczytałam w formie e-booka

Autor: Jadwiga Żylińska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 328


piątek, 23 września 2016

Aleksander Fredro, Trzy po trzy




 

"Óśmnastego lutego roku 1814 jechał na białym koniu człowiek średniego wzrostu, nieco otyły, w sieroczkowym surducie pod szyją zapiętym, w kapeluszu stósowanym bez żadnego znaku prócz małej trójkolorowej kokardy. Za nim, w niejakiej odległości drugi, znacznie młodszy. [...] Pierwszym z tych jeźdźców był Napoleon, drugim byłem ja."

Aleksander Fredro wszystkim jest znany bądź kojarzony jako autor klasycznych komedii teatralnych. Któż nie zna „Ślubów panieńskich” „Dam i huzarów” czy „Pana Jowialskiego”. W naszej tradycji Fredro kojarzy się momentalnie z wizerunkiem wąsatego pana w średnim bądź starszym wieku siedzącego dostojnie na fotelu. Tymczasem nasz wybitny twórca przeżył bujną i pełną emocjonujących wydarzeń młodość. Jako 16-letni chłopak zaciągnął się do wojska polskiego walczącego u boku Napoleona i przeszedł niemal cały szlak, a odwrót spod Moskwy niemal przypłacił życiem. W niebezpiecznych sytuacjach był wielokrotnie (wojna to przecież nie przelewki), ale szczęśliwie przeżył, dzięki czemu zapisał się w historii literatury.

Jego nieco zapomnianym dziełem są spisane wspomnienia z lat służby wojskowej zatytułowane „Trzy po trzy”. W tej to książce pisanej „zrywami”, wiele lat po opisywanych wydarzeniach, Fredro wraca do młodości naznaczonej służbą wojskową u boku Napoleona, księcia Józefa Poniatowskiego i innych wybitnych dowódców tej epoki.

„Trzy po trzy” jednak nie jest chronologicznym zapisem przypadków imć Fredry. To wspomnienia napisane „z pazurem”, ale nielinearnie, z licznymi dygresjami. I te dygresje właśnie dostarczają czytelnikom wielu „smaczków”. Początkowo ta maniera nieco drażni, trudno też współczesnemu czytelnikowi wgryźć się w tekst upstrzony licznymi archaizmami, ale jeśli już przebrnie się przez początkowe stronice, odnaleźć można w lekturze przyjemność, humor i emocje. Aleksander Fredro ze swadą opisuje barwne przygody młodego chłopaka spragnionego walki, z drugiej czasami dochodzi do głosu smutek i melancholia z uwagi na przypadki nielojalności czy zawiedzionego zaufanie ze strony towarzyszy broni. Autor często wspomina cesarza, na końcu mamy zresztą skorowidz wielkich ówczesnego świata, z którymi Autor miał do czynienia i ich krótką charakterystykę opartą na własnych doświadczeniach.

Z lektury bije ogromny sentyment do lat młodości "chmurnej i durnej". Jeśli nie przerazimy się staroświeckiej polszczyzny i dygresyjności, to lektura ta dostarczy nam wiele satysfakcji i emocji.
 
 
 
Autor: Aleksander Fredro
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej

wtorek, 2 lutego 2016

Patrick White, Wiwisekcja


 
 
 
Po lekturze „Przepaski z liści” zaintrygowała mnie osoba I twórczość Patricka White’a. Postanowiłam więc sięgnąć po jego kolejną książkę. Tym razem padło na „Wiwisekcję”.

Akcja toczy się w dwudziestowiecznej Australii. Jest to dość naturalistyczna historia życia australijskiego malarza Hurtle’a Duffielda, który urodził się i dorastał w biednej, wielodzietnej rodzinie. Jako podrośnięty już chłopak został niejako kupiony przez bogate małżeństwo Courtneyów, u których jego matka pracowała jako praczka. Courtneyowie mieli jedyną córkę, kaleką Rose, postanowili więc zaadoptować Hurtleya (za stosowną gratyfikacją finansową dla rodziców chłopaka), którego bystrość umysłu i inteligencja urzekła panią Courtney.

Hurtle pozornie dobrze się odnajduje w nowej rzeczywistości, choć dręczy go podskórny niepokój i żal, który znajduje ujście w nagłej decyzji zaciągnięcia się na front I wojny światowej w Europie. W ten sposób zrywa kontakty z Courtneyami, a zwłaszcza z przybraną matką, która chciała sterować jego życiem, i wraca do swojego prawdziwego nazwiska, którym będzie się posługiwał jako początkujący, a potem coraz bardziej znany malarz.

White przedstawia czytelnikowi życie Duffielda w sposób chropowaty, nie omijając naturalistycznych aspektów, co niejako symbolizuje tytuł książki. Jego doświadczenia z dzieciństwa, związki z kobietami, kariera malarska, więź z przybraną kaleką siostrą, z którą odnawia kontakt po wielu latach rozłąki – wszystko to poznajemy od środka, nie ma tu blichtru i lukru, tylko ciężka harówka okraszona solidną dawką naturalizmu. Związki miłosne Duffielda również nie przypominają wzniosłych uczuć. Ich siłą napędową jest zmysłowość. Choć odgrywał kluczową rolę w jego twórczości, próżno szukać tu wzniosłości i romantycznych uniesień, za to jest pot, łzy, mocz. Nawet moment pewnej iluminacji owocujący jednym z najważniejszych obrazów bohatera jest dość trywialny i stanowi połączenie zmysłowości i fizjologii. Hurtle jest artystą, jego obrazy to jego życie wyznaczające kolejne etapy życia.

Ta książka to kawałek świetnej prozy wymagającej skupienia, ale nie nazbyt trudnej w odbiorze dla przeciętnego czytelnika mimo pokaźnej objętości. Tym, co zwróciło moją uwagę była plastyczność opisów, która powodowała, że kilka scen wręcz skojarzyło mi się z kadrami filmowymi. Mimo upływu dobrych kilku miesięcy od lektury książki kilka z tych scen nadal mam przed oczami. Szkoda więc, że ta książka – o ile mi wiadomo - nie została sfilmowana. W zetknięciu z taką literaturą wszystkie moje opinie stają się płaskie i trywialne, więc ograniczę się do stwierdzenia, że naprawdę warto sięgnąć po „Wiwisekcję” i poznać twórczość Patricka White’a. Zasługuje na to!

 

Autor: Patrick White
Tytuł oryginalny: The Vivisector
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Tłumacz: Maria Skibniewska
Rok wydania: 1973
Liczba stron: 736

środa, 18 listopada 2015

Italo Calvino, Jeśli zimową nocą podróżny




 

„Zabierasz się do czytania nowej powieści Italo Calvina „Jeśli zimową nocą podróżny. Rozluźnij się. Wytęż uwagę. Oddal od siebie każdą inną myśl. Pozwól, aby świat, który cię otacza, rozpłynął się w nieokreślonej mgle. Drzwi lepiej zamknąć, tam zawsze gra telewizor. Powiedz im to od razu: „Nie, nie chcę oglądać telewizji!”. Podnieś głos, inaczej cię nie usłyszą: „Czytam! Nie chcę, aby mi przeszkadzano!” (s.7, początek)

Twórczość Italo Calvino nie przestaje mnie zadziwiać. Choć autor nie żyje od 1985 r. dopiero teraz czytam jego książki i przeżywam całą gamę uczuć: żalu, że tak późno trafiłam na jego książki, radości, że jednak po nie sięgnęłam, zaskoczenia, że można pisać w sposób tak uniwersalny i niemal mistyczny o książkach i czytelnictwie.

„Jeśli zimową nocą podróżny” to jedna z jego najbardziej znanych książek. Czytałam ją w dość kryzysowym momencie, gdy codzienne obowiązki nieco mnie przytłoczyły i lektura zeszła na dalszy plan. Co więcej, piszę ten tekst mniej więcej dwa miesiące po lekturze książki co nawet jak na moje zwyczaje jest dość odległe w czasie i nie wpływa na świeżość wrażeń. Tak więc będą to raczej dość ogólne reminiscencje z lektury książki, którą niewątpliwie warto przeczytać raz i przypominać sobie te lekturę co jakiś czas.

Tej książki nie da się streścić, jest to swoisty rebus – 10 różnych gatunkowo opowieści urwanych w kulminacyjnym momencie. Każdy tekst zawiera odniesienia i skojarzenia literackie bardziej lub mniej czytelne. Nie należy czytać tej książki zbyt szybko, powinno się ją smakować. Gdy przeczytamy ją szybko i bezrefleksyjnie, najpewniej nas zawiedzie. Gdy poświęcimy jej nieco więcej czasu może odnajdziemy chociaż kilka olśnień, ale należy mieć na uwadze, że to niełatwa proza i w pewnym momencie, gdzieś w połowie, można się nieco zniechęcić bądź zirytować, gdyż czytelnik nie ogarnia sensu tych urwanych opowieści. Calvino bawi się z nami w kotka i myszkę, ale ja akurat lubię takie łamigłówki literackie, jaką niewątpliwie jest ta książka, więc nie mam nic przeciwko tej formie opowieści o literaturze, która przecież jest zwykle rozrywką i frajdą, ale może być również tajemnicą.

Nasza percepcja tej książki może ulegać zmianie wraz z dojrzewaniem. Nie mogę powiedzieć, żeby ta książka zbiła mnie z nóg i sprawiła, że zaniemówiłam z zachwytu, momentami miałam wrażenie, że jest nierówna, ale na pewno mnie ona zaintrygowała. Nie zapomnę jej, to nie tylko książka rebus bawiąca się formą, ale również książka o miłości do książek i literatury. Jeśli tylko będzie to możliwe nie odmówię sobie zapewne powtórnej lektury.

Poniżej, dla zachęty dla moli książkowych fragment powieści z kategoriami książek, z którymi chyba każdy z nas miał do czynienia.



„Jeszcze w oknie wystawy dostrzegłeś okładkę z poszukiwanym tytułem. Podążając tym widocznym tropem, utorowałeś sobie drogę poprzez zwarte zasieki Książek Nigdy Nie Przeczytanych, które spoglądały na ciebie ponuro z księgarskich stołów i półek, usiłując cię onieśmielić. Lecz ty wiesz, że nie powinieneś dać się zbić z tropu, że pośród nich rozciągają się całe hektary Książek, Których Równie Dobrze Możesz Nie Czytać, Książek Przeznaczonych Do Innych Celów Niż Lektura, Książek Przeczytanych Jeszcze Zanim Je Otwarto Gdyż Należą Do Kategorii Tych Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem. Pokonujesz pierwszy obwód przedmurza i oto rusza na ciebie piechota Książek Które Z Pewnością Byś Przeczytał Gdybyś Miał Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Ci Przeznaczonych Jest Tyle Ile Jest. Jednym susem przeskakujesz przez nie i kierujesz się pomiędzy zastępy Książek Które Masz Zamiar Przeczytać Chociaż Przedtem Powinieneś Przeczytać Inne, te Nazbyt Drogie Które Będziesz Mógł Kiedyś Kupić Za Pół Ceny. Książek Idem Jak Powyżej Gdy Ukażą Się W Wydaniu Kieszonkowym. Książek Które Przeczytali Już Wszyscy A Zatem Jest Tak Jakbyś Ty Przeczytał Je Także. Udaremniając te ataki, zmierzasz pod wieże fortyfikacji, gdzie stawiają opór

Książki Które Od Dawna Zamierzasz Przeczytać,
Książki Których Od Lat Poszukujesz Bez Powodzenia,
Książki Które Dotyczą Tego Czym Się Właśnie Zajmujesz,
Książki Które Chcesz Mieć Pod Ręką Na Wszelki Wypadek,
Książki Które Mógłbyś Odłożyć Na Wakacyjną Lekturę,
Książki Którymi Mógłbyś Zapełnić Wolne Miejsce W Twojej Bibliotece,
Książki Które Rozbudzają W Tobie Ciekawość Niespodziewaną Gwałtowną i Niezbyt Wyraźnie Usprawiedliwioną.

Tak oto zdołałeś ograniczyć siły zbrojne do zbioru z pewnością nadal do pokaźnego, lecz dającego się sprowadzić do skończonej liczby, chociaż to uczucie względnej ulgi nadal nękają podjazdy Książek Dawno Temu Przeczytanych Które Należałoby Przeczytać Ponownie, a także podjazdy Książek Pozornie Przez Ciebie Przeczytanych Które Najwyższy Czas Byłoby Przeczytać Naprawdę.

Uwalniasz się biegnąc zygzakiem i jednym skokiem wpadasz do twierdzy Nowości Których Autor Bądź Tematyka Wzbudzają Twoją Ciekawość. W samej warowni również możesz zrobić wyłom wśród oddziałów obrońców, dzieląc je na Nowości Których Autor Bądź Tematyka Nowymi Nie Są (dla ciebie lub w ogóle) oraz na Nowości Których Autorzy Lub tematyka Są Zupełnie Nieznani (przynajmniej tobie), możesz także zbadać przyczyny swojego zainteresowania, określić, w jakim stopniu rozbudzają je twoje nowe potrzeby i oczekiwania wobec tego co jest nowe i wobec tego, co nowe nie jest (wobec nowości, której poszukujesz w tym, co nie jest nowe, i wobec tego, co nie jest nowe, a czego poszukujesz w nowości). (strony 9-10)

 
Autor: Italo Calvino
Tytuł oryginalny: Se una notte d'inverno un viaggiatore
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Tłumacz: Anna Wasilewska
Seria: Współczesna Proza Światowa
Rok wydania: 1989
Liczba stron: 268

 

wtorek, 12 maja 2015

Patrick White, Przepaska z liści






„W każdej kobiecie są tajemne głębie, o których sama nawet nic nie wie, dopóki wcześniej czy później coś ich nie wzburzy.” (s. 20)

Od dłuższego czasu intrygowała mnie twórczość Patricka White’a. Nie dlatego, że dostał literackiego Nobla, i nawet nie dlatego, że pochodzi z Australii, która fascynuje swoją tajemniczością i ogromem, ale dlatego, że zetknęłam się z kilkoma intrygującymi opiniami nt. wrażeń z lektury jego książek. Zdawałam sobie sprawę, że książki White’a stanowią spore wyzwanie intelektualne, postanowiłam jednak je podjąć, a na pierwsze spotkanie z niepokornym Australijczykiem wybrałam „Przepaskę z liści”, która – sądząc z opisu – mogła przypaść mi do gustu. 

Historia toczy się w 1836 r. Ellen Roxburgh, pochodząca z ubogiej kornwalijskiej rodziny, odwiedza wraz ze swym bogatym, dużo starszym i chorowitym mężem szwagra, Garneta, przystojnego, ale budzącego niepokój mężczyznę, osiadłego na Ziemi Van Diemena (dzisiejsza Tasmania). Ellen i Austin przebywają czas jakiś u Garneta, bracia odnawiają kontakty. Goście z Anglii nawiązują kontakty towarzyskie z tamtejszym (niezbyt licznym) tzw. dobrym towarzystwem. Po jakimś czasie oboje decydują się na dość raptowny powrót niezbyt okazałym statkiem „Bristol Maid”. Prawdę mówiąc jest to dość mało okazała łajba, która wkrótce osiada na rafie, a spośród rozbitków ratuje się jedynie pani Roxburgh, która dołącza do tubylczego plemienia przemierzając wraz z nim spore dystanse. Spotyka na swojej drodze zbiegłego katorżnika, który dołączył do tubylców i pomaga jej on w powrocie do cywilizacji.

Pani Roxburgh jest główną bohaterką powieści i muszę przyznać, że portret nakreślony przez pisarza jest bardzo sugestywny. Od pierwszych stron lektury czuje się jakiś podskórny niepokój w odniesieniu do tej bohaterki. Jest w niej tajemnica i niedopowiedzenie wynikające z jej egzystencji na granicy dwóch światów. W Anglii była prostą dziewczyną, nawykłą do biedy i niedostatku. Małżeństwo z bogatym i pochodzącym z dobrej rodziny mężczyzną wyniosło ją do innej sfery społecznej, do której zwyczajów musiała się dostosować. Za radą teściowej prowadzi dziennik stanowiący powszechną rozrywkę wielkich dam, ale co i rusz pojawiają się tam błędy ortograficzne podkreślające jej obcość. Pani Roxburgh jest kobietą zmysłową, o czym może się przekonać w Tasmanii, ale jednocześnie przestrzega sumiennie wszelkich zasad obowiązujących w towarzystwie. I wreszcie katastrofa, która zmusiła ją nie tylko do pozbycia się ubrania, ale przewartościowała również jej sposób zachowania typowy dla wyższych warstw. Aby przeżyć musiała się dostosować do norm obowiązujących w świecie aborygenów. I robi to znakomicie. 

Najbardziej fascynującą częścią lektury jest właśnie pobyt Ellen Roxburgh wśród tubylców. Zdążyliśmy ją nieźle poznać, gdyż katastrofa statku ma miejsce mniej więcej w połowie książki, a jednak obserwowanie procesu jej adaptacji w kompletnie nieznanym miejscu, tak odległym od jej zwykłej egzystencji, budzi naszą fascynację przemieszaną z obawą, lękiem i ciekawością. Tak naprawdę, chyba najtrudniejszym dla niej momentem jest powrót do cywilizacji po przeżyciach związanych z kolejnymi etapami podróży po nieznanym lądzie.

Ta książka i ta bohaterka zostają w pamięci. Początkowo akcja toczy się wolno, niemal ślamazarnie, ale jest to celowe działanie autora, który pozwala nam dzięki temu poznać osobowość Ellen, a dopiero potem jesteśmy świadkami jej stopniowej przemiany duchowej. Swoistym majstersztykiem jest rozmowa dwóch pań z towarzystwa otwierająca powieść. Dopiero, gdy czytamy ją po zakończeniu lektury książki, dociera do nas, że ta właśnie rozmowa sygnalizuje, a może wzbudza w nas, nieuchwytną aurę tajemnicy otaczającej główną bohaterkę. 

Gdy czytałam tę książkę przenosiłam się do innego świata wykreowanego przez pisarza. Miała ona wobec mnie jakąś magnetyczną moc pozwalającą na bezpośredni kontakt z Ellen Roxburgh, tak daleką, a pod wieloma względami tak bliską współczesnym kobietom. Może trochę idealizuję, ale książka naprawdę przypadła mi do gustu poprzez swoją odmienność i – mimo rzucającej się w oczy egzotyki – uniwersalność przekazu.

Czy polecam „Przepaskę z liści”? Tak, zdecydowanie. To oryginalna historia o nieco głębszym sensie niż warstwa fabularna. Choć początek może się wydać nieco niemrawy, to druga połowa książki wynagradza wszelkie trudy. Dla mnie jest to zachęta do poznania innych książek Patricka White’a, które, zgodnie z opiniami wielu krytyków, są znacznie trudniejsze w odbiorze niż książka, którą miałam przyjemność przeczytać.
 
 
Autor: Patrick White
Tytuł oryginalny: A Fringe of Leaves
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Tłumacz: Maria Skibniewska
Rok wydania: 1980
Liczba stron: 389

 
 

wtorek, 10 lutego 2015

E. L. Doctorow, Jezioro Nurów





Ostatnio w swoich wyborach czytelniczych oddaliłam się nieco od beletrystyki preferując literaturę wspomnieniową. Ale podczas jednej z ostatnich wizyt w bibliotece postanowiłam zabawić się w swoiste „chybił trafił” i w ten sposób w moje ręce trafiło „Jezioro Nurów” E.L. Doctorowa. Czy było to trafienie w „szóstkę”?

Akcja tej wydanej w 1980 r. książki toczy się w latach 30-tych XX w. podczas Wielkiego Kryzysu. Głównym bohaterem jest Joe Paterson, młody chłopak, który chce się wyrwać ze swojego środowiska. Po odejściu z domu trafia m.in. do wędrownej trupy cyrkowej; gdy pewnej nocy przed jego oczami przejeżdża prywatny pociąg, a w nim widzi cudnej urody dziewczynę, postanawia podążyć jego śladem. W ten sposób dociera do położonej nad jeziorem Nurów posiadłości Bennetta, bogatego przedsiębiorcy, gdzie zatrzymuje się przez pewien czas poznając Warrena Penfielda, poetę i tamtejszego rezydenta, którego koleje życia można potraktować jako lustrzane odbicie Joe. Odnajduje tam też dziewczynę…

Pierwszym skojarzeniem, jakie przywodzi mi na myśl ta książka jest jej trudność formalna. Muszę przyznać, że bez problemu mogę ją określić jako „eksperymentalną”, gdyż narracja zaskakuje czytelnika niemal na każdej stronie. Oczywiście, jest ona nielinearna, prowadzona w sposób zmienny, a więc w jednym rozdziale występuje narrator opisujący akcję z pozycji bohatera, by w następnym rozdziale, podjętym w momencie zakończenia poprzedniego fragmentu, przejść na narratora w trzeciej osobie. Odnajdziemy tu również elementy tzw. „strumienia świadomości”, a także poezji. Te ostatnie formy narracji dotyczą głównie przeżyć Warrena Penfielda będącego drugim pod względem ważności bohaterem tej książki. Z powyższych względów miałam niejakie trudności we wgłębieniu się w treść, gdy jednak przywykłam do stylu narracji mogłam oddać się lekturze tej naprawdę interesującej książki.

Z jednej strony możemy zobaczyć mroczną stronę Wielkiego Kryzysu Ameryki, gdy wielcy przedsiębiorcy wyzyskują robotników do cna używając do tego celu armii łamistrajków, „wtyczek” w kierownictwie związków zawodowych i sił policyjnych. W pamięci pozostaje nam niecny proceder wykorzystywania w najgorszy możliwy sposób istot upośledzonych, „dziwadeł”, uchodzących za atrakcje objazdowych cyrków. Opisy, zwłaszcza te dotyczące rzeczywistości prowincjonalnego cyrku, należą do najbardziej naturalistycznych w tej książce.

Z drugiej strony, można też być świadkiem niebanalnej historii aktywnej jednostki obdarzonej nieposkromioną chęcią wyrwania się z przypisanego sobie otoczenia i dążącej do ziszczenia swych marzeń. Joe Paterson jest młodzieńcem przepełnionym wolą życia i stara się nie pozostać w jednym miejscu. Wykorzystując swoje zdolności, bezczelność i spryt chce zmienić swoje życie może poprzez dotarcie do wymarzonej Kalifornii, a może do osiągnięcia wolności wewnętrznej, która jest niezależna od miejsca zamieszkania i którą mu radzi Bennett, właściciel jeziora Nurów tymi słowy:
 
„Wyskrob sobie miejsce na świecie, zajmij je, urządź się w nim, ale niech będzie zgodne z twoją naturą. Możesz zarządzać wielką korporacją albo zbierać stokrotki w polu, obojętne, co człowiek robi, byle to robił dobrze, byle żył pełnią życia, jakiekolwiek ono jest, byle był sobą. Jeżeli ci się to uda, to powiem ci, że zrobiłeś więcej niż większość ludzi na świecie.” (s. 127)

Warren Penfield jest w moim odbiorze odwrotnością postaci Joe. Gdy ten ostatni jest aktywny, podstawową cechą Penfielda jest bierność; gdy Joe nie zadowala się „małą stabilizacją”, Penfield nie widzi sensu rezygnacji z oferty gwarantującej mu spokojne życie; gdy Joe chce się wyrwać w świat z posiadłości Bennetta i jest ona dla niego jakby początkiem jego drogi, Penfield – którego życie było pełne dramatycznych zwrotów, czego dowiadujemy się z retrospektywnych zapisów – zmierzał jakby do tego miejsca, które dla niego oznaczało schyłek, dla Joe to zaś początek jego drogi. Jezioro Nurów jest kwintesencją pragnień obu bohaterów. Penfield zadowala się okruchami z pańskiego stołu, dla Patersona to marzenie, do którego dąży, to również miejsce, z którego poszybował w górę, które ucieleśniło jego marzenia. Książka kończy się dość niejednoznacznym podsumowaniem „amerykańskiego snu”, ale dobra literatura potrafi nadać życiu wiele odcieni szarości i to jest w niej piękne.

Nie jest to książka łatwa w odbiorze, wręcz przeciwnie! Sądzę, że wielu czytelników może odłożyć ją z niesmakiem i z poczuciem rozczarowania, ja jednak odnalazłam w tej książce sporo prawdy o życiu. Oceniam ją jako bardzo ciekawe doświadczenie czytelnicze. Nie jest to może „trafienie szóstki” w Totka, nie mogłabym jej zaliczyć do kategorii arcydzieł, ale to naprawdę dobra i ambitna proza. Taka na piątkę.


Edgar Lawrence Doctorow (ur. 1931) - amerykański pisarz nagrodzony National Book Critics Circle Award, National Book Award i PEN/Faulkner Prize. Młodość spędził w Nowym Jorku, ukończył tam Uniwersytet Columbia. Wykładał literaturę na wielu amerykańskich uniwersytetach, działał w stowarzyszeniu twórczym Authors Guild of America oraz w amerykańskim Pen Clubie.

 

Autor: E. L. Doctorow
Tytuł oryginalny: Loon Lake
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Tłumacz: Mira Michałowska
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 296

 

czwartek, 27 lutego 2014

Joan Didion, Rzekobieg





Literatura amerykańska, zwłaszcza w swej popularnej odsłonie jest dostępna wszędzie. Jednak, jak każdy rodzaj literatury, ma różne oblicza. Wystarczy się dokładniej rozejrzeć, sięgnąć głębiej niż to, co powszechnie dostępne i okazuje się, że jest całkiem pokaźna grupa pisarzy z danego kraju, o których człowiek kompletnie nic nie słyszał, a których książki potrafią pozytywnie zaskoczyć. Takie było moje doświadczenie z Joan Didion i jej debiutancką, wydaną po raz pierwszy w 1963 r., książką „Rzekobieg”. Kupiłam ją dość przypadkowo na allegro na kanwie zainteresowania serią Klubu Interesującej Ksiżki, ale gdy zaczęłam ją czytać wydała mi się całkiem interesująca. Gdy sięgnęłam do zasobów wiedzy internetowej okazało się, że Joan Didion wydała całkiem sporo książek, które spotkały się z uznaniem krytyków, a w Polsce również kilka z nich się ukazało. 

Akcja „Rzekobiegu” rozciąga się w czasie od lat 30-tych XX wieku do końcówki lat 50-tych i koncentruje się wokół Lily Knight i Everett McClellana. Wywodzą się oni z rodzin wielkich posiadaczy ziemskich o wielkich tradycjach, których przodkowie byli jednymi z pierwszych zdobywców i osadników w Kalifornii. Pobierają się w bardzo młodym wieku, są lata 30- te, za chwilę rozpoczyna się wojna, na którą wyjeżdża Everett, a Lily zostaje sama wraz z podupadającym na zdrowiu teściem, dwójką małych dzieci i szwagierką. Lily i Everett są dziedzicami znacznych majątków i tradycji. Chcą sprostać oczekiwaniom i podtrzymać chwałę rodziny. Historia zabójstwa i samobójstwa, do których dochodzi w ich posiadłości stanowi pretekst do opowieści o chwale i upadku tradycji. Życie dwojga bohaterów, stanowiące kontynuację tradycji ich przodków naznaczone jest postępującym rozpadem wartości, degeneracją i stopniowym upadkiem. Stanowią oni coś w rodzaju kasty, której chwała przemija na ich oczach. Czy dorośli do tego, aby przejąć swoje dziedzictwo?

Książka zaczyna się ciekawie, duszna atmosfera zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i o relacje rodzinne jest oddana wiernie i namacalnie. Niemal czuje się gorąco oblepiające człowieka zewsząd, duszny klimat obowiązków wynikających z tradycji. Jesteśmy z bohaterami, topimy się razem z nimi w gorącu, próbujemy zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość lat 30-tych u potomków arystokracji tych terenów. Atmosfera pionierskiego zdobycia Kalifornii i ujarzmienia nieprzyjaznej, spalonej słońcem ziemi jest oddana naprawdę świetnie. Jednak sam klimat i atmosfera to nie wszystko. Konieczni są jeszcze pełnokrwiści bohaterowie, którzy są w stanie przykuć uwagę czytelnika, a tego niestety tej książce brakuje.
 
Lily to jedna z najbardziej bezpłciowych i bezbarwnych bohaterek, z jakimi się zetknęłam. Taka typowa „chorągiewka na wietrze”, co to wyszła za mąż, bo „tak wyszło”, dziećmi się nie zajmuje, bo ma nianię, śpi z jednym czy drugim kochankiem, bo okoliczności sprzyjały… Sprawia ona wrażenie kompletnie bezwolnej, uzależnionej od woli innych, obdarzonych większym zdecydowaniem. Jedyna decyzja, jaką podjęła na własny rachunek sprowadziła nieszczęście na nią i jej rodzinę. Jej mąż również nie ma w sobie rysu charakteru przyciągającego uwagę. To wydało mi się wadą tej książki, gdyż bohaterowie nie budzą żadnych emocji. Po przemyśleniu, uznałam jednak, że mógł być to świadomy zabieg autorki, która chciała pokazać, jak trudno sprostać oczekiwaniom i tradycjom rodzinnym, gdy nie jest się tak doskonałym, jak pragnęliby ich przodkowie. Przyznać jednak muszę, że ten brak charyzmy obojga głównych bohaterów działał na mnie nieco deprymująco. Jedyną osobą „z ikrą”, która sprawia wrażenie, że czegoś od życia oczekuje i stara się o to walczyć (przynajmniej do pewnego momentu) jest siostra Everetta - Marta. Pewien charakter ma również jej były chłopak, Ryan Channing, którego osoba w dużym stopniu przyczyni się do rodzinnej tragedii.

"I doszła do wniosku, że jeżeli ona [Lily], Everett i Ryder mają ze sobą coś wspólnego, to chyba tylko to, że żadne z nich nie umie się na nic zdecydować, że są dotknięci niemożnością zapominania przeszłości." (s. 193)

Elementem utrudniającym odbiór książki był niewątpliwie fakt, że ja nie czuję tej amerykańskiej pionierskiej tradycji zdobywców, co siłą rzeczy powoduje, że zapewne nie wyłapałam wielu niuansów, odniesień i symboli zawartych w tekście. Pewnym pocieszeniem dla moich niejednoznacznych odczuć co do wartości tej książki jest opinia samej autorki, która po latach stwierdziła, że zbyt idealistycznie odniosła się do tradycji pionierskiego osadnictwa w Kalifornii i uznała przekaz książki za fałszywy. Pomijając bezbarwnych bohaterów, o czym wspominałam wyżej, uznaję jednak „Rzekobieg” za książkę dobrą – właśnie za klimat senności, schyłku i upadku. Umiejętność wykreowania tej dusznej atmosfery świadczy o talencie Joan Didion. Stara dobra Kalifornia ze swoją przeszłością pełną chwały jawi się nam niby raj. Potomkowie tej kasty pionierów muszą zmierzyć się ze zmianami na gorsze, czy sami nie dorastają do wyzwań nowej epoki? 

Jeśli chcecie zanurzyć się w przeszłość i tradycje dawnej, niemal mitologicznej Kalifornii i poznać duszną atmosferę upadku i rozpadu świata tradycyjnych wartości, gdy nowe czasy kreują nowych bohaterów, to warto zwrócić uwagę na tę niepozorną książkę.


Książkę przeczytałam w ramach następujących wyzwań:

Czytamy serie wydawnicze
Book-trotter
Lata 20-te, lata 30-te




Joan Didion (ur. 1934) – amerykańska pisarka I dziennikarka. W Polsce przetłumaczono pięć książek jej autorstwa. Za „Rok magicznego życia” (2005), w którym opowiedziała o śmierci męża i ciężkiej chorobie córki, otrzymała National Book Award. Źródło zdjęcia





 

Autor: Joan Didion

Tytuł oryginalny: Run river
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Mira Michałowska
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 206


wtorek, 5 listopada 2013

John Braine, Jedyna i ostatnia miłość




 
Jak wyobrażacie sobie miłość idealną? Tim Harnforth, bohater książki, którą dziś omawiam, przedstawia nam swoją wersję. Powieść, osadzona na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku, zaczyna się opisem leniwego spotkania 56-letniego Tima z 48-letnią Vivien, którzy od czterech lat są kochankami. Spotykają się co tydzień w małym mieszkanku w centrum Londynu, aby kochać się, rozmawiać i oddawać rozmaitym przyjemnościom życiowym (dobre jedzenie, wino, teatr, kino etc.). Oboje są w związkach małżeńskich. Żona Tima odmówiła pożycia małżeńskiego kilka lat wcześniej, mąż Vivien zaś zdradza ją z młodziutką dziewczyną. Tim to uznany pisarz i scenarzysta, obraca się w najlepszych kręgach londyńskiego show-biznesu, Vivien również próbuje swoich sił w literaturze. W kolejnych rozdziałach dowiadujemy się, w jaki sposób tych dwoje się spotkało i dlaczego wybrali taki model swojego związku.

Powiem szczerze, że dawno już nie spotkałam się z takim - za przeproszeniem - samolubnym dupkiem w roli głównego bohatera książki. Tim Harnforth jest strasznie zadufany w sobie. Pierwsza żona odeszła z rocznym dzieckiem, podjął więc decyzję, że nie będzie „mieszać mu w głowie” i zniknął z jego życia. Druga żona w pewnym momencie odmówiła współżycia. Zapewne miała swoje powody, czego możemy się domyślać z jakichś rwanych słów, ale nie poznajemy jej wersji wydarzeń. Natomiast opinię Tima w tej kwestii poznajemy aż nadto dokładnie, gdyż rozdziera on szaty z tego powodu przed większością napotykanych po drodze licznych znajomych. Nie chce jednak się rozwodzić z uwagi na trójkę dzieci, gdyż wtedy popełniłby podobny błąd jak w przypadku najstarszego syna z pierwszego małżeństwa. Jakie poświęcenie z jego strony, nieprawdaż? Nie zmienia to jednak faktu, że dnie spędza na mieście wśród jemu podobnych barwnych ptaków londyńskiego show biznesowego światka, podnieca się, gdy ktoś go rozpozna, a do domu przyjeżdża zwykle późno i jak mi się wydaje nie bierze zbyt aktywnego udziału w życiu swojej rodziny. A, no i regularnie spotyka się z kochanką. Mam jednak wrażenie, że więcej czasu potrafi poświęcić omówieniu stroju modnych i szykownych znajomych (ze szczególnym uwzględnieniem prześwitujących kobiecych bluzek) czy wyglądu popularnej knajpy niż zastanawianiu się nad problemami swoich dzieci, dla których tak się poświęca nie dążąc do rozwodu mimo iż miłość do żony już wygasła, a jej miejsce w sercu zajęła zamężna kochanka, ucieleśnienie jego marzeń o dojrzałej miłości.

Na okładce książki widnieje para kochanków i podobnie jak większość okładek z serii Klubu Interesującej Książki zachęca do lektury prostą i jednocześnie miękką kreską autorstwa Marii Ihnatowicz. Akcja powieści kręci się jednak głównie wokół naszego pisarza. Vivien, jego kochanka i największa miłość, jak sam mówi, oczywiście też się w niej przewija, ale jakby na marginesie, mimo opiewanej przez Tima jej doskonałości i piękna dojrzałej kobiety. Zalety Vivien są podkreślane zwykle wtedy, gdy wypowiada peany na cześć swojego kochanka. 

W trakcie czytania tej książki zadawałam sobie po wielekroć pytanie, czy uczucie opisane przez Braine’a można nazwać miłością doskonałą, jak uważa niewątpliwie autor tej książki. Czy można zamknąć się przed światem i jego problemami w odizolowanym pomieszczeniu - w tym wydaniu przypominającym raczej bańkę mydlaną - i w kompletnej separacji od życia oddać się miłości i miłym stronom życia. Kochankowie nie rozmawiają o rachunkach, kredytach, chorobach etc. W swoich konwersacjach koncentrują się na sobie, swoim uczuciu, kulturze, literaturze, czasem poplotkują o znajomych, mimochodem wspomną swoje rodziny. Końcową scenę książki można uznać wręcz za apoteozę tego rodzaju związku. Moim zdaniem jest to obraz głęboko fałszywy, a za tymi pochwałami dojrzałej miłości kryje się pustka. W miarę czytania moja irytacja rosła, a główny bohater działał coraz bardziej na nerwy. Nie mogłam wręcz zrozumieć postawy Vivien, charakteryzującej się niezachwianym podziwem dla kochanka.

Niestety, uważam przeczytanie tej książki za stratę czasu. Może uznałabym inaczej, gdyby pasjonowała mnie historia mody czy londyńskiego show-biznesu lat 80-tych, czemu autor poświęca zdumiewająco dużo uwagi. Ja jednak szukam w książce opowieści o człowieku, życiu i miłości. Tu tego nie znalazłam.

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze

 



John Braine (1922 – 86) – pisarz brytyjski. Był autorem kilkunastu książek. Zadebiutował w1957 r. powieścią pt. „Wielka kariera”, która przyniosła mu największą sławę.



 

 

 

 
 Autor: John Braine
Tytuł oryginalny: One and Last Love
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Halina Cieplińska
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 192 

 

czwartek, 26 września 2013

Hyacinthe Brabant, Helenka z Krakowa





Hyacinthe Brabant to uznany belgijski profesor historii medycyny, który oprócz rozmaitych prac naukowych ze swojej specjalizacji wydał jedną książkę o charakterze popularnym - „Helenkę z Krakowa”. Jest to wydawnictwo powstałe z głębokiej miłości, podziwu i oddania. Jej muzą i główną bohaterką była żona profesora, tytułowa Helenka, rodowita Polka. 

Przyszłe profesorostwo poznało się w Genewie w 1935 r. w środowisku studenckim, gdzie jeszcze żywe były pacyfistyczne idee pod szybko słabnącym szyldem Ligi Narodów. Międzynarodowa zbieranina robi zaiste imponujące wrażenie. Są tam nie tylko studenci z całej Europy, pojawiają się też rozmaite osobistości promujące pokój na świecie i pacyfistyczne idee poprzez organizowanie salonów dyskusyjnych, wieczorków z ciekawymi gośćmi etc. Jednym słowem, barwny konglomerat bardzo różnorodnych, czasem nawet dziwacznych osób. W tym tłumie odnaleźli się młoda Polka o niebanalnej osobowości oraz belgijski student. 

Oczarowanie naszą rodaczką pojawiło się nie od razu, a niebagatelną rolę odegrało pojawienie się polskiej koleżanki w krakowskim stroju ludowym podczas jednego ze spotkań studenckiej braci na genewskich salonach. Jak to obrazowo wyjaśnił autor, była to miłość „jak łom”. :) Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ta niepozorna, pozbawiona majątku dziewczyna z predylekcją do nauki języków obcych poprzez odbywanie studiów w różnych krajach, przyjmie belgijskiego adoratora z pocałowaniem ręki. O nie! Zakochany wybranek nie tylko ma pomóc w doszlifowaniu francuskiego Helenki, lecz musi także pobrać wiele lekcji polskości. A wszystko po to, aby udowodnić swoje uczucie. Te specyficzne lekcje wywołują uśmiech na twarzy czytelnika, zwłaszcza, że już nazwisko Helenki mogło przyprawić Roberta (takie imię nosi wzorowany na profesorze Brabant bohater książki) o palpitacje serca, a już na pewno mocno skonfundować. Zapiszmy więc, że nazwisko naszej bohaterki brzmiało Skrzewska-Chwarloszewska (6 samogłosek, 17 spółgłosek jak skrzętnie zauważa narzeczony). Był to i tak zaledwie początek poznawania przez belgijskiego wybranka polskiej historii, tradycji, kultury i języka. 

Helenka widziana oczyma zakochanego w niej Roberta, to osoba bezpośrednia, bezpretensjonalna i życzliwa, choć nie pozbawiona "pazurków". Dominującą cechą jej charakteru jest nieustanny optymizm i zdolność dostrzegania jasnych stron życia, co pozwala jej znosić z nadzieją nawet dość trudne, naznaczone ubóstwem, chwile. Budzi to życzliwość w oczach czytelnika i pozostałych bohaterów, a zakochany narzeczony jest po prostu oczarowany. Jego rodzina w postaci kostycznego ojca i oryginalnego wuja także się wkrótce przekonuje do narzeczonej Roberta mimo jej egzotycznego pochodzenia i specyficznego sposobu bycia. Nie ma w tej książce spektakularnych wydarzeń, jest ciekawa bohaterka i interesująco zarysowane tło obyczajowe; w szczególności mam tu na myśli „schyłkową” atmosferę Genewy drugiej połowy lat trzydziestych, gdy - oprócz wspomnianych na początku dam pacyfistek z zasobnym portfelem -  nikt już niemal nie miał złudzeń, że misja Ligi Narodów dobiega końca. 


Trudno mi znaleźć dla tej książki inne określenie niż „sympatyczna”. Czyta się ją lekko i przyjemnie, aczkolwiek momentami tempo opowieści nieco spada. Czytelnik jest pod wrażeniem optymistycznej osobowości bohaterki i szczerego oddania zakochanego w niej młodzieńca. Oboje zresztą są pogodni i mają na siebie dobry wpływ. Robert nieco się „wyluzowuje” pod wpływem Helenki, dziewczyna zaś, w kontekście zbliżającego się ślubu chyba trochę poważnieje :) 

Jak sam autor wspomina, może sobie wyobrazić swoje życie napisane na nowo, ale życie bez Helenki byłoby dla niego niewyobrażalne. Jedyną oceną tej książki, jaka mi się nasuwa, jest konstatacja, że byłabym zachwycona, gdyby mój mąż po 35 latach wspólnego życia napisał podobną książkę, przepełnioną taką miłością, oddaniem i nieskrywaną fascynacją wobec małżonki. :)



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:

Czytamy serie wydawnicze
Lata dwudzieste, lata trzydzieste
Trójka e-pik

 


Hyacinthe Brabant (1907 – 75) – belgijski profesor, autor wielu publikacji naukowych z zakresu historii medycyny, znawcy literatury francuskiej. „Helenka z Krakowa” to jedyna książka literatury popularnej jego autorstwa.

Autor: Hyacinthe Brabant
Tytuł oryginalny: Helenka de Cracovie
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Barbara Durbajło
Rok wydania: 1978
Liczba stron: 192

 

piątek, 2 sierpnia 2013

Anna Iwaszkiewiczowa, Szkice i wspomnienia




Jakiś czas temu, kompletując koszyk zamówień w księgarni internetowej (trwała właśnie kolejna wielka promocja) znalazły się tam wydane w 2012 r. przez Czytelnika „Dzienniki i wspomnienia” Anny Iwaszkiewiczowej. Sprawdziwszy jednak zasoby moich okolicznych bibliotek stwierdziłam, że będę mogła przeczytać tę książkę drogą wypożyczenia, a nie kupna. W efekcie – jak to celnie ujęła jedna z gwiazd TVN-owskiej telenoweli – „pożydziłam” i książka Anny Iwaszkiewiczowej wylądowała znowu w poczekalni. Jakież było moje zdziwienie, gdy wypożyczywszy rzeczoną książkę okazało się, że to jest jednak co innego. Są tam eseje i szkice zawarte zapewne w najnowszym wydaniu, ale wpisów z dziennika jest niewiele. Już się zastanawiałam, czy czytać ten biblioteczny egzemplarz czy nie, ale stwierdziłam, że jednak przeczytam i wtedy się zorientuję, czy warto mieć na własność to najnowsze wydawnictwo, które mnie tak zaciekawiło. Po lekturze już wiem, że muszę kupić tę książkę i mieć ją na półce. Pióro Anny Iwaszkiewicz jest świetne!

W „Szkicach i wspomnieniach”  odnajdziemy kilka esejów poświęconych pisarstwu Tomasza Manna, Marcela Prousta i Josepha Conrada, trzech ulubionych pisarzy autorki. Jeden z nich to arcyciekawa analiza porównawcza między sposobem pisania Conrada i Prousta. Jeśli – podobnie jak ja - należycie do osób, które miały problem z przebrnięciem przez kolejne stronice „Czarodziejskiej góry”, po lekturze tekstu Anny Iwaszkiewiczowej zyskacie nagłą chęć do przeczytania tej książki. To samo stwierdzenie dotyczy również dzieła życia Marcela Prousta, które Anna Iwaszkiewiczowa poznała dogłębnie i potrafi swoją fascynację przekazać czytelnikowi. Jej esej jest napisany prostą, bezpretensjonalną, acz elegancką polszczyzną. Ale forma to tylko jeden z atutów tego tekstu. Autorka prowadzi nas przez meandry sztuki pisarskiej wszystkich wymienionych wyżej twórców z lekkością, gracją, autentyczną pasją i znawstwem. Te teksty świadczą niezbicie, że pani Anna przeżywała sztukę całą sobą, To widać w każdym zdaniu i słowie. Moja znajomość tekstu Prousta jest bardzo powierzchowna, ale dzięki esejowi Iwaszkiewiczowej wiele zrozumiałam z tego, co było zakryte przed moimi oczami w momencie czytania tej książki i sądzę, że jeszcze do niej kiedyś wrócę. 

Pięknym tekstem jest również bardzo osobiste wspomnienie Autorki o Karolu Szymanowskim, którego Anna Iwaszkiewiczowa znała, lubiła i ceniła. Wielbiła także jego muzykę, o której pisze z wielkim uczuciem i szacunkiem do piękna. Karol, jako kuzyn Jarosława, był członkiem jej rodziny. Jest on również głównym bohaterem zapisów z Dziennika, które znalazły się w tym wydawnictwie. 

W książce tej znajdziemy również przejmującą relację o tułaczce Anny Iwaszkiewiczowej w styczniu 1945 r., kiedy to wracała na Stawisko z Rabki w momencie ofensywy Armii Czerwonej na Kraków i Warszawę, a zagubieni cywile przez kilka tygodni nie mogli się przemieścić do domu z uwagi na trudności w podróżowaniu kolejami. Trochę gorzkich słów pani Anna skierowała pod adresem niegościnnych częstochowian porównując ich postawę wobec nieszczęsnych, pomiatanych przez dziejowe wichry podróżnych z serdecznością mieszkańców podwarszawskich miejscowości wobec bezdomnych warszawiaków, którzy przeżyli Powstanie.

Książka kończy się dwoma felietonami, czy też raczej osobistymi wspomnieniami Autorki o ukochanej Ustce i Zakopanem. Tekst dotyczący nadmorskiego kurortu jest dziełem skończonym, podczas gdy tekst o Zakopanem najprawdopodobniej jest tylko częścią zamierzonej całości. Iwaszkiewiczowa bardzo osobiście opisuje oba miejsca, z dużym uczuciem i sentymentem. Wspomina też czule ludzi, z którymi się tam zetknęła, np. Księdza Zieję czy panią Karczewską, u której wynajmowała pokój. 

Osobne słowa uznania należy również skierować wobec Pawła Hertza, autora przedmowy, który potrafił ukazać Annę Iwaszkiewiczową od bardzo osobistej strony. Takie ujęcie, napisane szczerze i z wielkim oddaniem wiele nam wyjaśnia przed zapoznaniem się z tekstami Autorki.

Tym, co nas uderza w tych tekstach to ogromna erudycja, wrażliwość na wszelkie przejawy sztuki  i potencjał intelektualny Anny Iwaszkiewiczowej. Mając na uwadze, że odebrała ona tylko wykształcenie domowe i bazowała głównie na tejże wrażliwości, jej analizy i eseje budzą podziw. Dzięki nim możemy zrozumieć, dlaczego – mimo iż nie była pisarzem – odgrywała istotną rolę w życiu artystycznym dwudziestolecia międzywojennego. Mimo podejmowania niełatwych w odbiorze dla przeciętnego czytelnika zagadnień i tematów każde słowo jest zrozumiałe, a „wykładnia” Prousta, Manna i Conrada jest zachętą, a nie przeszkodą w poznaniu książek tych autorów na własną rękę. 

Jeśli macie opory przed sięgnięciem po książki któregoś z tych trzech wielkich pisarzy, których szczególnie podziwiała Anna Iwaszkiewiczowa, zachęcam do przeczytania tych tekstów. Mogą stanowić dobre przygotowanie do samodzielnego poznania powieści uznanych za arcydzieła europejskiej i światowej literatury. Szkoda, że Anna Iwaszkiewiczowa nie pozostawiła po sobie pokaźniejszej spuścizny literackiej.



 Anna Iwaszkiewicz (1897-1979) - pisarka, tłumaczka, żona Jarosława Iwaszkiewicza. Córka bogatego przemysłowca Stanisława Wilhelma Lilpopa, z którym przebywała w latach 1915-18 w Rosji, co miało decydujący wpływ na rozbudzenie jej zamiłowania do sztuki. M.in. zaangażowała się w popularyzację muzyki Skriabina. Za życia wydała niewiele, głównie eseje o twórczości Marcela Prousta, Josepha Conrada I Thomasa Manna. Jej najwybitniejszym dziełem są "Dzienniki i wspomnienia" (wyd. 2000) opisujące życie międzywojenne. 
 

 


Autor: Anna Iwaszkiewiczowa
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 256

 

wtorek, 25 czerwca 2013

Aleksander Bek, Nominacja




Lubię sięgać po serię Klubu Interesującej Książki PIW-u, gdyż jest to swoisty znak jakości dla ciekawej literatury współczesnej. Wielu z autorów jest już zapomnianych, a warto czasem sięgnąć po te pokryte bibliotecznym kurzem książki i przekonać się, czy nadal poruszają one w czytelnikach czułą strunę.

Tym razem mój wybór padł na „Nominację” Aleksandra Beka, czyli książkę, której proces wydawniczy to swoista „droga przez mękę”, której końca autor nie dożył. Książka przez wiele lat nie mogła zostać wydana w Związku Radzieckim z uwagi na protest wdowy po Iwanie Tewosjanie, która uważała, że główny bohater książki przedstawia jej męża, który w jej opinii został przedstawiony krytycznie i nieprawdziwie. Co z tych emocji, które wzbudziła książka w latach 60 i 70-tych pozostało obecnie?

„Od chwili kiedy Onisimow po raz pierwszy przeczytał Lenina, minęło już czterdzieści lat. Była to zniszczona broszura „Co robić?” Ani przedtem, ani potem żadna książka nie podziałała tak mocno na Onisimowa. Jasność myśli Lenina, jego pewność siebie, umiejętność przekonywania, logika podbiły piętnastoletniego Saszę. Co robić? Zorganizować się w partię, w zdyscyplinowaną, monolityczną organizację proletariackich rewolucjonistów – tak brzmiała odpowiedź, jaką Onisimow zapamiętał na całe życie. Jego programem, jego wiarą, stały się słowa Lenina, że jeśli stworzymy organizację rewolucjonistów, zmienimy wówczas Rosję!” (strony 60-61)

Głównym bohaterem „Nominacji” jest Aleksander Onisimow, wysoko postawiony w strukturze partyjnej i rządowej działacz nadzorujący przemysł ciężki, konkretnie metalurgię. Jest on całkowicie oddany partii, Stalinowi i swoją nienaganną postawą etyczną, skoncentrowaniem na realizacji nałożonych zadań, choćby najbardziej wymagających i absurdalnych, osiągnął najwyższe zaszczyty w państwie radzieckim. Co więcej, udało mi się uniknąć represji podczas kolejnych fal prześladowań. Mimo śmierci brata i jego żony w obozie, jego wierność dla Stalina pozostała niezmieniona. Słynie ze swojej dokładności i dociekliwości, tropienia wszelkich nieprawidłowości i zaniedbań w podległych mu zakładach przemysłowych. Pracuje bez wytchnienia, nie ulega pokusom wynikającym ze stanowiska, jakie piastuje. Rodzina, żona, dziecko… Tak, oni też istnieli w jego życiu, ale czy poniższy fragment nie ilustruje dostatecznie rodzaju więzi, jaka łączyła małżonków:

„Spotykali się podczas pracy partyjnej, zbliżyła ich zażarta walka przeciwko opozycji, najpierw przeciwko trockistom, potem przeciwko zinowjewowcom i wreszcie przeciwko opozycji zjednoczonej, aż pewnego dnia objawili się światu jako mąż i żona. Niestety, nie było to małżeństwo z miłości. Skojarzyła je raczej bliskość ideowa, pokrewieństwo duchowe.” (strony 56-57)

Akcja książki toczy się głównie po śmierci Stalina, gdy w kierowniczych gremiach narastają tendencje do usunięcia z szeregów partyjnych ludzi związanych ze zmarłym przywódcą. Od momentu więc, gdy rozeszła się pogłoska o nominacji Onisimowa na ambasadora jednego z północnych krajów do faktycznego wyjazdu na placówkę nie mija zbyt wiele czasu. Bohater usiłuje protestować przeciw tej decyzji, rozstanie z przemysłem metalurgicznym uważa za karę, ale dyscyplina, jaką narzucił sobie przez całe swoje życie zwycięża. Pogrążając się od czasu do czasu w rozmyślaniach o przeszłości, decyzjach, które wydawał, decyzjach, które przyszło mu wykonywać na bezwzględne polecenie Stalina przygotowuje się do objęcia placówki mimo niepokojących objawów chorobowych, które nękają go od dłuższego czasu…

Ta książka to ciekawa próba wniknięcia w umysły środowisko najwyższych urzędników państwa radzieckiego. Dominuje osoba Onisimowa, którego siła wewnętrzna i prawość jakby przytłacza pozostałych bohaterów, którzy nie mogą się przebić do świadomości czytelnika. Jest co prawda zarysowana postać naukowca Czełyszewa, który – o ile to możliwe – stara się stać z boku i nie uczestniczyć w najbardziej ryzykownych i nie bójmy się tego słowa głupich eksperymentach zleconych przez Gospodarza, jak nazywano Stalina w kręgach partyjnych. Od czasu do czasu pojawia się również ambitny i skonfliktowany z Onisimowem metalurg młodego pokolenia, Piotr Gołownia, który zresztą – jak wynika z noty opublikowanej na końcu książki – miał być pierwotnie pierwszoplanowym bohaterem, ale ostatecznie jego obecność jest ledwo zaznaczona. Tylko Onisimow został zarysowany na tyle wyraźną kreską, żebyśmy mogli poczuć jakąś formę stosunku emocjonalnego wobec niego, gdyż o więzi trudno tu mówić. Jego wewnętrzna surowość przytłacza, jego przywiązanie do Stalina poraża, zwłaszcza dzisiejszych czytelników.  

O ile w poprzednio czytanych książkach, których materia dotyczy funkcjonowania systemu sowieckiego od wewnątrz ("Pokonani" , "W domu niewoli"), miałam okazję wglądu w myśli i uczucia osób, które doświadczyły represji systemu, o tyle „Nominacja” pozwala zapoznać się ze sposobem myślenia wiernych poddanych Stalina, tych, którzy dotarli do najwyższych stanowisk w państwie i mogli korzystać z dostępnych przywilejów za cenę ślepego posłuszeństwa, a i to nie zawsze wystarczało, aby zachować życie. Onisimow wyróżnia się korzystnie na tle aparatczyków z uwagi na swoją skromność i niepodważalną wiedzę merytoryczną, ale jego podporządkowanie decyzjom Gospodarza niejednokrotnie przeczyło zdrowemu rozsądkowi, choć dzięki temu udało mu się uniknąć najgorszego, czyli zesłania lub aresztowania. Czy jego życie było bogatsze i pełniejsze od tych, którzy doświadczyli represji systemu? Czy idee i ludzie, którym poświęcił życie rzeczywiście byli tego warci? 

Bek koncentruje się na Onisimowie, jego oglądzie świata i jego otoczeniu. Dlatego nie mogło zabraknąć złowrogiego Ławrentija Berii, który czuje do głównego bohatera urazę z młodzieńczych lat i stanowi jego stałe zagrożenie. Mimo jednak złowieszczości tej postaci, obozy pracy, których nadzorcą był Beria i w których zamęczono miliony ludzi, pojawiają się w tekście właściwie tylko przy dwóch okazjach: gdy wspomniany jest los brata Onisimowa i gdy podczas wojny planowano wykorzystanie tych niewolników systemu w pracy na rzecz odtworzenia za Uralem fabryk ewakuowanych z terytoriów zajętych przez Niemców. Nie ma tu żadnej autorskiej refleksji nad losem tych ludzi.

Książka jest napisana niezbyt porywającym stylem, a jej wiernopoddańczy wobec państwa radzieckiego styl był dla mnie momentami nieco drażniący, ale jej lektura nie była czasem straconym, o nie. 
W „Nominacji” nieustannie wspomina się o specjalnych, darmowych stołówkach, mieszkaniach, sklepach, czyli po prostu o przywilejach dla kasty rządzącej. Nawet fryzjer, u którego zwykle strzygł się Onisimow, był dostępny tylko dla wybranych. Charakterystyczna jest przygoda Onisimowa i jego zastępcy (minister i wiceminister), którzy wracając z kolejnej nocnej narady u Gospodarza przez zbieg okoliczności znaleźli się sami, bez kierowcy, bez pieniędzy, których na co dzień nie potrzebowali, w środku miasta i stanęli przed jakże nietrywialnym zadaniem powrotu do domu tak jak zwykli moskwianie. Kupno biletu na metro, przejazd w porannym szczycie, przejście przez most do niedostępnej dla zwykłych śmiertelników dzielnicy rządowej to były przeszkody, które musieli pokonać notable rządowi pracujący ciężko na rzecz ojczyzny w kompletnym oderwaniu od realiów, w których funkcjonowali zwykli obywatele.

Aleksander Bek to pisarz kojarzony głównie ze swoim największym dziełem „Szosą Wołokołamską” opisującą bohaterską obronę Moskwy przed Hitlerem. Był to również pisarz oddany sprawie rewolucji i komunizmowi. Niemniej jednak, nawet on zetknął się z nieformalną cenzurą „Nominacji”. Historia dotycząca jego potyczek mających na celu przezwyciężenie oporu materii i wydania tej książki opisana jest w notce na końcu książki, w której zawarte są również fragmenty dziennika pisarza. Jest to lektura smutna. „Zapis” na tę książkę nie wynikał z jej nieprawomyślności, pisarz nie dostał żadnego jasnego stanowiska z organów kontrolnych. Niemożność wydania była spowodowana li tylko i jedynie wpływami w aparacie partyjnym jednej osoby, która była w stanie załatwić wstrzymanie druku książki na jeden telefon z odpowiedniego gabinetu. Jak wielkie były to wpływy dowodzi fakt, iż pierwsze wydanie tej książki miało miejsce za granicą, a w Związku Radzieckim książka ukazała się dopiero za Gorbaczowa. Tak więc jej perypetie wydawnicze wpisują się w jej treść i przekaz.

Ta książka ujawnia bowiem bezsens systemu i także niejako przyczyny jego bankructwa. Tam, gdzie liczy się głos jednego tylko człowieka, gdzie dominuje siła i pomiatanie słabszymi, tam nie można mówić o prawdziwym życiu. Onisimow jest człowiekiem przegranym mimo swoich niezaprzeczalnych zalet. Swoje życie i umiejętności poświęcił na ołtarzu partii i wodza, co z jednej strony skutkowało nadmiernym wysiłkiem fizycznym i emocjonalnym, z drugiej strony okazało się nie tylko bezsensowne, ale i obciążające w oczach kolejnej frakcji, która objęła władzę po śmierci Stalina.
 

Aleksander Bek (1903-72) - pisarz radziecki. W 1919 r. wstąpił do armii bolszewickiej i pisywał tam artykuły do gazetki propagandowej. Swoją pierwszą powieść pt. "Kurako" opublikował w 1934 r. Potem opublikował jeszcze kilka powieści utrzymanych w duchu socrealistycznym. W 1941 r. wrócił do armii i był świadkiem obrony Moskwy przed wojskami niemieckimi. W 1944 r. napisał "Szosę Wołokołamską", opisującą bohaterstwo obrońców Moskwy. Książka ta traktowana jest jako jego najważniejsze dzieło. "Nominacja" napisana w 1965 r. przez wiele lat nie mogła zostać wydana w ZSRR z uwagi na protest wdowy po Iwanie Tewosjanie, która uważała, że Bek ukazał pod postacią Onisimowa jej męża szkalując jego pamięć. Książka została wydana w Niemczech w 1972 r., a w ZSRR dopiero w 1986 r. Aleksander Bek zmarł w 1972 r. Źródło zdjęcia


Autor: Aleksander Bek
Tytuł oryginalny: Nowoje naznaczenie
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Andrzej Szymański
Rok wydania: 1989
Liczba stron: 244

sobota, 19 stycznia 2013

Aimée Beekman, Katarynka



 
Po przeczytaniu “Możliwości wyboru” zainteresowała mnie twórczość Aimée Beekman, estońskiej pisarki. Postanowiłam więc „pójść za ciosem” i wypożyczyć z biblioteki kolejną jej książkę. Mój wybór padł na „Katarynkę”. 



Akcja tej książki rozgrywa się jak gdyby w przyszłości. Jej bohaterami są dość dziwni pracownicy Wydziału Ewidencji Poglądów (WEP), którego głównym zadaniem jest odbieranie listów ze skargami, ich ewidencjonowanie i podejmowanie interwencji. Głównym bohaterem jest jeden z kierowników działu w WEP, niejaki Oskar i jego miłosne perypetie. 



Nie należę do przeciwników science-fiction, groteski i absurdu w literaturze. Nie są to może moje ulubione gatunki literackie, ale jestem w stanie docenić dobrą literaturę. Dlatego też, po doświadczeniach z poprzednio przeczytaną książką autorki nastawiłam się na ciekawe doświadczenie czytelnicze. Niestety, zawiodłam się. O ile jeszcze początek mnie zaciekawił, gdyż dotyczył specyficznej działalności i zwyczajów obowiązujących w zakamuflowanym i niedostępnym dla zwykłych śmiertelników WEP-ie, o tyle, gdy ciężar akcji przeniósł się na perypetie miłosne Oskara, moja ciekawość gasła z każda przeczytaną stroną. 



Postać Oskara nie wzbudza sympatii, nie ma on żadnej cechy szczególnej, jakiegoś wabika, który zaciekawiłby czytelnika. Jego stosunki z kobietami też mnie specjalnie nie zaciekawiły. Generalnie niezbyt ciekawa persona. 


Z WEP-em sytuacja jest nieco inna. Gdyby autorka zdecydowała się na jasne określenie gatunkowe czy cel jej satyry, pewnie byłoby to ciekawsze. Sama nazwa Wydziału mogła być dużo lepiej wykorzystana niż zrobiła to Beekman. Myślę, że większości z tych, którzy przeczytali tę nazwę, nasuwa się skojarzenie z Big Brotherem, ale to chyba było nierealne, żeby oczekiwać podobnych herezji w literaturze radzieckiej. :) Tak więc pracownicy Wydziału Ewidencji Poglądów ciężko harują w niemal całkowitej tajemnicy, segregując listy ze skargami oraz podejmując interwencje na prośbę swoich korespondentów, czy też spotykając się z nimi, rozładowując niezadowolenie obywateli. Spotkania te są dla Oskara możliwością nawiązania pozamałżeńskich stosunków, które nie stanowią dla niego problemu. 
 
WEP na początku zaciekawiał właśnie ze względu na satyryczne podejście, potem było go jednak coraz mniej, a szkoda! Parę scen z życia biurokratów WEP-u zapadło mi mocno w pamięci. Nigdy chyba byście nie zgadli, co było przedmiotem ich pożądania niedostępnym dla ogółu obywateli. Zostawię to jednak dla siebie, gdyż może jednak ktoś z Was zdecyduje się na lekturę tej książki. Zdradzę jedynie, że ten niewyraźny kogutek na okładce książki znajduje się tam nie bez przyczyny. :) Później jednak, również ostrze satyry autorki jakby się nieco stępiło i wszystko tak się toczyło siłą przyzwyczajenia aż do mało pasjonującego końca. 
 
Mam bowiem wrażenie, że Aimée Beekman, w której nielicznych biogramach niezmiennie podkreśla się fakt jej członkostwa w Komunistycznej Partii ZSRR, próbowała w swojej książce „obejść” cenzurę nie wskazując jednoznacznie, co krytykuje. Myląc tropy zamieściła w książce pewne elementy zwłaszcza w opisie fizycznym niektórych bohaterów (fioletowe włosy, zajęcze uszy), które miały wskazywać na czasy, które nie należą do współczesności. Niemniej jednak realia pracy w WEP-ie i życia rodzinnego bohaterów wskazują, że są to realia współczesne autorce. 


„Jak gdyby” w przyszłości z opisu książki to słowo klucz do oceny tej książki, gdyż trudno ocenić, do jakiej kategorii zaliczyć tę książkę. Na science – fiction za dużo tu odniesień do rzeczywistości, w której żyła pisarka, na powieść satyryczną za dużo nierealności w opisach mających sugerować w przyszłość i za mało ironii. Niestety, to niezdecydowanie pisarki, czy narzucone, czy też wymyślone przez nią samą sprawiło, że książka nie spełniła moich nadziei. Żaden z bohaterów tej powieści nie ujął mnie, a świat wykreowany przez pisarkę nie przemówił do mnie. W przeciwieństwie do „Możliwości wyboru”, „Katarynka”, w moim przekonaniu, nie wytrzymała próby czasu, choć tematyka książki dawała na to nadzieję. Rozczarowanie, niestety.



Źródło zdjęcia
 

Aimee Beekman (ur. 1933) – estońska pisarka, dramaturg, tłumaczka. Na język polski przetłumaczono jej powieści: „Katarynka”, „Dom u rozstajnych dróg”, „Trylogia o Miriam” i „Możliwość wyboru”. W 1964 r. laureatka nagrody państwowej Estońskiej SRR. 






Autor: Aimee Beekman 
Tytuł oryginalny: Vantorel
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesujacej Książki
Tłumacz: Witold Dąbrowski
Rok wydania: 1978
Liczba stron: 232

 

wtorek, 8 stycznia 2013

Johann Wolfgang von Goethe, Podróż włoska




Słoneczna Italia od wieków była mekką i natchnieniem artystów europejskich. Nic więc dziwnego, że Johann Wolfgang von Goethe, niemiecki poeta i pisarz, opromieniony sławą swoich „Cierpień młodego Wertera”, również marzył o poznaniu tego kraju. W 1786 r. miał 37 lat, od 11 lat mieszkał w Weimarze, gdzie pełnił wiele funkcji na dworze księcia Karola Augusta. Ale pewnego wrześniowego wieczora, nic nie mówiąc swoim przyjaciołom, z którymi spędzał czas, zmęczony obowiązkami urzędowymi, wyjechał – za cichym przyzwoleniem swojego księcia - ukradkiem do Włoch. Zapis jego podróży przez Wenecję, Weronę, Ferrarę do Rzymu to głównie jego korespondencja i zapiski w dzienniku. Po spędzeniu pół roku w Rzymie, udał się w podróż do Neapolu i stamtąd na Sycylię. Do Rzymu wrócił w połowie 1787 r. Pozostał tam do końca kwietnia 1788 r., gdy udał się w drogę powrotną do Weimaru.
„20 grudnia [1786]

A jednak więcej trudów i zmartwień niż radości. Nadal, po ponownych narodzinach, zmieniam się wewnętrznie. Wiedziałem, że się tu czegoś nauczę, ale nie przypuszczałem, że będę musiał zaczynać edukację od samego początku, że aż tyle będę musiał zapomnieć i tak wielu rzeczy uczyć się od nowa. Wreszcie zrozumiałem i pogodziłem się z tym. (…) Jestem jak budowniczy, który wznosił wieżę, ale źle ustawił fundamenty. Ponieważ zorientował się w porę, więc bez skrupułów burzy wszystko, co już wyrosło nad ziemię. Stara się teraz poszerzyć i poprawić swój plan. Dba o to, by lepiej zabezpieczyć fundamenty, i już z góry cieszy się, że zbuduje coś trwałego. (…)” (s. 133)

Ta podróż to, jak wielokrotnie wspomina w swych zapiskach Goethe, koniec i początek pewnej epoki, punkt zwrotny w jego życiu, a na pewno w życiu artystycznym. Włoska kultura, zabytki, przyroda, klimat pozwalają mu inaczej spojrzeć na swoje osiągnięcia. Początkowo Goethe chciał ukryć swoją tożsamość i podróżował incognito, aby uniknąć zaproszeń i nagabywania o „Wertera”, prawdopodobnie również po to, aby odciąć się od swojej przeszłości i odkryć siebie na nowo. W miarę upływu czasu jednak, rozluźniał swoje zasady i aktywnie uczestniczył w życiu towarzyskim oferowanym przez najbardziej znane rody Rzymu, Neapolu czy Sycylii. Np. podczas bytności w Neapolu kilkakrotnie wspomina angielskiego ambasadora Williama Hamiltona, którego kochanka uprzyjemnia jego dni, a my skądinąd wiemy, że kochanka ta wyszła po paru latach za mąż za leciwego ambasadora, a później była kochanką słynnego lorda Nelsona, pogromcy Napoleona spod Trafalgaru.

Pobyt we Włoszech dał Goethemu jednak dużo więcej niż wizyty u najbardziej wpływowych mieszkańców tego kraju. Chciał zobaczyć starożytność swoimi oczami, chciał poczuć smak Południa, chciał odkryć tajemnicę kraju, który zafascynował jego ojca, a wielu artystów natchnął do aktywnego aktu tworzenia

Goethe nie jest biernym podróżnikiem. Interesuje się wszystkim, co spotyka na swojej drodze. Opisuje krajobrazy, ludzi, zwyczaje. Okazuje się również, że pisarz był zapalonym geologiem i botanikiem. Wielokrotnie daje wyraz swojej fascynacji skałami i kamieniami, ciągle przewija się również chęć udowodnienia swojego konceptu prarośliny, co we Włoszech wydaje mu się możliwe. Tym jednak, co wzbudza największy zachwyt słynnego podróżnika jest sztuka i zabytki. Przy czym Goethego interesują tylko dzieła starożytne lub klasyczne.

Po powrocie z Sycylii zmienia się nieco forma zapisków pisarza. Stają się one dłuższe i nastawione na opisanie konkretnego zagadnienia, np. rzymskiego karnawału. Mniej jest listów i krótkich zapisków dziennych.

Mnie najbardziej urzekły jego opisy sycylijskie. Może dlatego, że sama byłam parę lat temu na tej pięknej wyspie i natykałam się ciągle na cytaty z Goethego, a dopiero teraz miałam okazję zapoznać się z całością jego zapisków. Mam również wrażenie, że mimo podziwu dla Wenecji i Rzymu, Goethemu najbardziej przypadł do gustu pobyt na Sycylii właśnie. Z jego opisów pobrzmiewa autentyczne szczęście i oczarowanie tym miejscem. Jest on zresztą autorem wielokrotnie cytowanego na Sycylii zdania:

„Kto nie widział Sycylii, ten nie rozumie Włoch.”


Większość zapisków to korespondencja z przyjaciółmi w Weimarze. Mimo upływu prawie dwustu lat od napisania tej książki (pierwsze wydanie rok 1816) czyta się ją z ciekawością i zainteresowaniem. Całość jest napisana pięknym literackim językiem. Owszem, zdarzają się fragmenty, które nieco się dłużą, ale styl pisarski jest nienaganny, świadczy o dużej swobodzie w posługiwaniu się piórem w notatkach, które przecież nie były początkowo przewidziane do druku. Jako że czytałam niedawno „Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku” autorstwa Józefa Ignacego Kraszewskiego, wydane zresztą w tej samej serii PIW, muszę jednoznacznie stwierdzić, że Kraszewskiego czytało mi się dużo trudniej z uwagi na zawikłane konstrukcje składniowe, których używał. U Goethego, jeśli nawet są dłuższe zdania, są one klarowne i zrozumiałe, co zdecydowanie ułatwia lekturę i czyni ją przyjemną.

Warto podkreślić staranność wydania i opracowania redakcyjnego książki. Niewątpliwie spora w tym zasługa tłumacza, Henryka Krzeczkowskiego, który również opracował książkę redakcyjnie i jest autorem bardzo szczegółowych przypisów, które przybliżają osoby, miejsca i zagadnienia poruszane przez pisarza w swoich zapiskach.

Jeśli planujecie wyjazd do Włoch, a zwłaszcza na Sycylię lub do Rzymu, przeczytajcie tę książkę, żeby być świadkiem włoskiego zauroczenia jednego z gigantów europejskiej literatury sprzed ponad 200 lat.


Na koniec zostawiłam nieco dłuższy cytat Goethego napisany pod wpływem uczestnictwa w rzymskim karnawale w 1788 r., niosący bardziej filozoficzne przesłanie:
"Ta wąska, długa, zatłoczona ulica jeszcze bardziej przypomina szlaki doczesnego bytu, na których każdy z nas jest widzem i zarazem aktorem, co z odsłoniętym obliczem lub w masce, z balkonu lub z trybuny ogląda tylko wąską przestrzeń przed sobą i po bokach, w powozie lub pieszo wlecze się krok za krokiem, częściej bywa popychany, rzadziej zaś porusza się z własnej woli, częściej jest zatrzymywany, rzadziej sam przystaje, pragnie gorąco dotrzeć tam, gdzie jest lepiej i weselej, tylko po to, by stwierdzić, że znowu znalazł się w tłoku, z którego znowu będzie wypchnięty.

Jeśli wolno nam ciągnąć dalej w tym tonie poważniejszym, niżby do tego uprawniał temat, to powiemy, że najbarwniejsze i najwspanialsze przeżycia są, jak te przelatujące konie, przeżyciami jednej chwili i choć nas wzruszają, wątły tylko ślad pozostawiają w duszy; że wolnością i równością potrafimy się cieszyć tylko wtedy, gdy jesteśmy odurzeni szaleństwem, że największa rozkosz najbardziej nas pociąga, kiedy jest najbliższa niebezpieczeństwu, że pożądliwość zawsze sąsiaduje z trwożliwie przyjemnymi wrażeniami.
I oto niepostrzeżenie zakończyłem nasz karnawał popielcowymi rozmyślaniami. Nie chciałbym zasmucić czytelnika, lecz, wręcz przeciwnie, pragnąłbym, by każdy, kto podziela moje przekonanie, że życia w całej złożoności nie da się ogarnąć, że nie jest ono tylko nieustannym używaniem, że zawsze pozostawia sprawy nie rozwiązane, przypomniał sobie dzięki opowieści o tym beztroskim tłumie masek, jak cenna jest każda nawet najdrobniejsza chwila radości.” (s. 449) – opis karnawału rzymskiego 1788.


Johann Wolfgang von Goethe (1749 - 1832) - najwybitniejszy niemiecki poeta i jeden z najbardziej znaczących w skali światowej, dramaturg, prozaik, uczony, polityk.
W 1775 osiadł w Weimarze, gdzie pozostał do końca życia. Autor głośnej powieści Cierpienia młodego Wertera (1774, wydanie polskie 1874). W pierwszym okresie weimarskim pisał liryki i ballady, jak Król olch, a także znane dramaty: Ifigenia w Taurydzie (1787, wydanie polskie 1833), Egmont (1787, wydanie polskie 1885), Torquato Tasso (1789, wydanie polskie 1861).Ostatnia dekada XVIII w. przyniosła rozkwit różnorakiej twórczości Goethego m.in.: satyryczny epos Lis przechera (1794, wydanie polskie 1877), ballady Uczeń czarnoksiężnika czy Poszukiwacz skarbów.
Kolejny okres twórczości Goethego to przede wszystkim praca nad dziełem życia , tragedią Faust (1806, wydanie polskie 1866), której część druga ukazała się w roku jego śmierci.
Źródło zdjęcia

Autor: Johann Wolfgang von Goethe
Tytuł oryginalny: Italienische Reise
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Podróże
Tłumacz: Henryk Krzeczkowski
Rok wydania: 1980
Liczba stron: 576


Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Besala Jerzy Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Borkowska Urszula Bowen Rhys Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Covey Sean Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnecka Renata Czarnyszewicz Florian Czwojdrak Bożena Dallas Sandra Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domagalski Dariusz Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drewniak Wojciech Drinkwater Carol Drucka Nadzieja Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Dyer Wayne Edwardson Ake Evans Richard Fabiani Bożena Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Filipowicz Wika Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fowler Karen Joy Frankl Viktor Franzen Jonathan Frayn Michael Fredro Aleksander Fryczkowska Anna Fønhus Mikkjel Gaskell Elizabeth Genow Magdalena Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Helsztyński Stanisław Hen Józef Herbert Zbigniew Hill Napoleon Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jahren Hope Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jurgała-Jureczka Joanna Jörgensdotter Anna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karlsson Elise Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kowecka Elżbieta Kościński Piotr Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kręt Helena Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Laurain Antoine Lehtonen Joel Loreau Dominique cytaty Lupton Rosamund Lurie Alison Maciejewska Beata Maciorowski Mirosław Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Małecki Jan McKeown Greg Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Mitchell David Mizielińscy Miłoszewski Zygmunt Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Myśliwski Wiesław Nair Preethi Naszkowski Zbigniew Nesbø Jo Nesser Hakan Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Orlińska Zuzanna Ossendowski Antoni Ferdynand Pająk-Puda Dorota Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pawlikowski Michał Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Przedpełska-Trzeciakowska Anna Puchalska Joanna Puzyńska Katarzyna Płatowa Wiktoria Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Sobolewska Justyna Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szalay David Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Weissensteiner Friedrich White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna de Blasi Marlena Ładyński Antonin Łapicka Zuzanna Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Żylińska Jadwiga
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...