czwartek, 27 lutego 2014

Joan Didion, Rzekobieg





Literatura amerykańska, zwłaszcza w swej popularnej odsłonie jest dostępna wszędzie. Jednak, jak każdy rodzaj literatury, ma różne oblicza. Wystarczy się dokładniej rozejrzeć, sięgnąć głębiej niż to, co powszechnie dostępne i okazuje się, że jest całkiem pokaźna grupa pisarzy z danego kraju, o których człowiek kompletnie nic nie słyszał, a których książki potrafią pozytywnie zaskoczyć. Takie było moje doświadczenie z Joan Didion i jej debiutancką, wydaną po raz pierwszy w 1963 r., książką „Rzekobieg”. Kupiłam ją dość przypadkowo na allegro na kanwie zainteresowania serią Klubu Interesującej Ksiżki, ale gdy zaczęłam ją czytać wydała mi się całkiem interesująca. Gdy sięgnęłam do zasobów wiedzy internetowej okazało się, że Joan Didion wydała całkiem sporo książek, które spotkały się z uznaniem krytyków, a w Polsce również kilka z nich się ukazało. 

Akcja „Rzekobiegu” rozciąga się w czasie od lat 30-tych XX wieku do końcówki lat 50-tych i koncentruje się wokół Lily Knight i Everett McClellana. Wywodzą się oni z rodzin wielkich posiadaczy ziemskich o wielkich tradycjach, których przodkowie byli jednymi z pierwszych zdobywców i osadników w Kalifornii. Pobierają się w bardzo młodym wieku, są lata 30- te, za chwilę rozpoczyna się wojna, na którą wyjeżdża Everett, a Lily zostaje sama wraz z podupadającym na zdrowiu teściem, dwójką małych dzieci i szwagierką. Lily i Everett są dziedzicami znacznych majątków i tradycji. Chcą sprostać oczekiwaniom i podtrzymać chwałę rodziny. Historia zabójstwa i samobójstwa, do których dochodzi w ich posiadłości stanowi pretekst do opowieści o chwale i upadku tradycji. Życie dwojga bohaterów, stanowiące kontynuację tradycji ich przodków naznaczone jest postępującym rozpadem wartości, degeneracją i stopniowym upadkiem. Stanowią oni coś w rodzaju kasty, której chwała przemija na ich oczach. Czy dorośli do tego, aby przejąć swoje dziedzictwo?

Książka zaczyna się ciekawie, duszna atmosfera zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i o relacje rodzinne jest oddana wiernie i namacalnie. Niemal czuje się gorąco oblepiające człowieka zewsząd, duszny klimat obowiązków wynikających z tradycji. Jesteśmy z bohaterami, topimy się razem z nimi w gorącu, próbujemy zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość lat 30-tych u potomków arystokracji tych terenów. Atmosfera pionierskiego zdobycia Kalifornii i ujarzmienia nieprzyjaznej, spalonej słońcem ziemi jest oddana naprawdę świetnie. Jednak sam klimat i atmosfera to nie wszystko. Konieczni są jeszcze pełnokrwiści bohaterowie, którzy są w stanie przykuć uwagę czytelnika, a tego niestety tej książce brakuje.
 
Lily to jedna z najbardziej bezpłciowych i bezbarwnych bohaterek, z jakimi się zetknęłam. Taka typowa „chorągiewka na wietrze”, co to wyszła za mąż, bo „tak wyszło”, dziećmi się nie zajmuje, bo ma nianię, śpi z jednym czy drugim kochankiem, bo okoliczności sprzyjały… Sprawia ona wrażenie kompletnie bezwolnej, uzależnionej od woli innych, obdarzonych większym zdecydowaniem. Jedyna decyzja, jaką podjęła na własny rachunek sprowadziła nieszczęście na nią i jej rodzinę. Jej mąż również nie ma w sobie rysu charakteru przyciągającego uwagę. To wydało mi się wadą tej książki, gdyż bohaterowie nie budzą żadnych emocji. Po przemyśleniu, uznałam jednak, że mógł być to świadomy zabieg autorki, która chciała pokazać, jak trudno sprostać oczekiwaniom i tradycjom rodzinnym, gdy nie jest się tak doskonałym, jak pragnęliby ich przodkowie. Przyznać jednak muszę, że ten brak charyzmy obojga głównych bohaterów działał na mnie nieco deprymująco. Jedyną osobą „z ikrą”, która sprawia wrażenie, że czegoś od życia oczekuje i stara się o to walczyć (przynajmniej do pewnego momentu) jest siostra Everetta - Marta. Pewien charakter ma również jej były chłopak, Ryan Channing, którego osoba w dużym stopniu przyczyni się do rodzinnej tragedii.

"I doszła do wniosku, że jeżeli ona [Lily], Everett i Ryder mają ze sobą coś wspólnego, to chyba tylko to, że żadne z nich nie umie się na nic zdecydować, że są dotknięci niemożnością zapominania przeszłości." (s. 193)

Elementem utrudniającym odbiór książki był niewątpliwie fakt, że ja nie czuję tej amerykańskiej pionierskiej tradycji zdobywców, co siłą rzeczy powoduje, że zapewne nie wyłapałam wielu niuansów, odniesień i symboli zawartych w tekście. Pewnym pocieszeniem dla moich niejednoznacznych odczuć co do wartości tej książki jest opinia samej autorki, która po latach stwierdziła, że zbyt idealistycznie odniosła się do tradycji pionierskiego osadnictwa w Kalifornii i uznała przekaz książki za fałszywy. Pomijając bezbarwnych bohaterów, o czym wspominałam wyżej, uznaję jednak „Rzekobieg” za książkę dobrą – właśnie za klimat senności, schyłku i upadku. Umiejętność wykreowania tej dusznej atmosfery świadczy o talencie Joan Didion. Stara dobra Kalifornia ze swoją przeszłością pełną chwały jawi się nam niby raj. Potomkowie tej kasty pionierów muszą zmierzyć się ze zmianami na gorsze, czy sami nie dorastają do wyzwań nowej epoki? 

Jeśli chcecie zanurzyć się w przeszłość i tradycje dawnej, niemal mitologicznej Kalifornii i poznać duszną atmosferę upadku i rozpadu świata tradycyjnych wartości, gdy nowe czasy kreują nowych bohaterów, to warto zwrócić uwagę na tę niepozorną książkę.


Książkę przeczytałam w ramach następujących wyzwań:

Czytamy serie wydawnicze
Book-trotter
Lata 20-te, lata 30-te




Joan Didion (ur. 1934) – amerykańska pisarka I dziennikarka. W Polsce przetłumaczono pięć książek jej autorstwa. Za „Rok magicznego życia” (2005), w którym opowiedziała o śmierci męża i ciężkiej chorobie córki, otrzymała National Book Award. Źródło zdjęcia





 

Autor: Joan Didion

Tytuł oryginalny: Run river
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumacz: Mira Michałowska
Rok wydania: 1987
Liczba stron: 206


wtorek, 25 lutego 2014

Sándor Márai, W podróży





„Gdy człowiek w końcu zrozumie, że w życiu naprawdę ciekawe jest tylko to, co ukryte za kulisami, godzina między czwartą a piątą nad ranem w Wenecji całkowicie mu wystarcza, a kiedy mieszkańcy i turyści zaczynają się budzić, rusza w dalszą drogę albo kładzie się spać.” (s. 105)

Sándor Márai to pisarz, którego mam ochotę poznać bliżej. Jego "Dzienniki" czekają na wolniejszą chwilę i spokojniejszy umysł, a tymczasem pierwszeństwo uzyskał zbiorek felietonów podróżniczych wydany w kultowej serii Fundacji Zeszytów Literackich.  "W podróży" wydawało mi się dobrym wyborem na początku roku, kiedy podczas wietrznej i deszczowej pogody, jaka królowała za oknami na początku stycznia, można było się przenieść w inne czasy i miejsca. Wydawnictwo to oparte zostało na materiałach opublikowanych w różnych zbiorach felietonów Máraia, a wszystkie teksty pochodzą z okresu międzywojennego za wyjątkiem jednego materiału opublikowanego już w czasie wojny, w 1941 r. 

Jego felietony z licznych podróży, jakie odbył przed II wojną Światową były przeznaczone dla gazet, których korespondentem był młody Márai. Najwcześniejsze teksty pisał młodzieniec dwudziestokilkuletni, a jego spostrzegawczość i intuicja robią duże wrażenie na czytelniku. Krótka forma tych tekstów zawiera bogactwo treści i ciekawych przemyśleń dotyczących i „tu i teraz”, i głębszych obserwacji, choćby tych dotyczących jakości współczesnego pisarzowi podróżowania. Márai konstatuje z dojmującym smutkiem i pewną rezygnacją zmiany na niekorzyść jakie zaszły w tradycji i procesie podróżowania.

„Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Podróżujemy wygodnie, bardzo szybko i na wielką skalę. W ciągu dziesięciu godzin przelatujemy z Pesztu do Helsinek. A pocztówka, którą wysyłamy do kraju ze stolicy Finlandii, Londynu czy Rzymu, najczęściej przychodzi później niż my, niespokojni wędrowcy. Mój krewniak przed stu laty jechał przez świat powoli, ale coś widział. Każda rzecz była dla niego nowością, nawet Wenus z Milo i cesarz Ferdynand. Dla nas wszystko jest takie, jakbyśmy już to widzieli – może w jakimś prospekcie? – a błyskawiczne wojaże odbywali właściwie tylko dla sprawdzenia. Tak, wszystko jest na swoim miejscu, rzeźby Thorvaldsena, szczyt Jungfrau, pomnik Ibsena w Oslo i parlament angielski. W porządku, możemy wracać do domu. Świat mieści się w aparacie Kodaka, wspomnienia przesuwają się jak klatki filmu, wszystko jest niewyraźne i zlewa się ze sobą, a wspomnienia z podróży kurczą się do rozmiarów hasła. Podróżny sprzed stu lat jeszcze marzył o świecie jak o trudnym i zarazem wspaniałym przeżyciu, o Petofim i o angielskim parlamencie. Ja dziś zazdroszczę mu tych marzeń.” 1938 (strony 90-91)


Teksty te są w większości zapisem chwili takiej, jaką widział ją Márai. Wielu postronnym obserwatorom sytuacje, które opisywał w swoich zapiskach węgierski pisarz, wydawałyby się nieciekawe i nudne, a na pewno niewarte wzmianki. Jednak dzięki jego umiejętności przeniesienia swoich emocji i intuicji potrafił z tych nic nie znaczących gestów, zachowań stworzyć mikroarcydzieła świadczące o kruchości czasów mu współczesnych, ich pewnej tymczasowości i pulsującego podskórnie niepokoju. Márai przyglądając się światu był w stanie dostrzec bardzo dużo. W drgnieniach, niuansach widzi zapowiedź zmian, pod kolorową powłoką dostrzega szary, często niepokojący obraz ukrytej prawdy.

„Poddałem się ludziom i tak naprawdę tylko oni mnie interesują, pejzaże, egzotyka opadają ze mnie jak liście, sklepik piekarza z Palermo bardziej mnie niepokoi niż tamtejsze muzeum, a tych kilka osób, które sobie wybrałem i chciałbym odkryć, zbadać i poznać, zajmuje mnie daleko bardziej niż kontynenty i cały świat.” 1933 (strony 74-75)

Jednym z bardziej przejmujących tekstów jest relacja ze zjazdu NSDAP w 1933 r., w którym uczestniczy Márai. Jego opis wydarzeń i zachowań zgromadzonych budzi głęboki niepokój. Ciekawe są również felietony dotyczące jego podróży po Bliskim Wschodzie. One również sugerują, że pod powłoką grzeczności i europejskiego obycia prawdziwa natura tamtejszych mieszkańców jest głęboko ukryta. Z tej właśnie podróży pochodzi opis jednego z najoryginalniejszych pomników, o jakim słyszałam. :)

"W starożytności prokonsulowie wiele kradli i dlatego co jakiś czas trzeba było ich zmieniać. Magistrat Leptis Magna ustawił więc na placu głównym pomnik prokonsula bez głowy i rąk; kiedy prokonsul już się dostatecznie nakradł i na jego miejsce przysyłano nowego, po prostu odkręcano od korpusu głowę i ręce odwołanego, a w ich miejsce przykręcano odpowiednie części ciała nowego dostojnika. Samego zaś korpusu nie trzeba było nigdy zmieniać i dzięki temu pomysłowemu systemowi miasto uzyskało niemałe oszczędności." (s. 85)

 
Na uwagę zasługuje również posłowie Teresy Worowskiej, która również przetłumaczyła teksty zawarte w tym tomiku. Z dużym znawstwem przedstawia nam świat wewnętrzny Máraia, jego dylematy i koleje życia, które miały swój wpływ na wymowę felietonów. Dla czytelnika nieobeznanego z twórczością Máraia jest to nieoceniona pomoc i wskazówka. 

Sándor Márai to pisarz operujący pięknym literackim językiem. Jego porównania i opinie utrzymane są w tonie spokojnym i wyważonym, frazy pozornie leniwie toczą się naprzód, a ten język nas czaruje nie tylko elegancją stylu, ale głęboką prawdą życiową. Język to jednak tylko jedna z wielu zalet pisarstwa Máraia. Wiele z jego fraz, zdań, opinii to niemal gotowe ponadczasowe sentencje. Nastrój, jaki stwarza Márai jest magiczny również dla współczesnego czytelnika. Czuję się zresztą trochę niezręcznie pisząc o tej książce. Moje zachęty wydają mi się zgrubne i pokraczne, gdyż mam przekonanie, że zamiast czytać tę notkę, z której ciągle jestem niezadowolona, lepiej sięgnąć po felietony Máraia. Jeśli cenicie sobie elegancję frazy i kulturę słowa z przyjemnością przeczytacie te teksty emanujące wrażliwością na szczegół, drgnienie, które z wielką intuicją przekazuje nam zapowiedzi zmian, które nadchodzą nieubłaganie kładąc kres opisywanemu przez Máraia świata. I choć epoka ta przeminęła bezpowrotnie, ta książka pozwoli odkryć ją na nowo i … zatęsknić. 




Sándor Márai (1900–1989), węgierski prozaik, publicysta, felietonista Radia Wolna Europa. Na język polski przetłumaczono m.in. jego "Żar", "Wyznania patrycjusza", "Ziemię! Ziemię!", "Zbuntowanych", "Zazdrosnych", a także "Dziennik" prowadzony w latach 1943–89.

Źródło zdjęcia






Autor: Sándor Márai
Tytuł oryginalny: Podstawą tłumaczenia tekstów były następujące wydania - A negy evszak, Tajak varosok, emberek, Musoron kivul, Kitepett noteszlapok, Vasarnapi kronika, Az irastudo
Wydawnictwo: Zeszyty Literackie
Seria: Podróże

Tłumacz: Teresa Worowska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 208

niedziela, 23 lutego 2014

Ulotne chwile (85)



Foyer Opery Lwowskiej
Zdjęcie własne

 
Dzisiejsze zdjęcie dedykuję Guciamal,
która zaraża nas umiłowaniem rzeczy pięknych, a zwłaszcza opery i musicali :)
 

sobota, 22 lutego 2014

Ingeborg Bachmann o czytaniu


Ingeborg Bachmann (1926-73)
Źródło zdjęcia

 

Ingeborg Bachmann, "Malina"
Czytelnik, 1980


„(…) i dzisiejszej nocy rozglądam się w bibliotece wśród moich książek, nie ma między nimi książek kucharskich, muszę natychmiast jakąś kupić, jakie to absurdalne, bo co ja dotychczas czytałam, na co mi się to teraz przydaje, skoro nie mogę tego użyć dla Ivana. Czytałam „Krytykę czystego rozumu”, w blasku 60 watów przy Beatrixgasse, Locke’a, Leibniza i Hume’a, w mrokach Biblioteki Narodowej przy małych lampkach dawałam się bałamucić wszelkim pojęciom z wszelkich epok, od przedsokratyków po „Byt i niebyt”, Kafkę, Rimbauda i Blake’a czytałam przy 25 watach w paryskim hotelu, Freuda, Adlera i Junga przy 360 watach na opustoszałej berlińskiej ulicy, przy akonpaniamencie cichych obrotów szopenowskich etiud, płomienną mowę o wywłaszczeniu własności duchowej studiowałam na plaży pod Genuą, papier był pełen słonych plam i powyginany od słońca, w trzy tygodnie przeczytałam „Komedię ludzką” przy dość wysokiej gorączce, osłabiona antybiotykami, w Klagenfurcie, Prousta czytałam w Monachium do brzasku, aż dekarze wdarli się do pokoiku na mansardzie, czytałam francuskich moralistów i wiedeńskich logików, w opadających pończochach, pod trzydzieści francuskich papierosów dziennie czytałam wszystko, od „De rerum natura” po „Le culte de raison”, chwytałam się za wiersze i filozofię, medycynę i psychologię, w zakładzie dla obłąkanych w Steinhof pracowałam nad anemnezami schizofreników i cierpiących na manie depresyjne, w Auditorium Maximum pisałam skrypty przy ledwie 6 stopniach ciepła, a przy 38 stopniach w cieniu wciąż jeszcze robiłam notatki de mundo, de mente, de moto, po myciu głowy czytałam Marksa i Engelsa, a w zupełnym upojeniu W.I. Lenina, ze wzburzeniem i w pośpiechu czytałam gazety, gazety, gazety, czytałam gazety już jako dziecko, przy piecu, przy rozpalaniu ognia, gazety, czasopisma i kieszonkowce czytałam wszędzie, na wszystkich dworcach, we wszystkich pociągach, w tramwajach, autobusach, samolotach, czytałam wszystko o wszystkim, w czterech językach, fortiter, fortiter, i rozumiałam wszystko, co miałam do przeczytania, a uwolniona na godzinę od wszystkiego, co przeczytałam, kładę się obok Ivana i mówię: Tę książkę, której jeszcze nie ma, napiszę dla ciebie, jeśli naprawdę chcesz. Ale musisz chcieć naprawdę, chcieć, żebym to zrobiła, a ja nigdy nie będę żądać, żebyś ją przeczytał. 

Ivan mówi: Miejmy nadzieję, że będzie to książka z dobrym zakończeniem.
Miejmy nadzieję.” (strony 85-86)

 

środa, 19 lutego 2014

Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, Dziennik Franciszki Krasińskiej





Klementyna z Tańskich Hoffmanowa to polska pisarka pierwszej połowy XIX wieku. Jej działalność była ukierunkowana na pisanie książek dla dzieci i młodzieży sprzyjające właściwemu wychowaniu i edukacji. We wczesnej młodości trafiła na kilka lat pod opiekę Anieli ze Świdzińskich Szymanowskiej, która otoczyła ją miłością i do której się przywiązała. Zaciekawiła ją historia matki chrzestnej i ciotki jej dobrodziejki, Franciszki Krasińskiej (1742 - 96).






Była to dama pochodząca z szacownej polskiej rodziny z tradycjami, która podczas pobytu na pensji w Warszawie, oczarowała księcia Karola, syna króla Augusta III. I właśnie historia Franciszki, która rozpoczyna się w maleszowskim zamku, rodowej siedzibie rodziców Franciszki i jej trzech sióstr znajduje swoje odzwierciedlenie w „Dzienniku Franciszki Krasińskiej” będącym próbą oddania stanu uczuć zakochanej w księciu panny z dobrego domu w czasach saskich. Źródło zdjęcia



"Dziś właśnie Nowy Rok i poniedziałek [1 stycznia 1759 r.], wyborna pora do zaczęcia porządnie jakowej rzeczy; już tydzień jak ją w umyśle układam, trzeba raz z nią wystąpić; zaczynam więc: mam czas wolny, nabożeństwo odbyte rano, pacierze pozostałe odmówię na nieszporach; jużem ubrana i ufryzowana; właśnie dziesiąta bije na zamkowym zegarze, dwie godziny mamy jeszcze do obiadu - napiszę dziś, co tylko wiem o sobie, o rodzinie mojej, o domu naszym, o Rzeczypospolitej, a potem pisać będę kolejno, cokolwiek nam wszystkim ciekawego się zdarzy." (strony 5-6)


 
To początkowy fragment „Dziennika …”, zbeletryzowanej próby odtworzenia historii romansu bohaterki z księciem Karolem (1733 - 96), synem Augusta III, króla polskiego i elektora saskiego, który wzburzył ówczesne elity. Dziennik rozpoczyna się w momencie, gdy 16-letnia Franciszka, mieszkająca wraz z rodzicami i trzema siostrami w maleszowskim zamku, postanawia regularnie prowadzić dziennik, aby uwiecznić wydarzenia, których jest świadkiem. Szybko się okazuje, że ma całkiem sporo do zapisywania, gdyż jej starsza, ukochana siostra Basia, zaręcza się i w zapusty wychodzi za mąż za pana Świdzińskiego. Możemy śledzić ówczesne obyczaje związane z tradycyjnym, pobłogosławionym przez rodziców ślubem. Możemy towarzyszyć siostrom Krasińskim podczas szykowania wyprawy dla Basi, zapustów, staropolskiego wesela z obowiązkowymi oczepinami. Ba, jesteśmy nawet świadkami odrzucenia jednego z konkurentów Franciszki poprzez podanie mu „czarnej polewki”. Źródło zdjęcia

Po ślubie siostry Franciszka wyjeżdża do Warszawy na pensję, a po jej ukończeniu przebywa pod opieką wujostwa Lubomirskich, właścicieli rezydencji w Warszawie oraz pałacu w Opolu Lubelskim. Aktywnie uczestniczy w życiu towarzyskim Warszawy epoki saskiej i to właśnie w stolicy zauważa ją książę Karol, królewski syn. Dalszy ciąg tej historii pozornie jest szczęśliwy, gdyż królewicz – nie mogąc oprzeć się uczuciu do Franciszki – poślubia ją, ale ceremonia jest tajna, gdyż królewicz obawia się reakcji ojca. Losy Franciszki nie układają się tak, jak to sobie wyobrażała. Jej małżeństwo zawarte w ukryciu, pod nieobecność rodziny stanowi rażący kontrast do tradycyjnej, barwnej i pełnej radości ceremonii zaślubin Basi Krasińskiej, co napawa naszą bohaterkę zrozumiałym smutkiem. Związek Franciszki z Karolem pełen był wzlotów i upadków, życie nie szczędziło jej goryczy i upokorzeń. Po wielu perypetiach, dzięki sile swojego charakteru i uporowi królewiczowa zdołała osiągnąć równowagę wewnętrzną i choć mieszkała z dala od Polski często korespondowała ze swoimi bliskimi udzielając im życzliwych porad i niosąc im pociechę w trudnych chwilach.

„Dziennik Franciszki Krasińskiej” jest bezpretensjonalną opowieścią z morałem dla ówczesnych dziewcząt, stanowi też udaną próbę oddania psychologii postaci. Czyta się tę książkę z dużą przyjemnością również i dziś mimo staropolskiego słownictwa upstrzonego szeregiem nazw kompletnie nieznanych współczesnemu czytelnikowi bądź używanych obecnie w zupełnie innym znaczeniu. Na szczęście na dole strony co trudniejsze zwroty i wyrazy są wyjaśnione. Mimo archaicznego słownictwa i historii o charakterze romansowym, opowieść o Franciszce mnie nie nużyła, a wszelkie uproszczenia czy niedzisiejsze dylematy pensjonarki równoważył wdzięk i urok głównej bohaterki.

Przykładem typowego archaizmu, ale będącego świadectwem epoki, może być choćby stosunek Franciszki do rodziców, których konsekwentnie nazywa Państwem, a jeśli pojawiają się w opowieści osobno, to określa ich jako Imć Dobrodzieja lub Imć Dobrodziejkę. Bardzo precyzyjnie opisane są również w książce suknie z połowy XVIII wieku, co może być ciekawe dla osób interesujących się historią mody, a zwłaszcza dla dziewczyn prowadzących blogi kostiumologiczne. :)

Franciszka doczekała się w końcu uznania jako prawowita - choć morganatyczna - małżonka Karola. Było to jednak możliwe dopiero po wielu latach naznaczonych cierpieniem i upokorzeniami. Ze związku tego królewiczostwo doczekali się jedynej córki - Marii Krystyny Albertyny, która poślubiwszy księcia Karola Emanuela, księcia Sabaudii i Carignano, była babką późniejszego króla zjednoczonych Włoch Wiktora Emanuela. Franciszka zmarła w 1796 r., a jej życiem i historią miłosną zainteresowała się Klementyna z Tańskich Hoffmanowa. Przyznać trzeba, że pisarka bardzo wdzięcznie i z talentem upamiętniła sławną ciotkę swojej opiekunki, a „Dzienniki…” były tak dobrze napisane, że we Włoszech, gdzie mieszkała córka Franciszki i jej potomkowie, uznano tę książkę za autentyczne dzienniki matki księżnej Sabaudii. To chyba najwyższy wyraz uznania dla umiejętności pisarki, która starała się oddać dziewczęce rozterki polskiej arystokratki, zbyt niskiego jednak rodu, by mogło ziścić się małżeństwo z królewskim synem, który ostatecznie nie osiągnął ani tronu polskiego, ani księstwa kurlandzkiego.

Muszę przyznać, że z wielką przyjemnością przeczytałam tę książkę. Dzięki talentowi Klementyny Hofmanowej możemy śledzić rozterki Franciszki, poznać świat, w którym się obracała, tradycje szlacheckie epoki saskiej. To świat, którego już dawno nie ma, ale warto weń się zagłębić, poznać bliżej, aby mieć świadomość naszych tradycji, które obecnie już właściwie zanikły. Ta książka nie powinna zawieść tych, którzy lubią historię i chcieliby poznać dzieje jednego z najgłośniejszych romansów przedrozbiorowej Polski.


 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Trójka e-pik



P.S. Ciekawy materiał z sesji naukowej z 2012 r. poświęconej rodowi Krasińskich, ze szczególnym uwzględnieniem Franciszki Krasińskiej, "zapomnianej królewiczowej" znajdziecie tu.



Klementyna z Tańskich Hoffmanowa (1798 - 1845) - polska pisarka i pedagog. Jedna z pierwszych polskich pisarek dla dzieci i młodzieży. Była twórczynią pierwszego polskiego czasopisma dla dzieci pt. "Rozrywki dla dzieci" (1824-28). Od 1827 r. była wizytatorką wszystkich żeńskich zakładów naukowych. Zajęła się również pisaniem powieści o tematyce historycznej - "Listy Elżbiety Rzeczyckiej" (1824) i "Dziennik Franciszki Krasińskiej w ostatnich latach Augusta III pisany" ( 1825). Po upadku powstania listopadowego w obawie przed aresztowaniem wyjeżdża razem z mężem do Drezna, a potem na stałe do Paryża. Tutaj pisarka zakłada pensjonat dla dziewcząt polskich i pisze dla nich "Historię powszechną" , "Encyklopedię podręczną czyli zbiór ciekawych wiadomości dla panien" , "Karolinę"(1839) i "Krystynę"(1841). Źródło zdjęcia



Autor: Klementyna z Tańskich Hoffmanowa
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 1976
Liczba stron: 186


poniedziałek, 17 lutego 2014

Gunnar Gunnarsson, Czarne ptaki



"Ratunek lub zguba nie przychodzą z zewnątrz, ratunek i zgubę nosisz w sobie. To twoja odpowiedzialność przed Bogiem" (s. 157)

Eksplorując Serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich po raz pierwszy sięgnęłam po książkę autora rodem z Islandii. Fakt, że Gunnarsson pisał głównie w języku duńskim nie zmienia faktu, że był wybitnym przedstawicielem literatury islandzkiej, który kilkakrotnie otarł się o nagrodę Nobla. Nie muszę chyba dodawać, że jego nazwisko było mi kompletnie nieznane?

„Czarne ptaki” to posępna opowieść o zabójstwie i sprawiedliwości, o winie i karze osadzona w 1 połowie XIX wieku w Islandii. Wydarzenia są opisane z perspektywy Eiulvura kapłana odludnej parafii, w granicach której doszło do dwóch tajemniczych zgonów. Uczestniczy on w wydarzeniach i śledztwie mającym na celu wyjaśnić tę zagadkę raczej mimowolnie. Sam nie jest postacią kryształową. Nieobca mu jest zazdrość czy egoizm, o czym możemy się przekonać, zwłaszcza na początku książki.
 
Na jednej z farm dochodzi do dwóch tajemniczych śmierci: męża jednej z dwóch kobiet i żony jednego z dwóch mężczyzn... Śledztwo mające na celu wyjaśnienie przyczyn i przebiegu wydarzeń jest główną osią narracyjną książki. Nie jest przypadkiem, że „Czarne ptaki” nieuchronnie kojarzą się ze „Zbrodnią i karą”. Mordercy nie budzą grozy, można ich nawet określić mianem naiwnych, gdy wierzą, że zbrodnia przyniesie im szczęście, że pozwoli być razem. A przecież zbrodnia jest zbrodnią i kara jest nieunikniona. Zapis przesłuchań świadków i oskarżonych ujawnia okoliczności śmierci oraz atmosferę na farmie, ale nikt nie dysponuje dowodem zbrodni. I tu jest potrzebny ktoś, kto wydobędzie prawdę z oskarżonych, gdyż sędzia Scheving, któremu przypadło osądzenie podejrzanych, jest niezachwiany w swoim przekonaniu o ich winie. Dużą rolę w ujawnieniu prawdy odegrał właśnie Eiulvur. Opisując te wydarzenia po piętnastu latach, kiedy został dotknięty osobistą tragedią, sam nie jest pewien, dlaczego podjął działania w tej sprawie. Cały czas rozważa i rozpamiętuje przebieg wydarzeń i ich znaczenie w swoim życiu. Zdaje się obojętny, a jednak sprawia wrażenie, jakby wyrzucał sobie swój udział w sprawie. 

„Surowość” – to słowo przychodzi na myśl, gdy czyta się tę książkę. Surowe prawa, surowa kara, surowi sędziowie, surowa aura… Surowość i twardość zdominowała życie ludzi w tych trudnych warunkach. Te okoliczności są tak bezlitosne, że nawet śmierć piątki dzieci, do której dochodzi w krótkim odstępie czasu, wydaje się nie wywierać specjalnego wrażenia na ludziach, którzy żyją w odosobnionych, rozrzuconych na sporym terytorium farmach.

Proces dochodzenia do prawdy przedstawiony przez Gunnarssona przypominał mi nieco odwrócony proces dedukcji w filmie „12 gniewnych ludzi”. Tam, na skutek wątpliwości jednego z ławników i jego determinacji w dążeniu do prawdy przeprowadzono proces dedukcji uwalniający niewinnego człowieka od zarzutu popełnienia zbrodni mimo obciążających go poszlak. W „Czarnych ptakach” początkowo wydaje się, że do morderstwa nie doszło, a wszelkie plotki to skutek „złych języków”. A jednak, bezlitosna determinacja sędziego Schveringa, nie wahającego się użyć żadnego z dostępnych mu środków i przeświadczenie oskarżyciela o winie oskarżonych doprowadzają do wyjaśnienia zagadki dwóch zgonów.

Można tę książkę potraktować jako nieco ponury kryminał, niejako zapowiedź święcącego obecnie triumfy „skandynawskiego kryminału”, ale ta książka jest bardziej uniwersalna. Jest to swoisty moralitet zadający pytania, mnożący wątpliwości, zgłębiający jakość zasad etycznych człowieka, problem winy i kary, filozofii życia, jakości związków międzyludzkich w protestanckim uniwersum. Powikłania moralne bohaterów są ponadczasowe i warto się z nimi zmierzyć. Czy obowiązują nas powszechne zasady moralne? Czy prawda zawsze wyzwala? Czy morderstwo można usprawiedliwić? A czy można zgrzeszyć nadmierną łagodnością i pobłażaniem? Ciekawie tę kwestię moralności w protestantyzmie omawia w przedmowie Witold Nawrocki naświetlając jednocześnie historię literatury islandzkiej oraz sylwetkę Gunnara Gunnarssona.
 


Książka, mimo swojego ponurego i surowego nastroju, smutku, który mnie ogarniał w miarę lektury, ma w sobie jakąś siłę przyciągania, która sprawiła, że zaangażowałam się w losy bohaterów, śledziłam ich racje i poglądy. Nasze czasy przecież nie należą do najłatwiejszych, jeśli chodzi o ład i porządek moralny otaczającej nas rzeczywistości, co sprawia, że takie ponadczasowe opowieści znajdują odzew u współczesnych czytelników.  

„Czarne ptaki” to kolejny ciekawy przykład literatury skandynawskiej i kolejna udana pozycja z Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego, która jest moim małym odkryciem literackim ostatnich miesięcy i którą nieodmiennie polecam. Ciekawostką jest fakt, że książka została przetłumaczona przez Leopolda Staffa. Ciekawa jestem, skąd u naszego wybitnego poety tak dogłębna znajomość języka duńskiego.

 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:



Gunnar Gunnarsson (1889 - 1975) - powieściopisarz, dramaturg i liryk islandzki. Pochodził z rodziny chłopskiej. W wielu 18 lat wyjechał do Danii, gdzie przebywał w latach 1907-39. Większość swoich utworów napisał po duńsku, dopiero pod koniec życia zaczął pisać po islandzku. Jego najsłynniejszymi dziełami były powieści "Ludzie z Borg" oraz "Czarne ptaki" (1929). Gunnarsson był nominowany do literackiej nagrody Nobla w 1918, 1921 i 1922 r. Swoją posiadłość w Skriðuklaustur zapisał państwu i obecnie mieści się tam Instytut Gunnara Gunnarssona wspierający młodych islandzkich twórców.


Źródło zdjęcia



Autor: Gunnar Gunnarsson
Tytuł oryginalny: Svartfugl
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Tłumacz: Leopold Staff
Rok wydania: 1974
Liczba stron: 208


niedziela, 16 lutego 2014

sobota, 15 lutego 2014

Ranking na sobotę :)


Blog jest książkowy, ale formuła notatnika dopuszcza wyjątki, a sobota ma swoje prawa. :) Znalazłam niedawno na stronie CNN żartobliwy w założeniu ranking najbrzydszych pomników świata i postanowiłam się z Wami nim podzielić. Życie dopisało puentę do tego zestawienia. Jak się okazało, umieszczenie na liście pomnika z Brześcia spowodowało protesty ze strony Białorusi i Rosji, co spowodowało wycofanie tego zestawienia ze stron internetowych CNN i opublikowanie przeprosin i wyjaśnienia sytuacji. Tu możecie poznać opinię strony rosyjskiej. 

Każde zestawienie jest subiektywne i wydaje mi się, że nasze opinie wcale nie muszą się pokrywać z dokonanym przez współpracownika amerykańskiej stacji wyborem, który - jak się okazało - nie był wcale taki żartobliwy...

Ponieważ jednak wcześniej zapisałam sobie listę pomników i skopiowałam ich zdjęcia, postanowiłam jednak Wam je przedstawić, choć dowcip się CNN nie udał...


Rozsiane po całej dawnej Jugosławii pomniki w miejscach bitew II wojny światowej.
Dość dziwne, ale chyba można znaleźć gorsze...

Umieszczenie tego pomnika na liście wzbudziło największe kontrowersje, które ostatecznie skłoniły CNN do skasowania strony z rankingiem. Pomnik upamiętnia obronę Brześcia i zwycięstwo w II wojnie światowej. 

"Rozmowa z Oscarem Wilde'm" w Londynie


Pomnik afrykańskiego odrodzenia, Senegal

Pomnik będący odzwierciedleniem Stonehenge, upamiętniający ofiary I wojny światowej, Maryhill, Washington, USA

Pomnik ku czci ofiar zamachów terrorystycznych 11.09.2001 w Bayonne Harbor, New Jersey, USA
Ma przypominać łzę...

Statua Martina Luthera Kinga na moście w Toledo, Ohio, USA...

Pomnik bł. Jana Pawła II w Rzymie

Pomnik poświęcony robotnikom Korei Północnej, aczkolwiek wśród narzędzi jest również pędzel, który może sygnalizować uwzględnienie braci artystycznej w rzeszy robotników...

Pomnik Neutralności, Aszchabad, Turkmenistan

Pomnik Michaela Jacksona w Londynie

Czy znacie jakieś nieudane przykłady sztuki rzeźbiarskiej, które nadawałyby się do takiego zestawienia? Mnie udało się wygrzebać jeszcze dwa przykłady pomników, których wartość artystyczna, w moim przekonaniu, jest wysoce wątpliwa...

Pomnik wzniesiony przec mieszkańców Enterprise w Alabamie na cześć kwieciaka bawełnianego,
szkodnika bawełny... Źródło zdjęcia
Pomnik kciuka, La Defence, Paryż
Źródło zdjęcia

Miłego weekendu!

czwartek, 13 lutego 2014

Aleksandra Marinina, Cudza maska




 Kryminały Marininy albo się lubi, albo nie. Nie ukrywam, że ja je lubię, głównie za pokazywanie pod osłoną intrygi kryminalnej, prawdziwego obrazu Rosji (głównie Moskwy) lat 90-tych. Rozumiem pod tym sformułowaniem pokazanie kraju ogromnych dysproporcji, kombinatorstwa i cwaniactwa, gdzie uczciwość raczej nie popłaca. Polubiłam też główną bohaterkę Nastię za jej analityczny umysł i nieprzeciętne zdolności. Jest też ona jedną z nielicznych kobiet na kartach książki Marininy, którą można uznać za równą mężczyznom, którzy w świecie kryminałów Marininy dominują niemal wszędzie. Pozycja kobiety jest doceniana tylko wtedy, gdy jest piękna, niezbyt lotna i uległa lub gdy ogranicza swoje ambicje do pilnowania porządku w domu. Generalizuję oczywiście, ale po przeczytaniu paru kryminałów Autorki widzę, że takie instrumentalne podejście do roli kobiety w Rosji nie może być przypadkiem.

„Cudza maska” to jedenasty tom przygód Kamieńskiej (na szczęście, ostatnio wydawnictwo zaczęło wydawać kryminały Marininej we właściwej kolejności). Akcja koncentruje się wokół zabójstwa niezwykle popularnego pisarza romansów Leonida Paraskiewicza. Okoliczności morderstwa nie rokują dobrze i wiele wskazuje na to, że będzie to zagadka nie do rozwiązania. Poznajemy sytuację rodziny Paraskiewiczów, gdzie trwa konflikt między matką zabitego pisarza a jego żoną. W tle pojawiają się rozgrywki na rynku wydawniczym, układy, machlojki i powiązania, jakie dominują w tym środowisku, a które Autorka zna przecież na wylot. 

W tym samym czasie żona wpływowego biznesmena skazanego za umyślne zabójstwo zwraca się do Stasowa, emerytowanego milicjanta znanego już nam z wcześniejszych tomów, aby znalazł dowody niewinności małżonka. Biznesmen, mimo nie budzących wątpliwości dowodów, twierdzi nieustępliwie, że jest niewinny. Stasow po drobiazgowym sprawdzeniu okoliczności obciążających jego klienta zauważa jeden jedyny szczegół, który się nie zgadza…

Obserwujemy również codzienność małżeństwa Bieriozinów. On, poseł Dumy, ubiegający się o reelekcję oraz jego małżonka, powracająca do domu po wypadku samochodowym. Od początku wiadomo, że ten obraz nie jest do końca prawdziwy, bo coś tu się nie zgadza. 

Te trzy odrębne wątki, które przez dość długi czas biegną oddzielnie, dopiero po pewnym czasie zaczynają się zazębiać... Intryga wymyślona przez Marininę jest naprawdę skomplikowana. Aby ją rozwiązać trzeba poszukać powiązań w dość dalekiej przeszłości, spleść wszystkie wymykające się nitki razem. Wydaje mi się, że opisana jest tu zagadka z gatunku „nie do rozwiązania” dla czytelnika. Dopiero na ostatnich stronach wszystko się wyjaśnia i przyznać należy, że pomysł Autorki był naprawdę przedni, mocno "zakombinowany", ale uzasadniony, podparty ludzkimi przywarami spotykanymi zawsze i wszędzie. 

Nastia w tej książce jest „słomianą wdową” pozbawioną troskliwej opieki męża, który wyprowadził się na tydzień, aby dopilnować przygotowania sprawozdania rocznego swojego instytutu. Siłą rzeczy nasza bohaterka jest więc skazana na jedzenie mało wartościowych posiłków, brakuje jej wsparcia męża i w pełni koncentruje się na prowadzonej sprawie.

Muszę przyznać, że początek książki mnie nieco zdegustował, a nawet wprawił w lekkie zdenerwowanie. Autorka rozpoczyna bowiem książkę dialogiem wysokiego oficera milicji z obrońcą praw człowieka w studiu telewizyjnym, podczas której oficer zbija wszelkie krytyczne uwagi na temat pracy milicji w iście demagogiczny sposób. Oto próbka jego argumentów:

„(…) Po co państwu taka milicja, która niczym się nie różni od większości społeczeństwa? Cały sens istnienia waszego resortu polega na tym, że przychodzić do niego mają najlepsi, żeby walczyć z przestępcami. Taka jest zasada tworzenia organów ścigania w każdym państwie.

- A jak zamierza pan odróżniać dobrych milicjantów od złych? – ironicznie zainteresował się generał. Czyżby mieli to wypisane na czole?

- Należy przeprowadzać surową selekcję i nie tolerować najdrobniejszych wybryków, nie mówiąc już o przewinieniach służbowych – twardo oświadczył Potaszow. (…)

- Dobrze Nikołaju Grigoriewiczu, tak właśnie zrobimy. Jutro pańskie mieszkanie ktoś okradnie, zatelefonuje pan pod „zero dwa”, lecz nikt tam nie podniesie słuchawki. Wszystkie pracownice zwolniliśmy, bo albo spóźniają się do pracy, albo nie dość uprzejmie rozmawiają z obywatelami, albo popełniają wykroczenia administracyjne, na przykład łamią zasady ruchu drogowego. Wówczas zadzwoni pan na swój komisariat, a tam panu powiedzą, że wszystkich wywiadowców wyrzucono i nie ma pan do kogo jechać. (…)” (s. 7)


Co byś człowieku nie powiedział, zawsze jest jakiś element, który usprawiedliwia kiepską pracę milicji. Takie sprowadzenie istotnej kwestii do absurdu może usprawiedliwić wszystko. Ta dyskusja niezbyt mnie dobrze nastroiła do książki, na szczęście za chwilę robi się ciekawiej i złe wrażenie nieco się zaciera. 

Kryminał jest dość opasły, co zwykle mi nie przeszkadza, ale w tym wypadku uważam, że za dużo było w książce zbędnych elementów wydłużających książkę nieco na siłę. Wydaje mi się, że bez szkody dla akcji i poziomu napięcia książka mogłaby być krótsza o te kilkadziesiąt stron. Szczególnie irytujące były wstawki „psychologiczne”, które nieco mnie nużyły. 

Z postaci drugoplanowych zapadła mi w pamięć żona Paraskiewicza, która została dość ciekawie opisana przez autorkę, aczkolwiek wszystkie trzy historie, które dotyczą prowadzonej sprawy, naprawdę intrygują, głównie z uwagi na ciekawe tło obyczajowe Rosji lat 90-tych XX w. Mimo wielu uproszczeń uważam, że Marinina zawarła w swoich książkach wiele prawdy o życiu w tym kraju. Nie zaliczam tej książki do najlepszych w dorobku Marininy, ale z uwagi na świetny pomysł intrygi kryminalnej i ciekawie oddane tło obyczajowe (zwłaszcza środowiska wydawniczego) „Cudza maska” warta jest uwagi.





Aleksandra Marinina (ur. 1957) - z wykształcenia prawnik. Przez wiele lat pracowała w moskiewskiej milicji, opublikowała kilkadziesiąt prac poświęconych kryminologii. Pierwszą powieść kryminalną z Anastazją Kamieńską w roli głównej wydała w 1992 r. Jej książki cieszą się olbrzymią popularnością i zostały przetłumaczone na wiele języków.  

Źródło zdjęcia




Autor: Aleksandra Marinina
Tytuł oryginalny: Чужая маска
Wydawnictwo: WAB
Seria: Mroczna Seria
Tłumacz: Aleksandra Stronka
Rok wydania: 2013

Liczba stron: 480

wtorek, 11 lutego 2014

Piotr Szarota, Wiedeń 1913




Książka Piotra Szaroty przykuła moją uwagę niemal natychmiast po jej wydaniu. Po pierwsze, bardzo cenię sobie serię „Pasaże”, po drugie zaś interesuje mnie epoka fin-de-sieclowej Europy, która de facto zakończyła się dopiero wybuchem Wielkiej Wojny, która oznaczała zagładę tego świata i początek nowego. Czy lepszego? Cesarstwo Austro – Węgierskie i jego specyficzny klimat były jednym z „ofiar” tej wojny. Ciekawa byłam, w jaki sposób Piotr Szarota wskrzesi tę epokę, wspominaną z nostalgią przez wielu „pogrobowców” monarchii Habsburgów, którzy do dziś z łezką w oku wspominają, że wywodzą się z regionu, który był częścią tego zróżnicowanego konglomeratu narodowości, tradycji i kultury zjednoczonego pod berłem cesarza Franciszka Józefa.


Wiedeń, ok. 1910 r.
Źródło zdjęcia

Przenosimy się do 1913 r, do Wiednia stanowiącego centrum monarchii austro-węgierskiej, w którym przecinały się drogi wielu intelektualistów, artystów i naukowców. Wielu z nich odcisnęło piętno na swojej epoce. Ten rok został przedstawiony przez autora w formie prezentacji wydarzeń, które miały miejsce w ciągu kolejnych miesięcy. Wybór tych wydarzeń jest oczywiście subiektywny, głównie związany z osobami wymienionymi na początku książki i widziany ich oczyma dzięki pozostawionym zapiskom. Już tylko lektura nazwisk na tej liście może przyprawić o zawrót głowy. Oprócz nazwisk wybitnych przedstawicieli świata artystycznego (np. Oscar Kokoschka, Egon Schiele), literatury (Robert Musil, Franz Kafka, Stefan Zweig) nauki (Zygmunt Freud, Ludwig Wittgenstein), intrygujących kobiet (Alma Mahler, Lou Andreas-Salome), czy powszechnie znanych upiorów przyszłości (Józef Stalin, Lew Trocki, Adolf Hitler) pojawiają się również kompletnie mi nieznani austriaccy luminarze świata kulturalnego (np. Hermann Broch, Arthur Schnitzler, Peter Altenberg), których autor książki przybliża polskiej publiczności jako istotnych aktorów wiedeńskiego środowiska kulturalnego przed Wielką Wojną. Wśród prezentowanych postaci przewijają się również przedstawiciele polskiej kultury, jak np. Karol Szymanowski, Grzegorz Fitelberg, czy piszący po polsku i po niemiecku Tadeusz Rittner.

Jeśli ktoś sięgał po tę książkę pełen sentymentalnych uczuć i chęci zapoznania się ze staroświecką atmosferą habsburskiej stolicy u schyłku swojej świetności, niech porzuci wszelkie nadzieje. Ta książka pokazuje nam ludzi targanych namiętnościami uwiecznionymi w ich pamiętnikach i zapiskach, do tej pory u nas nieznanych. Perypetie bohaterów, ich niebanalne losy wzbudzają zainteresowanie czytelnika, choćby z uwagi na to, że nie są to bohaterowie z kart książek, lecz żywi ludzie, którzy naprawdę przeżywali swoje wzloty i upadki. Na szczęście autor nie ogranicza się tylko do wydarzeń 1913 r. Gdy sytuacja tego wymaga i aby kontekst danego wydarzenia był zrozumiały cofa się bądź posuwa do przodu kilka lub kilkanaście lat, co pozwala czytelnikowi bliżej poznać i zrozumieć działania bohaterów uwiecznionych w tej książce.

Rozczarują się też miłośnicy secesji i Klimta, o których właściwie nie ma tutaj mowy. Autor słusznie zauważa, że w 1913 r. ten styl był już praktycznie wyeksploatowany, a sam Gustav Klimt mógł już tylko być mentorem młodych gniewnych, którzy przecierali szlaki sztuce modernistycznej. Przykładami dwóch odmiennych artystów tego okresu są Oscar Kokoschka i Egon Schiele. Ten pierwszy, spalając się w miłości do Almy Mahler stworzył swe największe dzieło i nigdy potem nie namalował już nic z nim porównywalnego. Ten drugi, który w tym czasie nie dorastał Kokoschce do pięt jeśli chodzi o sławę i prestiż, stworzył dzieła ponadczasowe również dzięki historii miłosnej i mimo krótkiego życia jest niewątpliwym zwycięzcą w tej rywalizacji. Może trochę szkoda, że Klimt pojawia się tylko przelotnie, ale to tylko pokazuje bogactwo i różnorodność życia artystycznego i intelektualnego tego miasta w tym konkretnym momencie dziejowym, na rok przed gwałtownym schyłkiem ówczesnego świata.

Oskar Kokoschka, "Narzeczona wiatru" (1913)
Źródło zdjęcia


O ile, z uwagi na wykształcenie i działalność zawodową Piotra Szaroty, nie dziwi mnie ogromna wiedza autora na temat ludzi nauki zaangażowanych w badania nad psychoanalizą i podziałów w tym środowisku, jednak jego wiedza i ciekawe sądy na temat twórczości artystycznej tego okresu budzą mój szacunek. Czuć w tekście olbrzymią fascynację tą epoką, być może na skutek powiązań rodzinnych ujawnionych w dedykacji dla m. in. pradziadka, który w latach 1919-21 kierował poselstwem RP w Wiedniu. Książka ta jest wyrazem fascynacji autora miastem i państwem, które w wyniku Wielkiej Wojny przestało istnieć, choć pozostawiło po sobie wdzięczną pamięć. Czy była ona uzasadniona? Tu opinie są różne. Bezsprzeczny sentyment autora do Austro-Węgier nie jest jednak bezkrytyczny. Podnosi on również zjawiska, które uważa za negatywne. 

Sięgając po tę książkę nie spodziewałam się zetknięcia z tyloma niebanalnymi życiorysami, emocjami i namiętnościami. Dzięki autentycznym zapiskom poznajemy ich uczucia i styl życia, jaki prowadzili. Uczucia w każdej epoce są podobne, a zwyczaje często mogą zaskakiwać bliskością wobec naszych współczesnych zachowań, decyzji i dylematów, choć jednocześnie ich świat był diametralnie różny od naszego.


Wielką zaletą książki jest przepiękne wydanie, co jest już stałą cechą wydawnictw z serii Pasaże. Po te książki wydane w eleganckiej granatowej płóciennej oprawie z intrygującą reprodukcją na okładce przyjemnie sięgnąć, a wysmakowana szata graficzna tylko wzmaga przyjemność czytania.

Trochę zabrakło mi w tym wszystkim obrazu miasta, krótkiego rozdziału o stanie jego rozwoju architektonicznego czy urbanistycznego, w jakim stadium rozwoju się znajdowało w 1913 r. i jaką pełniło rolę w monarchii austro-węgierskiej. Mimo że książka ma w tytule miasto, to nie występuje ono jako odrębny podmiot, czego trochę mi szkoda. Niemniej jednak oceniam tę pozycję niezwykle wysoko. 

Książka jest intrygująca, odsłania przed czytelnikiem wiele ciekawych życiorysów i pokazuje, że choć minęło ponad sto lat od opisanych wydarzeń, ludzkie uczucia i emocje potrafią nas zaskoczyć i zaciekawić. Niewątpliwym jej atutem jest dostęp do nieznanych zapisów pamiętnikarskich ówczesnych przedstawicieli świata kulturalnego i naukowego Wiednia. Wydawnictwo to jest ze wszech miar godne polecenia zarówno dla tych, którzy lubią Wiedeń i pragną się dowiedzieć czegoś bliższego o atmosferze intelektualnej miasta tuż przed Wielką Wojną, jak i dla tych, którzy interesują się prądami artystycznymi tej epoki. Jednak nawet jeśli nie należy się do żadnej z tych grup, to warto przeczytać tę niezwykłą książkę i odkryć ten nieistniejący już świat przeszłości dla siebie. 



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:

Piotr Szarota (ur. 1966) - profesor w Instytucie Psychologii Polskiej Akademii Nauk, publicysta, autor książek z pogranicza psychologii, socjologii i kulturoznawstwa.

Źródło zdjęcia




Autor: Piotr Szarota
Wydawnictwo: słowo/obraz/terytoria
Seria: Pasaże
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 376



sobota, 8 lutego 2014

Trzy...


Dzisiaj mijają trzy lata  mojej obecności w blogosferze. Nie wiem, czy to dużo, czy mało, w każdym razie mimo tego stażu czuję się mocno "zielona" w temacie prowadzenia bloga. Ciągle jestem zdziwiona, że czas tak szybko leci i nie przynosi zniechęcenia, że wszystko jest nadal fajne, miłe i ekscytujące, po prostu radosne. I mam nadzieję, że nie zapeszę. :)
 
Blog powstał z potrzeby chwili, ale stał się ważną częścią mojego życia. Początkowo pisałam tylko o książkach, ale później zaczęłam też zamieszczać notki "okołoksiążkowe", rocznicowe czy też cykl pocztówkowo-fotograficzny, który wymusza na mnie pewną regularność wpisów. :). Jeśli mogę, choć w skromnym stopniu, przyczynić się do utrwalenia pamięci o niektórych pisarzach czy rocznicach historycznych, to czynię to z wielką radością. Moje najwcześniejsze notki... No cóż, rzadko do nich zaglądam, a właściwie wcale. :) Czuję, że ich nieporadność skłoniłaby mnie do ich usunięcia, a w końcu to też jest świadectwo mojej ewolucji w blogosferze, więc niech zostaną. :)

Moje dobre nastawienie i pozytywne emocje związane są zresztą nie tyle z blogiem, co z Wami, czyli wszystkim, którzy tutaj zaglądacie, a nawet komentujecie moją pisaninę mniej lub bardziej na temat. :) Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim odwiedzającym, komentującym, obserwującym za Waszą obecność. To bardzo miłe, inspirujące i motywujące do dalszego działania. 

Pozdrawiam Was i kłaniam się nisko.





Zdjęcia wykorzystane w powyższym kolażu pochodzą z tej strony







piątek, 7 lutego 2014

Fiodor Dostojewski, 7 lutego 1875 r.



Fiodor Dostojewski (1821-81)
Źródło zdjęcia
Anna Dostojewska
(1846-1918)
Źródło zdjęcia


















Do Anny Dostojewskiej w Starej Russie

                                                                          Petersburg, 7 lutego 1875

Najukochańsza Aniu!

Jestem tu straszliwie zajęty, na nic nie starcza czasu. Wczoraj przywalili mnie wręcz górą szpalt do przejrzenia. I to szpalt bez korekty drukarskiej i redakcyjnej. Przecież nie mogę całego dnia poświęcić nanoszeniu poprawek. Wczoraj, po napisaniu listu do ciebie, poszedłem do Pucykowicza, ale listu od ciebie nie było. Gdy wróciłem do hotelu, zastałem tam wezwanie od naczelnika rewiru, abym stawił się u niego w cyrkule 7 lutego (to znaczy dzisiaj) o godzinie dziewiątej rano w celu wyjaśnienia spraw paszportowych.

Wiedząc, że o dziewiątej rano nie będę w stanie stawić się w cyrkule, pojechałem tam bezzwłocznie. Nikogo nie zastałem, powiedziano mi, abym przyszedł wieczorem. O mało przez to nie spóźniłem się na seans pod dzwonem. Simonow cały czas nalega, abym dał przebadać sobie płuca. W tym celu muszę jednak przyjechać do niego pół godziny wcześniej, przypuszczam, że dzisiaj również mi się to nie uda, dobrze będzie, jeśli się nie spóźnię. Spod dzwonu pojechałem wprost do hotelu na obiad. Ten hotel "Znamienski" to straszliwa rudera, ceny zaś są niebotyczne. Ledwie siadłem do stołu, przyszedł Pucykowicz przynosząc mi liścik od ciebie. Nawiasem mówiąc, twoje listy otrzymuje on zawsze pod wieczór. Posiedział ze mną, póki jadłem obiad. Dochodzę do wniosku, że to bardzo przyzwoity człowiek.

Następnie pojechałem do cyrkułu. Trzymali mnie tam dwie godziny. Wreszcie zjawił się policjant, w którego gestii są paszporty. "Wydana została panu karta pobytu, jednak jest to dokument tymczasowy i wedle obowiązującego prawa dawno już należało ją wymienić na stały paszport". Masz ci los. Wdałem się więc z nim w dyskusję. Zastępca rewirowego (z Włodzimierzem w dziurce od guzika munduru) też wtrącił się do naszej rozmowy: "Nie oddamy panu tego dokumentu i koniec, musimy trzymać się przepisów". "Cóż mam wobec tego zrobić?" "Pokazać stały paszport". "A skąd go wezmę?" "Nie nasza sprawa". I cały czas w tym stylu. Ileż złośliwości jest jednak w tym narodzie. A wszystko tylko po to, aby poniżyć "pisarza", zadać mu bobu. Nie wytrzymałem i wreszcie powiedziałem: "W Petersburgu przebywa co najmniej dwadzieścia tysięcy osób bez stałych paszportów, a wy człowieka, którego wszyscy znają, traktujecie jak włóczęgę". "Bardzo dobrze wiemy, kim pan jesteś, że jesteś pan znanym w całej Rosji człowiekiem, ale musimy przestrzegać prawa. Zresztą niepotrzebnie się pan denerwujesz, jutro albo pojutrze zamiast karty wydamy panu zaświadczenie, przecież jest panu obojętne, czym się legitymuje". "Niech was diabli wezmą, trzeba mi to było powiedzieć na początku, to byśmy nie tracili czasu na próżną gadaninę!"

Potem pojechałem do łaźni. Gdy wróciłem do hotelu, napiłem się herbaty i zabrałem do korekty. Przesiedziałem nad nią do wpół do szóstej nad ranem. Po czym zwaliłem się, tak jak stałem, do łóżka. Nagle z sąsiedniego pokoju, który dotąd stał pusty, zaczęły mnie dochodzić jakieś chichoty, kobiece piski, męski basowy głos i trwało to dobre trzy godziny. Okazało się, że pokój wynajął jakiś kupiec, który zjechał doń z dwoma damami. I oto leżę w łóżku, nie mogąc zmrużyć oka, aż wreszcie udało mi się zasnąć. Obudziłem się o pierwszej w południe. Wszystkiego spałem więc jakieś cztery godziny. Obudziłem się bardzo poirytowany, a nawet jakby lekko podziębiony. Teraz muszę napić się herbaty, dokończyć list do ciebie, ubrać się, pojechać po twój list do redakcji i o wpół do trzeciej być u Simonowa. Czy zdążę wszystko to zrobić?

Do zobaczenia, Aniu. Ściskam i całuję dzieciaki. Dzisiaj znów, jak się wydaje, nie załatwię żadnej sprawy, za to skończyłem jednak z korektą i być może w nocy się wyśpię. Powieść Tołstoja czytam wyłącznie podczas seansów pod dzwonem, kiedy indziej nie ma na to czasu. Sama powieść dość nudna i wcale nic takiego nadzwyczajnego. Zrozumieć absolutnie nie mogę, czym oni się tak zachwycają.

Do zobaczenia, najdroższa Aniu, ściskam ciebie i całą dzieciarnię.
                                                             Twój bez reszty

                                                                                         F. Dostojewski

Historyk Kostomarow zachorował na tyfus, Wsiewołod Kriestowski również. Simonow mówi, że mamy obecnie do czynienia z epidemią tyfusu, kładzie bowiem ludzi niczym jakaś dżuma, co bardzo rzadko się zdarza. Ukochana Aniu, nie martw się jednak o mnie. Bóg ma nas w swojej opiece, wierzę w to niezachwianie, a ciebie kocham mocno.

                                                                                                    Twój.       



Fiodor Dostojewski
"Twój bez reszty" (Listy do żony) 1875-80
tłum. Zbigniew Podgórzec
Puls Publications Ltd.
Londyn 1999

wtorek, 4 lutego 2014

Katherine Mansfield, Listy



 
(…) Nie można uciec od piękna… jest wszędzie.” (s. 428)

Obawiam się, że o tej książce nic mądrego nie napiszę. Po prostu nie będę umiała oddać jej piękna i prawdy kryjącej się w gąszczu literek gęsto zapisujących prawie 500 stron. Aby jednak przekazać choć ułamek moich zachwytów napiszę parę słów mając nadzieję, że ktoś z Was skusi się na przeczytanie tej pozycji, gdyż jest tego ze wszech miar warta. 

Katherine Mansfield to pisarka rodem z Nowej Zelandii, której 34-letnie życie było pełne barwnych wydarzeń. Ale ostatnie lata naznaczone były piętnem choroby, której leczenie wymagało ciągłych wyjazdów, jak najdalej od wilgotnego angielskiego klimatu. Jej partnerem, a później mężem był John Middleton Murry, angielski wydawca, z którym w czasie ich rozłąki - koniecznej z uwagi na stan zdrowia pisarki oraz zobowiązań zawodowych Murry’ego w Londynie - utrzymywała ścisły i częsty kontakt listowny. Listy, których wyboru dokonał Murry, są częścią bogatej korespondencji prowadzonej z mężem oraz przyjaciółmi, głównie podczas jej pobytów za granicą wymuszonych złym stanem zdrowia.  

Mimo gnębiącej ją od grudnia 1917 r. ciężkiej i śmiertelnej choroby płuc, pisarka cieszy się każdym momentem życia, choć jego jakość pozostawia sporo do życzenia. Najczęściej nie może jednak zażywać spacerów, podejmować wysiłku, ale może oglądać i zachwycać się światem, przyrodą i ludźmi, których spotyka. Pisze w listach o wszystkim, co dla niej ważne, co zwróciło jej uwagę, a co nam często może wydać się nic nie znaczącymi drobiazgami. Nie brak w nich uwag głębszej natury, bardzo osobistych i intymnych, co pozwala też na poznanie jej poglądów na życie i świat.  

(…) Cóż to za piekło tak kochać życie jak ja! Uważam, że moja miłość wzrasta, zamiast się zmniejszać. Życie mi wcale nie powszednieje – wciąż jest dla mnie cudem. Mam nadzieję, że pozostanę na tym świecie dość długo, aby napisać prawdziwie dobre dzieło. Sprzykrzyli mi się ci obiecujący ludzie, co młodo umierają; nie pragnę powiększyć ich grona. Wobec tego będę w dalszym ciągu pochłaniała jaunes d’oeufs i de la creme… [żółtka … śmietana]” (s. 346)

Lektura „Listów” to wspaniałe i przejmujące doświadczenie. Dzięki Katherine Mansfield i jej wrażliwości przenosimy się tam, gdzie ona aktualnie przebywa. Te listy to właściwie nie relacja z życia, a raczej zapis jego okruchów, które utrwalone w listach Katherine Mansfield ożywają przed naszymi oczami. Plastyczność opisów zachwyca i zachęca do spojrzenia na świat jej oczyma. Ta bystra obserwatorka i zdolna pisarka przekazuje mężowi i przyjaciołom chwile, które ją zachwyciły pozwalając nam przenieść się wraz z nią do wiosennego lasu, doświadczyć upalnych dni we francuskich wioskach czy  mglistych i szarych poranków w Londynie. My też możemy od czasu do czasu popatrzeć w niebo, przyjrzeć się płatkom śniegu, kwitnącym kwiatom czy napotykanym po drodze zwierzętom. A nader często, zatopieni w naszych myślach, spieszący się do pracy, nie zauważamy świata wokół nas. Patrzymy, ale nie widzimy, że w wielu swoich aspektach jest to piękny świat, wart naszej uwagi i zachwytu.  

Czasem pisarkę ogarniają gorsze nastroje, co jest całkiem zrozumiałe w kontekście postępującej choroby i nieskutecznych kuracji, ale w pamięci czytelnika zostaje piękno frazy, ulotność szczegółu czy piękno detalu, który zwrócił uwagę Mansfield. Jej pasja życia i wrażliwość na piękno sprawia, że lektura „Listów” jest bardzo emocjonującym doświadczeniem. Dodatkowym atutem wydania z 1978 r., które miałam okazję przeczytać, jest wspaniałe, autoryzowane przez Johna Middletona Murry’ego tłumaczenie Marii Godlewskiej oraz przedmowa autorstwa Jana Koprowskiego, który wprowadza nas w niuanse życia pisarki, a także słowo wstępne męża pisarki, który stwierdza: „(…) Katarzyna Mansfield pragnęła ponad wszystko pozostawić na świecie spuściznę w postaci choćby małej cząstki prawdy. Jestem przeświadczony, że te listy zawierają niemało z jej „prawdy” i dlatego dołożyłem starań, aby ów dokument przedstawić możliwie w całości.”

Jest to książka, którą zdecydowanie lepiej przeczytać i przeżyć niż pisać o niej. Trudno mi znaleźć słowa, aby oddać jej piękno.

„Do J. M. Murry’ego

 Mentona, Październik 1920

(…) A cierpienie, fizyczne cierpienie takie jak to, które znam od trzech lat. Ono zmieniło wszystko na zawsze – nawet widok świata jest inny – coś w nim przybyło. Każda rzecz ma swój cień. Czy to słuszne walczyć z takim cierpieniem? Wiesz, uważam, że cierpienie było dla mnie wielkim przywilejem. Tak, mimo wszystko. Jesteśmy ślepe i małe stworzenia. Naprawdę żyjemy jedynie bajką. A jeśli wyruszamy w drogę, musimy zwalczać pokusy i niebezpieczeństwa, tym większe, im osobliwszy jest skarb. Gdy ktoś się buntuje, mówiąc: „Życie niewarte tej ceny” – można jedynie odpowiedzieć: „A jednak warte”. Chciej mnie zrozumieć. Nie mam na myśli „ciernia w ciele”, to stokroć bardziej tajemnicze. Trzy lata upłynęło, zanim zrozumiałam – zanim zobaczyłam. Opieramy się – i straszliwy lęk nas ogarnia. Łódeczka wpływa do okropnej ciemnej otchłani. Chcemy uciec. „Chcemy powrócić na ląd!” Ale to na nic. Nikt nie słucha – mglista postać wiosłuje dalej. Trzeba siedzieć spokojnie i nie zakrywać oczu.
Uważam, że największym błędem jest bać się. Doskonała miłość wyklucza lęk. Kiedy patrzę wstecz na swoje życie, widzę, że wszystkie błędy, jakie popełniłam, były wywołane przez obawę… Czy dlatego musiałam spojrzeć w twarz śmierci? Czy aż tego było potrzeba, aby mię wyleczyć? Widzisz, myślę czasem… nie, nie o jakimś uosobieniu Boga albo czymś równie absurdalnym. Raczej o beznadziejnym poszukiwaniu przez dusze… (…) (strony 287-288)


P.S. Poniżej zamieszczam zdjęcie „Listów” z zaznaczonymi fragmentami, które przykuły moją uwagę. Sporo ich się nazbierało.:)




Katherine Mansfield (1888 - 1923) - modernistyczna autorka opowiadań. Pochodziła z Nowej Zelandii. W latach 1898-99 jej pierwsze opowiadania ukazały się w pismach z Wellington. W 1903 roku wyruszyła na studia do Londynu. Inspirowała się utworami Oscara Wilde'a i Antoniego Czechowa. Brała udział w londyńskim życiu towarzysko-literackim, przyjaźniła się głównie z Aldousem Huxleyem, Virginią Woolf oraz D. H. Lawrence’em. Cierpiała na gruźlicę, która była przyczyną jej przedwczesnej śmierci. Zmarła w wieku 34 lat na nagły krwotok. Za jej życia wydano tylko dwa tomy opowiadań, dalsze oraz dzienniki, listy ukazywały się pośmiertnie przez kilka dekad.



Autor: Katherine Mansfield
Tytuł oryginalny: Letters
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Maria Godlewska
Rok wydania: 1978
Liczba stron: 492



Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...