niedziela, 30 września 2012

Ulotne chwile (13)


Praga, most Karola
Pocztówka zakupiona podczas wizyty w Pradze
Foto: Milan Kincl


30 września - Międzynarodowy Dzień Tłumacza




30 września, w dniu św. Hieronima, tłumacza Biblii i patrona tłumaczy, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Tłumacza. Czytając książkę autora zagranicznego rzadko zastanawiamy się, kto sprawił, że możemy ją poznać w naszym języku ojczystym. Zauważyłam, że na dobre tłumaczenie rzadko się zwraca uwagę, ale gdy jest ono złe, bardzo nam ono przeszkadza w odbiorze. Tak więc warto w dniu dzisiejszym (i nie tylko) pamiętać o tłumaczach literatury pięknej, dzięki którym możemy się zapoznać z najlepszymi i najmodniejszymi dziełami literatury światowej :)

Jak istotną rolę w obcowaniu z inną literaturą i kulturą odgrywa tłumacz, bardzo celnie ujął Ryszard Kapuściński: „przekładając tekst, otwieramy innym nowy świat, tłumaczymy go, a tłumacząc - przybliżamy, pozwalamy w nim przebywać, uczynić go cząstką naszego osobistego doświadczenia.” Znalazłam również kilka innych cytatów, które dotyczą pracy tłumacza:

"Tłumaczenie powinno przypominać szybę, całkowicie przezroczystą, tak aby czytelnik nie zauważał jej istnienia." - Mikołaj Gogol
"Tłumaczenia są jak kobiety - albo piękne, albo wierne." -  Voltaire

"Duch danego języka wyraża się w jego nieprzetłumaczalnych słowach." - Maria von Ebner-Eschenbach

"Tłumaczenie nie jest kopią, lecz aktem twórczym." - José Ortega y Gasset

"Z konieczności przełożenia danego tekstu wynika konieczność dokonywania wyborów. I tutaj tkwi odpowiedzialność tłumacza." - Edmond Cary
Który cytat najlepiej przystaje do specyfiki pracy tłumacza literatury? :)


Przy okazji tegorocznego Dnia Tłumacza w centrum uwagi znajdą się trudne zagadnienia nauczania i uczenia się przekładu. Posłużą ku temu lekcje w szkołach średnich, a także dyskusje z tłumaczami. Poniżej zamieszczam program spotkań z okazji święta tłumaczy, które odbędą się w Warszawie i Krakowie. 

1.10.2012 Kraków

godz. 15.00
Kino „Pod Baranami”, Rynek Główny 27
Między słowami, reż. Sofia Coppola, USA 2003
godz. 18.00 

Instytut Cervantesa, ul. Kanonicza 12
Tłumacz się - dyskusja z udziałem tłumaczy
uczestnicy: Magda Heydel, Joanna Kronaś-Warwas, Eliza Pieciul-Karmińska, Bogusława Sochańska, Gerardo Beltrán, Wawrzyniec Brzozowski, Josè Carlos Dias, Ryszard Wojnakowski
prowadzenie: Abel Murcia


Wytłumaczenia - Filmowe portrety tłumaczy, reż. Sławomir Paszkiet, 2012

ponadto:

Wystawa książek „Znalezione w tłumaczeniu”, Instytut Francuski, ul. Stolarska 15

Zabawa leksykalna „Zaprojektuj sobie językową przypinkę” 

Konkurs translatorski 


2.10.2012 Warszawa

godz. 19.00
Biblioteka na Koszykowej, ul. Koszykowa 26/28, wejście F
Czy można nauczyć (się) przekładu? - dyskusja z udziałem tłumaczy
uczestnicy: Jerzy Jarniewicz, Sławomir Paszkiet, Paulina Rosińska, Anna Wasilewska
prowadzenie: Urszula Kropiwiec 

Wytłumaczenia - filmowe portrety tłumaczy, reż. Sławomir Paszkiet, 2012

Temat lekcji: tłumacz!


1.10 w Krakowie i 2.10 w Warszawie odbędą się lekcje w liceach ogólnokształcących, prowadzone przez tłumaczy literackich.

Koncepcja i koordynacja: Duński Instytut Kultury, Instytut Cervantesa w Krakowie, Goethe-Institut

Organizatorzy: EUNIC, Komisja Europejska, Ambasada Królestwa Niderlandów, Ambasada Republiki Litewskiej, Austriackie Forum Kultury w Warszawie, Austriacki Konsulat Generalny w Krakowie, British Council, Bułgarski Instytut Kultury, Camões, Instytut Francuski w Krakowie, Rumuński Instytut Kultury, Szwajcarska Fundacja dla Kultury Pro Helvetia, Włoski Instytut Kultury, Żydowski Instytut Historyczny.

Informacja ze strony: www.instytutksiazki.pl

P.S.
Niniejszy post dedykuję Agnieszce prowadzącej bloga Krimifantamania, która jest jedynym tłumaczem literatury pięknej, którego znam wirtualnie nieco bliżej. ;)

środa, 26 września 2012

Wojciech Karpiński, Pamięć Włoch





„Zeszyty Literackie” wydają serię „Podróże”, która każdego miłośnika kultury i podróży może przyprawić o zawrót głowy. Chociaż więc nazwisko Wojciecha Karpińskiego było mi nieznane, z chęcią sięgnęłam po jego książkę, gdyż wydawnictwo i seria są dla mnie synonimem znaku jakości.

Autor zabiera nas na wyprawę po Italii, śladem wspaniałych miast, dzieł sztuki oraz wybitnych osobowości. Takie relacje z podróży literackich są obecne w literaturze europejskiej od wieków. Dla mnie najwyrazistszymi i najpełniejszymi pozycjami książkowymi w tej kategorii są niewątpliwie eseje Zbigniewa Herberta, które otwierają oczy na świat, kulturę i historię. W odniesieniu do włoskich peregrynacji wielkim sentymentem darzę książki Pawła Muratowa, również dostępne w ofercie „Zeszytów Literackich”. 

W „Pamięci Włoch” Wojciech Karpiński podąża śladami wspomnianych wyżej wielkich literackich poprzedników. Jego refleksje, spostrzeżenia i uwagi pozwalają nam spojrzeć na zabytki kultury i odwiedzane miejsca jego oczami. Nie jest ważne, czy już odwiedzaliśmy te miejsca, czy jeszcze nie. Jeśli już je odwiedzaliśmy, możemy je sobie przypomnieć. Jeśli zaś nie znamy tych zakątków, o których opowiada autor, możemy o nich pomarzyć. Cechą charakterystyczną tego gatunku literackiego jest to, że każdy czytelnik może dokonać nowych odkryć i fascynacji, które wzbogacą jego życie. Nie inaczej jest w przypadku „Pamięci Włoch”. Każdy czytelnik tej książki może odkryć nowe, nieznane do tej pory, lądy. Autor nie przedstawia w swojej książce listy najsłynniejszych twórców czy miejsc, ale oprowadza nas po tych zakątkach związanych ściśle z włoską cywilizacją, które są jemu najbliższe i ukształtowały jego sylwetkę duchową i gust kulturalny. 

Świat, który pokazuje nam Wojciech Karpiński, to świat, gdzie ważna jest kultura słowa, sens zwiedzania. Autor zachęca nas do odkrywania sztuki dla siebie, spojrzenia na nowo nawet na najbardziej znane miejsca i obiekty. Takie nowe spojrzenie może stanowić dla nas ogromną wartość poznawczą i naładować nasze akumulatory. Ważne, abyśmy nie byli niewidzącymi i niesłyszącymi turystami przemykającymi po salach muzealnych byle szybciej, byle zaliczyć kolejną atrakcję, byle wszystko sfilmować i sfotografować. Książka Karpińskiego to wezwanie do chwili zadumy, do podjęcia wysiłku indywidualnego przeżycia piękna tego śródziemnomorskiego kraju i jego bogatej spuścizny kulturalnej.
 

Włochy mają w sobie jakąś magię, która sprawia, że tylu wspaniałych pisarzy, poetów i zwykłych ludzi postanowiło podzielić się z czytelnikami swoimi doświadczeniami z poznawania Italii, czego dowodem jest choćby obecny, nieustający wysyp literatury o „zapuszczaniu korzeni” w jakimś zakątku Włoch, najczęściej w Toskanii. Jakby standardowo to nie zabrzmiało, „słoneczna Italia” wyzwala w nas jakieś ukochanie piękna przyrody, sztuki, jedzenia, kultury pochodzących z tego – jakże różnorodnego i twórczego – zakątka Europy i świata. 
 

Giovanni Batista Piranesi,
Widok na Campo Vaccino (Forum Romanum)
Źródło zdjęcia

Dla mnie odkryciem tej książki było poznanie sylwetki artystycznej Giovanniego Batisty Piranesiego (1720 – 78). Nazwisko artysty było mi kompletnie nieznane, ale szkic Wojciecha Karpińskiego skłonił mnie do poszukania informacji o jego twórczości. Piranesi słynie z grafik prezentujących zabytki starożytnego Rzymu. Między innymi dzięki niemu rozkwitła moda na klasycyzm w wieku XVIII. Wojciech Karpiński szczególnie zachwycił się cyklem Carceri (Więzienia), który z opisu wydawał mi się nieco podobny w stylu do twórczości Williama Blake’a, angielskiego mistyka. Po przejrzeniu kopii grafik obu panów okazało się, że to zupełnie odrębne osobowości artystyczne. Ale jeśli, podobnie jak ja, zechcecie poznać twórczość Piranesiego, zwróćcie uwagę na niesamowity cykl Carceri i esej Wojciecha Karpińskiego zawarty w tej książce. 

 
Giovanni Batista Piranesi,
Carceri d'invenzione, VII
Źródło zdjęcia
Piękna książka, wspaniała lektura dla wszystkich kochających podróże, Włochy i sztukę. Ile bym peanów nie napisała, to i tak najlepiej sięgnąć po książkę i pogrążyć się w lekturze, która zabierze nas do innego świata. :)
 
 

Wojciech Karpiński (ur. 1943) - polski historyk sztuki, historyk idei, krytyk literacki, tłumacz. Autor wielu szkiców i esejów historiozoficznych, badacz stosunków polsko-rosyjskich. W 1975 r. został laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich. Jeden z założycieli Polskiego Porozumienia Niepodległościowego. W 1982 r. wyemigrował do Paryża. Członek zespołu redakcyjnego Zeszytów Literackich, publikował m. in. w Kulturze paryskiej. Mieszka w Paryżu.
 


Moja ocena: 5 / 6

Autor: Wojciech Karpiński
Wydawnictwo: Zeszyty Literackie
Seria: Podróże
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 224

poniedziałek, 24 września 2012

Cyprian Kamil Norwid (1821-1883)


Cyprian Kamil Norwid (ur. 24.09.1821 - zm. 23.05.1883)
Źródło zdjęcia

 

Co to jest ojczyzna?

Żeby zapytał kto Jana III-go
idącego pod Wiedeń,
co to jest Ojczyzna?-
odpowiedziałby:
"Jest to miejsce,

w którym najmilej spocząć i umrzeć -
kiedy się ma gotowość nieustanną życia,
i utrudzania się tam,
gdzie w każdym czasie danym
najdzielniej o Ludzkość idzie."

Na tych prawach moralnych
wyprowadził Jan III-ci wojsko
poza Polskę przeciw prawom Polski.
Toż samo zrobił Napoleon Wielki z Francją.

Albowiem - szlachetny człowiek
nie mógłby wyżyć dnia jednego w Ojczyźnie,
której szczęście nie byłoby tylko procentem
od szczęścia Ludzkości.

Wszyscy dziadowie
i
Ojcowie Rzeczypospolitej Polskiej
tak pojmowali sprawę polską.



Daj Mi Wstążkę Błękitną  

Daj mi wstążkę błękitną - oddam ci ją
Bez opóźnienia...
Albo - daj mi cień twój z giętką twą szyją;
- Nie! nie chcę cienia.

Cień - zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką,
Bo - on nie kłamie
Nic - od ciebie nie chce, śliczna
panienko
Usuwam ramię...
Bywałem ja - od Boga nagrodzonym,
Rzeczą - mniej wielką :
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym,
Deszczu kropelką...

 





sobota, 22 września 2012

Krzysztof Pilch, Zawód Tata



 
„Ojcostwo dla każdego mężczyzny jest dużo większym sprawdzianem i wyzwaniem niż jakakolwiek, nawet najbardziej wymagająca, praca.” (s. 18)

Jakiś czas temu natknęłam się w sieci na pozytywną opinię o książce Krzysztofa Pilcha. Ponieważ urodziny mojego Męża zbliżały się wielkimi krokami doszłam do wniosku, że jest to dobra okazja, aby mu sprezentować tę książeczkę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, ale mimo wyraźnego, jasno określonego w tytule, sprofilowania książki, przeczytałam ją jako pierwsza. :) 

Autor, z wykształcenia i zawodu pedagog i teolog, w bardzo przystępny sposób przedstawił w tej niewielkiej objętościowo książce wiele porad praktycznych, które mają pomóc współczesnym mężczyznom pełnić rolę ojca. Krzysztof Pilch zwraca uwagę na potrzebę zachowania równowagi między pracą a życiem rodzinnym, radzi, jak nie dać się zwariować w dzisiejszym świecie, przytacza również wiele przykładów błędnego podejścia ojca do dziecka, co może wpłynąć negatywnie na ich późniejsze relacje. Ciekawym elementem książki jest zachęcenie czytelnika do przeprowadzenia kilku ćwiczeń mających na celu podsumowanie jego kontaktu z własnym ojcem, pokazanie, co warto kontynuować w relacji z własnym dzieckiem, a jakich błędów lepiej nie powielać. Te ćwiczenia uzmysławiają czytającemu, jaką wagę odgrywa ojcostwo w procesie wychowania dziecka, jak wiele zachowań, przyzwyczajeń czerpiemy z historii naszych kontaktów z Rodzicami, a zwłaszcza z ojcem. „Zawód Tata” zachęca wszystkich ojców do bardziej aktywnego udziału w życiu własnych dzieci.

Książka – mimo że niewielka objętościowo – dostarcza wielu życiowych porad porażających swą prostotą i mądrością. Oprócz porad są też bardzo interesujące propozycje kreatywnych zabaw z dziećmi. Naszej rodzinie te pomysły przydadzą się za parę lat, ale książeczkę i porady w niej zawarte uznaję za bardzo pożyteczne i mądre, proponujące coś więcej niż tylko wspólne czytanie książeczki czy oglądanie filmów. 

Autor zastrzega się, że nie jest to pozycja naukowa prezentująca całościowo zagadnienie pozycji ojca w rodzinie i wyjaśniająca skomplikowane aspekty psychologiczne relacji między ojcem a dzieckiem bądź dziećmi. Jego książka ma przede wszystkim zachęcić do wzbogacenia swojego życia rodzinnego i pełnienia roli ojca z dumą i przekonaniem o wyjątkowości tego stanu. Autor zachęca również wszystkich czytelników do sięgnięcia po bardziej skomplikowane lektury. Swoimi niewielkimi gabarytami książka ma wytrącić opornym tatusiom argument, że nie mają czasu na lekturę. Ja przeczytałam tę książkę podczas lotu z Warszawy do Brukseli, a więc zajęło mi to mniej niż półtorej godziny.

W książce podane są również adresy stron internetowych, gdzie można znaleźć kolejne porady mające na celu wzbogacenie swojego życia rodzinnego. Podana jest również obszerna bibliografia dla tych, którzy chcieliby zgłębić temat ojcostwa z bardziej naukowej perspektywy.

Treść jest podana prostym, przystępnym językiem. Każdy, nawet najbardziej zapracowany Tata powinien znaleźć czas na przeczytanie tej książki, gdyż lektura ta będzie miała dla niego i jego rodziny dużo większe znaczenie niż przejrzenie wszystkich dostępnych tygodników opinii. ;) Gorąco polecam tę książeczkę wszystkim Tatom, ale również Mamom. Czas poświęcony na jej lekturę będzie naprawdę cenną i perspektywiczną inwestycją w rodzinę. Znacznie lepiej i pełniej sformułował to przesłanie autor książki:

„Ojcostwo to nie tylko walka z samym sobą i negatywnym wpływem świata, ale również inwestycja, która zwraca się po pewnym czasie wielokrotnie, a zysków z niej nie da się przeliczyć na żadne pieniądze.” (s. 65)


Krzysztof Pilch – pedagog, teolog. Od kilku lat pracuje z dziećmi i młodzieżą. Autor artykułów na temat wychowania. Należy do Inicjatywy Tato.Net promującej większe zaangażowanie ojców w życie swoich dzieci.


Moja ocena: 4,5 / 6


Autor: Krzysztof Pilch
Wydawnictwo: Salwator
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 72

 

czwartek, 20 września 2012

Erika Warmbrunn o Mongolii



Erika WarmbrunnŹródło zdjęcia

 Erika Warmbrunn
"Gdzie kończy się droga. Samotna wyprawa po bezdrożach Azji"
Galaktyka, 2004

"Ściśnięta między Rosją a Chinami Mongolia jest surową, piękną, targaną wichrami krainą skrajności. W jej zachodniej części pokryte śniegiem góry wznoszą się ponad cztery tysiące metrów nad poziom morza. Na południowym wschodzie rozciąga się pustynia, gdzie rocznie spada niespełna pięć centymetrów deszczu. Pośrodku znajdują się lasy, rwące rzeki, słone jeziora oraz bezkresny step. Latem łagodnie pofałdowana ziemia zielenieje i żywi owce, kozy, jaki i konie, których pogłowie dziesięciokrotnie przewyższa liczbę ludzi. Lato trwa jednak krótko. Przez ponad siedem miesięcy w roku średnia temperatura nie przekracza zera i zaledwie drobny ułamek gruntów nadaje się pod uprawę. (...)

Mongolia, niegdyś kolebka potężnego imperium, ojczyzna hord siejących postrach na całym kontynencie, pod koniec dwudziestego wieku była w świadomości świata jedynie pionkiem, buforem i polem walki pomiędzy potężnymi sąsiadami. Wciąż istniała na mapie - czarny kontur obrysowujący jeden z najsłabiej zaludnionych rejonów Ziemi - ale z daleka wydawała się śródlądową Atlantydą, spoczywającą na dnie oceanu historii, zalaną falami potopu, najpierw z Chin, potem ze Związku Radzieckiego. Gdy jednak z początkiem lat dziewięćdziesiątych, upadł reżim na północy, a surowość komunistycznych rządów uległa rozluźnieniu, z otchłani znów wyłonił się naród, którego ducha nie zdołano zniszczyć. Siedem dekad komunizmu musiało oczywiście spowodować poważne zmiany, ale nie sięgnęły one sposobu życia. Mongolski interior pozostał królestwem hardych wędrownych pasterzy, mieszkających w wojłokowych jurtach pod nieskończonym błękitnym niebem." (s. 25)
 

Mongolia, pustynia GobiŹródło zdjęcia

"Tylko raz w samotnej jurcie, stojącej na skraju drogi na południe od Arszaantu, gdzie zatrzymałam się, żeby spytać, jak dalej jechać, zobaczyłam prawdziwą nędzę - nędzę, która jest już właściwie walką o przeżycie.Czworo bosych dzieci zbitych w gromadkę patrzyło, jak ich matka rozmawia ze mną, a potem zaprasza do środka. Na ich twarzach nie było uśmiechów. W pustych, tępo zapatrzonych oczach nie widziałam ciekawości. Oczy ich matki też wydawały się martwe, jak u pokonanego zwierzęcia, które już tylko z nawyku stawia kolejny krok za krokiem, w bezmyślnej, niekończącej się, beznadziejnej monotonii godzin i dni. Moje próby nawiązania rozmowy i uśmiechy ginęływ mrocznej, brudnej jurcie. W tych ludziach nie było lęku - tylko apatia zrodzona z mozołu i daremnego wysiłku. Nierozumiejące, obojętne pogodzenie się z losem, bo wypaliła się nawet energia potrzebna do zadawania pytań. To byli pierwsi i ostatni złamani życiem Mongołowie, jakich spotkałam. A przecież bez względu na to, jak byli biedni, jak bardzo nie rozumieli ani nie dbali o to, kim jestem i dlaczego tam jestem, nadal byli gotowi dzielić się tym, co mieli." (s. 119)

wtorek, 18 września 2012

Sandor Marai, Wyspa




Od jakiegoś czasu mam w planie zapoznać się z twórczością Sandora Marai, węgierskiego prozaika. Oczywiście, najchętniej z jego „Dziennikiem”, ale z braku czasu sięgnęłam w bibliotece po „Wyspę”, o której nic nie słyszałam, ani złego, ani dobrego, ale której gabaryty wyglądały bardzo przyjaźnie, czyli mówiąc krótko, książka nie porażała objętością. :)

„Wyspa” opisuje epizod z życia profesora Askenaziego, który osiągnąwszy wiek czterdziestu ośmiu lat przeżywa coś w rodzaju punktu zwrotnego w życiu. Jakiś czas temu porzucił żonę z dzieckiem, przeniósł się do kochanki, przypadkowo poznanej na ulicy, potem również ją porzucił i w końcu dotarł do Dubrovnika, gdzie w prowincjonalnym, niezbyt reprezentacyjnym hotelu, w otoczeniu kompletnie obcych i obojętnych ludzi usiłuje dojść do ładu z samym sobą. Brzmi trywialnie? Tak, ale Marai dysponował piórem, które pozwalało nastawić się na wspólne odkrywania wydawałoby się niezgłębionej tajemnicy ludzkiej egzystencji za pomocą gonitwy myśli przedwojennego profesora w apogeum kryzysu wieku średniego. 

Książka rozpoczyna się rozdziałem, który przedstawia wszystkich gości hotelowych, panującą tam atmosferę i zestaw rytualnych zachowań i gestów, które obowiązują w tym miejscu. Powierzchowne rozmowy, nieistotne gesty, standardowe frazy… Askenazi to przybysz z zewnątrz, który nie pasuje do żadnej z naszkicowanych grup, ale on też do nich nie aspiruje. O akcję tu zresztą trudno, gdyż cała książka to właściwie monolog wewnętrzny Askenaziego, który wyjaśnia stan swojego ducha w ostatnich miesiącach i przyczyny, które skłoniły go do takich, a nie innych działań i postępowania. To zapis jego postępującego osamotnienia, wyłamania się z przyjętych reguł i zachowań społecznych. Powody takiego postępowania nie są jasne poza dążeniem do zrozumienia sensu egzystencji, do wejścia na właściwą ścieżkę w życiu. Czy profesor osiągnie ukojenie w prowincjonalnym hotelu na Bałkanach? 


Opisane w książce poczynania Askenaziego w pewnym momencie noszą wręcz znamiona kryminału. Jego peregrynacja osiąga kulminację, gdy spędza kilka nocnych godzin na wyspie nieopodal stałego lądu w zupełnej samotności po potwornym czynie, który miał miejsce w hotelu. Jego przemyślenia i gonitwa myśli to jednocześnie podróż do głębi własnego jestestwa i dyskusja z samym sobą mająca na celu dotarcie do prawdy rządzącej życiem. Czy to się uda? 

Wyspa to słowo – klucz tej książki. To symbol samotności i oddzielenia od tłumu. Pod względem formy i umiejętności pisarskich jest to bardzo interesująca książka. Konstrukcja powieści jest przemyślana i intrygująca, ale w moim przekonaniu zabrakło nieco „ognia”, czy jak niektórzy mówią „mięsa”. Jest kilka scen, przemyśleń, które zwracają uwagę. Do takich należy np. scena opróżniania kieszeni z licznych rzeczy, które Askenazy standardowo w nich nosił czy trzeźwa ocena swojego związku z kochanką:
 

„Żył cierpliwie, miesiącami, w cudzych pokojach, twarzą w twarz z obcą kobietą, w żałosnej masce starzejącego się zakochanego mężczyzny, w otoczeniu o niedającym się ustalić charakterze, czyhał na znak, na ten tajemniczy klucz, który pomoże mu w jednej chwili zrozumieć ów dręczący splot obrazów i rycin.” (s. 97)

Podobnie ironicznie bohater odnosił się do tych znajomych i przyjaciół, którzy postawili sobie za cel przywrócenie go rodzinie. Ich zabiegi uznaje za kompletnie pozbawione sensu, nie odczytujące prawidłowo powodów, które go sprowokowały do rzucenia dotychczasowego tryby życia. Nazywa ich zresztą „komitecikiem”. Takie nastawienie Askenaziego z góry skazuje ich działania na niepowodzenie. 

Bohater przeżywający rozterki wewnętrzne w dążeniu do harmonii to nic dziwnego w literaturze. A nawet powiedziałabym, że tacy bohaterowie to siła napędowa słowa pisanego. Swoim zachowaniem potrafią czytelnika ująć, zaczarować, skłonić do zastanowienia, zezłościć, zdenerwować, przyprawić o palpitacje serca etc. Najmniej ciekawie jest wtedy, gdy bohater nie wzbudza żadnych emocji. I, choć nie
mogę tego powiedzieć o Askenazym, to jego dylematy interesowały mnie coraz mniej w miare postępu lektury. A jakie uczucia we mnie wzbudził? No cóż, nie lubię go. Znielubiłam go w momencie, gdy po powrocie do domu po pierwszej nocy spędzonej z kochanką spotyka swoją żonę czekającą na niego i prowadzi z nią swoistą dyskusję w milczeniu, bez słów, w swojej wyobraźni. Gdy spada jej szal i on chcąc jej pomóc, dotyka ją, ona się uchyla od tego dotyku, Askenazy myśli o zachowaniu żony następująco: „To małostkowość z jej strony” – pomyślał. „Naprawdę, nie wolno się kłócić; dokąd byśmy zaszli? Cóż, takie są kobiety”. (s. 83) Sympatia do bohatera literackiego nie jest elementem koniecznym, ale uczucia, jakie we mnie wzbudził profesor Askenazy były co najwyżej letnie. 

Odbiór tej książki to sprawa indywidualna. Jestem pewna, że wiele osób nie zgodzi się ze mną i uzna „Wyspę” za fascynującą przygodę literacką. W moim przypadku, uznaję tę książkę za ciekawy eksperyment, który nie wciągnął mnie tak, jak tego oczekiwałam. Nie umiałam zaangażować się w tekst. Interesujące spostrzeżenia, kilka błyskotliwych cytatów, pewne kwestie egzystencjalne, które porusza Marai w „Wyspie”, to za mało, abym mogła uznać tę książkę za ważną w moim życiu. Mimo rozterek wewnętrznych Askenaziego, które w mniejszym lub większym stopniu są obecne w życiu każdego inteligentnego człowieka, nie poruszyła mnie ta opowieść. Poszukiwanie sensu życia i reguł rządzących światem przez głównego bohatera, mimo interesującej formy, okazało się dla mnie nieco … puste. Zachęcam Was jednak do wyrobienia sobie własnej opinii.
 


Sándor Márai (rodowe nazwisko Grosschmid) (1900 - 89) - studiował w Berlinie dziennikarstwo. W roku 1923 ożenił się z Iloną (Lola) Matzner, z którą przeżył sześćdziesiąt trzy lata. Pod rządami Horthy’ego zdobywa pozycję pisarza niezależnego. W r. 1948 z żoną i adoptowanym synkiem ucieka przed komunistycznym reżimem.
Opuszczając w 1948 roku kraj, Márai był autorem 46 książek, przeważnie powieści, lecz także poezji, esejów, felietonów i sztuk. Między rokiem 1928 a 1939 zdobył olbrzymią popularność. Na emigracji opublikował 16 książek. Z dorobku powieściowego Márai najwyżej ceniony jest cykl „Garenek Muve” („Dzieło Garenów”, 1933-44), ale wedle zgodnej opinii krytyki dziełem jego życia jest „Dziennik”. Pierwszy tom wyszedł w Budapeszcie w r. 1945, kolejne cztery, wydawane już na emigracji, były autorskim wyborem z materiału, którego pełną edycję niedawno rozpoczęto. Szósty, pośmiertny tom „Dziennika” jest dziełem wyjątkowym. Autor, półślepy, umęczony pielęgnowaniem niewidomej już żony, chorej na raka gardła, notuje – na granicy czytelności – coś, co jest poruszającym studium starości, a zarazem świadectwem wielkiej miłości. Márai bardzo ciężko przeżył śmierć żony, dodatkowym ciosem była nagła śmierć adoptowanego syna. 22 lutego 1989 roku Sándor Márai odebrał sobie życie strzałem z pistoletu.


Moja ocena: 4 / 6


Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: A sziget
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Mała proza
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 168



niedziela, 16 września 2012

Ulotne chwile (11)


Auta Hawany (De la Serie Autos de La Habana 2004)
Pocztówka nadesłana przez koleżankę z wakacji na Kubie
Fotografia: Guillermo Bello


sobota, 15 września 2012

Maciej Grabski, Ksiądz Rafał





Wsi sielska, wsi spokojna… Tak chciałoby się powiedzieć o Gródku, miejscu, w którym toczy się akcja powieści Macieja Grabskiego. Naczytałam się tyle pochlebnych komentarzy o tej książce, że i ja postanowiłam poznać uroki życia w tej wiosce. :)

Akcja „Księdza Rafała” rozpoczyna się w roku 1977, gdy w parafia w Gródku traci wieloletniego pasterza, proboszcza Stanisława. Po jego śmierci biskup Jakub, mądry i dalekowzroczny duchowny nominuje na jego następcę młodego księdza Rafała, który do tej pory pełnił jedynie funkcję wikarego w kilku parafiach i nie były to łatwe placówki z uwagi na trudny charakter jego dotychczasowych przełożonych.

Rafał zadziwia swoich parafian otwartym podejściem, skromnością i zupełnie innym stylem życia niż jego poprzednik. Wkrótce zjednuje sobie większość miejscowej ludności, mimo że kazania wygłaszane przez Rafała do najdłuższych nie należą, co nie jest zaletą w opinii tradycjonalistów parafialnych. Choć nowy proboszcz ma poparcie biskupa, jego bezpośredni przełożony, dziekan Tomaszek, nie wydaje się specjalnie zachwycony jego przybyciem i działaniami, jakie podejmuje w parafii. Trzeba również mieć na uwadze, że akcja książki ma miejsce w końcówce epoki gierkowskiej, kiedy komitety partyjne (było coś takiego!) miały sporo do powiedzenia, a milicjant - jeśli był osobą wierzącą - musiał ukrywać swoje uczestnictwo w życiu religijnym. 

Niestandardowe zachowanie nowego proboszcza niepokoi jednak bardziej tradycyjnych parafian. Wśród wiernych pojawia się pewien ferment i niezadowolenie. Czy Rafał uspokoi swoją trzódkę i oczyści się z podejrzeń? Czy parafianie zaakceptują swojego proboszcza takiego, jakim jest?

Muszę przyznać, że mimo pozytywnych recenzji tej książki, podchodziłam do niej z pewną nieufnością. Nie chciało mi się wierzyć, że można napisać książkę o księdzu, która nie byłaby zjadliwym atakiem lub czymś w rodzaju hagiografii. Tak już zwykle u nas w kraju jest, nie tylko w odniesieniu do kwestii związanych z Kościołem: od ściany do ściany, zero umiarkowanego podejścia i tolerancji. Ale Maciej Grabski zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Perypetie księdza Rafała czyta się z dużą przyjemnością, książka nie nudzi, a jednocześnie budzi pozytywne emocje. Powie ktoś, eeee tam taka bajeczka… Może i bajeczka, ale niepozbawiona wielu ciekawych spostrzeżeń i uwag.
Weźmy na przykład tytułowego bohatera. Na pierwszy rzut oka wydaje się on bohaterem bez skazy. Pomaga swoim parafianom, jak może, prowadzi skromny tryb życia, rozwikłuje wiele kłótni, nawet tych zastarzałych i zapiekłych, swoim koncyliacyjnym podejściem gasi wiele sporów w zarodku. Jest to człowiek nietuzinkowy, skończył studia muzyczne, przeżył kilka związków z kobietami w młodości, zaznał trochę prawdziwego życia. I choć tak wiele dobrego czyni dla poprawy życia i stosunków międzyludzkich w swojej parafii, nie umie ułożyć swoich stosunków z ojcem reagując nerwowo i nadmiernie emocjonalnie. Spokój który tak bardzo pomaga mu w kontaktach z wiernymi, opuszcza go, gdy dochodzi do kontaktu z ojcem…

W trakcie lektury czytelnik może również zmienić zdanie o niektórych bohaterach powieści, którzy swoim zachowaniem pokazują, że w rzeczywistości nie są oni takimi, jakimi się wydawali na początku książki. Mnie na przykład uderzyła zmiana zachowania księdza Witolda, wydawałoby się, że idealnego materiału na postać pozytywną. Z kolei poprzednik księdza Rafała początkowo wydaje nam się prostodusznym i tradycyjnym księdzem proboszczem z wszystkimi negatywnymi cechami. W wielu aspektach tak rzeczywiście jest, ale już wkrótce uświadamiamy sobie, że była to nietuzinkowa osobowość o wielu talentach i bogatym życiu wewnętrznym. Tego na pewno nie spodziewalibyśmy się po prowincjonalnym księdzu.

Tak więc mimo pozornej sielskości Gródka problemy, które napotyka proboszcz Rafał, są typowe i dla wsi, i dla miasta. Życie społeczności wiejskiej, choć w skali mikro, odzwierciedla konflikty i kłopoty, które zdarzyć się mogą wszędzie. Ksiądz Rafał stara się jednak zażegnać spory i wprowadzić spokój i zbiorową pracę u podstaw

Książkę czytało mi się świetnie. Jest bardzo dobrze napisana, nie ma dłużyzn, a i perypetie bohaterów potrafią zaciekawić. Biorąc pod uwagę, że książka ta, napisana pod wpływem dyskusji autora z przyjaciółmi, jest pierwszą w dorobku Macieja Grabskiego, świadczy ona naprawdę dobrze o umiejętnościach pisarskich jej twórcy. W moim przekonaniu jest to książka dla wszystkich, chociaż dla wielu osób, zwłaszcza tych negatywnie nastawionych do Kościoła, obraz wykreowany w powieści i tak będzie zbyt sielankowy i nierzeczywisty. Zachęcam jednak wszystkich do lektury, to naprawdę niezła książka.




Maciej Grabski (ur. 1968), krakowianin, historyk sztuki z wykształcenia i zamiłowania. Rzeczoznawca w zakresie ochrony zabytków, biegły sądowy, okresowo również tłumacz i konsultant w dziedzinie nowych mediów. Mimo licznych namów, w swoim dotychczasowym pisarstwie ograniczał się, prócz przekładów, wyłącznie do artykułów fachowych. Uległ dopiero w 2009 roku, skłoniony do napisania Księdza Rafała. O swojej książce mówi tu.
Źródło zdjęcia
 

Moja ocena: 5 / 6


Autor: Maciej Grabski
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 364

czwartek, 13 września 2012

13 września 1993 r., Michał Heller

Ks. Michał Heller - polski prezbiter katolicki, teolog, profesor nauk filozoficznych


13 września 1993

"Dlaczego trzeba się spieszyć? Nie tylko wtedy, gdy gonią nas obowiązki lub pociąg odjeżdża za dziesięć minut? Zawsze? Odpowiedź jest prosta: bo czas płynie. W fizyce i filozofii można się spierać z Newtonem, czy jego definicja czasu jest trafna, ale nie można miec żadnych wątpliwości co do tego, że wyraża ona głębokie ludzkie doświadczenie. "Absolutny, prawdziwy, matematyczny czas płynie sam przez się i ze swej natury jednostajnie, niezależnie od czegokolwiek zewnętrznego, i inaczej nazywa się trwaniem". Tyle że nie jest to trwanie, lecz raczej przemijanie. Festina lente tak, żeby czegoś nie przeoczyć, żeby nie zgubić żadnej cząstki istnienia. Ale trzeba się spieszyć. Jest to po prostu fizyczna konieczność.

Dlatego często chwytam za pióro. Tradycyjnie, na kartce papieru. Bez monitora i klawiatury. W pociągu, na ławce w parku, w przerwie między wykładami; najczęściej wieczorem, po całodziennym zmęczeniu, gdy myśli, niejako broniąc się przed nocnym uśpieniem, stają się bardziej natarczywe i nadają się już tylko do luźnych notatek.

Notatki spisywane w pośpiechu dotyczą spraw ważnych i błahych. Czy jednak są sprawy błahe? Mijający czas wyrównuje wszystkie różnice potencjałów."

Michał Heller, "Podróże z filozofią w tle"
Wydawnictwo Znak, wyd. 2008

niedziela, 9 września 2012

Ulotne chwile (10)





Wirujący derwisze, 1903
Pocztówka zakupiona w Turcji
LEVANT KOLEKSIYON No 282

Wirujący derwisze - zakon muzułmański powstały w XIII w. w Turcji. Inspiracją do jego powstania była mistyczna poezja Rumiego (zm. 1273 r.). Charakterystyczną cechą uczestników tego zakonu jest medytacja w ruchu w postaci szeregu figur "tanecznych", z których najbardziej widowiskowym jest umiejętność szybkiego wirowania.  Co roku, 17 grudnia, w rocznicę śmierci Rumiego odbywa się w Konyi (Anatolia) uroczysty pokaz ku jego czci kosmicznego tańca mistycznego (tzw. sema), polegającego na ruchu wirowym dookoła własnej osi oraz obiegowym po okręgu wokół szejcha zgromadzenia, niczym planet wokół słońca. Zapewnia on osiągnięcie stanu ekstazy jako bezpośredniego doświadczenia Absolutu, celu praktyk sufizmu, mistycznego odłamu islamu. (źródło: Wikipedia)

 

sobota, 8 września 2012

Åsa Larsson , Krew, którą nasiąkła




Pojawiło się kolejne gorące szwedzkie nazwisko prozy kryminalnej! Jako że skandynawski kryminał bardzo mi przypadł do gustu i odkryłam wielu twórców, którzy poza skomplikowaną zagadką kryminalną potrafią też świetnie pisać, cały czas staram się wyrobić sobie opinię o nowych autorach. Pierwsza książka Asy Larsson pojawiła się w Polsce w 2008 r., ale udało mi się przeczytać drugą z kolei, wydaną w 2011 roku.

Akcja „Krwi, którą nasiąkła” toczy się w północnej Szwecji za kręgiem polarnym, w okolicach Kiruny. W małej wiosce Jukkasjärvi zostaje brutalnie zamordowana pastor parafii Mildred Nilsson. Kobieta była charyzmatyczną i jednocześnie bardzo kontrowersyjną osobowością, której bezkompromisowość i - powiedzmy sobie jasno - dość radykalne poglądy prowokowały wiele podziałów w lokalnej społeczności. Śledztwo prowadzi lokalna policja, jednak bez widocznych rezultatów. Niebawem do Kiruny przybywa Rebeka Martinsson – utalentowana młoda prawniczka, która półtora roku wcześniej zabiła w obronie własnej troje ludzi. Od tego czasu nie może odzyskać równowagi psychicznej i wrócić do zawodu. Nie spodziewa się, że w rodzinnych stronach znów natknie się na sprawę kryminalną…


Najważniejsza w książce jest Rebecca Martinsson, jej przeżycia i przemyślenia, jej próby powrotu do normalnego życia. Rebeka wykonuje zawód prawnika, ale specjalizuje się w sprawach gospodarczych, nie karnych. Jej stan psychiczny nie pozwala na powrót do pracy. Ze swoimi kolegami stara się utrzymać poprawne relacje, choć drażni ją, iż od czasu dramatycznych wydarzeń stanowi swoistą "atrakcję" towarzyską wykorzystywaną czasami przez właścicieli kancelarii w negocjacjach firmowych. Gdy trafia się możliwość wyjazdu do Kiruny, jej rodzinnych stron, gdzie wcześniej rozegrały się tragiczne wydarzenia, skwapliwie z niej korzysta i czuje, że ta podróż może być dla niej remedium na trawiące ją problemy. Rebeka nie zdaje sobie jednak sprawy, że kilka miesięcy wcześniej w okolicy popełniono morderstwo na kontrowersyjnej pastor. 

Rebeka, po przybyciu na miejsce, robi sobie krótki urlop i poznaje przedstawicieli lokalnej społeczności, w tym między innymi policjantów, których pspotkała już wcześniej podczas swoich traumatycznych przeżyć opisanych w pierwszej części cyklu. Anna Maria Mella i Sven Erik są dość charakterystycznymi postaciami: policjantka, matka trójki dzieci, świeżo po powrocie z urlopu macierzyńskiego, zrównoważona, inteligentna, twardo stąpająca po ziemi i małomówny policjant po rozwodzie oczywiście, a jednak wrażliwy gdyż wzruszające są opisy jego tęsknoty za kotem, który zaginął bez wieści… Niemniej jednak, muszę zaznaczyć, że śledztwo w tej książce toczy się bardzo wolno i postępów nie widać mimo że oboje śledczy
budzą sympatię.
 
Sprawa kryminalna, którą śledzimy w książce, wydaje się ciekawa, pokazuje między innymi rozgrywki i interesy, jakie mają miejsce, w dość zamkniętym środowisku duchownych kościoła protestanckiego. Jak wiadomo, Kiruna słynie z kaplicy lodowej, w której można zamówić oryginalny ślub (o ile dobrze pamiętam jeden z naszych rodzimych cele brytów także zawarł tam jedno ze swoich małżeństw). I, jak się okazuje, sprawowanie posługi kapłańskiej podczas tych uroczystości jest łakomym kąskiem dla tutejszych przedstawicieli Kościoła. 

Autorka pisze zajmująco, choć podobnie jak w większości skandynawskich kryminałów nie stawia na wartką akcję, lecz raczej na dogłębne pokazanie ludzkich charakterów. Pastor Nilsson, którą poznajemy w seriach retrospekcji, to postać, której działania były bardzo dyskusyjne. Wierzę, że jej postępowanie mogło w wielu wiernych budzić wstrząs, a w innych powodować głębokie przywiązanie.

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie do narracji rozdziałów opisujących losy wilczycy określanej jako „Żółtonoga”. Jest to pewna literacka paralela losów Rebeki. Szczerze powiem, że bardzo się wzruszyłam podczas lektury tych fragmentów. Pomijając już aspekt emocjonalny, widać, że Asa Larsson świetnie nakreśliła dynamikę wilczego stada i zachowań tych zwierząt. Na pozór te fragmenty wydają się zbędne, ale po głębszym zastanowieniu już wiem, że nie zapomnę długo tej książki właśnie dzięki perypetiom Żółtonogiej.


Z uwagi na treść książki, wiele związków i odniesień do pierwszej części cyklu wiem, że popełniłam błąd nie rozpoczynając cyklu zgodnie z chronologią. Niewątpliwie ułatwiłoby mi to lekturę, zwłaszcza na początku. Potem jednak wsiąkłam w opowiadaną przez Asę Larsson historię i nie miało to dla mnie aż takiego znaczenia. Niemniej jednak tym, którzy planują poznanie tego cyklu radzę rozpoczęcie lektury od pierwszej części cyklu.

Rebeka Martinsson to postać literacka, która zdobyła sobie jakiś zakątek w moim sercu. Jest zupełnie inną osobowością niż Harry Hole, John Rebus czy Annika Bengtzon, a jednak sprawia, że chcę ją poznać bliżej. Jest w niej jakaś kruchość i delikatność, a jednocześnie upór, który pozwala jej przetrwać. 

Mimo powolnej narracji, książka i losy bohaterów bardzo mnie wciągnęły. Kilka wątków jest bardzo poruszających i zainteresowały mnie w większym stopniu niż sprawa kryminalna, która wlecze się w nieskończoność. Można odnieść wrażenie, że gdyby w okolicy nie pojawiła się Rebeka, miejscowa policja nie potrafiłaby rozwikłać tej sprawy, działając tak opieszale, jak to przedstawiła autorka. Końcówka może nie jest zbyt zaskakująca jeśli chodzi o osobę zabójcy, ale jest traumatyczna dla głównej bohaterki i naprawdę nie wiem, jak Asa Larsson poprowadzi dalej tę historię… Jeszcze nie wiem, ale się dowiem, tego jestem pewna.

Poniżej podaję powieści z cyklu o Rebece Martinsson w kolejności chronologicznej:

Solstorm (2003, wyd. pol. „Burza z krańców ziemi”, 2008)
Det blod som spillts (2004, wyd. pol. “Krew, którą nasiąkła”, 2011)
Svart stig (2006, wyd. pol. „I tylko czarna ścieżka”, 2011)
Till dess din vrede upphör (2008, wyd. pol. „Aż gniew twój przeminie”, 2012)
Guds starka arm (2009)
2012 Till offer åt Molok (2012, wyd. pol. “W ofierze Molochowi”, w przygotowaniu)

 
Åsa Larsson (ur. 1966) – szwedzka autorka powieści kryminalnych. Urodziła się w Uppsali, ale dzieciństwo i młodość spędziła na dalekiej północy w Kirunie. Przez kilka lat pracowała jako prawniczka specjalizująca się w prawie podatkowym. Zadebiutowała w 2003 r. powieścią kryminalną „Burza z krańców ziemi”, która stała się bestsellerem i za którą Szwedzka Akademia Pisarzy Kryminalnych przyznała autorce nagrodę za najlepszy debiut roku, Rok później kolejna powieść Larsson „Krew, która nasiąkła” została uznana za najlepszą szwedzką powieść kryminalną. Po sukcesie pierwszej książki poświęciła się pisaniu.
 


Moja ocena: 5 / 6


Autor: Åsa Larsson
Tytuł oryginalny: Det blod som spillts
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Beata Walczak – Larsson
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 424

 

czwartek, 6 września 2012

Krzysztof Varga o Węgrzech

Krzysztof Varga (ur. 1968)
Polski pisarz węgierskiego pochodzenia, krytyk literacki, dziennikarz
Źródło zdjęcia


Krzysztof Varga, "Gulasz z turula"
Wydawnictwo Czarne, 2007

"Smutek Węgrów bierze się w wielkiej mierze z kuchni. Należałoby przeprowadzić fundamentalne badania dietetyczno - psychologiczne na temat wpływu węgierskiego sposobu odżywiania na narodowe i egzystencjalne nastroje. Mnie zawsze po obfitym budapeszteńskim posiłku ogarniają: melancholia, tęsknota, smutek i zniechęcenie. Krew z głowy spływa do żołądka, by pomóc w trawieniu, ociężałość cielesna brata się z przekonaniem, że wszystko sensowne już się w moim życiu zdarzyło (o ile zdarzyło się naprawdę, a nie było tylko złudzeniem) i nie czeka mnie już żaden wzlot, żadna radość, najmniejsze szczęście. Jestem najedzony i nieszczęśliwy; dokonuję rachunku sumienia i jest to rachunek dziesięciokrotnie przekraczający kwotę, jaką muszę dać kelnerowi. Nie pomaga nawet kieliszek unicum, spędzający ciężar z żołądka, ale niespłukujący smutku z moich myśli." (strony 21 - 22)

"Anegdota mówi, że Węgrzy nie lubią siebie nawzajem, bo jeszcze nie oswoili się z tym, że skończył się nomadyzm i zaczął czas, gdy muszą żyć obok siebie, bez możliwości przemieszczenia się. Siedzą w gęstym dymie spowijającym tanie winiarnie i piwiarnie i płaczą bezgłośnie. Są jak konie ze spętanymi pęcinami. Co by jednak zrobili, gdyby ktoś im te pęta przeciął? Galopowaliby w miejscu?" (s. 69)


Dom na przedmieściach BudapesztuŹródło zdjęcia
"Autorzy nazw węgierskich ulic wykazują sie imponującym ograniczeniem tematycznym. Centrum miast składa się zazwyczaj z placu św. Stefana, placu Wolności, ulicy Szechenyiego, alei Kossutha, placu Bohaterów (w Nyiregyhaza obok placu Bohaterów jest od razu plac Męczenników). Trochę dalej od ścisłego centrum, choć nadal w obrębie śródmieścia, znajdują się ulice i place generała Bema, króla Macieja Korwina i Janosa Hunyadiego - nie załapali się na centrum, bo odnieśli zbyt duże sukcesy - ich nazwiska kojarzą się ze zwycięstwami. Męczennicy z Aradu są dużo lepsi, bo kojarzą się ze słodką klęską." (s. 73)

"W Budapeszcie najbardziej lubię przedmieścia. Wszystko, co znajduje się poza zasięgiem uproszczonych planów Budapest City Map dla backpackerów z całego świata albo mapek centrum wręczanych gościom hotelowym. Interesują mnie dzielnice, w których miasto traci swoją wielkomiejskość, to dumnie zwiędłe cesarsko-królewskie odium, przykurzony blichtr milenium, które przełamało się ponad sto lat temu, a czasami ma się wrażenie, jakby było ostatnim naprawdę znaczącym wydarzeniem w tym mieście. Lubię spacery po dzielnicach starej parterowej zabudowy, domów z ogródkami, których mieszkańcy nie opuszczają swoich oswojonych okolic i nie wyprawiają się do centrum, na ulicę Vaci ani nawet na Nagykorut." (strony 104 - 105)



Alföld wiosnąŹródło zdjęcia

"Jak opisać Alföld? Jak nazwać bezbrzeżną nijakość Wielkiej Niziny nie pisząc o melancholii, depresji, smutku tej wielkiej płaskości, przy której holenderskie poldery są urozmaicone jak szwajcarski krajobraz?

Doświadczyłem Alföld na sobie samym - jeżdżąc samochodem bez celu, od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka, spoglądając tylko na tablice z nazwami tych zagubionych, istniejących poza czasem miasteczek i osad, a raczej wypatrując na horyzoncie kościelnych wież, tych alföldzkich drogowskazów, nie spoglądając na mapę i nie szukając żadnej drogi. Gubiąc się i znajdując wciąż w tym samym miejscu. Wiosną Alföld jest oślepiająco żółty. To małe pola rzepaku, ale ponieważ przechodzą jedno w drugie, wydaje się, że to cała Wielka Nizina jest żółta jak Sahara. Alföld to pustynia, a alföldzkie miasteczka to fatamorgana.Kiedy się do nich wjeżdża nie ma żadnej gwarancji, że istnieją naprawdę." (s. 175)

wtorek, 4 września 2012

Knut Hamsun, Błogosławieństwo ziemi





„Przez trzęsawisko wiedzie do boru ścieżka długa, niezmierzona. Kto ją wydeptał? – Człowiek, pierwszy, który się tu pojawił. Przed jego przybyciem nie było jej jeszcze.”

Tak rozpoczyna się ta książka, która przyniosła jej autorowi literacką nagrodę Nobla w 1920 roku. Opowiada o ludziach, którzy zdecydowali się osiąść na pustkowiu, z dala od siedzib ludzkich i stworzyć tu dom. Pierwszym śmiałkiem i tym, którego losy najbardziej interesują autora, jest Izak. Nie wiemy, skąd pochodzi, kim jest, jakie było jego wcześniejsze życie. Poznajemy go w momencie postawienia przez niego stopy na pustkowiu, tam, gdzie postanowił zbudować dom. Wkrótce pojawia się obok niego Inger, kobieta po przejściach, której życie niewątpliwie naznaczone jest traumą oszpecenia. O jej przeszłości wiemy niewiele więcej niż Izaka. Tam, gdzie jest mężczyzna i kobieta, tam pojawiają się wkrótce dzieci i para decyduje się zalegalizować swój związek. Ich życie jest pełne trudów, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. W zamian za to, w miarę upływu lat, mogą pozwolić sobie na coraz wygodniejsze i bogatsze życie. Ich ciężka praca sprawia, że pustkowie ożywa. Osiedlają się tam kolejni pionierzy: przyzwyczajony do nieróbstwa Brede, wytrwały i pracowity Aksel. Pustkowie powoli przestaje zasługiwać na swą nazwę. Jednak nawet tam pojawia się zbrodnia… Tam gdzie zbrodnia, jest także i kara…
 
Głównym i zdecydowanie pozytywnym bohaterem książki jest Izak. Jego heroiczna walka z przyrodą, dążenie do stworzenia na pustkowiu domu i nieuleganie pokusom miejskiego życia i rozrywek, które tylko ogłupiają, a nie pomagają żyć, jest przedstawione jako wzór do naśladowania. Wśród mieszkańców wsi, którzy pojawiają się na kartach tej powieści wybija się postać upadłego sołtysa Geisslera, który właściwie pojawia się w książce epizodycznie, ale jego wpływ na życie rodziny Izaka oraz życie wsi jest ogromne. Jego decyzje, jego wybory determinują życie całej wioski i osadników na pustkowiu. Jego niezachwiane poparcie dla Izaka jest ważne i istotne dla niego i jego rodziny. 

Izak jest wzorem osobowościowym opiewanym przez Hamsuna. To ziemia, jej uprawa, owoce, które przynosi, stanowi o sile głównego bohatera i jego rodziny. Ziemia jest najważniejsza w życiu człowieka, co więcej, jej uprawa nadaje temu życiu głęboki sens. I ten aspekt podkreśla zawsze Geissler, który jest w moim przekonaniu swoistym alter ego pisarza. Miasto i jego „uroki”, których doświadczają w mniejszym lub większym stopniu członkowie rodziny Izaka oraz drugoplanowi bohaterowie książki, to w opinii autora, źródło wszelkiego zepsucia i zła. Ściąga ono ludzi na manowce i skłania ich do zabiegania o rzeczy nieważne, pozorne, podczas gdy prawdziwe życie jest tam, gdzie ma się swój kawałek ziemi.
 

W drugiej części książki pisarz koncentruje się również na pokazaniu życia kolejnych osadników na pustkowiu, żeby na koniec powrócić do Sellanraa (tak zwie się gospodarstwo Izaka) i do jej mieszkańców. Wielu bohaterów drugoplanowych, którzy mieli krótszą lub dłuższą styczność z miastem jest opisanych negatywnie. Moralna przewaga Izaka nie podlega dyskusji. On nie dał się omamić światłom wielkiego miasta. Wie, że ziemia jest jest żywicielką wszystkich stworzeń, że daje ona tę upragnioną przez człowieka wolność. 

Oczywiście, miasto jest również synonimem postępu i rozwoju. Ale jest postęp i „postęp”. Jeśli postęp jest pojmowany przez człowieka jako możliwość zakupu nowych błyskotek, nieistotnych gadżetów, czy umiejętność czytania i pisania, bez przemyślenia, czemu ta umiejętność miałaby służyć, to autor ocenia tak rozumiany "postęp" jednoznacznie negatywnie. Jeden z bohaterów książki, który został „omamiony” pokusami miejskiego życia, jest opisany przez pisarza następująco:

„(…) do cna roztargniony i spaczony. Powinien był trzymać się roli, byłby przynajmniej czymś. A tak co? Jest panem umiejącym pisać litery, ale pozbawionym ducha przedsiębiorczego i głębi. I urwipołciem także nie jest ani zakochanym, ani ambitnym, właściwie jest niczym, jest zerem, nawet wielkim złoczyńcą nie jest.” (s. 362)

Trzeba umieć dokonać wyboru zdobyczy cywilizacyjnych. Izak, mimo swojego głębokiego przywiązania do ziemi, przyrody i tradycyjnego sposobu życia - nie jest przeciwny postępowi. Jeśli istnieją udogodnienia, które mogą się przyczynić do poprawy bytu człowieka pracującego na wsi, do ulepszenia metod uprawy ziemi, wtedy główny bohater stara się je zdobyć dla siebie i swoich bliskich. Nie ociąga się też z wprowadzaniem konkretnych metod pracy, które mogą przyczynić się do lepszych zbiorów. Wielokrotnie jego przewodnikiem w podejmowaniu takich postępowych działań jest właśnie Geissler.

Styl pisarski Hamsuna poraża prostotą. Mnie zwłaszcza ujął początek książki, gdy w prostych, krótkich zdaniach, bez zbędnych ozdobników opisana została egzystencja Izaka i Inger na pustkowiu, ich walka o stworzenie prawdziwego domu, ich milcząca determinacja i pracowitość, która w krótkim czasie przyczyniła się do opanowania żywiołu i korzystania z plonów tej ziemi w sposób mądry i właściwy. Późniejsze koleje losu tych dwojga i ich dzieci nie były już takie proste i jednoznaczne. Postać Inger – choć generalnie pozytywna – wzbudza w pewnych fragmentach książki duże wątpliwości natury moralnej. Narrator jednak ogranicza się do przedstawienia nagich faktów, nie przedstawia oceny wydarzeń opisanych w książce. Fabuła nieco traci tempo w drugiej części książki. Zdarzają się fragmenty dłużyzn brakuje „pociągnięcia” pewnych wątków.

Duże wrażenie robi mowa końcowa, czy też raczej przesłanie, które wygłasza Geissler, a które – w moim przekonaniu – stanowi credo Knuta Hamsuna. Słowa Geisslera tak właściwie przedstawiają sedno tej książki, zawierają przesłanie autora i zachętę do życia i pracy zgodnie z naturą i tradycją. Oto jeden z cytatów podsumowujących przesłanie tej książki.

“Wszyscy popełniają ten błąd, że nie chcą kroczyć w zgodzie z życiem, że chcą życie wyprzedzić i pędzą jak opętani. A gdy się zagalopują, wtedy już nie znajdują drogi wyjścia, wtedy następuje nieuchronne rozbicie! I potem rozpoczynają się skargi na życie, wybuchy wściekłości przeciwko życiu. Niektórzy może mają powód do skargi, liczniejsi jednak takiego powodu nie mają, atoli mimo wszystko nie wolno burzyć się przeciwko życiu. Życia nie powinno się osądzać surowo i nieubłagalnie, a przeciwnie, powinno się odnosić się do niego z uczuciem miłosierdzia i bronić go!” (s. 372)

Ta książka to hymn na cześć człowieka, jego więzi z przyrodą i najbardziej podstawowych wartości. Niewątpliwie pisarz czerpał ze swoich doświadczeń. Książkę napisał po powrocie do Norwegii i zakupieniu posiadłości w Skogheim (Nordland). Tu przyszły na świat jego dzieci i wtedy właśnie pisał „Błogosławieństwo ziemi” zanim uwiodły go hasła Hitlera. Przesłanie książki jest nadal aktualne. O ile wiem, książka ta nie była ostatnio wznawiana. A szkoda. Warto do niej wrócić. Jej lektura stanowi okazję do zadumy i refleksji o wartościach podstawowych. Gorąco polecam. 
 

Knut Hamsun, właśc. Knut Pedersen (1859 - 1952) - norweski pisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1920 r. za książkę "Błogosławieństwo ziemi" (1917). Hamsun był jednym z siedmiorga dzieci ubogiego wiejskiego krawca. W młodości pracował jako czeladnik szewski, subiekt, kamieniarz i nauczyciel w szkole elementarnej. W latach 80-tych XIX w. dwukrotnie wyjeżdżał do USA, gdzie zarabiał na chleb jako buchalter, motorniczy tramwaju, robotnik budowlany. Powieścią, która wzbudziła uznanie krytyków był "Głód" (1890). Jeszcze przed II wojną światową zaczął popierać nazistów, za co po wojnie był sądzony i poddany ostracyzmowi. Po wojnie osadzono go w szpitalu psychiatrycznym. Efektem pobytu w szpitalu była powieść "Na zarośniętych ścieżkach" (1949).


Moja ocena: 5 / 6


Autor: Knut Hamsun
Tytuł oryginalny: Markens Grøde
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Tłumacz: Czesław Kędzierski
Rok wydania: 1973
Liczba stron: 379

 

niedziela, 2 września 2012

Ulotne chwile (9)


Białystok 1984, czyn partyjny w Niedzielę Palmową z okazji 40-lecia PRL
Kartka zakupiona w księgarni Domu Spotkań z Historią w Warszawie
Seria fotograficzna: Schyłek Peerelu. Lata 80 w zdjęciach z agencji Forum (www.forum.com.pl )
Foto: Jan Malec


sobota, 1 września 2012

Alison Lurie, Sprawy zagraniczne




Tę książkę wydano w Polsce tylko raz, w 1994 r. Nie przypominam sobie, kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, ale na pewno w latach 90-tych, a więc epokę temu. :) Pamiętam, że byłam pod jej dużym wrażeniem i dlatego, gdy przypadła na mnie kolej wskazania lektury w klubie czytelniczym „Porozmawiajmy o książkach” uznałam, że to dobra okazja, aby wrócić do tej książki i skonfrontować swoje wrażenia z przeszłości, czyli młodości, gdyż – jak powszechnie wiadomo – doświadczenie życiowe i lata, które przeżyliśmy, może zmienić nasz ogląd na wiele spraw.

Powieść opisuje perypetie dwojga badaczy z amerykańskiego uniwersytetu Corinth, którzy przybywają na półroczne stypendium w Londynie. Vinnie Miner to pięćdziesięcioczteroletnia kobieta, nieśmiała, samotna i brzydka. Mimo przelotnych związków z mężczyznami unika wikłania się w głębsze relacje uczuciowe. Specjalizuje się w badaniach nad tradycją wyliczanek dziecięcych i różnic między tradycją amerykańską a brytyjską. Można ją określić jako anglofilkę, gdyż darzy miłością „stary kraj”, jego kulturę i tradycję. Czuje się tam jak ryba w wodzie, ma swoich przyjaciół i kontakty, o których jej kolega – Fred Turner – może tylko pomarzyć. On z kolei jest młodym i przystojnym mężczyzną, którego związek małżeński z dynamiczną i niezależną Roo przeżywa kryzys, a właściwie praktycznie się rozpadł. Fred przyjeżdża do Londynu prowadzić badania nad twórczością Johna Gaya, ale z uwagi na sytuację osobistą i niedobory finansowe czuje się w Londynie fatalnie. Nie może się skupić na pracy, londyńska pogoda doprowadza go do szału, samotność i brak znajomych również nie przyczyniają się do poprawy jego nastroju. W takiej sytuacji nie dziwi fakt, że zdecydował się przyjąć zaproszenie na przyjęcie starszej koleżanki z wydziału, gdzie ma okazję nawiązać nowe znajomości i najeść się za darmo. Okaże się, że – chociaż w Ameryce Vinnie i Fred nie należeli do tych samych kręgów towarzyskich – to jednak w Londynie ich losy przetną się nie raz i nie dwa, a Fred skorzysta ze znajomości starszej koleżanki. 

"Kiedy samotnie spacerowałam
I sama z sobą rozmawiałam,
To pomyślałam wtedy z nagła:
Dbaj zawsze os siebie,
Pilnuj zawsze siebie,
Bo nikt o ciebie nie zadba
 
Stara piosenka" (s.7)
 
Historia Vinnie bardziej mnie wzruszyła i zainteresowała. Przytoczone wyżej słowa piosenki można uznać za motto głównej bohaterki w momencie, gdy pojawia się ona na kartach powieści Alison Lurie. Mimo pozornej niezależności i samodzielności wydaje się ona jednak uwięziona w ukształtowanych przez lata stereotypach i poglądach na siebie, swoją powierzchowność. Przywiązana jest do przekonania, że z uwagi na mankamenty urody nie jest jej dana prawdziwa miłość. Drobny romans, proszę bardzo, ale miłość to na pewno nie, a na pewno nie miłość ze strony ideału, czyli wyrafinowanego intelektualisty z jednej bądź drugiej strony Atlantyku. Vinnie podczas pobytu w Londynie rozkwita, trafia jej się również niesamowita przygoda, która wymusza na niej dokonanie wyboru, czy doskonale zorganizowane życie bez miłości jest bardziej nęcące niż doświadczenie miłości, która niekoniecznie ma fizjonomię przysłowiowego rycerza w lśniącej zbroi. 

Perypetie Freda są w pewnym sensie lustrzanym odbiciem historii Vinnie. Dzięki miłej aparycji nigdy nie miał problemów z kontaktami z płcią przeciwną, ale również musi sobie odpowiedzieć na pytanie, kto jest miłością jego życia. Czy jego nieporozumienie z żoną tuż przed wyjazdem jest na tyle poważne, że zniszczy ich związek? Czy londyńska eskapada zapewni mu zdobycie prawdziwej miłości, dla której powinien odrzucić dotychczasowe życie, czy też jest to ułuda, która nie jest warta jego uwagi?


Oczywiście perypetie miłosne nie są jedynym wątkiem książki, aczkolwiek wybijają się na pierwszy plan. Autorka świetnie przedstawiła również akademicko-kulturalny (czy może raczej show biznesowy) londyński światek z jego zaletami i przywarami. Tenże światek dzieli się na kilka kręgów, do których niektórzy nie mają wstępu, a reguły rządzące zachowaniami jego członków nie są jasne i klarowne, zwłaszcza dla nowicjuszy w towarzystwie. Całość jest przedstawiona lekko i dowcipnie, choć momentami historia wcale nie jest żartobliwa. Paradoksem tej książki jest to, że choć i Vinnie, i Fred ulegają czarowi londyńskiego życia, kultury i tradycji, to jednak okazuje się, że pogardzana przez Vinnie Ameryka objawia jej oblicze, którego się zupełnie nie spodziewała.

Jest to w moim przekonaniu mądra książka o życiu i miłości. W warstwie treściowej niesie wydawałoby się dość błahą historyjkę. Ale czy tak jest naprawdę? Nasi bohaterowie przeżywają bardzo intensywne pół roku w Londynie i mierzą się z dylematami, które są bliskie każdemu. Bo czyż nie musimy sobie często odpowiadać na pytania, kto jest miłością naszego życia, czy dobrze wybraliśmy naszego towarzysza życia? Czy warto odrzucać miłość tylko dlatego, że nasz wybór nie spodoba się naszym przyjaciołom i znajomym?
 
 
"Bo w końcu dlaczego Vinnie ma odgrywać drugoplanową rolę we własnym życiu? Czyż nie ma prawa wyobrazić sobie, że jest odkrywcą stojącym u wrót krainy nieznanej jeszcze literatom; odkrywcą zaintrygowanym, podnieconym - gotowym na niespodzianki?" (s. 228)

Książka jest bardzo sprawnie napisana, czyta się ją szybko. Ale czasem – zwłaszcza pod koniec - wzruszenie chwyta człowieka za gardło. Lektura tej książki sprawiła mi dużą przyjemność. Nie jest to w żadnym przypadku pozycja zmieniająca mój punkt widzenia czy niosąca przewartościowanie mojego poglądu na świat (i chyba nigdy taka nie była), lecz raczej potwierdzenie słuszności pewnych wyborów życiowych, których dokonałam. Przypomniałam sobie także wątpliwości i obawy osoby wchodzącej w dorosłe życie, a które uzmysłowiła mi ta książka podczas pierwszej lektury. 

Kawałek dobrej literatury. Polecam. A na koniec piosenka, która skojarzyła mi się z wątkiem Vinnie (przyznam uczciwie, że bardzo ją lubię, więc wykorzystuję okazję do jej "odkurzenia", gdyż ma już swoje lata :))).



 

Poniżej jeszcze jeden, dość interesujący, cytat z książki:

"Czasami Vinnie zastanawia się, dlaczego kobiety w ogóle wpuszczają mężczyzn do swoich łóżek. To straszne ryzyko, tak rozebrać się i położyć obok wielkiego, obcego golasa. Szanse na wygraną sa niemal równie nikłe, jak w nowojorskiej loterii stanowej. Mężczyzna może skrzywdzić; może wyśmiać; może spojrzeć raz na podstarzałe ciało kobiety i odwrócić się ze źle skrywanym i pełnym zakłopotania niesmakiem. (...) Ryzyko jest tak wielkie, że właściwie żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie powinna go podejmować - tylko, że te biedaczki, które je podejmują, właśnie nie są przy zdrowych zmysłach. I tak jak w przypadku loterii stanowej (na którą Vinnie czasami kupuje losy), jeśli już się wygra, to wygrana jest naprawdę oszałamiająca." (s. 234)

 
Alison Lurie (ur. 1926) – amerykańska pisarka i wykładowca uniwersytecki. W 1970 r. rozpoczęła pracę na wydziale anglistyki Cornell University. Specjalizowała się w literaturze dziecięcej. W 1984 r. zdobyła nagrodę Pulitzera za powieść „Sprawy zagraniczne”. Jest również m. in. autorką książki „Wojna w rodzinie Tate” (1974). Obecnie jest emerytowanym profesorem Cornell.

 

Moja ocena: 5 / 6


Autor: Alison Lurie
Tytuł oryginalny: Foreign affairs
Wydawnictwo: Rebis

Seria: Salamandra
Tłumacz: Przemysław Znaniecki
Rok wydania: 1994
Liczba stron: 317

 

1 września...





1 września 1939 (piątek)

- Atak Niemiec na Polskę i początek II wojny światowej. O godzinie 4.45 niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzał Westerplatte, Wojskowej Składnicy Tranzytowej na terenie Wolnego Miasta Gdańska, bronionej przez załogę (około 200 żołnierzy) pod dowództwem mjr. Henryka Sucharskiego i kpt. Franciszka Dąbrowskiego. Przez 7 dni bohatersko odpierała ona powtarzające się ataki niemieckie z morza, ziemi i powietrza, stając się symbolem polskiego oporu.

- Rozporządzeniem prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego wprowadzony zostaje na terenie całej Polski stan wojenny.
„Obywatele Rzeczypospolitej! Nocy dzisiejszej odwieczny wróg nasz rozpoczął działania zaczepne wobec Państwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i Historii. W tej chwili dziejowej zwracam się do wszystkich obywateli państwa w głębokim przeświadczeniu, że cały naród w obronie swojej wolności, niepodległości i honoru skupi się dookoła Wodza Naczelnego i sił zbrojnych oraz da godną odpowiedź napastnikowi, jak to się już nieraz działo w historii stosunków polsko-niemieckich. Cały naród polski, błogosławiony przez Boga, w walce o swoją świętą i słuszną sprawę, zjednoczony z armią, pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa” (Odezwa Prezydenta RP Ignacego Mościckiego z 1 września 1939 r.).

- Odezwa naczelnego dowódcy wojsk niemieckich gen. Waltera von Brauchitscha do Polaków na zajmowanych przez Wehrmacht terenach, zawierająca nakaz bezwarunkowego stosowania się do zarządzeń niemieckiej administracji wojskowej i obietnicę stosowania się do postanowień prawa międzynarodowego.
 
- Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku (dowodzi nią Konrad Guderski). Polacy poddają się po południu, kiedy budynek poczty zostaje podpalony. W miesiąc później zostają rozstrzelani przez Niemców.
 
Źródło i pełne kalendarium

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...