Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nike. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nike. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2015

Katherine Mansfield, Dziennik





„8 grudnia [1916] Rozmyślam dużo dziś rano, ale nie doszłam do żadnej konkluzji. Nie wiem dlaczego, ale gdy tylko chcę zstąpić na ziemię, cały dowcip mnie zawodzi. Wszystko dobrze, dopóki bujam w obłokach; głowę mam pełną planów i tworzę cuda, lecz z chwilą, gdy chcę to napisać – nie udaje się. (s. 83)

Katherine Mansfield to autorka znana i popularna w historii literatury angielskojęzycznej. Choć pochodziła z Nowej Zelandii, to jednak związana była raczej z tradycją literatury brytyjskiej. Jej przyjaźń z D.H. Lawrence’m, rywalizacja z Virginią Woolf i znajomość z wieloma prominentnymi przedstawicielami świata literatury w pierwszym 20-leciu XX w. uprawnia do takiej opinii.

Katherine Mansfield w ostatnich latach swojego krótkiego życia ciężko chorowała. Jej słabość uniemożliwiła jej spełnienie największego chyba marzenia literackiego, tzn. napisania powieści. Pozostawiła po sobie jedynie opowiadania i ta właśnie forma literacka była jej znakiem firmowym. Ich lektura, w moim przekonaniu, nie wywołuje obecnie większego poruszenia. Jest w nich finezyjność, kruchość, delikatność, ogromna wrażliwość, ale te elementy nie oddziałują już zbyt silnie na współczesnego czytelnika.

Po śmierci Mansfield jej mąż, J.M. Murray, wydał zbiory „Listów” i „Dziennik” swojej zmarłej żony. „Listy”, które miałam okazję czytać, uważam za arcyciekawą literaturę pokazującą sposób widzenia świata przez Katherine Mansfield i zawierającą wiele opisów - literackich perełek, które mogłyby być zalążkami utworu literackiego. 

Zachęcona pięknem „Listów” postanowiłam również sięgnąć po „Dziennik” pisarki. Przyznam jednak, że troszeczkę się rozczarowałam. „Dziennik” to nazwa na wyrost. Murray skompilował zapiski dzienne z próbkami utworów, co sprawia, że tekst momentami jest mało czytelny (o czym również świadczą komentarze wydawcy), a na pewno nieprzeznaczony do publikacji. Choć natkniemy się tu na fragmenty wzruszające i pokazujące wrażliwość pisarki, to jednak całość jest w moim przekonaniu dość niespójna i summa summarum słabsza od „Listów”, których forma była dopracowana i odzwierciedlała przemyślenia i stan ducha pisarki. 

Katherine Mansfield była ciekawą osobowością swojej epoki, miała talent i potencjał. Dobrze, że pamięć o niej i jej twórczości nadal trwa. „Dziennik” oddaje osobowość i wrażliwość pisarki. Pozwala na podążenie śladem jej obaw, niepewności i marzeń. Mogę polecić tę lekturę wszystkim, których interesuje postać pisarki. Paradoksem jest to, że w mojej opinii jej opowiadania nieco straciły na atrakcyjności, zaś „Listy” i „Dziennik” nadal mogą zainteresować współczesnego czytelnika.




Autor: Katherine Mansfield
Tytuł oryginalny: Journal of Katherine Mansfield
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Teresa Tatarkiewiczowa
Rok wydania: 1985
Liczba stron: 292




środa, 10 września 2014

Sandor Marai, Krew świętego Januarego





„Nie pogardzał złoczyńcami, bo tych należy sądzić, ale nie wolno pogardzać żadnym człowiekiem… Jednak komunistami pogardzał. Mówił, że nie ma gorszego od człowieka, który dopuszcza się takiej zbrodni odebrać wolność sumienia…” (s. 266)

Sandor Marai w 1948 r. opuścił Węgry na zawsze. Pierwsze kilka lat tej drugiej emigracji (pierwsza miała miejsce w latach 20-tych XX wieku) spędził właśnie w Posillipo, niedaleko Neapolu. Choć był rozczarowany sytuacją w kraju, bezpardonowym atakiem na wolność myśli uniemożliwiającego nawet milczenie, choć czuł się rozczarowany biernością Zachodu, to jednak lata spędzone we Włoszech wśród ubogich rybaków uważał z perspektywy czasu za najszczęśliwsze lata emigracji. Nic więc dziwnego, że „Krew świętego Januarego” została zadedykowana m.in. (…) biednym ludziom z Posillipo” 

„Morze wiedziało wszystko. A oni tutaj urodzeni, wiedzieli wszystko o morzu. Było jak ziemia ojczysta: po morzu można było wędrować w starych łodziach, powoli, ruchem posuwistym, jakby skradając się, tak jak złodziej okradający domy przemyka pod ogrodami. Morze stwarzało cień, w którego chłodzie można było spać. (…) Na morzu były tajemne drogi, ścieżki, grunty i stromizny, załomy ulic, którędy wioślarz przesuwał się chyłkiem, uważnie obliczając swoje szanse spod ronda kapelusza nasuniętego na oczy.” (s. 156
)

Pierwsza część książki opisuje warunki życia biednej społeczności Posillipo w latach 50-tych XX w. Życie mieszkańców toczy się własnym rytmem w mocnym związku z morzem i jego kaprysami. Wielu bezrobotnych rybaków poszukiwało szans choćby minimalnego zarobku, podobnie jak ich dzieci, najmłodsze i najbardziej niewinne ofiary tutejszej biedy. Narrator wspomina wizyty kolejnych sprzedawców jaj, ryb czy orzeszków ziemnych, które wyznaczały porządek dnia. Mimo wszechobecnej biedy ludzie z Posillipo są pogodzeni z losem, zachowali wzajemną życzliwość i pogodne nastawienie do życia. Być może źródłem ich siły był fakt, że byli u siebie, nikt nie zmusił ich do opuszczenia swoich domów.

„Komuniści, obiecując zbawienie społeczne, poświęcają innych… klasy, towarzyszy broni, a także wrogów urojonych i rzeczywistych, i obiecują, że gdy poświęcą wszystkich, a dodatkowo poświęcą starą sztukę i jej zasady moralne, wówczas nastąpi zbawienie. (…) Wie na pewno, że żaden system nie potrafi zbawić świata … ani system społeczny, ani religijny. Zbawić może tylko jednostka, gdy zdecyduje się na samopoświęcenie. (s.253)

W tym środowisku pojawia się tajemnicza postać uchodźcy zza „żelaznej kurtyny”. Razem ze swoją towarzyszką uciekł przed systemem niszczącym ludzką niezależność i wolność. Czy może on być „cudem” dla mieszkańców Posillipo? Czym jest cud? Czy cud można zaplanować, przyzwyczaić się do niego? Czy cud świętego Januarego mający miejsce dwa - trzy razy w roku, gdy w relikwiarzu neapolitańskiej katedry krew świętego patrona zmienia stan skupienia ze stałego w płynny, jest jeszcze świętem i nadzieją na zbawienie dla maluczkich? A może to już jest tylko pusta celebracja? Obcy staje się powoli mitem, potencjalnym zbawcą potrafiącym wysłuchać tych, którzy do niego przychodzą nie żądając nic w zamian. Jego tajemnicza śmierć staje się przedmiotem śledztwa. Przesłuchania świadków i ich wspomnienia o zmarłym stają się pretekstem do snucia opowieści o życiu zmarłego i jego poglądach, o jego osamotnieniu i braku zrozumienia. To również impuls do rozważań o uchodźctwie i niszczącym wpływie komunizmu na Europę i jej dziedzictwo…

„Krew świętego Januarego” była zaplanowana jako trzecia część „Wyznań patrycjusza” z okresu emigracji we Włoszech. Forma jest jednak odmienna, gdyż bezimienny bohater funkcjonuje niejako na marginesie toczącego się życia, a jego poglądy poznajemy z relacji osób trzecich.

Śledztwo nie dostarczy nam odpowiedzi, co było przyczyną śmierci bohatera, gdyż nie to było zamiarem pisarza. Maraia interesuje aspekt filozoficzny kondycji człowieka w świecie coraz bardziej oddalonym od idei humanizmu i kulturalnej ogłady. Gdzie bezprzykładna i tępa siła machiny politycznej miażdży ludzką wolność i autonomię.

Nie jest to arcydzieło, pewne rozważania i dygresje mogą wydać się zbyt długie i czasem się powtarzają, co wynika z przyjętej formuły leniwego śledztwa toczącego się w drugiej części książki. A jednak to właśnie te fragmenty dotyczące rozważań o sytuacji jednostki w opresyjnym świecie najmocniej przemawiają do czytelnika. Obecnie siła rażenia tych analiz jest nieco mniejsza niż w latach 50-tych XX wieku, ale i tak stanowią one ważny element dyskursu intelektualnego o sytuacji twórczej jednostki w systemie opresyjnym. Choć całość mnie nie porwała, to uważam tę książkę za ważne uzupełnienie przeczytanych wcześniej „Wyznań patrycjusza” i „Dziennika”. Potwierdzają niesamowitą przenikliwość pisarza i stanowią ważny wkład w dyskusję o kondycji inteligencji Europy Środkowej ery komunizmu.

„W szczęśliwych czasach los otacza człowieka jak atmosfera. Lecz my żyjemy w innym czasie i na tę nieszczęsną wędrówkę niezmiennie zabieramy ze sobą los, który jest bardzo mały, można go z powodzeniem schować w torbie podróżnej, jest portable…” (s. 292)
 


Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: San Gennaro vere
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 328

 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Italo Calvino, Baron drzewołaz





„Cosimo Piovasco di Rondo – Żył na drzewach – Kochał zawsze ziemię. – Wzniósł się do nieba” (s. 374)

Italo Calvino – mówi Wam to coś? Ja słyszałam to nazwisko wielokrotnie, zwykle w nader pozytywnym kontekście, ale po jego książkę sięgnęłam dopiero teraz. Od razu powiem, że żałuję, że tak późno do tego doszło, gdyż lektura „Barona drzewołaza” (pierwsze wydanie z 1957 r.) jest doskonałym przykładem na umiejętne poprowadzenie opowieści wydawałoby się niewiarygodnej i niemożliwej, a w każdym razie dziwacznej. 

15 czerwca 1767 r. dwunastoletni Cosimo di Rondo, najstarszy syn włoskiego barona odmawia zjedzenia posiłku, którego nie akceptuje. Jest to ostatnie kropla, która przechyla czarę jego frustracji i doprowadza do buntu przeciwko rodzicom, co w konsekwencji jest również buntem przeciwko tradycyjnemu stylowi życia. Ucieka on z jadalni przez okno i na sąsiednie drzewo, by już nigdy nie postawić nogi na ziemi…

Mieszkając na drzewie Cosimo organizuje sobie życie na nowo. Przystosowuje się do panujących warunków, buduje domek na drzewie, poluje na zwierzęta futerkowe, szyje strój myśliwski, opracowuje sposób na spanie w wiszącym worku itd. Itd. W miarę upływu dni Cosimo coraz bardziej utwierdza się w decyzji o pozostaniu na drzewach i prowadzenia tam życia. Nie przeszkadza mu to nawiązywać nowych znajomości, bawić się z okolicznymi dziećmi czy uczestniczyć w psotach i figlach. Poznaje dostępne ścieżki i trasy po rozrośniętych i bujnych gałęziach ówczesnych drzew. Nie skutkują namowy rodziców, którzy pogodzili się z istnieniem syna dziwaka. I tak wiedzie życie nad ziemią, spoglądając na świat z gałęzi drzew, co pozwala mu dostrzec niekiedy dużo więcej niż przeciętnemu zjadaczowi chleba. Jego życie jest wypełnione nauką, nie omijają go również przygody miłosne, rozmowy z najwybitniejszymi ludźmi swojej epoki czy nawet walki z piratami!

Życie Cosima poznajemy głównie z opowieści jego młodszego brata Biagio, zupełnie przeciętnego i wiodącego normalne, pozbawione większych wstrząsów życie. Czasem, zwłaszcza w dojrzalszych latach, autor oddaje głos bohaterowi tej niezwykłej opowieści. Każdy rozdział poświęcony jest innej przygodzie Cosima. W swojej narracji Biagio często deklaruje swoją niewiedzę na dany temat lub wskazuje na Cosimo jako źródło danej informacji, co może sugerować, iż nie jest to fakt całkowicie autentyczny, gdyż nasz bohater czasem zmienia swoje wersje wydarzeń. :)

Choć sam pomysł wydaje się dziwaczny to jednak szybko akceptujemy konwencję i towarzyszymy Cosimo w jego peregrynacjach i odkryciach. Bo jego życie pełne jest odkryć i nowych doznań. Jedną z najbardziej zapadających w pamięć historii jest znajomość z rozbójnikiem grasującym po okolicznych lasach, z którym wspólnie pogrążają się w szaleńczej lekturze najsłynniejszych książek epoki. 

„W pewne dni Cosimo i Gian z Puszczy spotykali się na umówionym drzewie, wymieniali książkę i każdy szedł w swoją stronę, gdyż las był wciąż przetrząsany przez zbirów. Ta transakcja, tak przecież prosta, była dla obu stron bardzo niebezpieczna: bo i memu bratu niełatwo byłoby się wytłumaczyć z tej zażyłości ze znanym przestępcą. Ale Giana z Puszczy ogarnęła taka pasja do lektury, że połykał powieść za powieścią i spędzając całe dni na czytaniu w swojej kryjówce, potrafił w jeden dzień pochłonąć książkę, na którą mój brat zużył tydzień albo i więcej.” (s. 160)

Italo Calvino jest wspaniałym gawędziarzem. Wiedzie swoją opowieść gładko, w stylu opowiastek filozoficznych, a jednak pogrążamy się w tym wykreowanym świecie z dużą przyjemnością. Przygody Cosima bawią i uczą. I już nawet nie dziwimy się jego decyzji; skoro praktycznie żaden aspekt życia nie ominął naszego bohatera: dzieciństwo miał ciekawe, nauki nie zaniedbał, przeżył miłość, prowadził bogate życie towarzyskie i uczuciowe, a że na drzewach, a nie na ziemi, no trudno, jego wybór. :) Jest to opowieść o przenikaniu się cywilizacji stworzonej przez ludzi ze światem przyrody, o sile indywidualności i wierności swoim przekonaniom zarazem.

Jeśli chcecie poznać tę fascynującą i świetnie napisaną historię zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł. Ja z pewnością poszukam kolejnych książek Italo Calvino i jestem niemal pewna, że się nie rozczaruję. Na koniec zostawiam Was z opisem niezwykłej biblioteczki Cosimo.

„Na swoje książki Cosimo konstruował wciąż na nowo, wiszące biblioteczki, zabezpieczone jak się dało najlepiej, przed deszczem i gryzoniami, urządzał je w coraz innym miejscu, zależnie od przedmiotu studiów i upodobań danej chwili, bo, jak mówił, książki są jak ptaki: smutnieją, kiedy je trzymać nieruchomo w klatce. W najmasywniejszej z tych napowietrznych szaf ustawiał rzędem tomy Encyklopedii Diderota i d’Alemberta, w miarę jak nadchodziły od księgarza z Livorno. I jeżeli w ostatnich czasach wskutek ciągłego tkwienia w książkach chodził trochę z głową w obłokach, coraz mniej interesując się otaczającym światem, to natomiast lektura Encyklopedii, a zwłaszcza niektórych przepięknie opracowanych haseł jak Abeille, Arbre, Bois, Jardin, odkrywała przed nim, jak gdyby na nowo, rzeczy dawno znane.” (s. 178) 

 P.S. Gdybyście chcieli doświadczyć mieszkania na drzewie zajrzyjcie tutaj.

 

Italo Calvino (1923-85) – urodzony na Kubie jeden z najważniejszych włoskich pisarzy XX wieku. Początkowo tworzył w stylu neorealistycznym, później zaś pisał teksty alegoryczne i fantasy. Od 1945 r. Calvino był dziennikarzem komunistycznego dziennika L’Unita, pisywał również w innych pismach. Po sowieckiej inwazji na Węgry w 1956 r. Calvino zerwał z włoską partią komunistyczną. Swój debiut pt. „Ścieżka pajęczych gniazd” wydał w 1947 r., a do najważniejszych tytułów należą: „Niewidzialne miasta” (1972) i „Jeśli zimową nocą podróżny” (1979). „Baron drzewołaz” (1957) stanowi drugą część cyklu „Nasi przodkowie”, w skład której wchodzą również „Wicehrabia przepołowiony” (1952) oraz „Rycerz nieistniejący” (1959).    Źródło zdjęcia

 

Autor: Italo Calvino
Tytuł oryginalny: Barone Rampante
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Barbara Sieroszewska
Rok wydania: 1964
Liczba stron: 376

środa, 9 kwietnia 2014

Marie Luise Kaschnitz, Miejsca





Marie Luise Kaschnitz to znana pisarka niemiecka, z którą jednak zetknęłam się po raz pierwszy sięgając po „Miejsca”, tom wspomnieniowy dotyczący miejsc i ludzi, z którymi się zetknęła w swoim życiu. Książkę tę wybrałam zupełnie przypadkowo, głównie ze względu na fakt, iż została wydana w serii Nike, która już niejednokrotnie zapewniła mi pozytywne doświadczenia czytelnicze. Jeśli tu zaglądacie w miarę regularnie, to wiecie również, że lubię książki wspomnieniowe, a gdy dotyczą podróży to już jestem „kupiona”. :)

Rzeczywiście, autorka sporo podróżowała po świecie, głównie z uwagi na pracę męża, znanego niemieckiego archeologa. Małżonkowie często wyjeżdżali wspólnie na wyprawy badawcze w rejon Morza Śródziemnego, który stał się dla nich niemal drugim domem. Wspomnienia Kaschnitz mają charakter impresji, migawek z różnych stron świata bez zachowania chronologii. Przeskoki od młodości, do dorosłości, starości, opieki nad ciężko chorym mężem, stosunków z córką. Taki misz-masz, zawierający jednak parę cennych myśli i refleksji. Bardzo poruszające i trudne dla pisarki były fragmenty dotyczące opieki nad mężem w najcięższych momentach jego śmiertelnej choroby.

Mnie najbardziej zaciekawiły teksty dotyczące odczuć autorki jako obywatelki III Rzeszy w apogeum II wojny światowej. Kaschnitz znana była jako przeciwniczka nazizmu, niemniej jednak nie była również ofiarą prześladowań. 

„Frankfurt podczas wojny, i na czym właściwie miała polegać ta nasza tak zwana wewnętrzna emigracja? Na tym, że słuchaliśmy zagranicznych stacji radiowych, że zbieraliśmy się razem i psioczyli na rząd, że czasem podawaliśmy jakiemuś Żydowi rękę na ulicy, nawet wtedy, gdy ktoś mógł nas zobaczyć? Że wywróżyliśmy najpierw wojnę, potem wojnę totalną, potem klęskę i tym samym kres partii? Nie drukowaliśmy potajemnie ulotek w piwnicy, nie rozpowszechnialiśmy ich nocą, nie należeliśmy do organizacji ruchu oporu, o których wiedzieliśmy, że istnieją, ale wcale nie pragnęliśmy tego dokładnie wiedzieć. Lepiej przeżyć, lepiej jeszcze istnieć, nadal pracować, gdy koszmar już przeminie. Nie jesteśmy politykami, nie jesteśmy bohaterami, robiliśmy coś innego. To „inne” podtrzymywało nas: męża nauka, historia śródziemnomorskich struktur, mnie opowiadanie greckich mitów, moje wiersze, później nowo skreślone przeze mnie życie francuskiego malarza Goustave’a Courbeta. Ani chwili nie wątpiliśmy w doniosłość naszej pracy, jakieś naukowe odkrycie, udana linijka wiersza, choćby nawet nigdy nie wydrukowana, mogła podług mojego ówczesnego poglądu zmienić świat, ulepszyć go, to był nasz rodzaj oporu, rodzaj, który wyobcował nas z narodu, czyniąc z nas wręcz zdrajców. (strony 119-120)

Czy istniała w ówczesnych Niemczech jakakolwiek realna opozycja? Czy emigracja wewnętrzna ludzi nie zgadzających się z władzami hitlerowskimi była pójściem na "łatwiznę" czy jedynym wyjściem, aby ocalić życie? Czy takie pogrążenie się w pracy, niewikłanie się w politykę było właściwym rozwiązaniem w tamtym czasie? Niełatwo jest ferować wyroki i jestem jak najdalsza od tego, żeby to robić, ale postawa "emigracji wewnętrznej", którą przyjęła Autorka wraz z mężem i zapewne wielu innych, być może wyjaśnia, dlaczego hitleryzm święcił triumfy przez tak długi czas.


Mimo ciekawej tematyki i niebanalnego życiorysu autorki książkę odebrałam dość obojętnie. Głównym problemem w jej odbiorze był chyba fakt, że czytałam ją bezpośrednio po fenomenalnym „Dzienniku” Sandora Maraia, a w porównaniu z tym dziełem wszystkie inne podobne wydawnictwa wypadają blado. Marie Luise Kaschnitz urodziła się w 1901 r., była właściwie rówieśniczką Maraia, tak więc porównania nasuwały mi się same, choć oczywiście nie było zamiarem autorki stworzenie książki porównywalnej z dziełem węgierskiego twórcy. Doceniam wiele fragmentów „Miejsc”, ale nie sądzę, abym jeszcze wróciła do tej książki.  

Nie zachęcam, ale i nie odradzam. Jeśli ta książka wpadnie Wam w ręce może Was zaciekawić, a w pamięć może Wam zapaść coś zupełnie innego niż mnie.


 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Czytamy serie wydawnicze
 
 

 
Marie Luise Kaschnitz (1901-74) - niemiecka pisarka. Podróże na wyprawy badawcze z mężem miały duży wpływ na jej twórczość, podobnie jak sprzeciw wobec nazizmu.
 
 
 
 
 

Autor: Marie Luise Kaschnitz
Tytuł oryginalny: Orte
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Edyta Sicińska
Rok wydania: 1978
Liczba stron: 260



wtorek, 21 stycznia 2014

Saul Bellow, Korzystaj z dnia




„Być może, prawdziwym jego celem, istotnym powodem jego obecności na tej ziemi jest to, że ma popełniać błędy. Być może, przeznaczone mu było popełniać je i przez nie cierpieć.” (s. 77)

Kolejny amerykański noblista mi się trafił dzięki serii Nike. :) Spotkanie z Williamem Faulknerem było całkiem udane, ciekawa byłam więc książki Saula Bellowa, laureata literackiego Nobla z 1976 roku.

„Korzystaj z dnia” to zapis jednego dnia z życia Tommy’ego Wilhelma alias Wilhelma Adlera, Amerykanina w średnim wieku przeżywającego poważny kryzys życiowy. We wczesnej młodości uległ on mirażowi kariery filmowej, w następstwie czego rzucił studia, nie przyjął do wiadomości rad rodziców i udał się na Zachodnie Wybrzeże, gdzie – jak się okazało – nikt i nic, a zwłaszcza kariera filmowa, na niego nie czekało. Dzięki pracy komiwojażera dorobił się pewnej stabilizacji i założył rodzinę. Gdy wskutek splotu okoliczności rzucił pracę, zbiegło się to w czasie z rozpadem małżeństwa i opuszczeniem dwójki dzieci. Żona nie chce dać mu rozwodu, natomiast nasz bohater jest zmuszony do opłacania wydatków rodziny. Wilhelm, a właściwie Tommy (takie imię pozostało mu po nieudanej przygodzie z filmem) zamieszkał w nowojorskim hotelu dla rentierów, w którym stałym rezydentem jest jego owdowiały ojciec, który w przeciwieństwie do syna cieszy się stabilną sytuacją finansową. Bohater książki radzi sobie coraz gorzej pogrążając się w apatii. Pieniądze się kończą, a żona zwodzi go nie dając mu nadziei na rozwód wymagając jednak słonych alimentów. Tommy liczy na pomoc surowego ojca, na dobrą wolę żony, na łut szczęścia w grze na giełdzie, ale czy wierzy w siebie? Czy zobaczy w tym dniu, w tym szczególnym momencie swojego życia szansę na wprowadzenie zmian, które uczynią go szczęśliwszym? Czy weźmie odpowiedzialność za podejmowane decyzje?

Saul Bellow wciąga nas umiejętnie w akcję książki. Choć Tommy jest głównym bohaterem i pozostaje w centrum uwagi czytelnika, a właściwie nie schodzi z kart powieści, gdyż podążamy jego śladem w tym konkretnym dniu w drugiej połowie lat 50-tych XX w. w Nowym Jorku, to jednak poznajemy również sylwetkę ojca Tommy’ego, kilku rezydentów hotelu, spośród których jeden o nazwisku Tamkin okaże się dość ważny w rozbudzeniu nadziei naszego bohatera, a następnie uzmysłowieniu sobie własnej sytuacji. 

Przewrotny tytuł, kojarzący się z zawołaniem Horacego, które wszyscy rozumieją jako zachętę do cieszenia się każdym dniem, w tej książce jest przywołane przewrotnie przez Tamkina, tę dziwną personę, pod której wpływ dostał się Tommy, który mówi:

„Duchowe zadowolenie – oto, czego szukam dla siebie. Żeby sprowadzić ludzi do chwili bieżącej, do owego „teraz i tutaj”. Do realnego świata. To znaczy do obecnego momentu. Przeszłość się nie liczy. Przyszłość budzi niepokój. Tylko chwila bieżąca jest realna – jest teraz i tutaj. Korzystaj z dnia.” (s. 92)

Tommy jednak nie jest w stanie wyrzucić z pamięci popełnionych w przeszłości błędów oraz nie martwić się o jutro. Ale tytuł książki może być też przestrogą dla bohatera czy też wołaniem, aby się otrząsnął i skorzystał z nauk, jakie mu udzieliło życie tego właśnie dnia. Ocknij się człowieku, nie licz na innych, lecz żyj odpowiedzialnie, na własny rachunek, gdyż nikt tego za Ciebie nie zrobi. Pogrążony w apatii Tommy jest jak najdalszy od myśli, aby korzystać z uroków życia, ale jeśli dobrze zrozumie lekcję, jaką zafundowało mu życie na skutek dokonanych wcześniej wyborów życiowych, to ma szansę wreszcie dorosnąć i odnaleźć w sobie siłę do stawienia czoła trudnościom, jakie niesie ludzka egzystencja. To takie amerykańskie, ale też głęboko ludzkie. 

Saul Bellow napisał inteligentną i zmuszającą do myślenia książkę, która może być lustrem, w którym przejrzy się również wielu z nas. Jeden dzień z życia przeciętnego Amerykanina na zakręcie życiowym osadzona w Nowym Jorku lat 50-tych XX wieku nic nie straciła na aktualności. Entourage jest oczywiście nieco egzotyczny, czego wyrazem jest choćby nieznana u nas instytucja hotelu dla rentierów (to moje określenie na ten przybytek) czy sytuacja żony Tommy’ego, która nie pracuje i dla wszystkich jest oczywiste, że utrzymanie rodziny spoczywa na barkach męża i ojca rodziny. Dzisiejsze czasy, pełne relatywizmu moralnego i uciekania od odpowiedzialności, kiedy wszędzie szuka się kozła ofiarnego, tylko nie w sobie i swoich zachowaniach, sprawia, że przesłanie powieści jest nadal aktualne, każe nam zastanowić się nad naszymi doświadczeniami i wyborami życiowymi. Od skutków pewnych decyzji nie da się uciec, a pogrążanie się w złudzeniach też nie pomaga. Życie może być trudne, nasycone niepowodzeniami, z posmakiem goryczy, ale to nasze życie i nikt poza nami nie weźmie za nie odpowiedzialności. A przecież może być ono i piękne, i głębokie. Czy Tommy dojdzie do ładu z samym sobą, czy płacz go wyzwoli? Cóż mogę dodać? Gorąco polecam!



Książkę przeczytałam w ramach Czytamy serie wydawnicze




Saul Bellow (1915-2005) - pisarz amerykański. Studiował antropologię i socjologię na Northwestern Uniwersity. Był urzędnikiem, wykładowcą i jednym z redaktorów Encyklopedii Britannica. W czasie wojny służył w piechocie morskiej. W 1944 zadebiutował powieścią psychologiczną „Stan zawieszenia”. Wkrótce potem wydał powieść „Ofiara”, za którą otrzymał stypendium Guggenheima, co pozwoliło mu na pobyt w Paryżu i Rzymie. Kolejna powieść „Przypadki Augie Marcha” (1953), uznane zostałyza książkę roku w USA. W 1976 r. został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.



Autor: Saul Bellow
Tytuł oryginalny: Seize the Day
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Andrzej Nowicki
Rok wydania: 1978
Liczba stron: 164


czwartek, 9 stycznia 2014

Ingeborg Bachmann, Malina





„Jeśli ktoś jest dla drugiego wszystkim, to może być wieloma osobami w jednej.” (s. 260)


 “Malina” to książka – legenda ściśle związana z nietuzinkową osobowością I kolejami losu jej autorki. Przed rozpoczęciem lektury zapoznałam się z życiorysem Ingeborg Bachmann, ale i tak nie byłam przygotowana na taką dawkę emocji, z jaką się zetknęłam. To zapis przeżyć kobiety, która odczuwa życie i miłość całą sobą odnotowując każde drgnienie szczęścia, niepokoju, wątpliwości i każdego z pozostałej gamy uczuć i namiętności kobiety zakochanej. Bohaterka książki, której imienia, profesji i wieku nie poznajemy jest bezgranicznie zakochana w Ivanie, a jej życie nierozerwalnie związane jest z Maliną (też mężczyzną) i wydaje się, że tworzą trójkąt doskonały. 

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza – to odzwierciedlenie wnętrza zakochanej kobiety odsłaniającej przed czytelnikiem w formie strumienia świadomości wszystkie swoje uczucia i niepokoje związane z zachowaniem ukochanego mężczyzny, który nawet zwraca jej uwagę na zbyt bezpośrednie zachowanie („Mówi też: Ja powinienem latać za tobą, postaraj się o to, tobie nie wolno latać za mną, potrzeba ci pilnie korepetycji, kto tego zaniedbał, nie udzielił ci elementarnych lekcji?” (s. 89)). Druga część dotyczy traumatycznych wspomnień z dzieciństwa i młodości, na których cieniem kładzie się okrutna i dominująca osobowość ojca bohaterki. Trzecia część to… sami musicie przeczytać… 

Ingeborg Bachmann była intelektualistką austriacką, która pozostawiła po sobie tylko jedną w pełni ukończoną książkę, "Malinę" właśnie. Jej życie zakończyło się tragicznie w wieku zaledwie 47 lat. Każdy, kto przeczytał „Malinę” ma świadomość, że Bachmann pisała o sobie i swoim życiu. Czy Ivan to Max Frisch? A może Paul Celan? Nie dowiemy się już tego, ale dla odbiorcy książki to w sumie nieistotne. Istotne jest to, że każda zakochana kobieta odnajdzie w tym tekście siebie, swoje emocje i pokłady uczuć, często niewypowiedzianych na głos. Bachmann w tym tekście posunęła się do odkrycia swojego wnętrza, swoich uczuć, w zapamiętaniu ukazuje stan emocji kobiety spalającej się w namiętności do ukochanego mężczyzny nie ukrywając momentów szczęścia, wątpliwości, rozpaczy...

"Ivan poruszył wreszcie moją fantazję, bogatszą od fantazji wywołanych przez yage, dzięki niemu coś niezwykłego wstąpiło we mnie i odtąd promieniuje, bezustannie opromieniam świat, któremu jest to potrzebne, z tego jednego miejsca, w którym skupia się nie tylko moje życie, lecz i moje pragnienie, by "żyć dobrze", by znów być użyteczną, bo chciałabym, żeby Ivan mnie potrzebował, jak ja jego potrzebuję, i to na całe życie." (strony 79-80)

Do tej pory wszystko wydaje się jasne i – mimo drążących nasz umysł skojarzeń, że ja też tak czułam kiedyś czy teraz – można się zastanawiać w czym tu odkrywczość? Forma narracji, niełatwa, ale znana już w literaturze i stosowana przez wielu pisarzy bardziej utalentowanych od Bachmann. Miłość to dość powszechny temat literatury pięknej, a takich Ivanów można znaleźć „na pęczki”. Wszystko to prawda, ale obraz zakłóca osoba Maliny. Kim on jest? Jeśli pierwszą część odczytuje się literalnie jako zapis trójkąta uczuciowego kobiety uwikłanej w związek z dwoma mężczyznami to przyznam, że ta książka być może nie przemówiłaby do mnie tak mocno, gdyż miałabym kłopot w odnalezieniu się w emocjach bohaterki. W momencie, gdy nadałam postaci Maliny inne znaczenie, wszystko stało się bardziej dojmujące, prawdziwe, zrozumiałe... Gdy rola Maliny dotarła do mojej świadomości byłam w stanie przetrwać nawet dłużyzny końcówki książki, a ona właśnie poraża nas ogromem rozpaczy. Każdy czytelnik „Maliny” może dokonać interpretacji zawartej tam treści na swój sposób, ale kluczem jest zrozumienie roli Maliny.   

Bachmann planowała kolejne części, miał to być rodzaj tryptyku, ale jej śmierć zniweczyła te plany. W wydaniu, które miałam przyjemność czytać, zawarte są dwa dodatkowe fragmenty opublikowane już po śmierci pisarki. Przyznam, że w moim przekonaniu nie wnoszą one niczego nowego do treści i przekazu książki i spokojnie można się bez nich obejść.

Lektura książki Bachmann to również wycieczka po Wiedniu lat 60-tych XX w., a właściwie pewnej, ściśle ograniczonej jego części skoncentrowanej wokół Ungargasse, gdzie mieszkają bohaterowie i która stanowi „ojczyznę” bohaterki. Tam się rozgrywa to, co najważniejsze w życiu bohaterki. Jeśli teraz wybierałabym się do Wiednia, starałabym się odwiedzić tę ulicę i zobaczyć trasy spacerów Ivana, Maliny i… Ingeborg. 


Niezwykła, niełatwa i fascynująca książka, której lektura była dla mnie niebywale intensywnym przeżyciem. Piszę tę notkę dobry miesiąc po lekturze, a ta książka i jej emocjonalna siła ciągle "siedzi" w mojej głowie. Autor, pisząc książkę, opiera się najczęściej na swoich doświadczeniach, twórczo je przekształcając czy też adaptując. Ingeborg Bachmann – według wielu świadectw – pisała tę książkę w zapamiętaniu i pasji. Ona tam pokazała siebie i swoje wnętrze tak, jak je rozumiała i odczuwała. Ujawniła stan duszy kobiety zakochanej, której życie zależy od miłości i nic innego nie jest ważne. Niczego nie ukryła, co najwyżej nieco zakamuflowała. Co więcej, ta książka zawiera także pewien niemal profetyczny fragment, które można odnosić do przyszłej tragicznej śmierci Bachmann:

„Zbieram wszystkie siły, odkąd z lodu wstąpiłam w ogień i w ogniu ginę, z roztapiającą się czaszką, zbieram siły (…)” (s. 197).

Ja uwierzyłam autorce i odnalazłam w „Malinie” szczerość i pasję, a także wiele ze swoich najgłębszych przemyśleń. To bardzo wiele. Ktokolwiek był w życiu zakochany może odnaleźć w zapiskach bohaterki swoje uczucia, rozterki, wątpliwości, smutki i radości...



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Czytamy serie wydawnicze”




 Ingeborg Bachmann (1926 - 73) - austriacka eseistka, pisarka i poetka. Debiutanckie tomiki poezji przyniosły jej uznanie zwieńczone przyznaniem nagrody Buchnera w 1964 r. Bachmann mieszkała w różnych miastach i krajach, próbowała wielu gatunków literackich. Zginęła w pożarze w rzymskim hotelu podczas pracy nad nową książką.



Autor: Ingeborg Bachmann
Tytuł oryginalny: Malina
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Sławomir Błaut
Rok wydania: 1980
Liczba stron: 424




czwartek, 19 grudnia 2013

William Faulkner, Kiedy umieram



 
Moje wspomnienia z kontaktu z pisarstwem Faulknera są dość mgliste. We wczesnej młodości próbowałam zmęczyć „Dzikie palmy” i chyba nawet je zmęczyłam, ale wrażenie z lektury nie było zbyt pozytywne i aż do tej pory do Faulknera podchodziłam nieufnie. Dopiero teraz, przy okazji poszukiwań książek wydanych w serii Nike, wpadło mi w ręce kilka jego tytułów. Pomyślałam więc sobie, że czas się zmierzyć z twórczością noblisty. Jak nie teraz, to kiedy?

Mój wybór padł na „Kiedy umieram”. Akcja książki toczy się gdzieś w Ameryce w końcówce lat 20-tych XX w. i można ją streścić w kilku zdaniach. Gdy umiera Addie Bundren, żona Anse i matka piątki dzieci, jej rodzina postanawia wypełnić ostatnią wolę zmarłej i pochować ją w Jefferson, jej rodzinnym mieście, oddalonym dość znacznie od miejsca ich zamieszkania. Może zresztą nie było to zbyt daleko, ale Bundrenowie to „biała biedota” z Południa. Rodzina ciężko pracuje na kawałku ziemi i dysponuje jedynie wozem, którym możliwe jest przewiezienie trumny ze zwłokami matki. Ale gdy Bundrenowie trafiają na fatalną pogodę i powódź, która niszczy dwa najbliższe mosty, sytuacja wydaje się beznadziejna. Anse z dziećmi podejmują jednak trud odwiezienia ciała matki na miejsce spoczynku bez względu na okoliczności i mimo wielu ostrzeżeń. Zapis tej wędrówki najeżonej coraz to nowymi przeszkodami, podczas której odsłaniane są kolejne elementy historii tej rodziny, stanowi treść tej książki. O kolejnych wydarzeniach opowiadają w krótkich kilkustronicowych rozdziałach członkowie rodziny Bundrenów, ich znajomi, osoby nieznajome napotkane na trasie, a raz nawet głos zabiera nieboszczka, w sumie kilkanaście osób. Dzięki takiej formie narracji możemy poznać sylwetki psychologiczne bohaterów, choć koniec i tak nas zaskakuje. Mając na uwadze, że książka została wydana w roku 1930 forma przekazu uderza nowoczesnością.

Każde z dzieci Addie i Anse jest inne. Najczęściej głos zabiera Darl, którego wersja – do pewnego momentu – zdaje się najbardziej przypominać obiektywnego narratora. Cash to najstarszy syn Bundrenów, cieśla, ze skłonnością do dramatycznych wypadków. Klejnot, którego matka kochała najbardziej spośród swoich dzieci, jest inny od swoich braci i siostry. Nie chce nikomu niczego zawdzięczać, ale i tak traci podczas opisywanej podróży coś, co miał najcenniejszego w imię obowiązku, który należy wykonać. Dewey Dell to młoda dziewczyna mająca dość typowy kobiecy problem, z którego rozwiązaniem musi się borykać sama, a Vardamon, najmłodsze dziecko w rodzinie wyobraża sobie, że jego matka jest rybą. Sam Anse jest postacią niejednoznaczną, podobnie zresztą jak jego nieboszczka żona. Oboje ciężko pracują, ale ich związek był pełen uporu, stawiania na swoim i nie byli to ludzie szczęśliwi.

Najważniejszy w tej książce jest właśnie nastrój i ludzkie charaktery. Upór, graniczący czasem wręcz z szaleństwem, jaki przejawiają Bundrenowie, zadziwia. Twarde warunki życia, realizm, z jakim opisane są kolejne działania bohaterów są przesycone jakąś tajemnicą. Jej rozwiązania tak naprawdę nie poznajemy, ale nie o to tu chodzi. Człowiek to niewyczerpane źródło tajemnic, zdaje się mówić Faulkner, tylko, czy chcemy te tajemnice rozwikłać? Perypetie Bundrenów ocierają się wielokrotnie o groteskę na granicy absurdu, ale czytelnikowi nie jest do śmiechu. Momentami tekst przypomina swoistą makabreskę, która z natury rzeczy jest przerażająca, a jej przyczyny nie są do końca znane.

Mniej więcej do połowy książki miałam problem ze skupieniem się na treści mimo dynamicznej formy narracji i przystępnie napisanych rozdziałów. Formułowane zdania są proste i szorstkie, oddają treść zdarzeń, ale nie ich kontekst, który dopiero pod koniec zaczynamy rozumieć. Forma zaciekawia, ale treść przygnębia przedstawiając nie tylko smutny temat, ale również wszechobecną biedę, która doskwiera Bundrenom. Skupienie się jednak tylko na niejednokrotnie odstręczających szczegółach dotyczących przewozu ciała matki i żony to błąd. W połowie książki treść bardzo mnie wciągnęła, a bohaterów prezentujących swoją wersję zdarzeń w kolejnych rozdziałach poznałam nieco lepiej. Uległam klimatowi stworzonemu przez Faulknera, by na koniec dać się zaskoczyć i jednak nie dowierzać. 

Ta książka może prowokować do skrajnych ocen, gdyż wielu czytelników może ją uznać zwyczajnie za nudną. Można albo ulec sile perswazji Faulknera i dać się porwać nastrojowi, albo uznać ją za nieciekawe dziełko o wędrówce z trumną z wieloma niemal obscenicznymi szczegółami. Jeśli o mnie chodzi, jestem na tak. Książka na tyle zaciekawiła mnie swoim klimatem i ciekawą formą narracji, że chętnie sięgnę po inne książki amerykańskiego noblisty, piewcy Południa. 
 
 
Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:
oraz


 
William Faulkner (1897 - 1962) - amerykański pisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1949 r. Uznawany za jednego z najważniejszych amerykańskich pisarzy. Autor m.in. "Wściekłość i wrzask" (1929), "Światłość w sierpniu" (1932), "Absalomie, Absalomie" (1936), "Intruz" (1948).


Źródło zdjęcia





Autor: William Faulkner
Tytuł oryginalny: As I lay dying
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Ewa Życieńska
Rok wydania: 1968
Liczba stron: 292

czwartek, 12 grudnia 2013

Lars Gustafsson, Wełna




"Istnieję tutaj. Nie jestem niczym szczególnym, ale w każdym razie istnieję tu z wszystkimi moimi zmysłami, z tą pomysłowością, przebiegłością i wrażliwością, jakie mam, z tym ciepłem i uprzejmością, na jakie zdołam się zdobyć - a stają się one naturalnie coraz mniejsze, im więcej czasu upływa - i nikt nie rości sobie do mnie pretensji, nikt mnie nie potrzebuje. Udzielam moich wiadomości z matematyki. To wszystko. To jedyna rzecz, jaką mam do sprzedania." (s. 190)
 
Gdyby nie rewelacyjna recenzja książki Larsa Gustafssona autorstwa Jeżanny, pewnie nie odkryłabym tego szwedzkiego twórcy lub trafiłabym na niego dużo później. Na szczęście Jeżanna tak pięknie napisała o „Śmierci pszczelarza” , że postanowiłam poszukać książek tego autora w dostępnych mi bibliotekach. Wybrałam jednak inny tytuł i w ten sposób w moje ręce trafiła „Wełna”.

Akcja książki toczy się w końcówce lat 60-tych i w 1970 r. Głównym bohaterem książki jest Lars Herdin, uzdolniony matematyk, który jednak nie zrobił kariery naukowej i wylądował na posadzie prowincjonalnego nauczyciela matematyki w przemysłowym, wybitnie nieciekawym miasteczku Trummelsberg. W mieścinie tej prowadzi samotne życie wypełnione przeciętnymi, mało ciekawymi uczniami. Formą rozrywki są właściwie regularne spotkania z nauczycielką angielskiego mające na celu rozładowanie napięcia seksualnego oraz ciche wspieranie aktywności Frontu Wyzwolenia Wietnamu, co niemożliwie denerwuje dyrektora szkoły, wyjątkowo antypatycznego służbistę i biurokratę. Niespodziewanie dla siebie Lars odkrywa, iż jeden z jego uczniów jest geniuszem matematycznym, nieoszlifowanym diamentem, który odpowiednio poprowadzony i przygotowany, może zmienić oblicze tej dziedziny nauki. Lars wyczuwa szansę na wzbogacenie swojej jałowej egzystencji i możliwość wpłynięcia na przyszłość uzdolnionego, choć pochodzącego z biednej rodziny chłopaka.
 
Larsa Herdina poznajemy na początku w relacji jego przyjaciela z wojska Larsa Gustafssona. Tak, tak, autor pojawia się w książce przez dobrą chwilę. Dopiero po przeczytaniu pierwszego rozdziału, gdy dowiadujemy się, w jaki sposób Lars Herdin zakończył życie, poznajemy jego historię. Szwedzki pisarz żonglując czasem pokazuje nam najistotniejsze fragmenty życiorysu Herdina, od dzieciństwa poczynając, na roku 1970 kończąc

Z czym kojarzy się Wam wełna? Zapewne z ciepłem i bezpieczeństwem wełnianego swetra chroniącego nas przed zimnem. Tymczasem Lars Gustafsson uznaje wełnę, ale tę nieprzyjemną, śmierdzącą mokrą wełnę, która przewija się przez książkę niczym wyrzut sumienia, za symbol krępowania możliwości pojawiających się w naszym życiu i nie pozwalających nam rozwinąć skrzydeł.
 
Herdin to człowiek, który nie wykorzystał swego potencjału i nawet on sam chyba nie wie, jak do tego doszło. Wie, że geniusz Larssona, który trafił mu się jak ślepej kurze ziarno, jest dla niego szansą na odzyskanie do siebie szacunku i szansą na przełamanie beznadziejności egzystencji, w której tkwi. Dlatego wspiera chłopaka, udziela mu lekcji, ale wkraczając w jego życie tak zdecydowanie wnosi doń również niepokój, który przyczynia się do zburzenia ładu w jego życiu. Niejako z rozpędu popełnia również czyn, który podważa jego lojalność wobec chłopaka i narusza istotnie jego etykę zawodową. Dlaczego tak się dzieje? Bohater chyba tego nie wie.
 
„Wełna” została wydana w ramach słynnej serii Nike i trzeba przyznać, że jest to książka warta przeczytania. Ta historia nie jest radosna. Nie jest także pozytywna, raczej napawa nas goryczą i smutkiem, jak czasem dziwnie się toczy życie pozostawiając nas w kompletnej izolacji w świecie, który nie jest światem naszych marzeń. Utkwił mi w pamięci ponury obraz szwedzkiego prowincjonalnego przemysłowego miasta w okowach zimy, a także - jako kontrast - wspomnienie sielskich wakacji z okresu dzieciństwa Larsa, gdy poza Szwecją toczyły się krwawe zmagania na frontach II wojny światowej.
 
Abstrahując od wartości literackiej książki, przyznam, że lubię gdy książka jest opatrzona posłowiem specjalisty, który potrafi przybliżyć czytelnikowi sylwetkę pisarza i trendów, które miały wpływ na jego twórczość. W tym wydawnictwie możemy się zapoznać z tekstem autorstwa Zygmunta Łanowskiego, tłumacza „Wełny”, i z racji na moją nieznajomość prozy Gustaffsona ten tekst pomógł mi w odbiorze książki.
 
Pisarstwo Gustafssona jest wymagające, ale całkowicie dostępne dla przeciętnego czytelnika. Język powieści nie jest trudny, czyta się ją naprawdę dobrze, ale książka wzbudza wiele pytań, na które nie znajdziemy tam odpowiedzi. Wiele pytań, które mogą gryźć jak szorstka wełna. To po prostu lektura, która daje do myślenia, ma pesymistyczny wydźwięk, gdyż opowiada historię człowieka, który nie udźwignął roli, jaką przeznaczyło mu życie. Autor przemyca wiele swoich socjalizujących poglądów. Aktywność polityczna przynosi bohaterowi pewną nadzieję, ale czy to jest wszystko, w czym może się realizować? Czy jego przeznaczeniem jest gryząca samotność, wyrzuty sumienia i gorycz czy też jest jeszcze nadzieja na życie pełną piersią? Odpowiedzi na takie pytania szuka na pewno wielu z nas.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania
Czytamy serie wydawnicze





Lars Gustafsson (ur. 1936) - szwedzki pisarz, poeta i wykładowca. W latach 1983 - 2003 mieszkał w USA, gdzie był wykładowcą Uniwersytetu w Austin. Jest jednym z najbardziej płodnych szwedzkich pisarzy. Począwszy od lat 50-tych XX w. wydaje tomy poezji, powieści, opowiadania, eseje. Najsłynniejszą powieścią Gustafssona jest "Śmierć pszczelarza (1978). 




 

Autor: Lars Gustafsson
Tytuł oryginalny: Yllet
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Zygmunt Łanowski
Rok wydania: 1977
Liczba stron: 280 

 

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Besala Jerzy Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Borkowska Urszula Bowen Rhys Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Covey Sean Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnecka Renata Czarnyszewicz Florian Czwojdrak Bożena Dallas Sandra Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domagalski Dariusz Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drewniak Wojciech Drinkwater Carol Drucka Nadzieja Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Dyer Wayne Edwardson Ake Evans Richard Fabiani Bożena Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Filipowicz Wika Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fowler Karen Joy Frankl Viktor Franzen Jonathan Frayn Michael Fredro Aleksander Fryczkowska Anna Fønhus Mikkjel Gaskell Elizabeth Genow Magdalena Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Helsztyński Stanisław Hen Józef Herbert Zbigniew Hill Napoleon Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jahren Hope Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jurgała-Jureczka Joanna Jörgensdotter Anna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karlsson Elise Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kowecka Elżbieta Kościński Piotr Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kręt Helena Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Laurain Antoine Lehtonen Joel Loreau Dominique cytaty Lupton Rosamund Lurie Alison Maciejewska Beata Maciorowski Mirosław Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Małecki Jan McKeown Greg Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Mitchell David Mizielińscy Miłoszewski Zygmunt Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Myśliwski Wiesław Nair Preethi Naszkowski Zbigniew Nesbø Jo Nesser Hakan Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Orlińska Zuzanna Ossendowski Antoni Ferdynand Pająk-Puda Dorota Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pawlikowski Michał Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Przedpełska-Trzeciakowska Anna Puchalska Joanna Puzyńska Katarzyna Płatowa Wiktoria Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Sobolewska Justyna Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szalay David Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Weissensteiner Friedrich White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna de Blasi Marlena Ładyński Antonin Łapicka Zuzanna Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Żylińska Jadwiga
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...