Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2018

Andrzej Rostworowski, Ziemia, której już nie zobaczysz. Wspomnienia kresowe




Projekt „Kresy zaklęte w książkach”, który rozpoczął się w 2014 r. wciągnął mnie do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie roku bez przeczytania przynajmniej kilku lektur „kresowych”, mimo moich obecnych ograniczeń czasowych.

Andrzej Rostworowski (1899-1980) to przedstawiciel szlacheckiej rodziny herbu Nałęcz. Jego ojcem był Tadeusz Maria Rostworowski, znany wileński architekt. Dzieciństwo i wakacje spędzał na Polesiu, w Narowli i Rudakowie, które należały do jego krewnych.

Przed I wojną światową Autor uczęszczał do gimnazjum w Chyrowie, a w czasie wojny chodził do gimnazjów w Warszawie i Moskwie. W 1917 r. wstąpił do I Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, następnie brał udział w walkach z bolszewikami. Po wojnie osiadł w majątku Kobejki w województwie nowogrodzkim, gdzie gospodarował do 1939 r. Potem uczestniczył w obronie Warszawy, dostał się do niewoli, a w 1945 r. wrócił do kraju i zamieszkał w Krakowie. W 1961 r. zaczął spisywać swoje wspomnienia nie mając nadziei, że kiedykolwiek będą opublikowane. Na szczęście, wspomnienia Rostworowskiego przetrwały. Dzięki jego niewątpliwemu talentowi literackiemu możemy się przenieść w czasie na Polesie, do Wilna, Chyrowa i wszystkich tych miejsc, gdzie przebywał jako chłopiec, młodzieniec i dorosły mężczyzna.

Szczególnie interesujące są, w moim przekonaniu, wspomnienia z okresu nauki w Zakładzie oo. Jezuitów w Chyrowie, który cieszył się zasłużoną renomą placówki edukacyjnej kształtującej polską inteligencję. Autor dzieli się z nami informacjami o przebiegu edukacji w zakładzie, o dniu codziennym uczniów, wspomina charakterystycznych, niezapomnianych nauczycieli, co pozwala nam wyobrazić sobie potencjał i różnorodność tego niezwykłego miejsca.

Im więcej wspomnień kresowych czytam, tym częściej spotykam się z miejscami, ludźmi i rodzinami opisanymi przez innych kronikarzy. W Chyrowie przecież pobierali nauki – już w II RP – bracia Pruszyńscy, o czym pisała ich matka w swoich wspomnieniach. Z kolei rodzinę Horwattów, majątek w Narowli spotkałam na kartach wspomnień Antoniego Kieniewicza wielbiącego Polesie.

Co prawda, Rostworowscy swoje bogactwo zawdzięczali w dużej mierze pracy twórczej i interesom ojca Andrzeja, ale niewątpliwie należeli do tego ziemiańskiego świata, który opisał Autor. I chwała mu za to, bo to kolejna cegiełka pokazująca tamten zaginiony świat, jego tradycje i codzienność, często niełatwą i hartującą charaktery!

Warto pochwalić wydawnictwo za piękną oprawę graficzną (twarda okładka, fotografie, bardzo dobrej jakości papier i druk) oraz świetne opracowanie redakcyjne (rozbudowane, ciekawe przypisy). Dla wszystkich miłośników „małej historii” i Kresów Wschodnich powinna to być lektura obowiązkowa!
 
 
Autor: Andrzej Rostworowski
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 512
Rok wydania: 2015
 
 

wtorek, 26 grudnia 2017

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1956-63





„Listy są zawsze do kogoś; dziennik to listy do samego siebie. Ogromna różnica w formie. Do kogoś można mieć bardzo dużo entuzjazmu – którego się nie ma do siebie.” (s. 185)

„Dzienniki” Jarosława Iwaszkiewicza były sensacją wydawniczą kilka lat temu. Ich sensacyjność wynikała po pierwsze z treści, gdyż pisarz wykazał się w swych zapiskach dużą szczerością odnośnie własnych odczuć nt. postępowania władz PRL, kolegów po fachu czy też swojej działalności w tym systemie. Po drugie zaś, sensacyjność wynika z postawy rodziny pisarza, która zgodziła się na publikację zapisków bez żadnych skrótów, co z uwagi na homoseksualne fascynacje Iwaszkiewicza czy pesymistyczne opinie nt. życia rodzinnego mogło być bolesne. Jest to niezwykła dokumentacja umożliwiająca poznanie życia pisarza w rozmaitych aspektach: rodzinnym, uczuciowym, towarzyskim, politycznym.

Chociaż każdy dziennik to jest jakaś kreacja, to jednak czuje się w zapiskach Iwaszkiewicza dużą dozę szczerości. O pewnych sprawach nie pisze celowo, ale jak już pisze, to raczej nie „ściemnia”.

Pierwszy tom dzienników przeczytałam kilka lat temu i mimo pozytywnej opinii jakoś nie mogłam się zabrać za kolejną część. Dopiero teraz, w wolniejszej chwili, po nią sięgnęłam i było to ciekawe doświadczenie. Drugi tom mniej więcej w ¾ dotyczy kwestii dotyczących związku z Jerzym Błeszyńskim, obiektem miłosnych westchnień pisarza. Momentami jest to aż krępujące dla czytelnika. 
 
Siła tego uczucia, rzucanie się pisarza „od ściany do ściany” w ocenie charakteru ukochanego i deprecjonowanie jego bliskich (żona, syn, kochanka) tworzy niezły galimatias uczuć zawiedzionych i wystawionych na próbę. Wszystko to w powiązaniu z chorobą, która wyniszczała Jurka i jego śmierć najbardziej zajmowało w opisanych latach Iwaszkiewicza, a historia tej miłości znalazła literackie odzwierciedlenie w „Kochankach z Marony”. Oczywiście pisze on również – jak zwykle pesymistycznie – o swojej twórczości, kontaktach literackich, ale w pamięci czytelnika zostaje głównie sprawa zauroczenia Błeszyńskim, ostatniej miłości pisarza.

W swoich „Dziennikach” Iwaszkiewicz często odnosi się do „Dzienników” Andre Gide’a, niejako porównując go z sobą (Gide był homoseksualistą, a jego małżeństwo pozostało nieskonsumowane). I przyznać należy, że chyba „Dzienniki” polskiego pisarza wygrywają ze wspomnieniami Francuza szczerością i brakiem sztuczności, takiego wyrafinowania „na siłę”.

Podkreślenia wymaga ogromna, tytaniczna wręcz praca redaktorów wydawnictwa – Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk - którzy opracowali niesamowicie dokładne i interesujące przypisy naświetlające tło wydarzeń opisywanych w dziennikach oraz sylwetki osób wspomnianych przez pisarza.

Lektura „Dzienników” wymaga czasu i skupienia, nie jest prosta i łatwa, ale warto, naprawdę warto przeczytać tę pozycję.



Autor: Jarosław Iwaszkiewicz
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 660


czwartek, 20 lipca 2017

J. Wachowicz-Makowska, Świat zapamiętany




"Świat zapamiętany to historia miejsc, których już nie ma na żadnej współczesnej mapie. Ich nazwy zachowały się jedynie w nielicznych, starych dokumentach oraz w sercach bardzo już nielicznych i bardzo już starych ludzi. Można by więc historię tę zacząć od słów: "Dawno temu, za górami, za lasami..." I potraktować ją, jakby była tylko mitem, legendą lub baśnią. Aby się nimi nie stała, aby pozostała wciąż i na przyszłe lata ważną częścią polskiej świadomości, polskiej obyczajowości i polskiej kultury, spróbowałam ocalić od zapomnienia te fragmenty kresowego życia, które przenieśli z przeszłości w przyszłość ludzie mi najbliżsi, rodzice i krewni mojego męża."

Pozytywna opinia Magdaleny Jastrzębskiej o tej książce była dla mnie impulsem do wpisania jej na swoją listę lektur do przeczytania. Ponad dwa lata mi to zajęło, ale w końcu zasiadłam do lektury zbierającej wspomnienia rodziny ze strony męża, która wywodzi się z Podola.

Na tę książkę oczekiwali wszyscy członkowie rodziny Makowskich, którzy otrzymali w zamian piękny prezent. Każda chyba rodzina chciałaby mieć podobne wspomnienie o swoich przodkach i powinowatych, o których pamięć zanika, a śladów materialnych pozostało niewiele. Autorka starannie przygotowała się do napisania tej książeczki. Poznajemy prapoczątki rodu Makowskich sięgające bitwy pod Płowcami. Wędrując śladami rodziny poznajemy ich losy na Podlasiu i przyznam, że ten fragment przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, a to z uwagi na fakt, że moja rodzina wywodzi się z okolic, które zostały opisane przez Autorkę. A nigdy jakoś nie natknęłam się na choćby pobieżny rys historyczny okolic Łomży (do sprawdzenia!).

Potem historia rodzinna nabiera rozmachu, gdy jedna z gałęzi rodu Makowskich przenosi się na malownicze Podole. Uczestniczymy w budowie rodowych siedzib, poznajemy charakterystycznych członków rodziny, ich współmałżonków, kuzynów, powinowatych. Oprócz Makowskich swoje miejsce na kartach tej książki znaleźli również przedstawiciele Wańkowiczów, Łukaszewiczów, Lubicz-Plejewskich.

Autorka opisuje dzieje rodu, jak toczyły się ich losy w XIX i XX wieku, gdy polskie ziemiaństwo na Kresach walczyło o zachowanie tożsamości i niepoddanie się rosyjskiej dominacji wzmacnianej rozmaitymi zakazami administracyjnymi, konfiskatami majątków czy zachęcaniem do przejścia na prawosławie. Rodzina Makowskich zdała egzamin z patriotyzmu, a ich losy odzwierciedlają losy tych ziem i polskiego żywiołu, który albo został zniszczony albo wypędzony, najpierw z dalekich Kresów (tzw. „ziemie zabrane”), a potem również z tych, które weszły w skład II Rzeczpospolitej. 
Autorka czerpie z wielu tekstów wspomnieniowych, na szczęście kilku członków rodziny pozostawiło po sobie teksty lub nagrania. Przyznać jednak muszę, że największe wrażenie zrobiły na mnie urywki z książki Michała Kryspina Pawlikowskiego ("Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego") i stwierdziłam, że muszę koniecznie ją przeczytać, bo chyba popełniam grzech zaniechania pozwalając tej książce "leżeć odłogiem", podczas gdy zawiera tyle wspaniałych smaczków i ciekawostek.

Jolanta Wachowicz-Makowska napisała książkę, która jest ważna dla rodziny jej męża, ale jest warta przeczytania także dla osoby w żaden sposób niezwiązanej z rodziną Makowskich. Jest to lustro, w którym możemy dojrzeć skrawek naszej narodowej przeszłości, napisana prostym, zrozumiałym językiem, oparta na faktach, zawierająca sporo ciekawych historii i przypadków losowych. Polecam.


Autor: Jolanta Wachowicz-Makowska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 2002
Liczba stron: 223




środa, 11 maja 2016

Helena Kutyłowska, Wspomnienia z Podola 1898-1919




 
„Kumanowce leżały w powiecie Lityńskim, w guberni podolskiej, między Chmielnikiem, oddalonym o dziewięć wiorst, a Latyczowem, o trzydzieści. Ziemia, jak na całym Podolu, bardzo urodzajna, tak zwany czarnoziem. Klimat wspaniały, kontynentalny. Pory roku były pod względem opadów i temperatury zróżnicowane: zimy – śnieżne i mroźne, deszczowe jesienie, ciepłe wiosny, a lata – upalne.
Wokół domu roztaczał się piękny duży park. Liczący dwadzieścia dziesięcin, założony przez ojca pod kierownictwem słynnego wówczas pomologa z Warszawy Hosera, który kilkakrotnie przyjeżdżał do Kumanowiec. Park zdobiły dwie stare aleje, kasztanowa otaczała całość półkolem, a lipowa szła środkiem, do dworu, dochodząc do rzeczki Domachy, która wpadała do Ikawki.” (s. 19)


Książki wspomnieniowe zwykle powstają z potrzeby serca, aby te okruchy pamięci przetrwały w pamięci potomnych. O książce Heleny Kutyłowskiej, wywodzącej się z rodziny Kumanowskich, właścicieli dworu w Kumanowicach tak pięknie opisanego w powyższym cytacie, można jeszcze powiedzieć, że powstała ona z ogromnej, niezaspokojonej tęsknoty za czasem dzieciństwa i młodości spędzonym we dworze na dalekim Podolu. Autorka wspomina czasy sprzed kataklizmu I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej, która świat jej dzieciństwa obróciła w perzynę. Choć jest to raczej książeczka niż książka, to czytelnik może uzyskać całkiem sporą wiedzę o tym, jak wyglądało codzienne życie w kresowych dworach.

Helena Kutyłowska opisuje nam dom rodzinny, przybliża losy swojej najbliższej rodziny, czyli rodziców i dwóch braci, opisuje swoje zajęcia we dworze oraz edukację domową oraz tę, która zapewniła jej jedna z warszawskich pensji. Poznajemy także zwyczaje świąteczne. A było, co wspominać! Teraz już takich produktów i zwyczajów nie uświadczy się nigdzie, możemy tylko o nich poczytać.

„Przyrządzanie bab wielkanocnych było czymś zupełnie innym niż pieczenie ciast obecnie.
Baby piekło się w piecach do chleba, które miały palenisko z półkolistym sklepieniem. Rozpalało się drewnem i paliło ognisko z przodu. Gdy sklepienie było wystarczająco rozgrzane, wstawiało się formy z ciastem i zamykało otwór odpowiednią zastawą. Formy do bab wykonane były z blachy, miały kształt walców wysokich na czterdzieści do pięćdziesięciu centymetrów. Do wyrabiania ciasta służyły specjalne drewniane niecki zrobione z jednego kawałka grubego pnia, wewnątrz ślicznie wyżłobionego i wygładzonego , a z zewnątrz wystruganego. Były lekkie, wygodne do mycia i przenoszenia. Dwie dziewczyny stawały naprzeciw siebie, wbijały do niecki kopę żółtek, białka odrzucały do garnka czy miski. Przez pół godziny bez przerwy dłońmi ubijały tę kopę jaj. Gdy żółtka zaczynały trochę gęstnieć i bielały, klucznica dodawała cukier, a dziewczyny znowu ubijały pół godziny żółtka z cukrem. Dopiero do tej ubitej masy wsypywano mąkę. Mam wrażenie, że na kopę żółtek brano mniej więcej dwa funty mąki. Znowu całą godzinę mieszano. W końcu dodawano drożdże, roztopione masło, zapachy i znów pół godziny mieszano ciasto.
Następnie całą zawartość niecek okrywano bardzo starannie w ciepłym miejscu i mniej więcej po godzinie rośnięcia wlewano do dobrze wysmarowanej masłem formy do jednej trzeciej wysokości. W formach ciasto rosło dalej. Gdy już dobrze podrosło, wstawiano je do gorącego pieca. Z kopy żółtek wychodziły dwie baby, pety netowa tylko jedna.
Największą sztuką było wydobycie upieczonych bab z formy! Układano je na przykryte prześcieradłami poduszki, a potem lekko i bardzo ostrożnie turlano aż do ostygnięcia. Tę ostatnią czynność wykonywano po to, by uniknąć zakalca, ciasto bowiem było tak delikatne, że po wyjęciu z pieca bardzo łatwo mogło opaść. Robienie bab było pracą naprawdę nie lada. Dwie pary dziewcząt często zmieniały się Baby były świetne, a znakomity ich smak mogą znać jedynie ludzie, którzy kiedykolwiek jedli coś podobnego. Dzisiejszych bab nikt by podówczas nie tknął.”


Helena Kutyłowska uwielbiała pomagać ojcu w pracy gospodarskiej, jej żywiołem były również polowania tak więc tym aktywnościom również poświęca sporo miejsca. Nie podzielam akurat upodobania autorki do polowania, ale z dużym podziwem czytałam o jej przygodach i osiągnięciach w tym zakresie.

Tamten kresowy świat uległ zagładzie. Najpierw dochodziły do mieszkańców dworu tylko pomruki dziejowych burz, potem pojawiali się jej wysłańcy: wojska carskie, Austriacy, Węgrzy, Kozacy, Ukraińcy aż w końcu doszło do ogólnego bezrządu, podczas którego w największym niebezpieczeństwie znaleźli się właściciele dworów, a jeśli byli narodowości polskiej, to nie było innego wyjścia, jak tylko ucieczka z nadzieją na uratowanie życia i powrót do nieznanej w sumie, odradzającej się w nowych granicach Polski.

Autorka zdaje nam relację ze swojej dramatycznej wędrówki przez Bukareszt i Wiedeń, podczas której spotyka na swojej drodze późniejszego męża, z którym osiądzie w Warszawie. Kto wie, może to dzięki nim ulice na warszawskim Grochowie, gdzie mieszkali, noszą do dziś kresowe nazwy (Stryjska i Podolska), na pamiątkę tej słonecznej krainy, która była dla Autorki krajem lat dziecinnych i chyba do końca życia wspominała ją ze wzruszeniem. Przypomina mi w tym przywiązaniu do Podola matkę prof. Anny Pawełczyńskiej, która opisała losy swojej kresowej rodziny w książce trafnie zatytułowanej „Koniec kresowego świata”.



Autor: Helena Kutyłowska
Wydawnictwo: Czytelnik

Seria: Wspomnienia i relacje
Rok wydania: 2003
Liczba stron: 125

 

sobota, 7 listopada 2015

Katherine Mansfield, Dziennik





„8 grudnia [1916] Rozmyślam dużo dziś rano, ale nie doszłam do żadnej konkluzji. Nie wiem dlaczego, ale gdy tylko chcę zstąpić na ziemię, cały dowcip mnie zawodzi. Wszystko dobrze, dopóki bujam w obłokach; głowę mam pełną planów i tworzę cuda, lecz z chwilą, gdy chcę to napisać – nie udaje się. (s. 83)

Katherine Mansfield to autorka znana i popularna w historii literatury angielskojęzycznej. Choć pochodziła z Nowej Zelandii, to jednak związana była raczej z tradycją literatury brytyjskiej. Jej przyjaźń z D.H. Lawrence’m, rywalizacja z Virginią Woolf i znajomość z wieloma prominentnymi przedstawicielami świata literatury w pierwszym 20-leciu XX w. uprawnia do takiej opinii.

Katherine Mansfield w ostatnich latach swojego krótkiego życia ciężko chorowała. Jej słabość uniemożliwiła jej spełnienie największego chyba marzenia literackiego, tzn. napisania powieści. Pozostawiła po sobie jedynie opowiadania i ta właśnie forma literacka była jej znakiem firmowym. Ich lektura, w moim przekonaniu, nie wywołuje obecnie większego poruszenia. Jest w nich finezyjność, kruchość, delikatność, ogromna wrażliwość, ale te elementy nie oddziałują już zbyt silnie na współczesnego czytelnika.

Po śmierci Mansfield jej mąż, J.M. Murray, wydał zbiory „Listów” i „Dziennik” swojej zmarłej żony. „Listy”, które miałam okazję czytać, uważam za arcyciekawą literaturę pokazującą sposób widzenia świata przez Katherine Mansfield i zawierającą wiele opisów - literackich perełek, które mogłyby być zalążkami utworu literackiego. 

Zachęcona pięknem „Listów” postanowiłam również sięgnąć po „Dziennik” pisarki. Przyznam jednak, że troszeczkę się rozczarowałam. „Dziennik” to nazwa na wyrost. Murray skompilował zapiski dzienne z próbkami utworów, co sprawia, że tekst momentami jest mało czytelny (o czym również świadczą komentarze wydawcy), a na pewno nieprzeznaczony do publikacji. Choć natkniemy się tu na fragmenty wzruszające i pokazujące wrażliwość pisarki, to jednak całość jest w moim przekonaniu dość niespójna i summa summarum słabsza od „Listów”, których forma była dopracowana i odzwierciedlała przemyślenia i stan ducha pisarki. 

Katherine Mansfield była ciekawą osobowością swojej epoki, miała talent i potencjał. Dobrze, że pamięć o niej i jej twórczości nadal trwa. „Dziennik” oddaje osobowość i wrażliwość pisarki. Pozwala na podążenie śladem jej obaw, niepewności i marzeń. Mogę polecić tę lekturę wszystkim, których interesuje postać pisarki. Paradoksem jest to, że w mojej opinii jej opowiadania nieco straciły na atrakcyjności, zaś „Listy” i „Dziennik” nadal mogą zainteresować współczesnego czytelnika.




Autor: Katherine Mansfield
Tytuł oryginalny: Journal of Katherine Mansfield
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Teresa Tatarkiewiczowa
Rok wydania: 1985
Liczba stron: 292




środa, 8 kwietnia 2015

Italo Calvino, Niewidzialne miasta





“Marko Polo opisuje most, kamień po kamieniu.
- Ale który kamień wspiera most? – pyta Kubłaj-chan.
- Most nie wspiera się na tym czy innym kamieniu – odpowiada Marko – lecz na utworzonej przez nie linii łuku.
Kubłaj-chan trwa w milczeniu, medytując. Potem dorzuca:
- Czemu mówisz mi o kamieniach? Obchodzi mnie tylko łuk.
Polo odpowiada:
- Bez kamieni nie ma łuku.” (s. 63)


Italo Calvino to mistrz słowa. Gdy czyta się jego teksty człowiek przenosi się do innego wymiaru. Nie inaczej rzecz się ma z „Niewidzialnymi miastami”. Ta cienka książeczka nie obiecuje wiele. Ot, wyimaginowana rozmowa Marko Polo z Kubłaj-chanem, prowadzona o zmierzchu, podczas której wenecki podróżnik opowiada władcy o fantastycznych miastach imperium. Nic bardziej mylnego! Dzięki nieposkromionej wyobraźni autora możemy wyobrazić sobie te czasem niemal fantasmagoryczne twory miejskie zrodzone w umyśle, a może snach Italo Calvino. Ale to tylko pierwsze wrażenie, gdyż książka oferuje nam dużo więcej. Znajdziemy tu przemyślenia na temat kondycji życia ludzkiego, podróży, refleksje, które zapadają w pamięć i duszę. Marko Polo nie opisuje miast jako takich, czasem są to magiczne, niemal baśniowe charakterystyki miast, często zaś opowieść ma drugie dno stanowiące projekcję naszych marzeń i obaw. Czy wszystkie wizje Marka są wykonalne? Jeśli tylko nasza wyobraźnia je stworzy to tak, te miasta istnieją naprawdę, tak jak istnieją doskonałe dzieła sztuki oddziałujące na wrażliwość ludzką.

„Inne jest miasto tego, kto mija je nie zatrzymując się, a inne tego, kto raz przez nie pojmany, nigdy go nie opuszcza; inne jest miasto, do którego przyjeżdża się po raz pierwszy, zaś inne to, które porzuca się, aby nigdy do niego nie wrócić; każde zasługuje na odmienną nazwę; może mówiłem już o Irenie pod innymi imionami; może przez cały czas mówiłem tylko o Irenie.” (s. 97)

Trudno zaklasyfikować tę książkę do określonego gatunku literackiego. Opowieść podzielona jest na kilka części, a części na kategorie i odcinki rozrzucone przypadkowo po całej książce. Można czytać dziełko zgodnie z numeracją stronic, można też przyjąć metodę poznawania poszczególnych kategorii zgodnie z numeracją odcinków. W niczym nie przeszkadza to lekturze i coraz bardziej wciąga. Nazwy tych kategorii nie są zresztą przypadkowe. W moim odczuciu stanowią one pewien szyfr. Opisy nie ograniczają się bowiem do wieku XIII, gdy odbywa się rozmowa Marko Polo z chanem. Marko opowiada też o współczesnych miastach i ich postępującej unifikacji i braku rozpoznawalności, dzięki czemu książka jest poza czasem i geografią. Kategoria „pragnień” może być wyrazem marzeń, a „Miasta i znaki” to oczekiwania z przeszłości. Ale te moje dywagacje są zbyt jednoznaczne, podczas gdy „Niewidzialne miasta” oferują wielopłaszczyznową konstrukcję literacką i szerokie ramy dla pobudzenia indywidualnej wrażliwości. 

Oprócz tych króciutkich szkiców mamy również zapis dyskursu obu bohaterów, pełen rozmaitych niuansów i spostrzeżeń natury ogólnej. Czym jest rozmowa? Czy potrzebne są słowa? O czym opowiada Marco Polo? O miastach, które odwiedził, które mu się przyśniły i istnieją tylko w jego wyobraźni czy może opowiada o jednym i tym samym mieście. Dla wszystkich miłośników miasta rodzinnego Marko Polo mam jeden znaczący cytat, który powinien stanowić wystarczającą zachętę do zainteresowania książką: 

„Za każdym razem, kiedy opisuję jakieś miasto, mówię coś o Wenecji.” (s. 66)

W tekście jest wiele zagadnień, odniesień do kultury i literatury światowej, z których odgadłam zapewne jakiś jeden promil tego, co jest tam zawarte, ale uczta słowa pisanego, wyobraźni, kreatywności i fantazji wynagradza nam wrażenie, że jesteśmy zbyt słabo oczytani. :)  Ta niewielka książka może być dla każdego czytelnika czymś innym, jego własnym odkryciem czy też sposobem na odnalezienie nieznanych dotąd ścieżek wyobraźni. Zwłaszcza ostatnie szkice i rozmowy dwóch bohaterów poruszają do głębi i sprawiają, że ze świata fantazji przenosimy się w świat naszego jestestwa, wrażliwości i ładu moralnego.

Nie waham się stwierdzić, że jest to książka głęboka, oferująca kaloryczną pożywkę dla naszego umysłu i wyobraźni. Nic nie wydaje mi się w niej zbędne, choć to niełatwa lektura, zwłaszcza na początku. Ta książka to taki cudowny wytwór wyobraźni pisarza, która pobudza nasze emocje i skłania do uwolnienia swoich marzeń. Możemy ją otworzyć przed snem na „chybił trafił” i pogrążyć się w lekturze przenoszącej nas w inny świat, niby daleki i egzotyczny, a z każdą lekturą coraz bliższy. I kto wie, może któreś z tych miast nam się przyśni?

"Piekło żyjących nie jest czymś, co nastanie; jeśli istnieje, jest już tutaj, jest piekłem, w którym żyjemy na co dzień, które tworzymy, przebywając razem. Są dwa sposoby, aby nie sprawiało ono cierpień. Pierwszy jest nietrudny dla wielu ludzi: zaakceptować piekło i stać się jego częścią, aż przestanie się je dostrzegać. Drugi jest ryzykowny i wymaga ciągłej uwagi i ćwiczenia: odszukać i umieć rozpoznać, kto i co pośród piekła piekłem nie jest, i utrwalić to, i rozprzestrzenić." (s. 128) 


Autor: Italo Calvino
Tytuł oryginalny: Le citta invisibili
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Alina Kreisberg
Rok wydania: 1975
Liczba stron: 132


 

środa, 18 lutego 2015

Celeste Albaret, Pan Proust




 
Marcel Proust jest autorem legendarnego, siedmioczęściowego cyklu powieściowego “W poszukiwaniu straconego czasu”, który z jednej strony znajduje się na wielu listach arcydzieł literackich, z drugiej zaś uchodzi często za dzieło zbyt trudne w odbiorze. Ten cykl zapewnił pisarzowi wieczną sławę i bezdyskusyjne miejsce w panteonie najsłynniejszych pisarzy. Eksperci ciągle piszą eseje i analizy dotyczące jego dzieła (polecam szczególnie teksty Anny Iwaszkiewiczowej, wielkiej admiratorki opus magnum Prousta), a dzieło wciąż jest obecne w przestrzeni kulturalnej, czego przykładem jest rozpoczęta najnowsza polska edycja „W poszukiwaniu straconego czasu”. 

A jakim człowiekiem był Marcel Proust? Krążyły rozmaite opinie na temat jego stylu życia. Wiadomo, że wywodził się z bardzo bogatej rodziny, że poważnie chorował na astmę, że zwłaszcza w ostatnich latach życia żył „na odwrót”: w dzień spał, w nocy pracował. Wokół jego zwyczajów narosło wiele mitów, tymczasem najwięcej wiedziała o nich jego opiekunka i służąca – Celeste Albaret.

„Dzisiaj zrozumiałam – praca pana Prousta, jego zupełne poświęcenie się dziełu polegały na tym, że dobrowolnie wytrącił się z czasu, aby go lepiej odnaleźć. Kiedy czas przestaje istnieć, nastaje cisza. Potrzebna mu była cisza, bo chciał słyszeć tylko te głosy, które miały się odzywać w jego książkach.” (s. 74)

Wkroczyła ona w jego życie w 1913 r., gdy wyszła za mąż za Odile’a Albaret, ulubionego kierowcę Marcela Prousta. Po przyjeździe do Paryża z mężem została przedstawiona pisarzowi. Powoli stawała się coraz ważniejszą częścią skromnego kręgu osób, które otaczały pisarza. Początkowo zajmowała się dostarczaniem korespondencji „pana Prousta” (tak go właśnie nazywała) w mieście, a po wybuchu wojny i odejściu jego kamerdynera i męża Celeste na front, okazała się osobą niezbędną do zapewnienia pisarzowi poczucia komfortu i takiego poziomu opieki, jakiego wymagał. A jego wymagania były nader nietypowe, począwszy od kompletnie odwróconego trybu dnia i nocy aż po drobiazgi dotyczące choćby parzenia kawy.

Przez ostatnie osiem lat życia Marcel Proust coraz bardziej oddawał się pracy nad ukończeniem swojego dzieła. Jeśli wychodził na przyjęcia, to głównie po to, aby zdobyć dodatkowy materiał (oparty na szczegółowych obserwacjach uczestników spotkań) do swojego dzieła. Z ludźmi spotykał się tylko wtedy, gdy uznał to za konieczne dla dobra jego książki. 

„Prawda życia mieści się w obserwacji i w pamięci, inaczej przeminie bez śladu. Żeby uczynić moje postacie prawdziwymi, włożyłem w nie wszystkie moje obserwacje i całą moją pamięć. Jeśli mają być prawdziwe, to muszą być kompletne. Dlatego ubrałem je i uczesałem zgodnie z tym, co zapamiętałem obserwując tyle innych osób w moim życiu.” (s. 321)


 
"Widok Delft" Vermeer
Źródło zdjęcia
Kolejny fragment obrazuje z kolei jego przywiązanie do szczegółu i dążenie do perfekcji, które odnalazł w jednym z obrazów Vermeera.

„W związku z jego dziełem I sposobem pracy, zafrapowało mnie bardzo zdanie, które powiedział kiedyś o obrazie Vermeera przedstawiającym pejzaż z Delft z tym słynnym fragmentem żółtego muru – a Bóg jeden wie, jak często do tego wracał. Było to pod sam koniec, kiedy znowu obejrzał ten obraz w muzeum Jeu de Paume. Wrócił zupełnie wyczerpany. W nocy powiedział mi – a w jego spojrzeniu była taka ekstaza, jakby jeszcze miał przed oczami obraz Vermeera:
- Ach, Celesto, nie wyobrażasz sobie tej precyzji, tej perfekcji! Najdrobniejsze ziarenko piasku! Malusieńka kropka to różowości, to zieleni… Jak to zostało wypracowane! Będę musiał jeszcze pracować i pracować, dodawać ziarnka piasku.” (s. 351)
 

 
Celeste swoim oddaniem i wiernością zdobyła jego zaufanie, dzięki czemu jej relacja stanowi nieocenione źródło dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, w jakich warunkach powstawało to niezwykłe dzieło i które osoby z ówczesnego „wielkiego świata” stanowiły inspirację Prousta. Niewiele brakowało, aby te wspomnienia w ogóle nie zostały spisane. Po śmierci „pana Prousta” Celeste nie rozmawiała z nikim, nie zdradziła sekretów swojego chlebodawcy, z którym łączyła ją bardzo mocna więź, któremu była oddana i wierna mimo jego dziwacznych niekiedy wymagań i zwyczajów. Dopiero pięćdziesiąt lat po jego śmierci, gdy sama była ponad 80-letnią staruszką, zdecydowała się na opisanie swojego życia z „panem Proustem”. Jej zwierzeń wysłuchał i ubrał w formę Georges Belmont. Celeste postanowiła przerwać milczenie, aby dać odpór rozmaitym kłamstwom, które były publikowane po śmierci pisarza przez ludzi, którzy nie znali go naprawdę bądź ich znajomość z nim była powierzchowna.

Celeste to strażniczka pamięci o Prouście. W swoich wspomnieniach obala nieprawdy i przeinaczenia, które zostały wypowiedziane na jego temat i choć czasami jest w tym dążeniu może zbyt gorliwa (według niej nie ma mowy, aby Proust miał skłonności homoseksualne) to siła jej oddania i wierności budzi szacunek. Śmiem przypuszczać, że w dużej mierze dzięki jej opiece pisarz mógł ukończyć swoje dzieło prowadząc odmienny od reszty ludzkości tryb życia, do czego ona się całkowicie przystosowała.

Czytając tę książkę byłam pewna, że Marcel Proust w osobie Celeste odnalazł osobę, której predyspozycje psychologiczne, takt i dyskrecja pozwoliły na dokończenie jego „opus magnum”. Jestem niemal pewna, że gdyby nie miał zapewnionej takiej opieki z jej strony, takiego poświęcenia, funkcjonowania właściwie tylko na jego potrzeby, to nie mógłby prowadzić tego rodzaju życia, jaki wybrał. Celeste, nie dość, że sprostała jego wymaganiom, to jeszcze nie krytykowała ich w najlżejszym stopniu, gdy tymczasem nam te zasady wydają się co najmniej dziwaczne. Była wierna do końca. Można żałować, że nie skorzystała z rady swojego chlebodawcy i nie prowadziła zapisków dziennych, co byłoby bardzo interesujące dla wszystkich zainteresowanych życiem pisarza, ale i tak te wspomnienia spisane po 50 latach od śmierci przynoszą wiele interesujących szczegółów. W słowach pani Albaret można odczytać głębokie przywiązanie do pana Prousta i choć czasem nazywa go tyranem, wymagającym natychmiastowego spełniania jego życzeń, to jednocześnie usprawiedliwia to chorobą i misją stworzenia dzieła, które będzie pomnikiem jego twórcy. Jak sam mówił:

“Widzisz, Celesto, chciałbym, aby moja książka była w literaturze jak katedra. Dlatego ciągle nie widać końca. Nawet, gdy jest zbudowana, trzeba ją ciągle ozdabiać tym i owym, tu witraż, tam kapitel, gdzie indziej mała kapliczka z posążkiem w kącie.” (s. 305)

Kilka lat temu przeczytałam wszystkie tomy „W poszukiwaniu straconego czasu”, ale była to lektura podparta dość ogólną wiedzą. Sądzę, że po lekturze wspomnień Celeste wiele fragmentów przemówiłoby do mnie mocniej i wyraziściej. Niewykluczone więc, że wrócę do tego dzieła, ale za jakiś czas. Może to dobra lektura na emeryturę?


Autor: Celeste Albaret
Tytuł oryginalny: Monsieur Proust
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Ewa Szczepańska-Węgrzecka
Rok wydania: 1976
Liczba stron: 479

 

piątek, 30 stycznia 2015

Katherine Mansfield o nacjach



Katherine Mansfield (1888-1923)
Źródło zdjęcia



"Do Doroty Brett
Paryż, 9 marca 1922


(...) Francja jest krajem godnym podziwu. Przypuszczam, że to najbardziej cywilizowany kraj na świecie. W Paryżu aż roi się od księgarni, a dzienniki są redagowane w sposób, którego Anglicy nie znieśliby ani przez chwilę. Nie zawierają prawie wcale wiadomości policyjnych. Pokazały się co prawda artykuły o egzekucji Landru, ale tak dobrze napisane, że mogłyby być dziełem Maupassnata. W życiu politycznym panuje zgnilizna i zepsucie, to prawda. Lecz jak Francuzi umieją żyć! I ma się wciąż wrażenie, że sztuka zajmuje należne jej miejsce... wszyscy ją uznają, służba, śmieciarze; wszyscy widzą w sztuce coś niezbędnego, ważnego, coś, z czego należy być dumnym. Dlatego pobyt we Francji jest takim wypoczynkiem. Jeśli kto każe zatrzymać taksówkę, aby popatrzeć na drzewo, szofer mówi: "En effet c't' arbre est bien joli" *- i prawdopodobnie porusza rękami jak drzewo gałęźmi. Najlepiej poznałam Francję przez służącą, którą miałam w Mentonie. Była to   t y p o w a    Francuzka, wysoce, wysoce cywilizowana; nerwowa, bystra, rozumiała wszystko, co się jej wytłumaczyło z dziedziny artystycznej. Francuzi są zawsze  ż y w i , nigdy obojętni jak Anglicy. Anglia ma swobodę polityczną (co ma olbrzymie znaczenie), ma poezję i prześliczną, zieloną, urodzajną wieś. Ale wolę ją podziwiać z daleka. Moim zdaniem Anglicy to lepsze wydanie Niemców. (10 lat ciężkich robót za taką obserwację). Jednak to prawda - są ideałem Niemca. Czytałam niedawno uwagi Goethego na ten temat; gorąco podziwia Anglików, ale przez jego podziw przebija myśl: "my, Niemcy moglibtśmy być tacy sami, gdybyśmy ścięli głowy naszej policji".
 
Rozmyślania nad narodami i ich "znaczeniem" w historii świata są rzeczą niesłychanie interesującą. Mam tu na myśli duchową historię. Czytałam niedawno dwie zdumiewające książki o dzisiejszej Rosji. Jedna Mereżkowskiego i Zinaidy Hippius, a druga Bunina. To nadzwyczajne - Rosja stoi niejako tuż za naszymi drzwiami, a my nic o niej nie wiemy, nie interesujemy się nią, słowa w angielskim języku o niej nie słyszymy. Książki, o których mówię, czytałam po francusku. Obie wypełnione p o g r ó ż k a m i: "Możecie sobie myśleć, żeście uniknęli niebezpieczeństwa, ale tak nie jest. To, co się nam przydarzyło, przydarzy się i wam, a może i co gorszego. Boście nie słuchali naszych błagań". Niepodobna sobie wyobrazić życia w Piotrogrodzie. Trzeba czytać, aby się o tym dowiedzieć. Ale Anglicy, ludzie tacy jak my, nie mogliby wytrzymać tego, co przeżyli niektórzy rosyjscy intelektualiści... (...)"

* "Rzeczywiście, bardzo ładne to drzewo"



Katherine Mansfield, "Listy"
Czytelnik, 1978

środa, 10 września 2014

Sandor Marai, Krew świętego Januarego





„Nie pogardzał złoczyńcami, bo tych należy sądzić, ale nie wolno pogardzać żadnym człowiekiem… Jednak komunistami pogardzał. Mówił, że nie ma gorszego od człowieka, który dopuszcza się takiej zbrodni odebrać wolność sumienia…” (s. 266)

Sandor Marai w 1948 r. opuścił Węgry na zawsze. Pierwsze kilka lat tej drugiej emigracji (pierwsza miała miejsce w latach 20-tych XX wieku) spędził właśnie w Posillipo, niedaleko Neapolu. Choć był rozczarowany sytuacją w kraju, bezpardonowym atakiem na wolność myśli uniemożliwiającego nawet milczenie, choć czuł się rozczarowany biernością Zachodu, to jednak lata spędzone we Włoszech wśród ubogich rybaków uważał z perspektywy czasu za najszczęśliwsze lata emigracji. Nic więc dziwnego, że „Krew świętego Januarego” została zadedykowana m.in. (…) biednym ludziom z Posillipo” 

„Morze wiedziało wszystko. A oni tutaj urodzeni, wiedzieli wszystko o morzu. Było jak ziemia ojczysta: po morzu można było wędrować w starych łodziach, powoli, ruchem posuwistym, jakby skradając się, tak jak złodziej okradający domy przemyka pod ogrodami. Morze stwarzało cień, w którego chłodzie można było spać. (…) Na morzu były tajemne drogi, ścieżki, grunty i stromizny, załomy ulic, którędy wioślarz przesuwał się chyłkiem, uważnie obliczając swoje szanse spod ronda kapelusza nasuniętego na oczy.” (s. 156
)

Pierwsza część książki opisuje warunki życia biednej społeczności Posillipo w latach 50-tych XX w. Życie mieszkańców toczy się własnym rytmem w mocnym związku z morzem i jego kaprysami. Wielu bezrobotnych rybaków poszukiwało szans choćby minimalnego zarobku, podobnie jak ich dzieci, najmłodsze i najbardziej niewinne ofiary tutejszej biedy. Narrator wspomina wizyty kolejnych sprzedawców jaj, ryb czy orzeszków ziemnych, które wyznaczały porządek dnia. Mimo wszechobecnej biedy ludzie z Posillipo są pogodzeni z losem, zachowali wzajemną życzliwość i pogodne nastawienie do życia. Być może źródłem ich siły był fakt, że byli u siebie, nikt nie zmusił ich do opuszczenia swoich domów.

„Komuniści, obiecując zbawienie społeczne, poświęcają innych… klasy, towarzyszy broni, a także wrogów urojonych i rzeczywistych, i obiecują, że gdy poświęcą wszystkich, a dodatkowo poświęcą starą sztukę i jej zasady moralne, wówczas nastąpi zbawienie. (…) Wie na pewno, że żaden system nie potrafi zbawić świata … ani system społeczny, ani religijny. Zbawić może tylko jednostka, gdy zdecyduje się na samopoświęcenie. (s.253)

W tym środowisku pojawia się tajemnicza postać uchodźcy zza „żelaznej kurtyny”. Razem ze swoją towarzyszką uciekł przed systemem niszczącym ludzką niezależność i wolność. Czy może on być „cudem” dla mieszkańców Posillipo? Czym jest cud? Czy cud można zaplanować, przyzwyczaić się do niego? Czy cud świętego Januarego mający miejsce dwa - trzy razy w roku, gdy w relikwiarzu neapolitańskiej katedry krew świętego patrona zmienia stan skupienia ze stałego w płynny, jest jeszcze świętem i nadzieją na zbawienie dla maluczkich? A może to już jest tylko pusta celebracja? Obcy staje się powoli mitem, potencjalnym zbawcą potrafiącym wysłuchać tych, którzy do niego przychodzą nie żądając nic w zamian. Jego tajemnicza śmierć staje się przedmiotem śledztwa. Przesłuchania świadków i ich wspomnienia o zmarłym stają się pretekstem do snucia opowieści o życiu zmarłego i jego poglądach, o jego osamotnieniu i braku zrozumienia. To również impuls do rozważań o uchodźctwie i niszczącym wpływie komunizmu na Europę i jej dziedzictwo…

„Krew świętego Januarego” była zaplanowana jako trzecia część „Wyznań patrycjusza” z okresu emigracji we Włoszech. Forma jest jednak odmienna, gdyż bezimienny bohater funkcjonuje niejako na marginesie toczącego się życia, a jego poglądy poznajemy z relacji osób trzecich.

Śledztwo nie dostarczy nam odpowiedzi, co było przyczyną śmierci bohatera, gdyż nie to było zamiarem pisarza. Maraia interesuje aspekt filozoficzny kondycji człowieka w świecie coraz bardziej oddalonym od idei humanizmu i kulturalnej ogłady. Gdzie bezprzykładna i tępa siła machiny politycznej miażdży ludzką wolność i autonomię.

Nie jest to arcydzieło, pewne rozważania i dygresje mogą wydać się zbyt długie i czasem się powtarzają, co wynika z przyjętej formuły leniwego śledztwa toczącego się w drugiej części książki. A jednak to właśnie te fragmenty dotyczące rozważań o sytuacji jednostki w opresyjnym świecie najmocniej przemawiają do czytelnika. Obecnie siła rażenia tych analiz jest nieco mniejsza niż w latach 50-tych XX wieku, ale i tak stanowią one ważny element dyskursu intelektualnego o sytuacji twórczej jednostki w systemie opresyjnym. Choć całość mnie nie porwała, to uważam tę książkę za ważne uzupełnienie przeczytanych wcześniej „Wyznań patrycjusza” i „Dziennika”. Potwierdzają niesamowitą przenikliwość pisarza i stanowią ważny wkład w dyskusję o kondycji inteligencji Europy Środkowej ery komunizmu.

„W szczęśliwych czasach los otacza człowieka jak atmosfera. Lecz my żyjemy w innym czasie i na tę nieszczęsną wędrówkę niezmiennie zabieramy ze sobą los, który jest bardzo mały, można go z powodzeniem schować w torbie podróżnej, jest portable…” (s. 292)
 


Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: San Gennaro vere
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 328

 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Sándor Márai, Wyznania patrycjusza





Po lekturze „Dziennika” wiedziałam, że chcę i muszę poznać bliżej twórczość Maraia. W tym roku przeczytałam już kilka jego książek i żadna mnie nie zawiodła. Szczególną pozycję w jego dorobku zajmują „Wyznania patrycjusza”, w których autor wspomina lata swej młodości, co było dla mnie szczególnie interesujące, skoro „Dziennik” pisany od 1943 r. tak mnie zachwycił. Przez długi czas nie mogłam zdobyć tej książki, ani w bibliotece, ani na allegro. Na szczęście nasza blogowa koleżanka Guciamal wspaniałomyślnie pożyczyła mi tę książkę i dzięki jej miłemu gestowi mogłam ją przeczytać. Bardzo dziękuję!

Chociaż na karcie wstępnej znajduje się zastrzeżenie, , że „(…) Bohaterowie tej powieści biograficznej są postaciami wymyślonymi: ich osobowość i kompetencje istnieją tylko na kartach tej książki, w rzeczywistości nie żyją i nie żyli nigdy.”, nie ma wątpliwości, że książka ta dotyczy życia Sandora Maraia. Historia życia głównego bohatera idealnie pokrywa się z doświadczeniami autora. Owo zastrzeżenie, dość dziwne, należy przyznać, pojawiło się dopiero w wydaniu trzecim uznanym za ostateczne. W pierwszym wydaniu pisarz wymienił bowiem niektórych bohaterów z nazwiska, co spotkało się z protestami zainteresowanych i w rezultacie Marai musiał uiścić karę finansową wskutek przegranego procesu.

„Życie upływa w mroku, który tworzą niewypowiedziane słowa, nieuczynione w porę gesty, milczenie i obawa – życie, to prawdziwe, to tak niewiele. Równowaga rodziny jest czymś szalenie kruchym, podobnie jak równowaga życia.” (s. 82)

W pierwszej części autor drobiazgowo wspomina lata swego dzieciństwa spędzonego w Kassie (obecnie słowackie Koszyce), gdzie jego ojciec był dobrze sytuowanym adwokatem. Jego rodzina wywodziła się z zasymilowanych saskich osadników, pielęgnujących węgierską kulturę i tradycje. Sfera, do której należała jego rodzina, Marai nazywa patrycjatem, co mnie kojarzy się ze starożytnym Rzymem, a oznacza po prostu burżuazję czy też mieszczaństwo. Pisarz z sentymentem wspomina ludzi kształtujących jego osobowość, członków rodziny, kolegów, sąsiadów. Postacie wyłaniające się z mroków pamięci są wyraziste i zwracające uwagę. Dzięki niemu, dzięki jego twórczości ci dawno nieżyjący rodzice, dziadkowie, ciotki pozostaną w pamięci czytelników. Te dopracowane miniatury naszkicowane lekko i nostalgicznie zarazem składają się na rożnobarwny obraz szczęśliwej epoki przełomu wieków, nie znającej okropności wojny, która wkrótce dotknęła kontynent. 

Wspomnienie dzieciństwa w Kassie często wracało w zapiskach „Dziennika”, jest więc to bardzo ważny okres w życiu pisarza, którego znaczenie jest dla niego oczywiste. Dzieciństwo to również czas zdobywania ważnych doświadczeń życiowych i kształtowania się poglądów na życie. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie wspomnienie pisarza dotyczące jego rozczarowania i poczucia niesprawiedliwości w momencie narodzin młodszej siostry czy scena zabawy w cyrk dziecięcej podwórkowej bandy, gdy dzieci się wzajemnie „tresowały”. Ta część wspomnieniowa kończy się rozpoczęciem edukacji w budapesztańskim gimnazjum oraz wybuchem I wojny światowej. 

„W jaki sposób człowiek staje się pisarzem? Nie wiem. Nie pamiętam żadnego szczególnego, wiążącego się z konkretnym wydarzeniem przeżycia, które mogło się stać decydujące, które ukształtowałoby moją pisarską optykę, jakąś szczególną zdolność widzenia i słyszenia, i wyzwoliłoby we mnie umiejętność wyrazu. Chciałem być pisarzem , odkąd pamiętam. Nigdy nie myślałem, że istnieją przecież także inne środki wyrazu niż tylko zapisana za pomocą liter myśl.” (s. 204-5)

Druga część „Wyznań patrycjusza” dotyczy pierwszej emigracji Maraia, kiedy w obawie przed represjami za napisanie kilku artykułów do organu prasowego Węgierskiej Republiki Rad, wyjechał do Niemiec. Studiował tam na kilku uczelniach, sporo podróżował, współpracował również z kilkoma tytułami prasowymi, by w 1928 r. powrócić na Węgry Te kilka lat odegrało istotną rolę w procesie narodzin pisarza. O ile pierwsza część w dużej mierze stanowi zapis wrażeń, impresji ze świata zewnętrznego, o tyle druga część dotyczy kształtowania się portretu duchowego autora i jego wyboru drogi życiowej. Znajdziemy tu nie tylko odniesienia do przeżyć Maraia, lecz również wiele refleksji dotyczących kondycji pisarza we współczesnym mu świecie, schyłkowości znaczenia Europy w degradującym się pejzażu kulturowym. 

Ostatnia część „Wyznań…” to także pojawienie się w jego życiu Loli Metzner, z którą ożenił się w Niemczech i przeżył z nią pozostałe lata swego długiego i niełatwego życia. Szczerze powiem, że – patrząc bardzo przyziemnie – jestem pełna podziwu dla postawy Loli podczas tej młodzieńczej emigracji. Jej cierpliwość i wyrozumiałość wobec męża, który spalał się w poszukiwaniu drogi życiowej, poszukiwania najwłaściwszych środków wyrazu nie dbając o realia życia codziennego, wydaje się nie mieć końca. Ale to również dzięki niej Sandor Marai osiągnął poziom pisarstwa porównywalny z największymi gigantami epoki.

„Mam słabą pamięć. Epoki, wygląd ludzi, spotkanie przesiewają się przez nią bez śladu i zapamiętuję zawsze jedynie grupy przeżyć, które łączą się w wielkie, luźne bryły zdarzeń. W tych bryłach ktoś miniony żyje we mnie symbolicznym życiem, jak robak zamknięty w pradawnym bursztynie. Kogo opuściłem, żyje we mnie tak, jak żyją zmarli w pamięci żywych. Moja pamięć jest niewdzięczna. Z chaosu wynurza się zawsze jakaś jedna postać, a szczątki wspomnień zaczepiają się o nią niczym algi; te ważniejsze wspomnienia o ludziach muszę dopiero oczyścić z namułów, którymi okrył je nurt przeszłości.” (s. 306)

„Wyznania…” to nader trafny tytuł, trudno bowiem uznać, że są to li tylko wspomnienia pisarza z lat młodości. To coś więcej. Ta książka obrazuje przemianę duchową bohatera, jego formację psychologiczną i wybór życiowej misji. Bo pisarstwo to dla Maraia misja, a nie tylko zawód. Jeśli chce się poznać Maraia, jego filozofię życiową, stanowisko wobec roli pisarza w świecie, to lektura „Wyznań patrycjusza” oraz „Dziennika” jest niezbędna. Oba te wydawnictwa wprowadzają nas w świat pisarza, choć są zupełnie odmienne, jeśli chodzi o styl pisania. „Wyznania…” to wiele introspekcji, dygresji, impresji, drgnień i przebłysków świadomości wydobywających z mroku przeszłości świat, którego już nie ma. Jest to dzieło skończone, podczas, gdy „Dziennik” to zapiski „na bieżąco” (choć starannie opracowane i wyselekcjonowane do publikacji) z wieloma przenikliwymi analizami i celnymi uwagami na temat współczesności.

Marai napisał „Wyznania” jako człowiek 34-letni, w co nigdy bym nie uwierzyła, gdyby nie niezbite fakty (data urodzin i data pierwszego wydania). Jego sposób narracji jest niezwykle dojrzały i czytelnik ma wrażenie, że obcuje z człowiekiem stojącym u progu starości wspominającym młodzieńcze lata. W dzisiejszych kategoriach, człowiek w tym wieku nadal uchodzi niemal za młokosa, a u Maraia próżno szukać młodzieńczej lekkomyślności. :) 

„Wyznania patrycjusza” to klucz do twórczości Maraia. Jego styl osiąga tu pełnię. Wydaje mi się, że poznanie twórczości węgierskiego pisarza warto zacząć właśnie od tej książki lub od „Dziennika”. One naświetlają wiele istotnych aspektów odzwierciedlonych w twórczości literackiej. Sandor Marai powoli odzyskuje należne miejsce w historii literatury. Nawet jeśli nie uznamy jego pisarstwa za fascynujące, warto dojść samodzielnie do takiego wniosku. Ja przepadłam w odmętach refleksyjności, przenikliwości i analityczności tekstów Maraia napisanych wyrafinowanym i starannym językiem znakomicie przetłumaczonym przez Teresę Worowską.


 

Autor: Sandor Marai
Tytuł oryginalny: Egy polgár vállomásai
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Teresa Worowska
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 520



wtorek, 12 sierpnia 2014

Italo Calvino, Baron drzewołaz





„Cosimo Piovasco di Rondo – Żył na drzewach – Kochał zawsze ziemię. – Wzniósł się do nieba” (s. 374)

Italo Calvino – mówi Wam to coś? Ja słyszałam to nazwisko wielokrotnie, zwykle w nader pozytywnym kontekście, ale po jego książkę sięgnęłam dopiero teraz. Od razu powiem, że żałuję, że tak późno do tego doszło, gdyż lektura „Barona drzewołaza” (pierwsze wydanie z 1957 r.) jest doskonałym przykładem na umiejętne poprowadzenie opowieści wydawałoby się niewiarygodnej i niemożliwej, a w każdym razie dziwacznej. 

15 czerwca 1767 r. dwunastoletni Cosimo di Rondo, najstarszy syn włoskiego barona odmawia zjedzenia posiłku, którego nie akceptuje. Jest to ostatnie kropla, która przechyla czarę jego frustracji i doprowadza do buntu przeciwko rodzicom, co w konsekwencji jest również buntem przeciwko tradycyjnemu stylowi życia. Ucieka on z jadalni przez okno i na sąsiednie drzewo, by już nigdy nie postawić nogi na ziemi…

Mieszkając na drzewie Cosimo organizuje sobie życie na nowo. Przystosowuje się do panujących warunków, buduje domek na drzewie, poluje na zwierzęta futerkowe, szyje strój myśliwski, opracowuje sposób na spanie w wiszącym worku itd. Itd. W miarę upływu dni Cosimo coraz bardziej utwierdza się w decyzji o pozostaniu na drzewach i prowadzenia tam życia. Nie przeszkadza mu to nawiązywać nowych znajomości, bawić się z okolicznymi dziećmi czy uczestniczyć w psotach i figlach. Poznaje dostępne ścieżki i trasy po rozrośniętych i bujnych gałęziach ówczesnych drzew. Nie skutkują namowy rodziców, którzy pogodzili się z istnieniem syna dziwaka. I tak wiedzie życie nad ziemią, spoglądając na świat z gałęzi drzew, co pozwala mu dostrzec niekiedy dużo więcej niż przeciętnemu zjadaczowi chleba. Jego życie jest wypełnione nauką, nie omijają go również przygody miłosne, rozmowy z najwybitniejszymi ludźmi swojej epoki czy nawet walki z piratami!

Życie Cosima poznajemy głównie z opowieści jego młodszego brata Biagio, zupełnie przeciętnego i wiodącego normalne, pozbawione większych wstrząsów życie. Czasem, zwłaszcza w dojrzalszych latach, autor oddaje głos bohaterowi tej niezwykłej opowieści. Każdy rozdział poświęcony jest innej przygodzie Cosima. W swojej narracji Biagio często deklaruje swoją niewiedzę na dany temat lub wskazuje na Cosimo jako źródło danej informacji, co może sugerować, iż nie jest to fakt całkowicie autentyczny, gdyż nasz bohater czasem zmienia swoje wersje wydarzeń. :)

Choć sam pomysł wydaje się dziwaczny to jednak szybko akceptujemy konwencję i towarzyszymy Cosimo w jego peregrynacjach i odkryciach. Bo jego życie pełne jest odkryć i nowych doznań. Jedną z najbardziej zapadających w pamięć historii jest znajomość z rozbójnikiem grasującym po okolicznych lasach, z którym wspólnie pogrążają się w szaleńczej lekturze najsłynniejszych książek epoki. 

„W pewne dni Cosimo i Gian z Puszczy spotykali się na umówionym drzewie, wymieniali książkę i każdy szedł w swoją stronę, gdyż las był wciąż przetrząsany przez zbirów. Ta transakcja, tak przecież prosta, była dla obu stron bardzo niebezpieczna: bo i memu bratu niełatwo byłoby się wytłumaczyć z tej zażyłości ze znanym przestępcą. Ale Giana z Puszczy ogarnęła taka pasja do lektury, że połykał powieść za powieścią i spędzając całe dni na czytaniu w swojej kryjówce, potrafił w jeden dzień pochłonąć książkę, na którą mój brat zużył tydzień albo i więcej.” (s. 160)

Italo Calvino jest wspaniałym gawędziarzem. Wiedzie swoją opowieść gładko, w stylu opowiastek filozoficznych, a jednak pogrążamy się w tym wykreowanym świecie z dużą przyjemnością. Przygody Cosima bawią i uczą. I już nawet nie dziwimy się jego decyzji; skoro praktycznie żaden aspekt życia nie ominął naszego bohatera: dzieciństwo miał ciekawe, nauki nie zaniedbał, przeżył miłość, prowadził bogate życie towarzyskie i uczuciowe, a że na drzewach, a nie na ziemi, no trudno, jego wybór. :) Jest to opowieść o przenikaniu się cywilizacji stworzonej przez ludzi ze światem przyrody, o sile indywidualności i wierności swoim przekonaniom zarazem.

Jeśli chcecie poznać tę fascynującą i świetnie napisaną historię zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł. Ja z pewnością poszukam kolejnych książek Italo Calvino i jestem niemal pewna, że się nie rozczaruję. Na koniec zostawiam Was z opisem niezwykłej biblioteczki Cosimo.

„Na swoje książki Cosimo konstruował wciąż na nowo, wiszące biblioteczki, zabezpieczone jak się dało najlepiej, przed deszczem i gryzoniami, urządzał je w coraz innym miejscu, zależnie od przedmiotu studiów i upodobań danej chwili, bo, jak mówił, książki są jak ptaki: smutnieją, kiedy je trzymać nieruchomo w klatce. W najmasywniejszej z tych napowietrznych szaf ustawiał rzędem tomy Encyklopedii Diderota i d’Alemberta, w miarę jak nadchodziły od księgarza z Livorno. I jeżeli w ostatnich czasach wskutek ciągłego tkwienia w książkach chodził trochę z głową w obłokach, coraz mniej interesując się otaczającym światem, to natomiast lektura Encyklopedii, a zwłaszcza niektórych przepięknie opracowanych haseł jak Abeille, Arbre, Bois, Jardin, odkrywała przed nim, jak gdyby na nowo, rzeczy dawno znane.” (s. 178) 

 P.S. Gdybyście chcieli doświadczyć mieszkania na drzewie zajrzyjcie tutaj.

 

Italo Calvino (1923-85) – urodzony na Kubie jeden z najważniejszych włoskich pisarzy XX wieku. Początkowo tworzył w stylu neorealistycznym, później zaś pisał teksty alegoryczne i fantasy. Od 1945 r. Calvino był dziennikarzem komunistycznego dziennika L’Unita, pisywał również w innych pismach. Po sowieckiej inwazji na Węgry w 1956 r. Calvino zerwał z włoską partią komunistyczną. Swój debiut pt. „Ścieżka pajęczych gniazd” wydał w 1947 r., a do najważniejszych tytułów należą: „Niewidzialne miasta” (1972) i „Jeśli zimową nocą podróżny” (1979). „Baron drzewołaz” (1957) stanowi drugą część cyklu „Nasi przodkowie”, w skład której wchodzą również „Wicehrabia przepołowiony” (1952) oraz „Rycerz nieistniejący” (1959).    Źródło zdjęcia

 

Autor: Italo Calvino
Tytuł oryginalny: Barone Rampante
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Tłumacz: Barbara Sieroszewska
Rok wydania: 1964
Liczba stron: 376

wtorek, 15 lipca 2014

Zofia Stulgińska, Czek bez pokrycia





Dwa pierwsze tomy wspomnień Zofii Stulgińskiej zyskały moje uznanie swoją wyrazistością, piękną polszczyzną i zapadającą w pamięć bohaterką. Z tym większą ochotą sięgnęłam po „Czek bez pokrycia”, który – jak mi się wydawało – będzie dopełnieniem historii życia Zofii. Spotkała mnie jednak niespodzianka, gdyż forma literacka tej książki jest odmienna od „Gruszek na wierzbie” i „Męża z ogłoszenia”

Zacznijmy od tego, że na stronie z dedykacjami autorka zastrzega, iż „Jest to opowieść o rozkojarzeniach wewnętrznych, o nieuświadomionych motywach postępowania, przede wszystkim zaś o samotności i odpowiedzialności. Przedstawione w tej książce osoby, przeżycia, sytuacje, fakty są autentyczne, wzięte z życia.” Potem okazuje się, że narratorem jest mężczyzna o imieniu czyli Filip (zwany Fipkiem), który na prośbę swojej apodyktycznej żony Marty opisuje dzieje ich małżeństwa oraz historię miłości ich przyjaciółki Ewy i Pawła. W Ewie S. można rozpoznać Zofię Stulgińską, choć przytaczane informacje biograficzne się nie zgadzają. Jednak cechy charakterologiczne, które czytelnicy poznali w poprzednich tomach, świadczą, że jest to właśnie alter ego autorki książki.

Fipek toczy swoją opowieść koncentrując się na analizie swojego małżeństwa z Martą, później zaś przedstawiając historię uczucia Ewy i Pawła. Ona jest kobietą samotną i egoistyczną, nienawidzącą swojej pracy, ale wykonuje ją na tyle dobrze, że mimo jej trudnego charakteru jest tam szanowana. Nie poznajemy jej losów wojennych. Historia toczy się w latach 60-tych XX w. (nawiasem mówiąc to kolejna nieścisłość biograficzna; Ewa S. w 1963 r. ma 54 lata, a Zofia Stulgińska - 61), kiedy to Ewę odwiedza jej kuzyn Paweł, artysta plastyk mieszkający w Krakowie z traumatycznymi doświadczeniami wojennymi i uwikłany w trudne małżeństwo. Ewa zakochuje się w nim głęboko i prawdziwie i uważa tę miłość nie tylko za ostatnią w życiu, ale za jedyną, taką, która zdarza się tylko raz. Czy ta miłość przyniesie jej szczęście i spełnienie, czy rzeczywiście Paweł stanowił jej drugą połówkę? 

Nie wiem, czym była spowodowana zmiana sposobu narracji zaproponowana przez autorkę. Czy była to jej próba zmiany stylu pisania, czy też nie chciała zbyt wiele ujawniać wykorzystując w postaci Ewy tylko niektóre cechy swojej osobowości? Nie wiem i już się nie dowiem, ale przyznam, że „Czek bez pokrycia”, choć dostarczył mi wiele bodźców do przemyśleń, to jednak pozostawił po sobie chyba najsłabsze wrażenie w stosunku do wcześniejszych części cyklu.

Fipek w roli narratora sprawuje się nieźle, chociaż momentami jest zbyt pedantyczny i koncentruje się na mało istotnych szczegółach, co było niekiedy denerwujące, ale generalnie ciekawie było obserwować tę analizę dwóch związków uczuciowych: Fipka pod pantoflem Marty oraz Ewę i Pawła, których związek wielokrotnie wystawiany był na próbę. Obserwując te „przypływy” i „odpływy” uczuć nie bez kozery przypomniałam sobie o koncepcji „dawców” i „biorców” miłości. Może dla Zofii Stulgińskiej ta miłość była tak szczególna, gdyż była ona ewidentnie stroną „dającą”, a w czasach przedwojennych była zdecydowanie „biorącą”? Nie jest to związek szczęśliwy i narrator, będący przyjacielem Ewy, wielokrotnie daje temu wyraz. Jednak uczucia dwojga ludzi nie da się zanalizować na zimno i choć wydaje się nam patrzącym z boku, że należałoby to szybko przerwać, to jednak nie my o tym decydujemy. 

Książka opisuje nieco realiów Warszawy powojennej i trudności życia codziennego. Zwraca też uwagę na „złą atmosferę pracy” u Fipka i Ewy, ale nie wchodzi w szczegóły tych trudności. Dość, że oboje nienawidzą chodzić do biura właśnie z uwagi na panujące tam stosunki i z utęsknieniem wyczekują emerytury. Jest też kilka fragmentów o odbudowie miasta i rozwoju stolicy, ale na szczęście trafiłam na nie może ze dwa razy, więc przyzwoicie jak na daninę dla systemu.;)

„Czek bez pokrycia” ukazał się już po śmierci autorki. Można czytać tę książkę zupełnie niezależnie od pozostałych wspomnień właśnie z uwagi na przyjętą formę literacką i brak odniesień do wcześniejszych tomów. Niemniej jednak, bogatszym przeżyciem jest przeczytanie wszystkich trzech części ukazujących panoramę życia od początku XX wieku aż do lat 60-tych w Rosji, Finlandii, niepodległej Polsce i w okresie siermiężnego PRL-u (lata 50-te i 60-te). Autorka pomija w swych wspomnieniach II wojnę światową oraz okoliczności rozstania z trzecim mężem. Być może nie chciała do nich wracać, w końcu nie wszystko jest na sprzedaż. 

Ta książka to analiza związków międzyludzkich, późnej dojrzałej miłości, a właściwie jej dwóch twarzy odbijających się jak w lustrze dzięki kontrastowym osobowościom nakreślonym przez Stulgińską. Cechą charakterystyczną są niejednoznaczne portrety głównych bohaterów, gdyż właściwie żadnego z nich nie da się lubić. Mnie najbardziej przypadł do gustu bohater drugoplanowy, niejaki Sawiszyn, przyjaciel Fipka, którego ten kompletnie nie dostrzegał pracując z nim w jednym miejscu przez wiele lat. Spotkali się i polubili zupełnym przypadkiem podczas konsumpcji cynaderek z kaszą w ulubionym barze. :) To też przykład, jak łatwo możemy stracić okazje poznania wartościowych ludzi przez swoje zadufanie i uprzedzenia.

„Czek bez pokrycia” to niezłe czytadło, choć nie pozbawione pewnych dłużyzn. Niewykluczone, że Zofia Stulgińska nie zdążyła dopracować swojego tekstu, ale i tak to jest ciekawa pozycja. Nie oferuje łatwych emocji i czarno-białej rzeczywistości. Polecam cały cykl, który pozwala poznać świat, który przeminął oraz wyrazistych bohaterów
 
 
 
 
Autor: Zofia Stulgińska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1985
Liczba stron: 500
 
 
 

wtorek, 10 czerwca 2014

Zofia Stulgińska, Mąż z ogłoszenia








Zofia Stulgińska musiała być niezłym „ziółkiem” w codziennym życiu. Ten fakt był dla mnie oczywisty już podczas lektury „Gruszek na wierzbie”, a utwierdziłam się w tym czytając kolejny tom jej wspomnień pt. „Mąż z ogłoszenia”.

Spotykamy się z Zofią w roku 1935, gdy jest przebojową, niezależną kobietą utrzymującą się samodzielnie z pracy dziennikarskiej. Trwa właśnie spotkanie z jej przyjacielem Karolem, które zaowocuje publikacją nietypowego ogłoszenia matrymonialnego sfinalizowanego  trzecim małżeństwem naszej bohaterki. Zofia wraca jednak myślami do 1932 r. Wtedy, po drugim rozwodzie, bez pieniędzy i posady, w apogeum kryzysu ekonomicznego, nie udaje jej się znaleźć pracy mimo podejmowanych prób i mimo posiadanych znajomości. Musiała więc, zgrzytając zębami ze złości, udać się do bydgoskiego domu znienawidzonego ojca i pozostawać na jego utrzymaniu przez kilka miesięcy. Wielki to był cios dla jej rozbuchanej miłości własnej, ale nie nauczyło jej to pokory. 

Nie potrafiła się wyciszyć i złagodnieć, uznać obiektywną trudność sytuacji i przyczynić się do uspokojenia nastrojów. Potrafiła wyprawiać swoim rodzicom, a właściwie matce, karczemne awantury. Nie wnikam, czyją winą było doprowadzenie do tak trudnych stosunków rodzinnych, ale momentami zachowanie Zofii i świętego wyprowadziłoby z równowagi. 

Na szczęście, dzięki protekcji możnych przyjaciół, jeszcze z czasów petersburskich udaje się załatwić Zofii posadę w warszawskiej redakcji ultrakatolickiego czasopisma, co samo w sobie jest symptomatyczne, gdyż Zofia była formalnie kalwinką po dwóch rozwodach. W pracy redakcyjnej radzi sobie dobrze, zaczyna też pracę dziennikarską i osiąga sukces zawodowy. Jest szczęśliwa ze swej niezależności i życia w stolicy, która oferuje wiele rozrywek. Jej egocentryzm, chęć błyszczenia w towarzystwie ma znowu pożywkę i rozwija się nie gorzej od jej kariery.:) 

W jej życiu brakuje jednak mężczyzny, czemu postanawia zaradzić jej przyjaciel - wspomniany na początku tej notki Karol - który poza jej plecami wysyła ogłoszenie matrymonialne do gazety. Historia znajomości będącej efektem tego posunięcia jest wiodącym wątkiem tej książki, a kończy się on – całkiem przewidywalnie – trzecim małżeństwem zawartym praktycznie w przededniu II wojny światowej. Choć trzeci mąż był człowiekiem poczciwym i kochał ją szczerze, odbiegał jednak od typu mężczyzny, który zadowoliłby Zofię, mając choćby na uwadze jej nieposkromiony charakter i egoizm. Wiele czynników wskazywało na niepowodzenie tego małżeństwa, Zofia jednak nie tylko go poślubiła, ale również udała się z nim do majątku w Rudzie położonej tuż przy granicy z Niemcami. Książka kończy się pod koniec 1939 r., gdy Zofia postanawia wrócić do Warszawy z mężem wypuszczonym właśnie z niemieckiego więzienia. 

Autorka w swoim drugim tomie wspomnień pisze równie zajmująco i ciekawie, co w części pierwszej. Nie ukrywa swojego egocentryzmu i samolubstwa, które osiąga tu apogeum, a nawet przyczynia się do jednej z ludzkich tragedii. Mam nadzieję, że autorka pisząc te wspomnienia zrozumiała, że w wielu wypadkach jej zachowanie mogło budzić niesmak, jak choćby jej odczucia i zachowanie po śmierci ojca, nierespektowanie życzeń swojego przełożonego odnośnie unormowania swojej sytuacji wyznaniowej (co miało istotne znaczenie, skoro była pracownicą Kościoła rzymsko-katolickiego, a rzecz dzieje się w okresie dwudziestolecia międzywojennego). Nawiasem mówiąc, jej zachowanie w pierwszym dniu pracy, po długim okresie niemożności znalezienia zajęcia, budzi zdumienie. Moją ciekawość wzbudził zresztą niewymieniony z nazwiska duchowny, szef Zofii, którego losy były bardzo tragiczne. Po powrocie do Polski z zawieruchy wojennej został skazany w procesie księży w latach 40-tych. Nawet się zdziwiłam, że wspomniała o tym w książce wydanej, bądź co bądź w roku 1976. 

Zofia Stulgińska w obu tomach swoich wspomnień zmienia imiona i nazwiska mężów numer dwa i trzy. W „Mężu z ogłoszenia” stosuje również ciekawy manewr narracyjny z wykorzystaniem wspomnień spisanych przez trzeciego męża ukazującego charakter i postępowanie autorki z innej perspektywy. Choć w książce stwierdza, że te wspomnienia istniały i dzięki nim mogła odtworzyć historię ich związku, nie jestem przekonana na 100 procent, czy rzeczywiście tak było.

Wszyscy z Was, którzy interesują się epoką międzywojnia, znajdą w tej książce wiele informacji i relacji z życia codziennego napisane ładnym, przemawiającym do wyobraźni językiem. W centrum znajduje się oczywiście osobowość autorki i jej perypetie, ale przy okazji stykamy się z też innymi osobami reprezentującymi ówczesną inteligencję, czujemy atmosferę przedwojennej Warszawy, tego wspaniałego miasta, które jakże niedługo miało ulec kompletnej anihilacji. „Mąż z ogłoszenia” trzyma poziom pierwszej części wspomnień i mogę je Wam polecić z czystym sumieniem.








Autor: Zofia Stulgińska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1976
Liczba stron: 416


środa, 21 maja 2014

Sándor Márai, Księga ziół






„Nie jest to książka uczona, lecz taka jak książki, które uczą rzeczy elementarnych. Ten, który ją napisał, nie zna absolutnej prawdy i często myli się w szczegółach. Bo jest człowiekiem. (…) Więc ta książka będzie taka, jak dawne zielniki. Które prostymi przykładami pragnęły odpowiedzieć na pytanie, co trzeba robić, gdy kogoś boli serce albo gdy Bóg go opuścił.” (s. 8)

„Księga ziół” to skarbczyk przemyśleń czterdziestotrzyletniego Máraia. Przemyśleń głębokich i płytkich, oczywistych i wątpliwych , dotykających najważniejszych spraw życiowych i zupełnie błahych. Można tę książkę czytać po kolei, od końca, można też wybierać strony na „chybił trafił”. Można po nią sięgać w wolnej chwili, aby zastanowić się nad ludzkim losem i zawiłościami życia. Nie zawsze zgodzimy się z autorem, który stara się zaprezentować jako stoik doskonały, czasem możemy polemizować z tekstem. Jest on jednak uniwersalny i czyta się go z dużą przyjemnością mimo upływu lat. Mnie zdarzyło się kilkakrotne pogrążenie w zadumie, gdy słowa Máraia dotknęły spraw, które są dla mnie aktualne i angażują dużą część moich myśli, choć z wieloma uwagami się nie zgadzałam. 

Autor pisał tę książkę jako mężczyzna po czterdziestce i z tekstu przebija niejako wrażenie, że wszystko jest już poza nim, że jest człowiekiem, który przeżył już to, co miał przeżyć i teraz będzie czerpał ze zgromadzonego doświadczenia. Na pewno nie zdawał sobie sprawy, jak wiele wyzwań i przeciwności losu jeszcze go czeka. Lektura „Dziennika” potwierdza, że dzięki zgromadzonej wiedzy i doświadczeniu był w stanie przeżyć niepowodzenia, porażki i tragedie, nie wszystkie jednak…

Książka jest zadedykowana „(…) Senece, ponieważ uczył, że bez moralności nie ma człowieka. I Epiktetowi, ponieważ uczył o tym, co jest w naszej mocy. I Markowi Aureliuszowi, który nauczył się od Epikteta, czym jest to, co w naszej mocy – i był cierpliwy. I Montaigne’owi, ponieważ był pogodnego usposobienia i nie przejmował się tym, co stanie się z jego dziełem po śmierci. I w ogólności stoikom, którzy pocieszali, kiedy nie było pociechy na ziemi, i nauczali, aby nie bać się śmierci ani niewolnictwa, ani biedy, ani choroby. I dwóm-trzem mężczyznom, którzy byli moimi przyjaciółmi i prawdziwymi mężczyznami. I dwóm – trzem kobietom.” 

Całkiem niedawno przedstawiłam Wam kilka fragmentów dotyczących czytania, które znalazłam w „Księdze ziół”, a dzisiaj prezentuję kilka fragmentów, które również przypadły mi do gustu

„Skala ludzkiej nikczemności jest tak nieograniczona, temperatura tak wysoka, pomysłowość tak oryginalna i urozmaicona, formy, w jakich objawia się, tak zaskakujące, że niekiedy cofamy się przed nią i czujemy, że jest to największa ludzka siła.” (s.45)

„Nie istnieje związek między ludźmi, który byłby głębszy, bardziej poruszający niż przyjaźń. Ileż jest egoizmu i próżności wśród zakochanych, a także w związku uczuciowym łączącym rodziców i dzieci! Tylko przyjaciel nie jest egoistą; w przeciwnym razie żaden z niego przyjaciel.” (s. 51)

Nie jest to książka, która ma taki wymiar emocjonalny jak „Dziennik”. To raczej misz-masz, ale przyjemnie mi się go czytało, choć nie ze wszystkimi tezami i radami jestem w stanie się zgodzić. Jednak wiele porad brzmi całkiem sensownie. Mimo niewielkich rozmiarów warto ją mieć na półce i sięgać po nią w poszukiwaniu leczniczych „ziół”, które poprawią nasz nastrój.



Autor: Sándor Márai
Tytuł oryginalny: Füves Könyv
Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumacz: Feliks Netz
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 152

wtorek, 6 maja 2014

Zofia Stulgińska, Gruszki na wierzbie





Na nazwisko Zofii Stulgińskiej natknęłam się, gdy szukałam w sieci lektur opisujących życie Polaków w Petersburgu. Opis treści jej książki wręcz mnie zafascynował i byłam uszczęśliwiona, gdy okazało się, że „Gruszki na wierzbie” znajdują się w zasobach mojej biblioteki dzielnicowej. 

Zofia Stulgińska może być inspiracją dla osób marzących o napisaniu dobrej książki: jej debiut literacki nastąpił w 1972 r., gdy miała siedemdziesiąt lat! W trzech książkach opisała koleje swego życia, a „Gruszki na wierzbie” stanowią pierwszą część tej barwnej opowieści. Zaprawdę, było, co opisywać. Autorka książki urodziła się w 1902 r. w dobrze sytuowanej polskiej rodzinie, której przedstawiciele zarówno ze strony matki, jak i ojca robili karierę w carskiej Rosji opartą o świetne wykształcenie i osiągnięcia zawodowe. Dziadkiem ze strony matki był Michał Kolankowski, właściciel fabryki rur kamionkowych, ze strony ojca zaś Antoni Stulgiński, dyrektor największej w Rosji papierni należącej do księcia Paskiewicza, potomka pogromcy Polaków w 1863 r. Obie rodziny dobrze się zasłużyły w powstaniu styczniowym, a jej przedstawiciele mimo prześladowań nie ugięli się i podjęli walkę o swój dobrobyt bazując na starannym wykształceniu. 

Zofia urodziła się na rosyjskiej prowincji, gdzie pracował jej ojciec. Po kilku latach jej rodzina przeniosła się do Petersburga, gdzie żyła naprawdę na wysokiej stopie. Opis spotkań towarzyskich, toalet, nauki pod opieką kolejnych zagranicznych guwernantek daje pojęcie, co znaczył dobrobyt w tamtych czasach. Wybuch wojny nie zmienił znacząco trybu życia rodziny. Może tylko miał wpływ na miejsce wakacyjnego wypoczynku, gdyż z uwagi na działania wojenne, nie jeździli wtedy na Kresy, do posiadłości dziadków Stulgińskich, lecz do Finlandii. Tam właśnie zastała ich rewolucja 1917 r. Po kilkuletnim pobycie w fińskich pensjonatach i stopniowym wyprzedawaniu uratowanych kosztowności, Zofia z matką wyjechały do odrodzonej Polski, gdzie wkrótce dołączył do nich ojciec. Rodzina Stulgińskich osiadła w Bydgoszczy. Zofia uczyła się w warszawskich szkołach, ale nie podjęła studiów. Chcąc się wyrwać z domu rodzinnego wcześnie wyszła za mąż i osiadła w Gdańsku, gdzie mogła obserwować dominację niemczyzny i narodziny portu w Gdyni. Podróżowała często do Warszawy, do starych znajomych, dzięki którym obracała się w wysokich kręgach wojskowych skupionych m.in. wokół gen. Kazimierza Sosnkowskiego, którego żoną została jednak z jej koleżanek z okresu petersburskiego. Po kilku latach Zofia postanowiła opuścić męża. Rozwiodła się z nim, wyszła za drugiego i wyjechała z nim na placówkę dyplomatyczną do Paryża, a następnie do Rumunii, gdzie rozpadł się również ten związek…

Już samo tylko pobieżne streszczenie losów Stulgińskiej robi wrażenie. W dodatku, książka napisana jest pięknym, soczystym językiem. Autorka dokładnie odtwarza koleje swego życia, pisząc odważnie i bez ogródek o najintymniejszych sprawach, co czasem może być nieco kontrowersyjne. W swojej opowieści często wypowiada się negatywnie o członkach swojej najbliższej rodziny. Największym „czarnym charakterem” jest ojciec Włodzimierz, którego opisuje jako brutala i egoistycznego człowieka, który nie darzył swojej jedynej córki sympatią. Nie wiemy, czy była to prawda, czy też górę wzięły uprzedzenia i animozje rodzinne, którym autorka dała wyraz pod koniec życia. Szczerze jednak powiem, że skłaniałabym się do twierdzenia, że autorka posunęła się trochę za daleko w krytykowaniu przedstawicieli własnej rodziny. Z dużą niechęcią i lekko tylko skrywaną pogardą wypowiada się m. in. o dziadku ze strony matki. Mimo jego niezaprzeczalnych osiągnięć zawodowych zarzuca mu skupienie na sprawach pieniężnych i zruszczenie, czego wyrazem była nieumiejętność posługiwania się poprawną polszczyzną. Tyle, że w carskiej Rosji Kolankowski był „kimś” i mimo swojego pochodzenia osiągnął wymierny sukces. Pomimo złej polszczyzny, skażonej rusycyzmami, obie swoje córki wychował na polskie patriotki, ale tego autorka nie zauważa delektując się klęską dziadka, który przeżył koniec swojego świata, a w zamęcie rewolucyjnym stracił cały swój majątek okazując się niedostatecznie przewidujący, aby choć uratować pochowane w sejfach kosztowności.

Wydaje się, że osobowość Zofii Stulgińskiej nie była łatwa. Uwagę zwraca jej egocentryzm, skupienie na własnych odczuciach, niechęciach i ansach. Choć w momencie wybuchu rewolucji miała 14 lat nie widać niemal żadnego zainteresowania sprawami, które miały miejsce w niedalekim od Finlandii Piotrogradzie. Podczas swojej dorosłości również wielokrotnie podkreśla, że polityką się nie interesuje, w związku z czym jej tekst dotyczy głównie jej osobistych przeżyć. Trudno mi było się utożsamiać z bohaterką, gdyż mam zupełnie odmienny temperament, chyba brakuje mi tej awanturniczej żyłki, która sprawiała, że wiele jej posunięć życiowych budziło moje zdumienie. Jednak muszę przyznać, że mimo tego niezrozumienia bohaterki książkę czyta się świetnie, a styl jej opowieści zaciekawia i zachęca do dalszej lektury. 


Mimo skupienia na własnych sprawach Stulgińska – jakby mimochodem – opowiada nam też o teraźniejszości, w której żyła. Możemy się dowiedzieć m.in. jak załatwiało się rozwody w II RP, jak szukało się pracy w okresie kryzysu ekonomicznego, czy jak wyglądały stosunki służbowe na placówce dyplomatycznej. Bohaterka mocno się miota i w sferze uczuciowej, i prywatnej. Wydaje się, że jej wyobrażenie „idealnego życia” jest znacząco odmienne od rzeczywistości, która ją otacza, co skłania ją do gonienia, często bezprzytomnego, za przysłowiowymi „gruszkami na wierzbie”.

Książka kończy się w momencie, gdy autorka stoi na rozdrożu będąc dwukrotną rozwódką, bez kolejnego męża na horyzoncie. Nic więc dziwnego, że na pewno przeczytam kolejną część wspomnień licząc na podobnie apetyczną lekturę, jaka była moim udziałem w przypadku „Gruszek na wierzbie”. Można tylko wyrazić żal, że Zofia Stulgińska, posiadająca niewątpliwy talent pisarski, nie rozwijała go wcześniej. 



Zofia Stulgińska (1902-84) - dziennikarka, tłumaczka, pisarka. W roli pisarki debiutowała w 1972 r. wydając "Gruszki na wierzbie". Kolejne książki wspomnieniowe ukazały się w 1980 r. ("Mąż z ogłoszenia") i pośmiertnie w 1985 r. ("Czek bez pokrycia").

Autor: Zofia Stulgińska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1975
Liczba stron:


Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Besala Jerzy Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Borkowska Urszula Bowen Rhys Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Covey Sean Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnecka Renata Czarnyszewicz Florian Czwojdrak Bożena Dallas Sandra Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domagalski Dariusz Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drewniak Wojciech Drinkwater Carol Drucka Nadzieja Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Dyer Wayne Edwardson Ake Evans Richard Fabiani Bożena Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Filipowicz Wika Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fowler Karen Joy Frankl Viktor Franzen Jonathan Frayn Michael Fredro Aleksander Fryczkowska Anna Fønhus Mikkjel Gaskell Elizabeth Genow Magdalena Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Helsztyński Stanisław Hen Józef Herbert Zbigniew Hill Napoleon Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jahren Hope Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jurgała-Jureczka Joanna Jörgensdotter Anna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karlsson Elise Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kowecka Elżbieta Kościński Piotr Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kręt Helena Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Laurain Antoine Lehtonen Joel Loreau Dominique cytaty Lupton Rosamund Lurie Alison Maciejewska Beata Maciorowski Mirosław Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Małecki Jan McKeown Greg Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Mitchell David Mizielińscy Miłoszewski Zygmunt Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Myśliwski Wiesław Nair Preethi Naszkowski Zbigniew Nesbø Jo Nesser Hakan Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Orlińska Zuzanna Ossendowski Antoni Ferdynand Pająk-Puda Dorota Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pawlikowski Michał Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Przedpełska-Trzeciakowska Anna Puchalska Joanna Puzyńska Katarzyna Płatowa Wiktoria Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Sobolewska Justyna Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szalay David Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Weissensteiner Friedrich White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna de Blasi Marlena Ładyński Antonin Łapicka Zuzanna Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Żylińska Jadwiga
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...