niedziela, 30 listopada 2014

Ulotne chwile (125)


Tajemniczo wyglądający korytarz w XIII-wiecznym szpitalu połączonym z meczetem
poświęconym pamięci Gevher Nesibe, księżniczki seldźuckiej, w Kayseri (Turcja)
Zdjęcie własne 




sobota, 29 listopada 2014

Rozmowy z czterolatkiem





Dzisiaj wpis kompletnie nie związany z książkami i czytelnictwem, a czysto prywatny i "ku pamięci", żeby nie zapomnieć co celniejszych powiedzonek mojego synka. Jego teksty przeplatam rysunkami, które dobitnie świadczą o fascynacji dziecięcia środkami komunikacji miejskiej i pociągami. :)  


Mój synek kupuje często owoce z Babcią. Zawsze proszą o "dojrzałe i świeże" owoce. Pewnego dnia, Młody poprosił pana, u którego zawsze kupujemy jajka, o "dojrzałe jajeczka". :)





Przechodzimy obok schodów ruchomych jadących dość głęboko w dół.
Młody stwierdził, że ma "lęk niskości".


To jest przystanek autobusowy. :)


Gdy pewnego ranka Młody założył po raz pierwszy majteczki w biało-czarną kratkę, stwierdził, że można na nich grać w warcaby! :)

 


Uczymy się dni tygodnia.
- Synku, dziś jest piątek, to jaki dzień będzie jutro?
- Szóstek.



 
Podczas zabawy Młody uderza samochodem o podłogę. Mama zwraca mu uwagę i obrazowo opowiada o możliwej skardze sąsiada z dołu na takie zachowanie. Po namyśle, Synek stwierdza:
- Dobrze, będę ciszej hałasował.


A na koniec, moja podobizna autorstwa wiecie, kogo. :)




Miłej soboty! :)


wtorek, 25 listopada 2014

Piotr Kościński. Przez czerwoną granicę








Jakimś dziwnym trafem od momentu rozpoczęcia projektu kresowego większość książek, które wpadają mi w ręce niby przypadkiem, dotyczy tematyki Kresów Wschodnich. Nie inaczej jest z książką Piotra Kościńskiego, o której przed wizytą w bibliotece zupełnie nic nie wiedziałam, a której sensacyjno-przygodowa akcja osadzona jest w latach 30-tych XX wieku na polsko-bolszewickiej granicy. 

Mało kto chyba wie (ja należałam do tych nieuświadomionych), że w pierwszych latach istnienia Rosji sowieckiej podjęto pewien eksperyment narodowościowy. Otóż z inicjatywy polskich komunistów, Juliana Marchlewskiego i Feliksa Dzierżyńskiego, powołano do życia dwie polskie autonomiczne jednostki administracyjne: Polski Rejon Narodowy im. Juliana Marchlewskiego (czyli „Marchlewszczyznę”) na Ukrainie (obwód wołyński) i Polski Obwód Narodowy im. Feliksa Dzierżyńskiego (tzw. „Dzierżowszczyznę”) na Białorusi (obwód miński). W obu rejonach funkcjonowały polskie szkoły, czytelnie, ukazywały się polskie gazety. Mieszkańcy poddawani byli oczywiście nieustannej propagandzie i zmuszani do kolektywizacji. Eksperyment ten został zakończony po kilku latach, gdy w 1935 r. zlikwidowano Marchlewszczyznę, a w 1938 Dzierżowszczyznę, a ludność obu regionów poddano represjom i przesiedleniom do Kazchstanu likwidując jednocześnie wszelkie instytucje o charakterze narodowym. Stworzenie radzieckiej Polski w miniaturze przestało pasować do planów komunistycznej władzy, a obu inicjatorów stworzenia tych regionów nie było już na świecie.

I właśnie w okresie istnienia Marchlewszczyzny toczy się akcja książki „Przez czerwoną granicę”. Głównym bohaterem jest Franciszek Cybulski ze wsi Janówka położonej niedaleko stolicy regionu Marchlewska (dawniej i obecnie Dowbysz). Ma on dwadzieścia parę lat, pracuje w polskiej czytelni-chacie, gdzie można zapoznać się z polskojęzycznymi gazetami informującymi głównie o prześladowaniach w kapitalistycznej Polsce. Te zbrodnie polskiego reżimu są też głównym tematem organizowanych regularnie pogadanek gości spoza regionu. Wszyscy mieszkańcy żyją biednie i w ciągłej niepewności jutra. 

Okazuje się jednak, że niektórym jednostkom lepiej się powodzi. Kuzyn Franka regularnie udaje się na przemyt do Polski, handluje zdobytym w ten sposób towarem, dzięki czemu ma on zupełnie przyzwoite dochody, jak również sporo nie do końca rozpoznanych znajomości w kręgach partyjnych. Franek, mając pewne problemy z powodu niewyparzonego języka i pewne odstawanie od wymaganego profilu „człowieka radzieckiego” dochodzi do wniosku, że chętnie spróbowałby przemytniczego życia, choćby po to, żeby przywieźć z Polski opłatek na właśnie zbliżające się Święta Bożego Narodzenia, które oczywiście będzie obchodzone w wielkiej konspiracji. Historia wyprawy Franka do Polski i jego perypetii, zderzenia rzeczywistości radzieckiej Marchlewszczyzny z życiem w prowincjonalnej nadgranicznej Polski stanowi treść tej opowieści.

Trudno mi powiedzieć, na ile wiernie Autor przedstawił warunki życia mieszkańców Marchlewszczyzny. Z opisu na okładce dowiadujemy się, że inspiracją do napisania książki była opowieść o podobnej wyprawie do Polski po opłatek przez „zieloną granicę” z ZSRR. Sądzę, że materiałów na temat tych tworów jest niewiele, w archiwach zapewne trudno odnaleźć tamtejsze gazety. Piotr Kościński - od wielu lat związany z tematyką wschodnią - wykazuje się niemałą wiedzą o tamtym okresie historii i z dużym zaciekawieniem zapoznałam się z jego wizją tamtych czasów w tym jakże specyficznym i nieznanym bliżej otoczeniu.

Znajdziemy tu niewątpliwą w tamtych czasach atmosferę zagrożenia wśród Polaków, elementy gry wywiadów obu państw, w które wplątani zostaną zwykli ludzie. Duże wrażenie robi również obraz życia nadgranicznej osady zasiedlonej przez żołnierzy KOP (Korpus Ochrony Pogranicza) i ich rodziny. Szczerze mówiąc, mam wątpliwości, czy Franek byłby tak zdeterminowany do powrotu do Janówki jak to jest przedstawione w książce, ale z drugiej strony może wtedy nic jeszcze nie zapowiadało tragicznego końca Marchlewszczyzny i jej mieszkańców.


Chociaż więc język używany przez bohaterów jest bardzo współczesny, a w perypetiach Franka jest nieco zbyt wiele cudownych zbiegów okoliczności, to jednak „Przez czerwoną granicę” jest lekturą, którą mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim, których interesuje okres Polski międzywojennej, a zwłaszcza kontaktów z Rosją sowiecką.


P.S. Nie znam innych książek, które dotyczyłyby zagadnienia Marchlewszczyzny bądź Dzierżowszczyzny, będę wdzięczna za sugestie, jeśli ktoś z Was się zetknął z podobnym wydawnictwem. 



Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach 


Piotr Kościński (ur. 1959) - polski dziennikarz, analityk, politolog. Od 1991 do 2013 r. związany z "Rzeczpospolitą", gdzie zajmował się tematyką wschodnią. Od 2013 r. pracuje w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Jest autorem trzech powieści poświęconych losom Polaków w sowieckiej Rosji w dwudziestoleciu międzywojennym: "Przez czerwoną granicę" (2008), "Przez czerwony step" (2010), "Przez czerwony wir" (2014)





Autor: Piotr Kościński
Wydawnictwo: LTW
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 224

poniedziałek, 24 listopada 2014

Przypomnienie o konkursie!




Drodzy Blogerzy!


Jeszcze tylko przez tydzień (do 30 listopada br.) można przesyłać odpowiedzi na pytania w mikołajkowym konkursie kresowym organizowanym przez Magdalenę Jastrzębską, Beatę - Szczur w Antykwariacie i niżej podpisaną na blogu Kresy zaklęte w książkach

Pytania na pierwszy rzut oka mogą wydać się trudne, ale w dobie google'a i wikipedii nie powinny okazać się przeszkodą w udzieleniu prawidłowych odpowiedzi. ;)

Szczegóły znajdziecie tu.

Zapraszam!  Kaye



.


piątek, 21 listopada 2014

Charles C.F. Greville o "Niebezpiecznych związkach"

 
Źródło zdjęcia

"Londyn, 14 lipca 1820


Przeczytałem Les Liasons dangereuses. Wiele się mówi o niebezpiecznym wpływie pewnych książek, ta zaś zapewne uznana byłaby za bardzo szkodliwą. Uważam to za pustą gadaninę i choć nigdy nie polecałbym tej książki (tak bardzo jest nieprzyzwoita), nie obawiałbym się też jej niemoralnego wpływu na ludzi o najmniej nawet wyrobionym umyśle; nie sądzę też, by mogła ona budzić jakieś gorące namiętności. Książka tego rodzaju uznawane są z reguły za szkodliwe; uważa się bowiem, że przedstawiając występek w tak barwny i atrakcyjny sposób, nie pozwalają nam dostrzec jego ohydy, a skupiają naszą wyobraźnię na związanych z nim przyjemnościach. W każdym człowieku, w którego sercu tli się choćby iskra wrażliwości, dobroci czy miłości bliźniego, musi po przeczytaniu tej książki obudzić się współczucie dla pani de Tourvel oraz lęk i wstręt wobec Valmonta i madame de Merteuil. Ta nieludzka, wyrachowana rozwiązłość napełniła mnie odrazą - i wolałbym raczej zrezygnować z wszystkich przyjemności, jakie dają nam stosunki z kobietami, niż postępować w taki sposób. Les Liasons dangereuses wpłynęły na mnie bardziej umoralniająco niż jakakolwiek lektura o charakterze dydaktycznym - i gdyby ktoś chciał obudzić skruchę w sercu najbardziej zatwardziałego grzesznika, radziłbym mu posłużyć się do tego celu tą właśnie książką."   


Charles C.F. Greville, Dziennik z czasów panowania króla Jerzego IV, króla Wilhelma IV i królowej Wiktorii, tłum. Michał Ronikier, LIBRON, 2007, s. 25



Charles Cavendish Fulke Greville (1794-1865) - pochodził z jednej z najstarszych rodzin w Anglii. Dzięki wpływom rodzinnym uzyskał w 1821 r. stanowisko urzędnika królewskiej Rady Przybocznej, którą to funkcję sprawował nieprzerwanie przez blisko 40 lat. Autor "Dziennika", jednego z najciekawszych pamiętników epoki.

Źródło zdjęcia

środa, 19 listopada 2014

Katarzyna Bonda, Pochłaniacz





Opinie o „Pochłaniaczu” regularnie pojawiały się na wielu blogach i choć nie znałam twórczości autorki postanowiłam sięgnąć po ten opasły kryminał licząc na ciekawą i niebanalną intrygę. Czy się doczekałam? Czy podzielam opinię Zygmunta Miłoszewskiego, który obwołał Katarzynę Bondę „królową polskiego kryminału”? O tym za chwilę.

Główną bohaterką książki i planowanego czteroczęściowego cyklu jest Sasza Załuska, policyjny profiler o niebanalnej i nader skomplikowanej przeszłości odsłanianej po kawałeczku przed czytelnikiem. Po tragicznych przejściach w gdańskiej policji, Sasza wyjeżdża z Polski do Uniwersytetu w Huddersfield, gdzie pracuje nad swoim doktoratem. Współpracuje z najwybitniejszymi kryminologami i psychologami, ale natura uciekiniera sprawia, że wraca do Gdańska pragnąc kontynuować swoją pracę naukową. Sasza to nie tylko była policjantka, profiler, naukowiec, ale także samotna matka. Jej 6-letnia córka, przyzwyczajona do wędrownego trybu życia, przyjmuje także i tę przeprowadzkę do kraju rodzinnego ze stoickim spokojem. Tymczasem Sasza otrzymuje propozycję prywatnego zlecenia na rzecz współwłaściciela klubu muzycznego będącego w nienajlepszej kondycji finansowej, do którego spływają pogróżki. Sasza podejmuje wyzwanie, a kilka dni później ginie Igła, była gwiazda rocka, drugi współwłaściciel klubu. Trójmiejska policja rozpoczyna śledztwo, a Sasza oferuje swoją pomoc w odnalezieniu sprawcy morderstwa, które z dnia na dzień staje się coraz bardziej zagadkowe. Choć akcja większej części książki toczy się w 2013 r., to jednak, aby wyjaśnić przyczynę tragicznych wydarzeń trzeba się cofnąć 20 lat wcześniej, gdy w Gdańsku rządziła mafia, a skorumpowana policja współpracowała z nimi nader ochoczo i chętnie…

„Pochłaniacz” zwraca uwagę swoją objętością. Prawie 700 stron budzi lekkie przerażenie i mimowolny szacunek, ale początek jest naprawdę wciągający i świetnie napisany. 
Gdy zaczynamy lekturę jesteśmy atakowani mnogością pojawiających się postaci i wątków. Stworzenie intrygującej postaci bohatera prowadzącego śledztwo w serii kryminalnej to połowa sukcesu. Początkowo Sasza Załuska wydawała mi się dobrym wyborem. Robiła wrażenie postaci, która może „udźwignąć” cała zaplanowaną tetralogię. Ciekawy, niebanalny życiorys, tajemnicza historia zawodowa i prywatna, praca naukowa dająca jej odskocznię od codzienności i możliwość spełnienia zawodowego. Ale po zakończeniu lektury nie jestem pewna, czy to był dobry wybór. Sasza wydaje się pełna wewnętrznych sprzeczności, czego przykładem są choćby jej kontakty z rodziną, która wręcz nienawidzi ją za problemy alkoholowe, ale dosłownie parę rozdziałów dalej nielubiana ciotka zajmuje się jej córką całe dnie, gdy Sasza jest zajęta śledztwem.

Mam również wrażenie, że Sasza ma jakiś kompleks na tle polskości. W pierwszej (i jedynej opisanej w książce) konsultacyjnej rozmowie ze swoim brytyjskim profesorem na jego kurtuazyjne stwierdzenie dotyczące przyjazdu do Polski stwierdziła „Gdybyś się tutaj znalazł, zdarto by ci skórę – tłumaczyła. – Nie wytrzymałbyś braku udogodnień socjalnych i ogłady, wszechobecnego brudu, logiki urzędników. Może tylko uroda kobiet i kiełbasa krakowska sucha przypadłyby ci do gustu.” (s. 108). Hmm... Sama mam również sporo uwag krytycznych do polskiej rzeczywistości, ale znajomych obcokrajowców nimi raczej nie epatuję. Opis zetknięcia z polskim przedszkolem wyglądającym jak oblężona twierdza po godzinie 8.30, z personelem wyciągniętym jakby z lamusa PRL-u również nie wydaje mi się zbyt wiarygodny, a bazuję tutaj na własnych, całkiem pozytywnych doświadczeniach kontaktu z kilkoma placówkami tego typu.

Silnym punktem „Pochłaniacza” jest dokładne przedstawienie technik śledczych, a zwłaszcza tzw. próby zapachowej, która jest leitmotywem prowadzonego śledztwa. Dużo uwagi autorka poświęciła również precyzyjnej prezentacji zagadnień profilowania sprawców przestępstw. Czuje się wręcz te godziny, dni i tygodnie spędzone na konsultacjach u ekspertów od tych zagadnień, które przyczyniły się do wiarygodnego opisu podejmowanych przez bohaterów działań. Atutem jest również wiarygodne przedstawienie wydarzeń rozgrywających się w gdańskiej rzeczywistości lat 90-tych XX wieku.


Choć akcja zapowiada się ciekawie, wielowątkowość początkowo pasjonuje, to jednak w miarę upływu czasu uderzały mnie kolejne niekoherencje. Tak naprawdę, nie są dla mnie przekonujące motywy zaangażowania się Saszy w śledztwo ws. zabójstwa Igły. Ta sprawa zresztą wymaga raczej dobrego śledczego kojarzącego wydarzenia z przeszłości z obecnymi przestępstwami, a nie profilera. Przez pierwsze 250 stron śledziłam akcję z dużym zainteresowaniem, potem jednak natłok ludzi i wątków zaczął mnie drażnić, a wątek główny zaczął się nieco „rozłazić” i nużyć. Oczywiście autorka łączy na koniec wątki i wyjaśnia wszelkie niuanse, ale mimo wszystko za dużo jest tu „niespodzianek”, o których czytelnik nie jest poinformowany, a które wyrzucone zostają z szybkością karabinu maszynowego na końcowych stronach. Czasem zwrot akcji wydaje się też mało wiarygodny (vide adwokatka, która w jedną noc wyłapuje drobny szczegół techniczny podważający przeprowadzoną procedurę policyjną).  Tak naprawdę w połowie książki miałam wrażenie pełnego chaosu w prowadzonym śledztwie, a główna bohaterka powinna właściwie zrezygnować ze współpracy z ekipą śledczą po pierwszej (i jedynej zresztą) odprawie, podczas której nie wzięto zupełnie pod uwagę jej sugestii.
Książka mogłaby również spokojnie zostać skrócona o kilkadziesiąt stron bez szkody dla tempa akcji i rozwiązania intrygi kryminalnej. Mam wrażenie, że „za dużo grzybów” zostało wrzuconych do tego barszczu.

Zupełnie na marginesie dodam, że autorka często używa sfeminizowanych wersji nazw zawodów prawniczych (prokuratorka, adwokatka), jestem jednak skłonna postawić dolary przeciw orzechom, że znakomita większość przedstawicielek zawodów prawniczych woli tradycyjną wersję nazewnictwa. :) 

Podsumowując, jest to ciekawa, choć nie do końca udana próba stworzenia wielowątkowej historii kryminalnej. Katarzyna Bonda to utalentowana autorka, która w „Pochłaniaczu” ujęła zbyt dużo, jak dla mnie, wątków i bohaterów, co wpłynęło na moją obniżoną ocenę. Autorce należy się szacunek za podjęty trud i dużą pracę włożoną w przygotowanie do prezentacji technik śledczych, ale w ostatecznym rozrachunku ta książka to nie jest powód do obwołania jej autorki „królową polskiego kryminału”. 
 
 
Katarzyna Bonda (ur. 1977) - polska pisarka i dziennikarka. Przez kilkanaście lat pracowała jako dziennikarka, wykłada w szkole kreatywnego pisania, założyła też własną szkołę i portal o pisaniu. W 2007 r. debiutowała książką "Sprawa Niny Frank", która zdobyła Nagrodę Wielkiego Kalibru. Napisała również dokumenty kryminalne "Polskie morderczynie" (2008) oraz "Zbrodnia niedoskonała" z Bogdanem Lachem (2009).
 



Autor: Katarzyna Bonda
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 672

niedziela, 16 listopada 2014

Ulotne chwile (123)


Nauka tańca w słynnej warszawskiej Szkole Tańca Towarzyskiego "Uśmiech" przy ulicy Chmielnej
Grudzień 1962
wyd. Dom Spotkań z Historią i Ośrodek KARTA, fot. Jarosław Tarań




piątek, 14 listopada 2014

Anna Pruszyńska, Między Bohem a Słuczą




Ostatnie lektury dość często rzucają mnie na dalekie Kresy Rzeczpospolitej. Jest to dla mnie wielka przygoda i z ogromnym zaciekawieniem zagłębiam się w kolejne rodzinne historie, które rozgrywały się tam, gdzie dotarli nasi przodkowie. 

Tym razem autorką wspomnień jest Anna z Chodkiewiczów Pruszyńska, matka Ksawerego oraz Mieczysława. Pochodząca ze znanej i wsławionej w historii rodziny Chodkiewiczów, jednak mocno zubożałej, poślubiła na początku XX wieku starszego o 35 lat Edwarda Pruszyńskiego. Została panią Wolicy Kierekieszynej na dalekim Wołyniu. Małżeństwo wkrótce doczekało się narodzin syna Ksawerego (ur. 1907), trzy lata później na świat przyszedł Mieczysław (ur. 1910), co uratowało ród Pruszyńskich od wymarcia, jako że żaden z pozostałych pięciu braci rodzonych i stryjecznych Edwarda nie doczekał się męskiego potomka. Gdy dzieci miały odpowiednio 3,5 roku oraz 8 miesięcy, rodzinę dosięga tragedia zbrodniczego zamachu na ojca i od tej pory na barkach Anny spoczywa opieka nad dziećmi i troska o przyszłość rodzinnego majątku. A czasy są niespokojne, najpierw wybucha wojna, potem rewolucja, kiedy to Anna z dwójką małych dzieci tuła się po znajomych dworach znajdując m.in. u rosyjskiej księżny Szczerbakow zamordowanej kilka lat później. W końcu, po wielu perypetiach udaje jej się dotrzeć do terenów zajętych przez polskie wojska i tam zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom. Po umieszczeniu starszego w Chyrowie, sama udaje się jeszcze do majątku Pruszyńskich, gdy polskie wojsko ruszyło na Kijów, zdołała odzyskać nieco zachowanych dóbr i potem wracać do Polski, w nieznane. Praktycznie wszystkie majątki rodzinne Pruszyńskich zostały poza granicami II RP. 

Autorka spisała swoje wspomnienia po zagadkowej śmierci starszego syna, już po II wojnie światowej. Postanowiła także ująć w nich dzieje rodziny po przyjeździe do Polski, gdy tylko dzięki materialnemu wsparciu brata była w stanie zapewnić obu chłopcom edukację. Sama zamieszkała w Krakowie i udzielała lekcji francuskiego. Ponieważ Ksawery Pruszyński był znanym dziennikarzem i literatem międzywojnia z dumą opisuje jego osiągnięcia i przebieg kariery. Dowiadujemy się także, jak potoczyły się losy Mieczysława. Ta opowieść kończy się w 1939 r., gdy świat pogrąża się w kolejnym kataklizmie wojennym.

Wspomnienia Anny Pruszyńskiej napisane są pięknym językiem. Początkowo miałam wrażenie pewnego chaosu w przeskokach czasowych, ale zapewne te zapiski nie były przeznaczone do publikacji. Dla Ossolineum opracował je młodszy syn Autorki, więc zapewne musiał dokonać wyboru i nieco je wygładzić. Niemniej jednak, mimo tych zmian czasu dość szybko wsiąkłam w opisywane życie młodej ziemianki na Kresach postawionej w dość dramatycznej sytuacji po śmierci męża. Autorka opisuje swoje życie w epoce przedrewolucyjnej starając się oddać jego specyfikę, przywołuje styl życia w okolicznych majątkach, których właścicieli często miała okazję odwiedzać. Odtwarza pamięć o ludziach, miejscach, tradycjach. Wspomnienia dotyczą terenów, na których rozgrywała się akcja „Pożogi” Zofii Kossak-Szczuckiej, Autorka kilkakrotnie przywołuje również pobliską Peczarę, siedzibę rodu Potockich.  

Wspomnienia te nie tylko opowiadają historię rodzinną, lecz również pozwalają na zrozumienie pewnych postaw politycznych mieszkańców Kresów, np. wobec powstań narodowych. Jak wspomina Autorka „(…) dziad Mieczysław był zdecydowanym przeciwnikiem powstań narodowych 1830 i 1863 i spisku Konarskiego, ułatwiających rusyfikację Wołynia i w ogóle całych kresów wschodnich, od Dźwiny do Dniepru. Zwolennik ugodowej polityki Wielopolskiego, zwykł był mawiać: niech sobie Królestwo robi rewolucje, jak odbiorą tam ziemię szlachcie, to chociaż chłop polski pozostanie, ale u nas kto pozostanie? – tylko chłop ruski… I swych synów też „do lasu” nie puścił” (s. 49). Muszę przyznać, że temu tokowi rozumowania nie można odmówić dużej dozy słuszności.

Największe wrażenie we wspomnieniach Anny Pruszyńskiej robią na czytelniku jej opisy codzienności w latach rewolucyjnych zawirowań, życiu pod groźbą pogromów, napaści i niepewności jutra w warunkach zmieniających się jak w kalejdoskopie kolejnych zdobywców. Sytuacja frontowa była płynna, wojska bolszewickie, kilka rodzajów wojsk ukraińskich, „biali”. 

„Po mordach dokonywanych przez petlurowców i bolszewików, bez większego strachu przeżywało się najścia zwykłych band rabunkowych. Cenniejsze rzeczy dawno już były schowane, zbywano bandy wódką lub jakimś odzieniem. Najpoważniejsze niebezpieczeństwo groziło ze strony bolszewików, przybywających ze wsi specjalnie w poszukiwaniu swych dziedziców, aby ich wymordować wraz z rodzinami. Przewodzący w coraz większym stopniu w swych gromadach bolszewicy twierdzili bowiem: aby odebrać ziemię panom, nie wystarczy ich wypędzić, ale należy wymordować ich z całą rodziną, aby żaden z dziedziców nie mógł wrócić, oraz spalić dwór albo pałac, a miejsce po nich zaorać, aby dziedzic, który jakimś cudem się uchroni, nie miał dokąd wrócić.” (strony 133-134)

Jak prawdziwe były te słowa w odniesieniu do wielu polskich siedzib kresowych… Anna Pruszyńska w tej trudnej i nieprzewidywalnej sytuacji wykazała się dużą odwagą i rozumem. Dzięki swojej determinacji i sprytowi zdołała uciec przed zbliżającą się opresją i przejść z dwójką dzieci przez dwa fronty, a ostatecznie dotarła do terenów opanowanych przez wojska odradzającej się Polski. Choć udało się ocalić życie, wielokrotnie można wyczuć w słowach Anny Pruszyńskiej żal, że polskie wojska nie podjęły wysiłku dotarcia dalej na wschód, tam gdzie mieszkały rzesze rodaków wydanych na pastwę bolszewików.

Wspomnienia Anny Pruszyńskiej to historia dzielnej kobiety, która zdołała ocalić siebie i synów przed zagładą niesioną polskiej szlachcie przez rewolucję. Najbardziej poruszyły mnie właśnie opisy codzienności życia na Kresach oraz późniejszego zamętu. Okres międzywojenny to głównie dość skrótowy opis edukacji i karier zawodowych obu synów, nietuzinkowych osobowości. Zwłaszcza Ksawery był chyba oczkiem w głowie matki. 

„Między Bohem a Słuczą” to ciekawy przykład wspomnień naocznego świadka dokumentujący pierwszy etap zagłady polskiego świata na Kresach, który przyniosła rewolucja bolszewicka. Dużym atutem jest również osoba Autorki – godnej i odważnej kobiety, która – mimo przeciwności losu – zdołała ocalić swoich synów i siebie z zagłady i rozpocząć nowe życie w wolnej Polsce. To lektura godna uwagi dla wszystkich zainteresowanych przeszłością. 
 

Książka została przeczytana w ramach projektu Kresy zaklęte w książkach
 
 

 
Autor: Anna z Chodkiewiczów Pruszyńska
Wydawnictwo: Ossolineum
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 278

środa, 12 listopada 2014

"Kresy zaklęte w książkach" na Facebooku!





Kochani!


Blog "Kresy zaklęte w książkach", nazwijmy go moim młodszym blogowym dzieckiem ;), zyskał od niedawna stronę na Facebooku, gdzie wspólnie z Magdaleną i Panią Wu umieszczamy linki do pojawiających się tu recenzji i opinii. Staramy się również trzymać rękę na pulsie i informować o bieżących wydarzeniach mających związek z tematyką kresową. Jeśli fanpage Wam się podoba i chcecie być z nami również na tym portalu społecznościowym zapraszamy do polubienia naszej strony!

Ponadto, zmianie uległ również banerek promujący blog. Teraz jest na nim zdjęcie listu i okularów Adama Mickiewicza pochodzące z muzeum naszego Wieszcza w Nowogródku. Zachęcam do podmiany starego banerka na nowy na Waszych blogach.

Autorką zdjęcia i banerka jest Pani_Wu, która jest zresztą „spiritus movens” ostatnich zmian, za co składam jej serdeczne podziękowania. :)

 
Zapraszam!

wtorek, 11 listopada 2014

Jan Lechoń, 11 listopada


Źródło zdjęcia


11 listopada 

Kiedy nocą śpi scena, śnią maszyny huczne 
I umilkły pioruny, burze, deszcze sztuczne, 
Kiedy teatr bez widzów, jak kościół bez wiernych, 
Jest tylko świętym domem tajemnic niezmiernych 
Ci, co słońcem zrobili blask ramp migotliwy 
I świat stworzyli bardziej niż życie prawdziwy, 
Których wiecznie trwać będą miłość i cierpienie, 
Schodzą się jako duchy i stają na scenie. 
Was wzywam! Nasze bowiem słowa są ułomne 
I nie dosyć są wielkie, i za mało skromne, 
Nie dość żeśmy cierpieli, za mało walczyli, 
Byśmy mogli cośkolwiek powiedzieć w tej chwili. 
Ale ty, któryś poszedł za granicę świata 
Wezwać pomsty na przemoc, co naród przygniata, 
I słowa znalazł takie, żeś temi samemi 
Od nas mówił do nieba, od nieba do ziemi, 
I ty coś nie znał ziemskich pożądań marności, 
Tylko cuda początku i słońce przyszłości, 
Coś nad w grobie leżącą stał jak anioł złoty 
I krew i łzy jej wszystkie przemieniał w klejnoty - 
Wy mówcie! Ty, o którym nie wierzymy sami, 
Jak to? On żył naprawdę i był między nami, 
Ty, który w czas bez wiary i na wszystko głuchy 
Przyszedłeś dać świadectwo, że są jeszcze duchy, 
Patrz! Mroki się rozpierzchły i w otchłani giną, 
Jakaś ręka spuszczoną targnęła kurtyną, 
Konrada jakaś postać prowadzi bezglosa. 
Kto to? Może robotnik albo dziewka bosa. 
We wszystkich domach światła rozbłysły wśród nocy. 
Uradujcie się w grobach, wolności prorocy! 
Gdzie kat zaciskał stryczek wkoło dumnej głowy, 
gdzie stała szubienica, jest krzyż Chrystusowy! 
Płyniesz teraz przeszłości niewstrzymana falo! 
Oto się nad Krakowem złote blaski palą, 
Król Zygmunt milcząc patrzy, jak Wisła się wije, 
I wtedy dzwon uderzył! Ten sam, co dziś bije! 
Bij! I porwij nas w swoje chyboty ogromne, 
Wołaj: "Bądźcie jak tamci, to was nie zapomnę, 
A. wtedy ci, co przyjdą, gdy się wiek wasz prześni, 
O was także pomyślą, słuchając mej pieśni, 
A Ty, który jedyny możesz stać w tym dźwięku 
I w Tobie jednym serce nie zadrży od lęku, 
Bo kiedyś Ty go słuchał - to nienadaremno 
I sam jeden powstałeś w niewoli noc ciemną, 
Budź ospałych: niech głosem Twoim mówi cały 
Tysiąc lat krwi i potu, i tej ziemi chwały, 
I marzenia poetów, mogiły żołnierzy!". 
Niech więc głowę pochyli, kto w cuda nie wierzy, 
Ten, który umiał cierpieć, a radość go trwoży, 
Kto nie stargał na szyi niewoli obroży, 
I kto chce przyszłość wstrzymać, i kto przeszłość plami, 
Niechaj wyjdą tą nocą. Bo dziś pod gwiazdami 
Jakieś cienie po polach, po mieście się snują 
I wśród płaczu padają. I ziemię całują. 

Jan Lechoń 



sobota, 8 listopada 2014

Mikołajkowy konkurs kresowy!





Z okazji zbliżających się Mikołajek ogłaszamy pierwszy konkurs na blogu Kresy zaklęte w książkach. Zachęcamy do udziału wszystkich, dla których tematyka kresowa jest bliska, a słowo Kresy wzbudza emocje, zainteresowanie, nostalgię za minionym...


Szczegóły konkursu:

1. Organizatorami konkursu są administratorzy bloga "Kresy zaklęte w książkach": Kaye (czyli ja:))), Magdalena oraz Beata.
2. Do uczestnictwa w konkursie zapraszamy blogerów.
3. Prosimy o umieszczenie banera konkursowego na swoim blogu. Nie ma obowiązku obserwowania bloga. :)
4. Konkurs trwa od 8 listopada do 30 listopada 2014 r.
5. Odpowiedzi na 2 konkursowe pytania prosimy przesyłać mailowo na adres Beaty: blogszczur@wp.pl


6. Do wygrania są trzy nagrody książkowe. Prosimy uczestników o wskazanie w mailu, którą książkę najmilej widzieliby jako mikołajkową wygraną. Można wskazać też wszystkie, wtedy zgłoszenie będzie brało udział we wszystkich losowaniach.
7. Organizatorzy po zakończeniu konkursu przeprowadzą losowanie, które wyłoni 3 zwycięzców.
8. Nagrody wysłane będą pocztą na adres wskazany przez uczestnika (na terenie Polski).
9. Ogłoszenie wyników konkursu nastąpi: 3 grudnia 2014 r. 


Pytanie konkursowe:


Autor tego dzieła stworzył ponad tysiąc akwarel i rysunków, w których portretował zabytkowe miejsca, przede wszystkim na Kresach. Niektóre z jego prac są jedynym źródłem dokumentującym polskie siedziby ziemiańskie czy kościoły.

1. Podaj imię i nazwisko autora tej pracy oraz jej tytuł.
2. W tym miejscu realizowano jedną z superprodukcji historycznych. Podaj tytuł tego filmu.


Na zwycięzców czekają nagrody:

1.Dwie opowieści biograficzne "Księżna Dominikowa" i "Siostry Lachman" Magdaleny Jastrzębskiej, z dedykacją od autorki;

2 "Puklerz Mohorta" Krzysztofa Masłonia - książka ufundowana przez Wydawnictwo Zysk i S-ka.



                       


Zapraszamy do udziału w konkursie!


piątek, 7 listopada 2014

Florian Czarnyszewicz o logice rewolucji...


Źródło zdjęcia


„REWOLUCJA

Gdyby słońce zatrzymało się w swym biegu, chłop białoruski więcej by się nie zdziwił i nie zmartwił, niż detronizacją cara. Miał go za władcę ustanowionego wolą Bożą, której żadne prawo ludzkie, żadna moc usunąć nie zdoła, - miał go za dobrodzieja swego. Czcił go, ubóstwiał, wierzył mu, w nim pokładał nadzieję polepszenia bytu swego. – Onże nasz prawosławny, mówił, onże nas od robót pańszczyźnianych polskim panom uwolnił, onże nas ziemią nadzielił, onże nas przed lutym Niemcem broni. – Wierzył święcie, iż niedola chłopska była troską codzienną cara.

Pierwszymi zwiastunami załamania się carskiego reżymu, jak zwykle na wsi byli żydzi.

Chłop nie tylko nie mógł w taki przewrót świata uwierzyć, nie tylko nie śmiał wieści tej rozpowszechniać, ale nawet słuchać o tym nie ważył się, uważając to za zbrodnię, za grzech wielki.

- Trzymajcie parchy języki za zębami, bo za takie słowa na Sachalin pójdziecie – ostrzegał.

Ale tę samą wiadomość potwierdzały telegramy tłustym drukiem, zabłąkane na wieś, to samo mówili żołnierze przebywający na urlop całą gębą i wreszcie nadeszły z gminy urzędowe obwieszczenia Tymczasowego Rządu, proklamujące republikę.

Chłopów ogarnęło zdziwienie i trwoga.

- Co będzie z nami mużykami bez batiuszki cara?! Co stanie się z matuszką Rosją?! – rozpaczali.

Inteligencja, robotnicy, mieszczanie, żydzi, światlejsza część Polaków, tudzież innych mniejszości, cieszyli się, urządzali manifestacje, wiece, intrygi, śpiewali hymny na cześć rewolucji, wiwatowali, - chłop prawosławny przyglądał się temu biernie, ze smutkiem i niepokojem. W głoszonych hasłach nie widział dla siebie żadnych korzyści i nie wierzył w nie.
- Swoboda wyznań, myśli, słowa!

Jaka łaska. Alboś to przedtem nie mógł człowiek myśleć o czym chciał, nie mógł klnąć matuszkę, kiedy się podoba.

Swoboda druku!

Co ludziom z tego druku, jeżeli mało który czytać umie?

Równość!.... Braterstwo!...

Polak z żydami nam ruskim równi?! – Przenigdy.
Demokracja!

To człowieka najwięcej niepokoiło. Nie rozumiał znaczenia tego słowa, jednak domyślał się, że to coś wspólnego z „krażą”. Wprawdzie sam kradł, gdzie się tylko dawało, ale wiedział, że to jest zakazane. Zresztą jaki sens będzie, jeśli wszyscy swobodnie zaczną kraść. Kogo będą kradli? Samych siebie?

Niektórzy utrzymywali, że to car rozmyślnie taką famę o sobie puścił, by zachęcić „miateżników” i żydów do buntu i mieć potem powód do ich wysiedlenia na Sybir. Wierzyli, iż za parę dni, za tydzień, za dwa, zjawi się sprawnik z kozakami i z ich chłopską pomocą wezmą się za rewolucjonistów.

Ale jakoś nie przyjeżdżał. Natomiast przybywali delegaci rewolucyjni z miasta, ustanawiali nowy rząd w gminie, o jakichś dziwnych tytułach i rozwieszali niezrozumiałe i według ich chłopskiej opinii bezpotrzebne rozporządzenia.

Z kilkunastu rozwieszonych obwieszczeń, jedno tylko zrozumieli i nawet je pochwalili. Była to ustawa zezwalająca chłopom na paszę bydła w lasach pańskich i rządowych, oraz zbieranie łomu na opał, trawy, jagód, grzybów itd.

- A może i prawda, że nasz car batiuszka szelmą i oszukańcem był? – zaczęli się zastanawiać. – Może i prawda, że tą republiką, nam biednym ludziom, polepszenie jakieś będzie.

Wprowadzili ustawę w życie bez zwłoki, zwożąc opał, pasąc bydło, drąc łyko. Wprawdzie o łyku żadnej w ustawie wzmianki nie było, ale po dotychczasowym lekceważeniu przez straż leśną kradzieży chrustu lipowego sądzili, że łyko jest tak błaha rzecz, iż nie warto, aby je do druku wstawiali.

Coraz śmielej i rzetelniej zabierali się do lasu. Bydło pędzili w samą głąb puszczy, albo pod samą chatę leśnika. Chróstem lipowym już gardzili, natomiast wspinali się na wierzch lipy, wybierali najsmaglejsze i najwięcej wydajne pędy; gałęzie zbierali na łapcie, pnie na łuby do wozów i na siewałki. Nie mogąc skonsumować naraz, zwijali w obwarzanki, więsła, suszuli i gromadzili na strychu. Za lipą poszły więzy i liminy.

Straż leśna, wskutek odraczania przez sądy rozprawy o szkody w lasach do czasu ustalenia się praw republikańskich, postępowała niezdecydowanie, ograniczając się przeważnie do upomnień, więc ludzie rozzuchwalili się i przywilej swój do lasu z każdym tygodniem rozszerzali.

- Jeżeli mamy prawo zabierać wierzchowiny i wykrocie – wmawiali w siebie, - to czemu nie wolno ma być ciąć sucho stój? – Wszak to również martwe. – Walili sucho stój. A potem: - Jeżeli nam zezwalają walić suche, martwe, to czemu nie mają zezwolić więdłe, chore? W końcu: - Jeżeli wolno ciąć chorowite, to czemu nie wolno ma być zdrowe? Wszak i te w przyszłości mogą zachorować.

Po żniwach wzięli się za budulec. Jechali w bór, wybierali co najlepsze sosny, jodły, dęby, zwozili do zagród, stawiali zręby do rezerwowych chat, gumień, chlewów. Nie kryli, gdyż na to nie było czasu i słomy. Byleby wywieźć i postawić, a z dachem później się załatwią.

Nie napotykając na przeszkody ze strony władz, przyszli do przekonania, że to lasy całkiem przeszły na chłopską własność, jeno burżuje i władza przez nich przekupiona, trzymali to w tajemnicy.

Niebawem i na stawianie zrębów zabrakło czasu; walili tylko z pnia i znaczyli każdy swoim znakiem: jeden cięciem, drugi dwoma, inny krzyżykiem. Szał ludzi ogarnął.

Bywało w którąkolwiek stronę się zwrócisz, gdzie spojrzysz, kiedy posłuchasz – wszędzie odgłos topora, grzmot padających kolosów – wszędzie poręby i spustoszenie.

_ Ludzie, ludzie! Co wam się stało? Co wy będziecie robić z tego drzewa? Onoż zgnije, zmarnuje się bez pożytku żadnego. Opamiętajcie się! Przestańcie! – upominała straż leśna i rozsądniejsze osoby z zaścianków.

Ale chłop porwany wyścigiem rabunku, stał się jak ten byk w walce rozjuszony, albo rozwścieczony pies: ślepy na czyny, głuchy na upomnienie, nieczuły na litość, o którą go las swym jękiem zdawał się błagać! – Walił, znaczył, pustoszył, aż w końcu nadarzył się korzystniejszy przedmiot rabunku.

Armię przesiąkła anarchia i żołnierz masowo wracał do domu. W domu nie wszystkich czekała radość. Wielu wracało do chatek na kurzej nóżce, z glinianą posadzką, z potłuczonymi szybami w oknach, do czeredy na wpół nagich, zgłodniałych dzieci. I żal się takim zrobiło, iż po trzechletniej walce za ojczyznę na równi z majętnymi, oni przy nich w życiu prywatnym znów pozostają nędzarzami; znów muszą kłaniać się kułakom i burżujom, prosić o robotę, o chleb na rachunek przyszłej roboty. Prawda, że obiecano im ziemię i że korzystając ze swobody mogli chaty lepsze postawić, ale kiedy to będzie, kiedy się doharuje czego! – Nie, minęły już czasy carskiego reżimu – burzyli się przepojeni hasłami rewolucyjnymi. – Oni już nie będą się burżujom kłaniać się i służyć im. Burżuje muszą podzielić się z nimi swym chlebem.

Zbierały się gromady ubogich ex-żołnierzy, szły do komitetów gminnych i żądały rekwizycji żyta i kartofli w dworach na ich proletariacką rzecz.

W komitetach zasiadali przeważnie ludzie dworom nieprzyjaźni, więc żądaniom proletariuszów, które poniekąd były słuszne, a skromne, stawało się zadość.

Lecz proletariusz wymógłszy jedno, stawał się jak ta baba z rozbitym korytem.

- Cóżem to, ja ojca rodzonego zabił, czy matkę, że suchą żytnią skórynką mam się dławić? Musi być na odmianę blin hreczany,l kostka jakaś, albo skwarka. Burżujowi brzuch rozpiera sadłem, a ja mam pościć? – Odkrywał prawa swoje.

Znowu zbierali się w gromady i żądali od komitetów rekwizycji hreczki, jęczmienia i trzody na ubój. Gdy komitety odmówiły, oskarżyli je o nieudolność i o sprzyjanie burżuazji i zaczęli rekwizycje na własną rękę. Do wojskowych przyłączyli się cywilni, do ubogich zamożniejsi, brali karabiny, które przynieśli wracając z wojska, strzelby, widły, drągi i szli zbrojnym tłumem do dworów na „rekwizycje”; rabowali i dzielili między siebie ziarno, snopy, bydło, owce, świnie i wszelaki inny dobytek.
Bronić nie było komu. Właściciele wynieśli się zawczasu do miasta. Służba dworska ani myślała podstawiać swoje łby za pańskie bogactwo. Przeciwnie, cieszyła się, że łatwiej będzie mogła sama defraudować, zwalając w przyszłości winę na chłopów. Władze gminne i nawet powiatowe były bezsilne i niezdecydowane. Bronić dworów oznaczało sprzyjać burżuazji. Żaden nie chciał narażać się proletariuszom, od których w znacznej mierze stanowisko zależało.

Zapoczątkowany rabunek przez jedną wieś zachęcał inną, przenosił się z dworu do dworu, obejmował kraj cały, przechodził w mord, pożogę, pogrom.

- Śmierć burżuazji!... Śmierć Polakom!... Śmierć sprzymierzeńcom carskim! – była hasłem rozswawolonych chłopów.

Po dworach przenieśli się na folwarki, po folwarkach na chutory i zaścianki mniejsze, często wcale niezamożne, jedynie dlatego, że tak samo jak obszarnicy Polakami byli. I gdzie tu logika?! – Początkowo oskarżali o podkopywanie tronu – teraz o dążenie do przywrócenia go.

Ciężkie i straszne czasy przeżywali Polacy nad Berezyną na przełomie lat 1917-1918. Krew i łzy lały się strumieniem. Nocy nie było, aby kogoś na odludziu nie spalono, nie zamordowano. Każdy czekał swej kolejki w trwodze, jutra nie będąc pewien. A chwile wyczekiwania śmierci straszniejsze bywają niż sama śmierć.

Wielu chutorzan przenosiło się z dobytkiem całym do zaścianków, aby łatwiej móc hurtem się bronić.”

Florian Czarnyszewicz, "Nadberezyńcy", wyd. FIS, 1992, strony 149-151

wtorek, 4 listopada 2014

Marek Nowakowski, Dziennik podróży w przeszłość





Moja przygoda z twórczością Marka Nowakowskiego trwa. Po obu częściach Nekropolis (tu i tu), w których pisarz wspominał miejsca i ludzi napotkanych w swoim dorosłym życiu i karierze literackiej, tym razem zabiera nas w podróż w lata swojej młodości, czyli późne lata 40-te i 50-te XX w. 

„Byliśmy z małych parterowych domków, z ceglanych kamienic, drewnianych Pekinów, oblepionych komórkami na opał i gołębnikami. Z Włoch, Okęcia, Ożarowa, Piastowa, Woli, Annopola, Zacisza, Targówka, Rembertowa. Z wszystkich tych przedmieść i miasteczek wyruszaliśmy do Śródmieścia.” (s. 5)

To wtedy, tuż po wojnie kształtowała się nowa rzeczywistość, jakże odmienna od świata znanego z opowieści i doświadczeń rodziców. Pisarz wywodzący się z podwarszawskich Włoch, syn kierownika szkoły podstawowej, wspomina pierwsze lata po wojnie, gdy był naznaczonym przez wojnę i niemiecką okupację nastolatkiem. Łatwo uległ wpływom haseł forsowanych przez nową władzę, robił „karierę” w za­rzą­dzie za­kła­do­we­go ZMP w Pol­skich Li­niach Lot­ni­czych. Czytał dzieła Lenina, Marksa, Stalina, jeździł z pogadankami na wieś, ewidentnie przeżywał fascynację marksizmem wbrew wartościom, które wyniósł z domu rodzinnego. Znając zdecydowanie antykomunistyczną postawę pisarza, to może dziwić, ale w tamtych czasach dziwne nie było. 

Chociaż zaczadzenie ideami komunizmu nie trwało zbyt długo, to - ku przerażeniu rodziców – kolejnym środowiskiem, w którego objęcia wpadł Marek Nowakowski był złodziejski półświatek. Opis pierwszej większej akcji i doświadczenie kilkumiesięcznej odsiadki więzienia było kolejnym ważnym doświadczeniem w jego życiowej edukacji. 

Końcowa część wspomnień dotyczy studiów prawniczych, które podjął autor w latach 50-tych, gdy mroczny cień stalinizmu unosił się nad wszystkimi objawami ludzkiej egzystencji. Wspomnienia studiów, które podjął zupełnie przypadkowo i nie wiązał z nimi nadziei na przyszłość, choć myśl o przyszłości napawała go nieskrywaną obawą, było dla pisarza niesłychanie ważne. To wtedy przeżył karnawał nadziei na zmianę w październiku 1956 r., kiedy uzmysłowił sobie potęgę tłumu, ale i odczuł dojmujące rozczarowanie, gdy sytuacja – po kilku kosmetycznych zmianach – zaczęła wracać do obmierzłej normalności pełnej represji, obłudy i zakłamanego karierowiczostwa. To wtedy zadecydowała się jego przyszłość – podjął pierwszą próbę pisarską uwieńczoną publikacją w „Nowej Kulturze” w 1957 r.

Nie jest to typowy dziennik z zapiskami dziennymi, nie jest to również autobiografia. Marek Nowakowski będąc już u kresu życia powrócił do lat swojej młodości, kiedy to ówczesne wydarzenia naznaczyły go na całe życie, a zdobyte wtedy doświadczenia zaprocentowały w przyszłej twórczości literackiej. Pisarz wspomina i analizuje wydarzenia, słowa, wspomina ludzi, z którymi wtedy los go zetknął. Jest to swoiste rozliczenie, ale i próba zrozumienia, jakie elementy tamtej rzeczywistości miały realny wpływ na przyjętą drogę życiową. I choć w poruszającym kilkuzdaniowym postscriptum Marek Nowakowski w pewien sposób przeprasza czytelników za niedoskonałe dzieła skażone zniewoleniem, to lekturę „Dziennika powrotu w przeszłość” kończymy z żalem i tęsknotą za mądrością i skromnością Pisarza. Niestety, już nic więcej dla nas nie napisze…

 
 

Autor: Marek Nowakowski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 158

niedziela, 2 listopada 2014

Ulotne chwile (121)


Odnalezienie łodzi z Oseberg, eksponowanej obecnie w Muzeum Łodzi Wikingów w Oslo, Norwegia, 1903
Łódź pochodzi z IX w., ma 22 m. długości i 5 m. szerokości
Pocztówka zakupiona w Oslo
 


Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...