środa, 21 marca 2012

Tadeusz Cegielski, Morderstwo w alei Róż




Różne kryminały w życiu czytałam, retro kryminały również, ale z takim „wallenrodowskim” sposobem prowadzenia śledztwa, jakie pojawia się w „Morderstwie w alei Róż”, jeszcze się nie spotkałam. Nie jest to zarzut, a jedynie konstatacja faktu, gdyż realia, w których rozkrywa się akcja tego kryminału wyjaśniają wszystko: Warszawa w roku 1954, rok po śmierci Stalina, gdy kończy się właśnie budowa Pałacu Kultury i Nauki, daru „bratniego” narodu radzieckiego, gdy polskim ministrem obrony narodowej był radziecki marszałek…

Głównym bohaterem tego kryminału, a wkrótce zapewne serii kryminalnej, jest Ryszard Wirski, funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, który prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR - Bogusława Szczapy. Sytuacja jest trudna, nic nie jest jasne i niczego nie można być pewnym. Kapitanowi Wirskiemu depcze po piętach oficer Urządu Bezpieczeństwa (UB), Mikołaj Kowadło. Wykrycie sprawcy w takich okolicznościach jest nadzwyczaj trudne…

Wirski to mężczyzna dojrzały, doświadczony przez los i historię, a jednak pełen godności i poczucia własnej wartości. Zna on doskonale metody pracy UB, gdyż sam ich doświadczył. Wirski jest profesjonalistą, ma wiedzę, jak powinno wyglądać prawidłowo prowadzone śledztwo z racji swojej służby w policji przed wojną, w czasach „kapitalistycznej Polski” i już ten fakt powoduje, że pozostaje on pod nieprzerwaną czujną obserwacją UB jako element potencjalnie niebezpieczny. I tak ma szczęście, że pozwolono mu nadal mieszkać w jednym pokoju swojego przedwojennego mieszkania w eleganckiej dzielnicy Warszawy, które przetrwało wojenną zawieruchę; w pozostałych pomieszczeniach zakwaterowane są dwie dodatkowe rodziny, "mające oko" na poczynania byłego właściciela nieruchomości. Nic więc dziwnego, że kapitan Wirski realnie ocenia sytuację i nie oczekuje awansu…

Gdy jego ubecki cień – major Kowadło – informuje go, że ma prowadzić śledztwo w sprawie śmierci towarzysza Szczapy, zdaje sobie sprawę, że stoi przed nim zadanie prawie niewykonalne: zadowolenie przełożonych i wszechwładnego UB oraz wykrycie sprawcy tajemniczego przestępstwa dokonanego być może na skutek rozgrywek w obozie władzy. Ma on również świadomość, że wszystkie osoby pojawiające się w śledztwie mogą zostać wykorzystane przez UB jako potencjalne „kozły ofiarne”.

Dlatego też prowadzi śledztwo tak, aby UB nie miało pełnej świadomości, kto pojawia się w kręgu podejrzanych, posuwa się nawet do zatajania czy niszczenia potencjalnych dowodów. Przyznacie, że to dość nietypowe zachowanie jak na oficera śledczego, ale realia stalinizmu usprawiedliwiają takie anormalne zachowania. I właśnie te realia, opisane przez autora z wielką dbałością i pietyzmem zrobiły na mnie największe wrażenie.

Podczas prowadzonego dochodzenia Wirski trafia m. in. na eksterytorialne terytorium Związku Radzieckiego w ówczesnej Warszawie, czyli na teren budowy Pałacu Kultury i Nauki, gdzie przedstawiciele polskich instytucji, łącznie z policją, mogli uzyskać wstęp tylko za zgodą radzieckiego kierownictwa prac budowlanych. Autor zapoznaje nas również z nieznanymi szerzej faktami z historii budowy metra w Warszawie.

Mało kto już pamięta, czym był stalinizm, jak panoszyli się radzieccy towarzysze, jak wszechwładną i bezlitosną siłą niszczącą niewinnych ludzi było UB. Warto przeczytać tę książkę choćby dla poczucia atmosfery grozy tamtych lat, gdyż profesor Cegielski potrafi przekazać czytelnikowi nastrój tamtej epoki w naprawdę przystępny sposób.

Bohater tego kryminału również jest niebanalną osobowością i przyciąga uwagę czytelnika, chociaż jego zaangażowanie w afery sercowe wydaje się dość mało wiarygodne. Może mam ograniczoną wyobraźnię, ale wydaje mi się, że 60-latek „po przejściach” jednak nie cieszyłby się aż takim wzięciem u kobiet o połowę młodszych od niego, gdyby pióro i wyobraźnia autora mu na to nie pozwoliły. :)

Końcówka ery stalinizmu, w czasie której rozgrywa się akcja tego kryminału oraz sylwetka bohatera przykuwają uwagę czytelnika, ale intryga kryminalna schodzi jednak na drugi plan, chociaż też jest ciekawa, pokazująca styl życia elity partyjnej i rozmaite intrygi, które rozgrywały się za bardzo szczelnymi kulisami… Muszę jednak przyznać, że w miarę upływu czasu coraz mniej mnie interesowało, kto zabił towarzysza Szczapę.

Sądzę, że autor nie poprzestanie na jednej książce. Podejrzewam, że „sequel” czeka nas już niebawem, choć przyznam, że moją ciekawość wzbudzają losy kapitana Wirskiego przed wojną. Chętnie przeczytałabym „prequel”. :)
 

 


Tadeusz Cegielski (ur. 1948) - historyk, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, wolnomularz. Ojciec Maxa Cegielskiego - dziennikarza i pisarza. Od 1992 r. pełni funkcję redaktora naczelnego "Ars Regia" poświęconego wolnomularstwu.
 
Moja ocena: 5 / 6  


Autor: Tadeusz Cegielski

Wydawnictwo: WAB
Seria: Mroczna seria
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 432
 

 

wtorek, 20 marca 2012

O wiośnie :)




 Wiosna


Serce pęcznieje, nabrzmiewa,
Wesele musuje w ciele,
... Można oszaleć z radości,
O, moi przyjaciele!


Od stóp do głowy krąży
Potok niepowstrzymany!
Pomyślcie, co się dzieje!
Jaki to pęd opętany!

Jak bardzo jest! jak wiele!
Jak żywo, zupełnie, cało!
- Chodź, Młoda do Młodego

Ojcostwa mi się zachciało!


Julian Tuwim (1894 - 1953)





 

Emily Dickinson o marcu






Marzec to miesiąc nadziei,
Rzeczy, których nie znamy,
Osoby z przepowiedni
Przychodzą teraz.
Próbujemy pokazać stosowną niezłomność,
Ale napuszona radość
Zdradza nas, tak jak chłopak zdradza
Swoje pierwsze zaręczyny.


March is the Month of Expectation.
The things we do not know --
The Persons of prognostication
Are coming now --
We try to show becoming firmness --
But pompous Joy
Betrays us, as his first Betrothal
Betrays a Boy.

Emily Dickinson (1830 - 86)
tłum. z angielskiego Ryszard Mierzejewski

 

sobota, 17 marca 2012

Amélie Nothomb, Tak wyszło




Tak wyszło, że pierwszą książką Amélie Nothomb, którą przeczytałam, jest „Tak wyszło”. :) Parę razy mój wzrok przyciągały cieniutkie książeczki jej autorstwa, ale jakoś nie zdecydowałam się na ich lekturę. Przyszedł jednak dzień, gdy stwierdziłam, że czas nadrobić braki i wzięłam do domu pierwszą książkę, która wpadła mi w ręce na bibliotecznej półce. Dokonałam więc dość przypadkowego wyboru mojej pierwszej książki pani Nothomb i mam mieszane uczucia, czy dobrze wybrałam…

„Tak wyszło” zaczyna się, gdy na przyjęciu jeden z gości udziela Baptiste’owi Bordave instrukcji, jak powinien się zachować, gdy w jego mieszkaniu umrze człowiek. Rada jest dość niezwykła i mocno niepokoi głównego bohatera. Uczucie niepokoju jest na tyle mocne, że gdy następnego dnia do jego mieszkania wkracza przypadkowy nieznajomy, który chciałby skorzystać z telefonu z uwagi na awarię samochodu, a następnie pada i umiera na jego oczach, Baptiste nie dzwoni po pogotowie, a zaczyna sprawdzać, kim jest zmarły. Gdy okazuje się, że Olaf Sildur jest nieźle sytuowany, w jego wieku i o podobnej powierzchowności, nie namyśla się wiele i postanawia przyjąć jego tożsamość.

Pierwsze kroki to przejażdżka jaguarem do posiadłości Sildura usytuowanej w Wersalu. Okazuje się, że zamieszkuje tam również żona Sildura, niespecjalnie zdziwiona wizytą nieznajomego… Baptiste, pardon Olaf, powoli zapomina o swym poprzednim życiu pogrążony w komforcie i dekadencji, raczący się najlepszymi gatunkami schłodzonego szampana w towarzystwie uroczej żony Olafa… 

Niespecjalnie wiem, co napisać o tej książce. O ile początek był intrygujący i zaskakujący, a czytelnik został gładko wprowadzony w surrealistyczne perypetie bohatera, który wchodząc w rolę Olafa musi prowadzić swoiste śledztwo, żeby zorientować się, jaki zawód wykonywał jego poprzednik, o tyle zakończenie książki jest bardzo rozczarowujące. Żaden wątek się nie kończy. Można się oczywiście zastanowić nad tym, jaką pułapką jest dla dzisiejszych ludzi hedonizm i dogadzanie sobie, brak więzi z drugim człowiekiem, ale to wszystko jakieś takie mało konkretne…

Książka pozostawiła mnie kompletnie obojętną. Przeczytałam, skończyłam i nie mam sprecyzowanych wrażeń.

Poniżej cytat, który mnie najbardziej zainteresował: 
„Banki są przywiązane do swoich monstrualnie zadłużonych klientów tak samo, jak do swoich miliarderów, zwłaszcza jeśli debet tych pierwszych poprzedziła fortuna: bankierzy wmawiają sobie, że człowiek, który był tak bogaty, potrafi się odkuć. Jeśli nadal tkwi w długach, to dlatego, że zainwestował.”(s. 110)

Hmmm, co racja, to racja, a ja nadal nie wiem, czy twórczość pani Nothomb mi się podoba, czy nie. Chyba muszę sięgnąć po inną książkę jej autorstwa.

Amélie Nothomb (ur. się 1967 r. w Kobe) - belgijska pisarka francuskojęzyczna. Pochodzi ze starej, bardzo zasłużonej i znanej w Belgii rodziny. Jej prapradziadek Jean-Baptiste Nothomb był w 1830 roku jednym z współtwórców konstytucji belgijskiej. Pradziadek Pierre Nothomb był słynnym pisarzem, ojciec Patrick Nothomb jest zawodowym dyplomatą, wieloletnim ambasadorem Belgii na Dalekim Wschodzie, między innymi w Japonii, Laosie, Pekinie, Waszyngtonie oraz w Rzymie. Dzieciństwo i młodość spędziła poza granicami kraju, przenosząc się z rodziną na kolejne placówki, które obejmował ojciec. Jak twierdzi w wywiadach, w najwcześniejszej młodości (od trzeciego roku życia!) nadużywała alkoholu, a przez długie lata była anorektyczką. Mając lat siedemnaście, wróciła na stałe do kraju i zamieszkała w Brukseli. Choć mieszka w Belgii, wszystkie swoje książki wydaje w Paryżu. Od chwili swojego debiutu w 1992 roku ("Higiena mordercy") co roku wydaje nową powieść. Do jej najsłynniejszych książek należą m.in.: "Z pokorą i uniżeniem" (1999), "Pewna forma życia" (2010) 


Moja ocena: 3,5 / 6

Autor: Amelie Nothomb
Tytuł oryginalny: Le fait du prince
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 112

niedziela, 11 marca 2012

Maria Kuncewiczowa, Dyliżans warszawski




Zachęcona przez Lirael postanowiłam dołożyć swoją cegiełkę do sukcesu akcji czytelniczej promującej twórczość Marii Kuncewiczowej. Mój wybór padł na niewielką książeczkę zatytułowaną „Dyliżans warszawski”, będącą zbiorem esejów, niekiedy reportaży pokazujących życie w przedwojennej Warszawie. Osobiście, nie przepadam za zbiorami opowiadań, ale lubię wspomnienia z przeszłości, a „Dyliżans …” jest połączeniem obu tych form.

Wydanie z 1974 roku, które trafiło w moje ręce oprócz oryginalnych utworów z przedwojennego wydania „Dyliżansu…” zawiera również dwa dodatkowe eseje, które autorka postanowiła włączyć do tego zbioru: „Warszawa w nocy” z 1938 r. i „Kanapowe kraje” napisane tuż po wojnie w 1945 roku.

Jak napisała autorka w Przedmowie „Dyliżans warszawski” jest jedyną moją książką, której egzemplarza nie oglądałam od czasu rozstania z mieszkaniem na Placu Trzech Krzyży we wrześniu 1939 r. i która przez to stała się dla mnie atomem spalonego miasta.” Nic dodać, nic ująć. Zbiór esejów wspomnieniowych o przedwojennej Warszawie nie jest jednak zapisem błogiej i spokojnej egzystencji elit tego miasta. To relacja z życia w mieście średnich i niższych warstw społecznych, borykających się z wieloma problemami, postępującym zubożeniem, pokusami, jakie niesie z sobą życie w wielkim mieście.
Poznajemy miejskie rozrywki: kino, teatr, zoo, a nawet mecz bokserski i wizytę u fryzjera, który dla przebywających tam pań nie tylko jest formą relaksu, ale i swoistą „wystawą”, która umożliwia autoprezentację. Mamy także impresję nt. obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, ale Maria Kuncewiczowa odkrywa przed nami również dzień powszedni w przytułku pełnym osamotnionych dzieci. Ten esej jest zresztą jednym z najbardziej przejmujących, pokazujący grozę i skalę zjawiska porzucania własnych dzieci. Jeden z utworów zaś opisuje dzień z życia pisarki, gdy rozstawała się z Warszawą na wiele lat w okresie dzieciństwa. Dwa dodane utwory nie zakłócają harmonii tego zbioru. „Warszawa w nocy” pulsuje rytmem miasta i przedstawia autorkę jako reporterkę dokumentującą przebieg wydarzeń w mieście podczas jednej nocy w 1938 r., zaś „Kanapowe kraje” to lekko nostalgiczne porównanie życia domowego w Polsce i Anglii, z tym, że autorka ma pełną świadomość, że takiej Warszawy, jaką znała, już nie ma…

Eseje w większości nie dotyczą życia pisarki, a raczej jej postrzegania świata, którego była baczną obserwatorką. Jej proza jest pełna niebanalnych skojarzeń i trafnych, często ponadczasowych spostrzeżeń. Poniższy cytat został napisany w roku 1935, a czyż czegoś Wam nie przypomina?

„Ludzie nie fatygują się – jak dawniej – przy lada okazji „osobiście”, by zasiadłszy w cztery oczy pośród dyskretnych ścian gabinetu czy buduaru, wyłuszczać tajniki biznesów albo szeptać intymne szczegóły. Na takie ceregiele nikt sobie nie pozwala, skoro wystarczy podłubać palcem w tarczy telefonicznej, żeby natychmiast żądane ucho z drugiego krańca miasta przylgnęło do słuchawki.” (s. 61)

Język autorki jest dużym atutem tej książki. Mimo upływu lat czyta się tę książkę z zaciekawieniem i myślę, że może ona być zachętą do poznania innych relacji z życia w stolicy przedwojennej Polski naświetlających inne aspekty tej egzystencji, choć nie tylko. Maria Kuncewiczowa zawarła w tekście sporo swoich refleksji na temat kondycji współczesnego sobie świata, czy też światka miejskiego. Używane przez nią porównania i skojarzenia są niebanalne, zadziwiająco nowoczesne i skłaniają do zastanowienia. Momentami nawet miałam wrażenie, że obcuję z książką pisarki pokroju Rachel Cusk, której język i odkrywcze, bardzo niestandardowe skojarzenia i porównania, wywarły na mnie spore wrażenie. Jak Wam się podoba poniższy fragment?

„Et, czy kobiece szczęście w ogóle jest osiągalne?... Oto zagadnienie. Czy kobieta umie kiedykolwiek zaznawać dosytu? Są znaki na ziemi i niebie, które świadczą, że raczej nie. Że „współczesna amazonka” – doświadczywszy ludzkiej rozkoszy – pragnie, jak niewiasta biblijna, począć z Ducha Świętego. Nie ma mężczyzny, który by ją uszczęśliwił, nie ma syna, który by ją zadowolił.” (s. 40-41)

„Marzec z Marią” spełnił swoje zadanie w odniesieniu do mojej osoby. :) Odkryłam, że Maria Kuncewiczowa potrafiła pisać zajmująco i ponadczasowo. W moim przekonaniu, mimo skromnej objętości „Dyliżans warszawski” wart jest przeczytania. Pokazuje nam bogate, pełne rozmaitych odcieni i emocji życie miasta, które już nie istnieje, zachęca do bliższego poznania Warszawy przedwojennej, ale skłania również do refleksji nad dylematami często obecnymi także w naszym zabieganym, pełnym codziennych trosk i małych radości życiu.


Maria Kuncewiczowa (ur. się 30.10.1895 r. w Samarze w Rosji – zm. 15.07.1989 r. w Lublinie). Wywodziła się z drobnej szlachty, była córką dyrektora szkoły średniej i znanej skrzypaczki. W jej rodzinie żywotne i pielęgnowane były tradycje patriotyczne. W roku 1900 przyjechała do Polski, gdzie zdobyła dyplom nauczycielki domowej, a następnie rozpoczęła studia języka i literatury francuskiej w Nancy. Po powrocie do kraju rozpoczęła studia polonistyczne na UJ i na UW. Lata dwudzieste i trzydzieste to okres jej współpracy z licznymi wydawanymi wówczas czasopismami (m.in. „Kobieta współczesna”, „Bluszcz” oraz „Wiadomości Literackie”). Debiutowała w 1927 r. wydaniem zbioru opowiadań zatytułowany Przymierze z dzieckiem, oparty na jej własnych przeżyciach z dzieciństwa. Po 1939 r. przebywała we Francji, Wielkiej Brytanii i USA. W latach 1963-1971 mieszkała w Stanach Zjednoczonych, gdzie dawała też wykłady z literatury polskiej na uniwersytecie w Chicago. Podczas pobytów w Polsce, zamieszkiwała głównie w swym domu w Kazimierzu nad Wisłą – tu spędziła też ostatnie lata życia. Do jej najznakomitszych dzieł należą: Cudzoziemka (1936), Tristan (1946), Gaj oliwny (1961 r.).



Moja ocena: 4,5 / 6


Autor: Maria Kuncewiczowa
Wydawnictwo: Pax
Rok wydania: 1974
Liczba stron: 188



Książka przeczytana w ramach akcji

poniedziałek, 5 marca 2012

Ulubione seriale



Od jakiegoś czasu krąży po blogach łańcuszek „Nasze ulubione seriale”, w ramach którego należy napisać parę słów o swoich ulubionych serialach. Zostałam wytypowana do zabawy przez Agnieszkę (Krimifantamania) i Anetę (Pasje i fascynacje mola książkowego), a więc do dzieła! Z góry jednak uprzedzam, że na mojej liście będzie brakowało nowości, gdyż od mniej więcej dwóch lat praktycznie nie oglądam telewizji poza kanałem Minimini :)




„Sex in the city” (Seks w wielkim mieście)

Wciągnęłam się w oglądanie przygód Carrie i jej koleżanek gdzieś w trzecim sezonie i był to dla mnie rodzaj objawienia. Obejrzałam pozostałe sezony, niektóre odcinki oglądałam wielokrotnie, a pewne teksty Carrie nawet sobie zapisywałam. :)

Mam do tego serialu sentyment, ale nie odzwierciedla on moich poglądów na życie ;) Od momentu porzucenia Aidana przez Carrie to już zresztą nie było to samo…



„Gilmore girls” (Kochane kłopoty)
Wpadłam na ten serial dość przypadkowo kupując na próbę dvd z pierwszym sezonem i wsiąkłam :) Mam w domu wszystkie siedem sezonów. Fajny serial o niezwykłych, koleżeńskich relacjach łączących matkę i córkę, perypetie miłosne Lorelei, wchodzenie w dorosłość Rory, starcia z konserwatywnymi rodzicami Lorelei. Świat wykreowany przez twórców jest bardzo pogodny, pełen pozytywnych emocji, co nie znaczy, że cukierkowy i bezproblemowy. Bardzo lubię tam wracać.




„Pride and Prejudice” („Duma i uprzedzenie”) - 1995

Serial - legenda, który wykreował Colina Firtha na gwiazdę pierwszej wielkości i niejako rozpoczął światowy renesans twórczości Jane Austen. Świetna produkcja, która może być „wzorcem z Sevres” dla seriali kostiumowych. Pewna jestem, że obejrzę go sobie jeszcze nie raz :)



„Grey’s anatomy” (Chirurdzy)

W swoim czasie wsiąkłam w klimaty Seattle Grace Hospital i miłosnych perypetii personelu medycznego tej placówki:) Oglądałam to gdzieś do piątego sezonu, potem już nie miałam czasu, no i zaczęło mnie to nieco nużyć, ale nie wykluczam, że jeszcze doń wrócę.



„Ekstradycja”

Ach to było mocne wejście polskiego serialu sensacyjnego! Marek Kondrat jako niepokorny komisarz Olgierd Halski na tropie mafii. Powstały trzy serie, ale ja największym sentymentem darzę pierwszą serię z nieodżałowanym Kamilem.



„Friends” („Przyjaciele”)

Nie rozgryzłam tej tajemnicy, ale ten serial coś w sobie ma. Nie byłam jakąś zagorzałą fanką cierpiącą katusze, gdy nie zdołałam obejrzeć któregoś z odcinków, ale zawsze z wielką przyjemnością oglądałam perypetie szóstki nowojorczyków o niestandardowych życiorysach:) Motorem napędzającym oglądalność była zapewne ta dyżurna kwestia: czy Ross i Rachel będą jeszcze razem???




„Ranczo”
Ponieważ przez pierwsze dwa sezony tego serialu dawałam pierwszeństwo „Tańcowi z gwiazdami”, dość późno zorientowałam się, że źle czynię :) Na szczęście istnieje dvd i mogłam nadrobić zaległości. Ostatniego sezonu nie oglądałam, ale słyszałam, że jest nieco słabsze od tych pierwszych sezonów. Świetny serial pokazujący wiele naszych cech w krzywym zwierciadle, a jednocześnie udowadniajacy, jak wiele można zmienić na dobre, gdy się tego chce :)



“Northern Exposure” „(Przystanek Alaska”)

Oj, bardzo dawno tego nie oglądałam. Pamiętam tylko te zastrzyki pozytywnej energii i optymizmu, jakie się uzyskiwało po obejrzeniu kolejnych odcinków tego kultowego serialu. Mieszkańcy miasteczka Cicely, m.in. Maggie, pilot samolotu, Chris'O poranku' - dj lokalnej stacji radiowej, Maurice - były członek NASA, w zderzeniu z doktorem Fleischmenem, typowym nowojorczykiem, prezentowali swój styl życia, poczucie humoru i pogodę ducha nie zważając na fochy doktorka :)


Na pewno jeszcze znalazłoby się parę seriali, których tu nie wymieniłam, a oglądałam z przyjemnością, ale i tak się sporo tytułów uzbierało, a nie jestem zwolenniczką pisania długich elaboratów ;) Dziękując Agnieszce i Anecie za wskazanie mnie, do zabawy zapraszam
Chiarę, Naię, Avo-lusion, Agnieszkę i Kasiek :)


Co trzeba zrobić?

1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga

2. Napisz, kto Cię otagował.

3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów

4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali.

niedziela, 4 marca 2012

Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Miasteczko Mamoko




Legenda „Miasteczka Mamoko” dotarła do naszej rodziny już jakiś czas temu. Książkę zakupiliśmy dobre parę miesięcy temu, kiedy nasz synek był jeszcze zbyt mały, aby móc czerpać radość z poznania tej książki. Bo to wydawnictwo dostarcza czytelnikowi, czy też raczej oglądaczowi, jako, że jest to książeczka obrazkowa, duuużo radości! Radości z odkrywania nowych historyjek i szczegółów, których nie dostrzegliśmy ostatnim razem, radości z kolorowego, zakręconego świata, który mamy okazję poznawać, radości, że wszystko dobrze się kończy :) Nic dziwnego zatem, że w mojej opinii mamy do czynienia z prawdziwym przebojem dla maluchów i ich rodziców! Wierzcie mi, rodzice będą mieli tyle samo – jeśli nie więcej – frajdy z poznawania kolejnych historyjek, które wykreowała wyobraźnia twórców tej arcyciekawej książki.

Każda karta to panorama fragmentu tytułowego miasteczka. Razem przedstawiają obraz jednego dnia z życia Mamoko i jego mieszkańców narysowanych charakterystyczną kreską Daniela i Aleksandry Mizielińskich. Oprócz wydarzeń powiedziałabym rutynowych, które są częścią każdego dnia z życia sympatycznych stworków, dzieją się w tym dniu rzeczy niezwykłe, angażujące nawet siły pozaziemskie…

Nasz synek – niespełna dwulatek – od niedawna przegląda „Miasteczko Mamoko” i widać, że jest tą książeczką zafascynowany. Oczywiście nie jest on w stanie rozpoznać wszystkich szczegółów i historyjek, które dzieją się na kartach książki, ale kolorystyka i rysunki niezmiennie przyciągają jego uwagę. Nie sadzę, aby ta książka mu się znudziła w najbliższym czasie; liczymy, że jego zainteresowanie treścią przedstawioną w kolorowych i pobudzających wyobraźnię obrazkach będzie stale rosło. Nie zdradzę chyba rodzinnej tajemnicy, gdy powiem, że ja i mąż podkradamy czasem książeczkę naszemu dziecku i zagłębiamy się w perypetie Zenona Kosmicznego, Alicji Rogatej, rodzinki Hyców oraz wielu innych stworków, również tych niewymienionych z imienia i nazwiska :) Jedynym członkiem rodziny, który nie uległ jeszcze czarowi tej książki jest Babcia, która narzeka, że bez okularów nie może dojrzeć, co się dzieje, a historyjek jest za dużo. Muszę jednak przyznać, że po pierwszym szoku Babcia też powoli przekonuje się do „Miasteczka…” akceptując jego lekkie „zakręcenie” :)

Ogromną zaletą tego wydawnictwa (format: 31,5 x 23,5 cm) są sztywne karty, co napawa nas nadzieją, że książka nie ulegnie zniszczeniu jak wiele innych publikacji, które dorwał w swoje rączki nasz synek :) To niestety taki wiek, który nie pozwala skoncentrować się na lekturze, gdy tyle interesujących rzeczy dzieje się wokół, a gdy papier się drze to jest szał ciał i wielka frajda :)

Ta książka to rewelacyjny pomysł na prezent dla maluszka. Rozwija wyobraźnię, zaciekawia i przyciąga uwagę żywymi kolorami oraz ciekawymi, świetnie zilustrowanymi historyjkami. Widać, że autorzy mają ogromny talent i mam nadzieję, że druga część przygód mieszkańców tytułowego miasteczka pt. „Dawno temu w Mamoko” okaże się równie ciekawa, gdyż mam zamiar ją nabyć droga kupna :)

Mojego synka najbardziej frapuje obecnie przygoda rodzinki Hyców, a mnie urzekł styl życia Alicji Rogatej. Chyba powinnam podjąć działania na rzecz lepszej organizacji swojego czasu, aby jej dorównać, bo na razie najlepiej mi wychodzi jej wieczorna aktywność (dla niewtajemniczonych: mam na myśli kawę z ciastkiem w towarzystwie koleżanki ;)))

Polecam, genialna rozrywka dla dzieci i dla rodziców.
 




Źródło zdjęcia: www.qlturka.pl


Aleksandra i Daniel Mizielińscy – graficy, twórcy książek i stron internetowych. Art dyrektorzy studia dizajnerskiego
www.hipopotamstudio.pl . Autorzy książek „Miasteczko Mamoko”, „D.O.M.E.K.”, „Co z Ciebie wyrośnie?”, „Kto kogo zjada”, ilustratorzy książki „D.E.S.I.G.N.”. Laureaci wielu nagród i wyróżnień przyznawanych za projekty książkowe i internetowe, w tym prestiżowego międzynarodowego wyróżnienia BolognaRagazzi Award 2010 za książkę „Co z Ciebie wyrośnie?”. Ciekawy wywiad z autorami "Miasteczka Mamoko" znajdziecie tu.
 





Moja ocena 6 / 6


Autorzy: Aleksandra i Daniel Mizielińscy
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 14

 
 



czwartek, 1 marca 2012

Haruki Murakami, 1Q84, t.1




Przyszła kryska na Matyska:) W końcu i ja przeczytałam książkę Murakamiego, uwielbianego przez wielu japońskiego pisarza. Od kiedy wsiąkłam w blogowy świat wiedziałam, że musi do tego dojść. Dlatego też, gdy w bibliotece wypatrzyłam pierwszy tom trylogii IQ84 nie zastanawiałam się długo i wypożyczyłam tę książkę.


1Q84 tom 1 to początek trylogii, która rozpoczyna się sceną niezwykłą. Otóż Aomame – trenerka sztuk walki, jedna z dwojga głównych bohaterów – opuszcza taksówkę stojącą w korku i – nie chcąc spóźnić się na umówione spotkanie - schodzi po schodach przeciwpożarowych w dół przedostając się do miejsca skąd może dojechać punktualnie na miejsce spotkania. Wykonuje swoją misję – bo perfekcyjne zabójstwo biznesmena w średnim wieku za pomocą specjalnie spreparowanego szpikulca jest swego rodzaju misją – i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udaje się do jednego z barów w poszukiwaniu partnera na jedną noc. Jednakże tego dnia Aomame zauważa, że otaczająca ją rzeczywistość jest jakaś inna. Dochodzi do wniosku, że najprawdopodobniej podczas ucieczki z ulicznego korka, dostała się do alternatywnej rzeczywistości roku 1984, której charakterystycznym znakiem są dwa księżyce…



Drugim bohaterem książki jest Tengo – nauczyciel matematyki próbujący swych sił jako pisarz. W jego życiu również zachodzą istotne zmiany. Zostaje on wynajęty do poprawienia, a właściwie poprawnego napisania od strony stylistycznej fenomenalnego debiutu Fukaeri, młodej i bardzo tajemniczej dziewczyny. W zamierzeniu diabolicznego wydawcy Komatsu ta książka ma zdobyć prestiżową nagrodę za debiut literacki roku. Jeśli wyda się fakt udziału i roli Tengo w tym przedsięwzięciu, obaj będą skończeni. Tengo przekształca „Powietrzną poczwarkę” - gdyż taki tytuł nosi powieść młodocianej autorki – w czytelniczy bestseller, a Fukaeri z dnia na dzień staje się sławna.


Oboje główni bohaterowie są ludźmi wyalienowanymi ze społeczności, z trudnym bagażem historii rodzinnych, nie posiadający żadnych bliskich osób wokół siebie, wręcz unikający kontaktów i więzi z innymi ludźmi. Prowadzą oni w sumie dość smutne życie urozmaicane w miarę regularnymi sesjami seksualnymi opisanymi do bólu technicznie i mało ciekawie. Tengo ma stałą partnerkę, Aomame preferuje przypadkowych partnerów; chętka na seks nachodzi ją zwykle po udanej „realizacji”.


Narracja jest prowadzona na przemian z punktu widzenia Tengo i Aomame w krótkich, łatwych do czytania rozdziałach. Początkowo wydaje się, że nic tych ludzi nie łączy poza samotniczym trybem życia i brakiem więzi rodzinnych. Potem okazuje się, że oboje spotkali się w okresie szkolnym i przynajmniej jedno z nich nosi te chwile w sercu jako jedne z najszczęśliwszych chwil swojego życia. Czuć w powietrzu, że tych dwoje na pewno jeszcze się spotka, ale to zapewne materiał na kolejne dwa tomy :) Pytanie tylko, czy oni przebywają w tej samej przestrzeni? Aż strach ujawniać pewne wydarzenia z książki, gdyż nie jestem w stanie przewidzieć, czy któryś ze szczegółów nie okaże się istotny w rozwoju akcji.


Z jednej strony wydaje się, że oboje bohaterowie są przerysowani. Ich samotność oraz izolacja jest porażająca. Sprawiają wrażenie niemal kompletnie samowystarczalnych, totalnie autonomicznych bytów, których skorupa pozornej „twardości” znika niekiedy w momentach samotności. U Tengo są to powracające obrazy z najwcześniejszego dzieciństwa, które go prześladują i prowokują pytania, kim naprawdę jest. Aomame zaś rani wspomnienie najbliższej przyjaciółki, której śmierć w pewien sposób zdeterminowała jej życie. Czy tacy ludzie, tak kompletnie wyizolowani, sprawiający wręcz wrażenie nieludzkich, istnieją w prawdziwym życiu? Nasuwa się odpowiedź, że nie, to niemożliwe, a już ich ewentualny związek, na co się zanosi w pierwszym tomie (orientując się jednak w bogactwie wyobraźni pisarza, lepiej jednak nie przewidywać, jakie będą dalsze koleje losu tych dwojga) wydaje się irracjonalny. Z drugiej jednak strony, kiedy podróżuję codziennie do pracy środkami komunikacji miejskiej, kiedy piję kawę w popularnych sieciówkach, widzę zastępy ludzi, którzy chcą być sami w ich prywatnym świecie wypełnionym muzyką, książkami, grami, plikami komputerowymi. Oni zamykają się w swojej przestrzeni i nie wydają się zainteresowani otoczeniem. Tylko rozmówca po drugiej stronie komórki może przerwać tę blokadę. Może więc Murakami uchwycił moment, gdy zanika w nas wspólnota, a nacisk kładzie się na indywidualizm, autonomiczność i perfekcjonizm jednostki? A może to już dawno się dokonało?


Akcja nie rozwija się w szaleńczym tempie, raczej posuwa się naprzód dość statecznie, acz konsekwentnie, a czytelnik zastanawia się, co będzie dalej i poddaje się rytmowi tej opowieści. Przynajmniej tak było w moim przypadku :) Może popełnię pewne świętokradztwo, ale forma i styl pisania autora „1Q84” t.1 przypominała mi trochę „Samotność liczb pierwszych” Paolo Giordano z uwagi na podobny chirurgiczny styl pisania, krótkie, konkretne zdania, niezbyt długie rozdziały i dwoje samotnych, wyizolowanych bohaterów.


To chyba jasne, że jestem pod wrażeniem prozy Murakamiego. Podzielam wszystkie pozytywne opinie, które do mnie dotarły. Trudno opisać i zaszeregować tę intrygującą i wieloznaczną książkę. Każdy czytelnik wyciągnie swoje wnioski i odnajdzie swoje uczucia. Nie wiem, czy był to najlepszy wybór na rozpoczęcie czytelniczej przygody z Murakamim, ale niewątpliwie zostałam mocno zachęcona, ba, poczułam przymus zapoznania się z innymi dziełami japońskiego autora.


Na koniec jeden z cytatów:

„Choćby człowiek miał nie wiem jaki talent, wcale nie znaczy to, że nie umrze z głodu. Ale jak człowiek ma wyjątkowo dobrego nosa, nie musi się martwić, że nie będzie co do garnka włożyć.”


Ponieważ istotnym motywem muzycznym „1Q84” jest Sinfonietta Janacka nie odmówię sobie zaprezentowania fragmentu tego utworu:





Haruki Murakami (ur. 1949) – popularny japoński pisarz. Studiował teatrologię na Wydziale Literatury Uniwersytetu Waseda w Tokio. W wieku 30 lat wydał swoją pierwszą powieść „Hear the Wind Sing” (1979), która zdobyła nagrodę literacką Gunzo. W latach 1986-88 mieszkał we Włoszech, gdzie napisał „Norwegian Wood” (1987) jedną z nielicznych powieści realistycznych w swoim dorobku. Książka odniosła wielki sukces, a Murakami przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Po trzęsieniu ziemi w Kobe i ataku gazowym sekty Najwyższa Prawda w tokijskim metrze w 1995 r. powrócił do kraju. Do najsłynniejszych powieści Murakamiego należą: „Przygoda z owcą” (1982, wyd. pol. 1995), „Kronika ptaka nakręcacza” (1992-95, wyd. pol. 2004), „Kafka nad morzem” (2002, wyd. pol. 2007), „1Q84” (2009-10, wyd. pol. 2010-11). Strona internetowa pisarza jest tu.



Moja ocena: 5 / 6


Autor: Haruki Murakami
Tytuł oryginalny: 1Q84, ichi-kew-hachi-yon
Wydawnictwo: Muza
Tłumacz: Anna Zielińska – Elliott
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 480

Autorzy

Agopsowicz Monika Albaret Celeste Albom Mitch Alvtegen Karin Austen Jane Babina Natalka Bachmann Ingeborg Baranowska Małgorzata Becerra Angela Beekman Aimee Bek Aleksander Bellow Saul Bennett Alan Bobkowski Andrzej Bogucka Maria Bonda Katarzyna Brabant Hyacinthe Braine John Brodski Josif Calvino Italo Castagno Dario Cegielski Tadeusz Cejrowski Wojciech Cherezińska Elżbieta Cleeves Ann Courtemanche Gil Crummey Michael Cusk Rachel Czapska Maria Czarnyszewicz Florian Dallas Sandra de Blasi Marlena Didion Joan Dmochowska Emma Doctorow E.L. Domańska-Kubiak Irena Dostojewska Anna Drinkwater Carol Drucka Nadzieja Druckerman Pamela Dunlop Fuchsia Edwardson Ake Evans Richard Fadiman Anne Faulkner William Fiedler Arkady Fletcher Susan Fogelström Per Anders Fønhus Mikkjel Fowler Karen Joy Franzen Jonathan Frayn Michael Fryczkowska Anna Gaskell Elizabeth Gilmour David Giordano Paolo Goetel Ferdynand Goethe Johann Wolfgang Gołowkina Irina Grabowska-Grzyb Ałbena Grabski Maciej Green Penelope Grimes Martha Grimwood Ken Gunnarsson Gunnar Gustafsson Lars Gutowska-Adamczyk Małgorzata Guzowska Marta Hagen Wiktor Hamsun Knut Hejke Krzysztof Herbert Zbigniew Hill Susan Hoffmanowa Klementyna Holt Anne Hovsgaard Jens Hulova Petra Ishiguro Kazuo Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewiczowa Anna Jaffrey Madhur Jakowienko Mira Jamski Piotr Jaruzelska Monika Jastrzębska Magdalena Jersild Per Christian Jörgensdotter Anna Jurgała-Jureczka Joanna Kaczyńska Marta Kallentoft Mons Kanger Thomas Kanowicz Grigorij Karon Jan Karpiński Wojciech Kaschnitz Marie Luise Kolbuszewski Jacek Komuda Jacek Kościński Piotr Kowecka Elżbieta Kraszewski Józef Ignacy Kroh Antoni Kruusval Catarina Krzysztoń Jerzy Kuncewiczowa Maria Kutyłowska Helena Lackberg Camilla Lanckorońska Karolina Lander Leena Larsson Asa Lehtonen Joel Lupton Rosamund Lurie Alison Ładyński Antonin Łopieńska Barbara Łozińska Maja Łoziński Mikołaj Mackiewicz Józef Magris Claudio Malczewski Rafał Maloney Alison Małecki Jan Manguel Alberto Mankell Henning Mann Wojciech Mansfield Katherine Marai Sandor Marias Javier Marinina Aleksandra Marklund Liza Marquez Gabriel Masłoń Krzysztof Mazzucco Melania Meder Basia Meller Marcin Meredith George Michniewicz Tomasz Miłoszewski Zygmunt Mitchell David Mizielińscy Mjaset Christer Mrożek Sławomir Mukka Timo Murakami Haruki Musierowicz Małgorzata Musso Guillaume Muszyńska-Hoffmannowa Hanna Nair Preethi Nesbø Jo Nicieja Stanisław Nothomb Amelie Nowakowski Marek Nowik Mirosław Obertyńska Beata Oksanen Sofi Ossendowski Antoni Ferdynand Paukszta Eugeniusz Pawełczyńska Anna Pezzelli Peter Pilch Krzysztof Platerowa Katarzyna Plebanek Grażyna Płatowa Wiktoria Proust Marcel Pruszkowska Maria Pruszyńska Anna Quinn Spencer Rabska Zuzanna Rankin Ian Rejmer Małgorzata Reszka Paweł Rutkowski Krzysztof Rylski Eustachy Sadler Michael Safak Elif Schirmer Marcin Seghers Jan Sobański Antoni Staalesen Gunnar Stanowski Krzysztor Stasiuk Andrzej Stec Ewa Stenka Danuta Stockett Kathryn Stulgińska Zofia Susso Eva Sypuła-Gliwa Joanna Szabo Magda Szarota Piotr Szczygieł Mariusz Szejnert Małgorzata Szumska Małgorzata Terzani Tiziano Theorin Johan Thompson Ruth Todd Jackie Tomkowski Jan Tristante Jeronimo Tullet Herve Velthuijs Max Venclova Tomas Venezia Mariolina Vesaas Tarjei Wachowicz-Makowska Jolanta Waltari Mika Wałkuski Marek Wańkowicz Melchior Warmbrunn Erika Wassmo Herbjørg Wasylewski Stanisław White Patrick Wiechert Ernst Wieslander Jujja Włodek Ludwika Zevin Gabrielle Zyskowska-Ignaciak Katarzyna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...